Związek

Nie chce nikogo zostawiać. Nie chce, żeby jej dzieci cierpiały, a znajomi wytykali palcem. Chce tylko odzyskać siebie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
27 kwietnia 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Zastanawiałaś się kiedyś, ile byś zrobiła, gdybyś była sama? A może nigdy się nie zastanawiałaś? Może jesteś jak Anka, która czasami dopada frustracja, bo wie, że nie jest w tym miejscu, w którym chciałaby być. Bo dzieci, bo Bartek, bo kredyt na mieszkanie, teściowa.

A ona najchętniej rzuciłaby to wszystko w cholerę i w końcu zrobiła coś dla siebie. Tylko Anka nie może. Bo jest odpowiedzialna za dzieci, za męża. Nie może spełniać swoich zachcianek. Bo nie wypada, bo co by ludzie powiedzieli.

Chociaż to może jeszcze nie było najgorsze. Ale jak ona powiedziałaby Bartkowi, że chce iść na studia. No jak? On pracuje, zarabia, zmęczony, a ona sobie w weekend studia wymyśla. A kto się dziećmi zajmie, kiedy ona wyjdzie z nimi na spacer, co z ich ulubionymi wycieczkami rowerowymi. I choć Anka marzy o tych studiach, bo dzięki nim mogłaby pomyśleć o zmianie pracy, ba nawet o własnej działalności, to jednak, gdy zaczyna kalkulować, koszty, jakie poniosłaby rodzina, są zbyt duże.

Poza tym od kilku lat czuje, że stoi w miejscu, że nic się nie zmienia, że ona między garami, dziećmi, pracą. A ona chciałaby wyjechać sama, połazić po górach, wybrać się z przyjaciółką na jakiś trudny trekking. Czasami nawet sobie rozmawiają, gdzie by pojechały. I co z tego? Przecież nie zostawi domu. Co jej mąż powie, że ona sama bez niego i bez dzieci. Poza tym kasa. W sumie mogłaby odłożyć, ale może Bartek będzie chciał zmienić samochód, a może kupić coś do domu. Jej na zmywarce czy nowej lodówce nie zależy. Rzuciłaby wszystko w pioruny i wyjechała, pojechała do miejsc, które czasami jej się śnią, o których czasami czyta z wypiekami na twarzy i po kryjomu sprawdza ceny lotów. Czy kiedyś się odważy? Nawet pomyślała: „Przecież mogę pojechać sama”. Ale na tej myśli się skończyło, zamknąć ją szybko, strach i panika i wyrzuty sumienia, że w ogóle mogła o sobie pomyśleć.

Złość, to jedyne co czuje. Frustrację i złość. Wkurzają ją dzieci, wkurza mąż. Pierdoły doprowadzają do szaleństwa. Później płacze w łazience wyrzucając sobie, jaką złą matką i żoną jest. Płacze, bo już nie ma siły tego dźwigać. Nie ma siły udawać kogoś, kim nie jest. Gdzie jej głowa pełna pomysłów, a ciało wypełnione energią. Patrzy w lustro zmywając ze łzami resztki makijażu. „Jesteś nikim” – mówi do siebie i szczerze nienawidzi. Nienawidzi tej maski, którą za chwilę, za drzwiami znowu założy na twarz. Uśmiechnie się, przeprosi za swój wybuch i spróbuje trzymać się w ryzach normy, którą przecież sama wyznaczyła.

Norma to każdy dzień po brzegi wypełniony praca i zajęciami. Norma, to oglądanie z Bartkiem kolejnego idiotycznego filmu, na który ona nie specjalnie ma ochotę. Norma, to ugotowanie obiadu na kolejny dzień. Przygotowanie ubrań. Obdzwonienie babć, która odbierze Julkę z tańców, bo ona przecież ma zebranie i później wróci.

Ance zbiera się na wymioty. I znowu ląduje w łazience. „Mamo, wszystko dobrze” – pyta syn. Ma ochotę powiedzieć, że nic nie jest dobrze od bardzo dawna. Ale pozostaje jej tylko płacz, bo przecież dzieci niczemu nie są winne. To kto jest winny?

Bartek? Poznali się na studiach. Klasyka. Jej mama mówiła: „Pamiętaj, jak na studiach nie znajdziesz chłopaka, to już nie znajdziesz”. No więc znalazła. I tak, zakochała się. Rozumieli się bez słów, byli jak para kumpli, którzy świetnie się czują w swoim towarzystwie. I to ich związek trzyma do dzisiaj. Lubią się. Ona powtarza to jak mantrę. I słucha tych wszystkich opowieści kobiet, które zdecydowały się odejść, które rzuciły wszystko w diabły i postawiły na siebie. I znowu płacze, nad każdą z tych historii. Bo czuje ten ciężar, które one musiały dźwignąć, bo wie, z czym musiały się mierzyć.

A Anka nie chce nikogo ranić. Nie chce nikogo zostawiać. Nie chce, żeby jej dzieci cierpiały, a znajomi wytykali palcem, że jej to się za przeproszeniem w d*pie poprzewracało. Boli ją brzuch na myśl, że ona tak by mogła. Powiedzieć: „Chcę żyć życiem, o którym marzę”. I nie chodzi tu o wyjechanie na misje do Afryki. Tylko o przytulenie siebie, o pomyślenie o sobie, o wyjście naprzeciw tego, o czym marzy.

Ale Anka wie, że jak się powiedziało A trzeba powiedzieć B. Trzeba być odpowiedzialnym za innych. Za ich szczęście i poczucie bezpieczeństwa. Kuli się w niej mała dziewczynka, która chciałaby więcej, ale przecież inni też mają potrzeby – karci samą siebie. O na przykład Bartek musi sobie kupić buty, a Majce przydałby się nowy tornister. I do kina z dziećmi trzeba pojechać i pobawić się wieczorem, książkę im przeczytać. A nie myśleć, gdzie by jej było lepiej.

Stoi między łazienką a kuchnią przez chwilę zastanawiając się, w którą stronę pójść.  Bywa, że nienawidzi tego mieszkania, chciałaby ich spakować i wyjechać, gdzieś daleko, gdzie musieliby zacząć od nowa. Od zera. Nie popełniając już tych samych błędów. Chciałaby dostać jeszcze jedną szansę, by tak pokierować swoim życiem, by nie musieć zamykać się łazience. Tylko każdego dnia uśmiechać się szeroko – pomimo, na przekór i wbrew.

„Źle mi” – mówi cicho wieczorem. „Źle mi” – powtarza głośniej, a kiedy spotyka wzrok Bartka znowu płacze. I przeprasza za to, że jest nieszczęśliwa, że nie umie trwać w tym poświęceniu, że dusi się i chce wolności, którą sama sobie odebrała. Nie on, nie dzieci. Utkała siebie z ograniczeń sobie samej narzuconych. Może wymyślonych, takich, których naprawdę nie ma, a które zamykają się w stereotypie małżeństwa i związku w ogóle? Dziś jeszcze tego nie wie. Ale chce się dowiedzieć, chce znaleźć drogę do tego, by znowu być sobą. Potrzebuje powietrza, wolności, przestrzeni – wyrzuca z siebie, bo nagle rozumie, jak się dusiła, jak w zamkniętej łazience we wszystkich szafkach upychała emocje, aż przestały się tam mieścić.

Gdzie jest dzisiaj? Nie wiem. Dokonała wyborów w zgodzie ze sobą. Dzisiaj na pewno jest szczęśliwa. Gdzie i z kim? Może ty wiesz?


Związek

Czy zdradę można wybaczyć? Chociaż ten jeden raz?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
30 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Alexandru Zdrobau / CCO
 

Zdradził mnie. Tak, też odbywałam rozmowy z przyjaciółkami, gdzie oburzone wykrzykiwałyśmy: „Zdrada? Niech się od razu pakuje i spada”. I też nigdy nie rozumiałam kobiet, które nie odchodziły, które pozwalały facetowi, które je zdradził wrócić. Też mówiłam – jak raz poszedł, to drugi raz też pójdzie.

Zdrada była dla mnie synonimem poniżenia. Bo jak bardziej można poniżyć kobietę? Zdradzić ją z inną, zwłaszcza wtedy, gdy ona w ogóle się tego nie spodziewa.

Oj, jaka byłam mądra w teorii, jak pocieszałam zdradzoną przyjaciółkę, mówiąc, że on nie jest wart złamanego grosza, a ona musi mieć świadomość własnej wartości. Nie może pozwolić, by ktoś z niej drwił w ten sposób. „Płaczesz przez tego drania? On nie zasłużył na ani jedną twoją łzę” – powtarzałam gotując się w środku ze złości, że ona tego nie widzi.

Nic nie znaczący SMS „Widzimy się jutro?”. Telefon cały czas przy nim i panika, kiedy zaczynał go szukać. „Tu leży” – mówię obserwując jego reakcję, kiedy brał go do ręki i szedł do innego pokoju. Wyjazd służbowy, choć mąż koleżanki nie pojechał, a ona o żadnym wyjeździe nie wiedziała.

Nie wiem, co wzmogło moją czujność? Przecież byliśmy małżeństwem od ponad 12-tu lat. Jak w każdym związku zdarzały się lepsze i gorsze okresy. Ale wtedy było spokojnie, normalnie i tak bardzo przewidywalnie. Właśnie – może poczułam, że coś ten spokój burzy?

„Zdradzasz mnie” – spytałam wprost, kiedy dość miałam snucia w głowie przeróżnych scenariuszy. Usprawiedliwiałam sama przed sobą jego późne powroty, częstsze wyjazdy jednodniowe. „Zawieźć was do twojej mamy?” – pytał nagle. Nie chciałam przeszukiwać mu telefonu, wąchać jego ubrań. Przecież zdradą zawsze się brzydziłam, więc nie zniżę się do jej poziomu. Ona jednak postanowiła mnie przechytrzyć. Jakby zagrać mi na nosie – taka była mądra, to ciekawe, co teraz zrobisz…

Zaatakował mnie, że co przyszło mi do głowy, że jakim prawem go oskarżam… Stałam dziwnie spokojna. Tę rozmowę odbyłam w myślach kilkadziesiąt razy. Przerobiłam wszystkie scenariusze. I… łyknęłam uspokajające tabletki przed… „Masz kogoś” – zapytałam po jego wywodzie. „Masz, czy nie?”. Jak ja marzyłam, żeby zaprzeczył, żeby mnie przytulił, żeby powiedział: „Żaba, co ci się uroiło w głowie, jesteś dla mnie najważniejsza”. Zamiast tego usłyszałam: „To tylko koleżanka z pracy”.

Nic nie pamiętam. Czarna dziura. Po prostu nic. Obudziłam się na łóżku w sypialni. Przez chwilę pomyślałam, że to był tylko sen. Leżałam zastanawiając się, czy aby na pewno to wszystko wydarzyło się naprawdę… Wpadłam w szał, zaczęłam pytać, co to znaczy TYLKO koleżanka. Że rżnie się z nią w firmowym kiblu? Że kim ja jestem. TYLKO żoną? Że go nienawidzę. Że się brzydzę. Rzuciłam się z pięściami, a on stał. Nawet nie drgnął. Kiedy opadłam bez sił na krzesło, wyszedł na balkon zapalić. To wtedy musiałam dowlec się do sypialni i położyć…

Najpierw myślisz, że to nieprawda

Myślałam sobie, że przecież on nie powiedział, że mnie zdradza, że ma romans. Że może to ja się pomyliłam i go zaatakowałam kompletnie bez sensu. Chciałam wyprzeć to wszystko, czego się dotychczas tylko domyślałam. Chciałam móc sobie powiedzieć: to jakaś twoja paranoja, przecież to tylko koleżanka z pracy. Ale on nie musiał nic mówić. Przecież wiedziałam… takie rzeczy się czuje, nie zaczęłabym tej rozmowy, gdybym nie miała pewności.

Później przychodzi głęboki smutek

Bo to nawet nie chodzi o to, że on zdradził mnie fizycznie. Ale zdradził moje zaufanie. A ja tak mu ufałam. Byłam dumna, że nie bywamy o siebie zazdrośni, że jesteśmy wobec siebie szczerzy. Jak bardzo się myliłam. Jak można żyć z kimś, do kogo straciło się zaufanie. Ta strata jest najbardziej dotkliwa. Myślałam, że będę rozpaczać, wymiotować z obrzydzenia, a tymczasem był tylko ból tak ogromny, którego nie mogłam w sobie pomieścić. Po cebulki włosów, po palce stóp. Moje ciało bolało tak, jakby ktoś je skatował…

Tracisz iluzję

Myślałam, że co by się nie działo, to my zawsze będziemy razem. Na dobre i złe. Że możemy się wkurzać, obrażać, mieć siebie dość, to jednak tworzymy rodzinę, jesteśmy razem. Nawet jak ta miłość trochę wygasa, jak namiętności mniej, to jednak jesteśmy dbając o to, by było dobrze. A tymczasem brutalnie zdjęto mi różowe okulary. Świat zaczął wyglądać inaczej, a może zawsze tak wyglądał, tylko ja udawałam, że tego nie dostrzegam.

Przychodzi wstyd

Jest tak dojmujący… Wstydziłam się tego, jak wyglądam, kim jestem. Jak mogłam stać się kobietą, którą można zdradzić z koleżanką z pracy? Jak nudna, mało atrakcyjna się stałam. Wstydziłam się siebie. „A co, gdybym ją spotkała na ulicy?’. Myślałam z przerażeniem bojąc się, że ona od razu wysnuje prosty wniosek: „No nie dziwię się, że on JĄ zdradza, takie nic”. Nie miałam siły wstać z łóżka, spojrzeć na siebie w lustrze. I było mi wstyd, że nie potrafiłam zatrzymać go przy sobie, że tak słabą żoną się okazałam, która nie zauważyła wcześniej, co się dzieje, nie zareagowała. Było mi wstyd, za te wszystkie: „Zdradza – niech wy*dala” – powtarzane przeze mnie tak często i będące wtedy oczywistością. Teraz już nie tak oczywistą.

Minęłam go w kuchni. Zrobił mi kawę. Zawsze robi. Śpi na kanapie. A ja wzdrygam się z obrzydzeniem dotykając przez pomyłkę jego ręcznika w łazience. Cierpię, nie umiem tego nazwać inaczej. Jestem jednym wielki cierpieniem. Tak bardzo chciałabym móc odkreślić wszystko grubą krechą. A nie potrafię. Leżę gdzieś w ciemnym dole bez sił na choćby podniesienie głowy. Nie mogę na niego patrzeć. „Przepraszam” – słyszę po raz kolejny… Mam ochotę zwymiotować. Wraca po pracy do domu, dzwoni, że odbierze dzieci i zrobi zakupy. Pyta, gdzie pojedziemy na wakacje. A ja jestem jak otępiała. Wszystko mi jedno. Chciałabym, żeby się wyprowadził, zniknął z mojego życia. Żeby dotarło do niego, jak bardzo mnie skrzywdził. Ale przez gardło nie przechodzi mi: „Wyp*dalaj”. Kiedy siada obok mnie na kanapie, odsuwam się. „Będę czekał” – mówi. I przez chwilę zastanawiam się, kto tu jest ofiarą, bo to on zachowuje się, jakby bardziej cierpiał…Wychodzę.

Mam ochotę wrzeszczeć, drapać i gryźć. Zranić go tak, by mój ból poczuł na sobie fizycznie. Tymczasem kolejnego dnia mijam go w kuchni. Nie mam siły walczyć. Dzisiaj biorę tę kawę, którą dla mnie zrobił. Siadam naprzeciwko niego i widzę jak płacze. I ja też płaczę. Bo nie wiem, czy umiem wybaczyć, czy stracone zaufanie da się odzyskać, czy nie znienawidzę go, a on mnie. Nic nie wiem oprócz tego, że chcę wrócić do tego spokoju, który mieliśmy. Że już nie chcę analizować, dokarmiać żalu, poczucia krzywdy. Nie mam siły. Poddaję się. I obiecuję sobie samej: „Ten jeden raz. Jeden jedyny. Każdy zasługuje na jeszcze jedną szansę. Ale tylko jedną”. Choć tak bardzo się boję…


Związek

„Mama zamieszkała w osobnym pokoju, ojciec i tak gwałci ją raz w miesiącu. Kiedy miałam sześć lat mówiłam, że nie chcę ojca alkoholika”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
19 kwietnia 2016
"Mama zamieszkała w osobnym pokoju, ojciec i tak gwałci ją raz w miesiącu. Kiedy miałam sześć lat mówiłam, że nie chcę ojca alkoholika"
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain

Opowiem, wam jak wygląda życie z alkoholikiem z perspektywy obserwatora. Otóż w moim domu ojciec pije odkąd pamiętam. Jednak do mojej mamy to, że on jest alkoholikiem i że jego picie nie jest normalne dotarło cztery lata temu. To wtedy zamieszkała w osobnym pokoju. Ojciec i tak gwałci ją raz w miesiącu. A, nie przepraszam – on jest mężczyzną i po prostu tak musi. Takie męskie potrzeby, które trzeba zaspokoić.

Kiedy miałam sześć lat mówiłam mamie, że nie chcę takiego ojca, że nie chcę z nim nigdzie wychodzić. Że jak już mam gdzieś iść to tylko z mamą. On pił. Najczęściej w weekendy. Zaczynał w piątek, kończył w niedzielę – późnym wieczorem. Słyszałam, że jestem nic nie warta. Tak wiem, zawsze chciał mieć syna, marzył o nim, a tymczasem urodziłam się ja. Dziewczynka. Kobieta, którą przecież zawsze pogardzał. Bo do dziś pogardza moją matką. Ona dla niego jest najgorszym śmieciem, który chodzi po ziemi. Mam przytaczać wszystkie epitety, którymi ją obrzucał? Kiedy mówił, że jest nic nie warta, że jest nikim, że do niczego się nie nadaje. Dla niej to nie była żadna nowość. Rodzice też ją mieli za nic. Ważniejsza była jej młodsza siostra.

Jak miałam sześć lat babcia mnie uderzyła, bo jej nie posłuchałam i poszłam z koleżanką. Nikt nie zareagował. Dla wszystkich było normą, że dzieci się bije. Przeprosiła po kilku latach, kiedy jej o tym przypomniałam.

„Twoje miejsce jest przy mężu” – słyszała, kiedy mówiła, że jej mąż pije. Przecież to nic wielkiego, trochę alkoholu w weekend. To on jest głową rodziny, a ona ma być służącą, która wypierze, posprząta i obiad pod nos poda.

Dlaczego kobiety są z takimi mężczyznami?

Dlaczego tak bardzo chcą być ofiarami przemocy psychicznej i seksualnej. Czy one nie widzą, że to nic dobrego? Że to nie jest normą takie traktowanie, że mają prawo zawalczyć o swoje szczęście? Pierwszy raz na policję zadzwoniłam, kiedy w weekend ojciec kopał w drzwi od mamy pokoju próbując się do niej dostać. Nie wytrzymałam. Już musiałam zareagować. Do mnie? Nie nigdy się nie dobierał. Czasami szarpał, kiedy jeszcze jako nastolatka dawała się mu sprowokować. Wtedy obrzucałam go wyzwiskami, mówiłam, że nienawidzę. Kopałam go po nogach i tłukłam pięściami. Później zrozumiałam, że to on był panem sytuacji. Że prowokując mnie miał poczucie, że mi na nim zależy. A mi nie zależy.

Zastanawiam się, kiedy zapije się na śmierć. Nie jest mi go szkoda. Tak, wiem, że alkoholizm to choroba, ale to nie zmienia faktu, że każdego alkoholika traktuję jak śmiecia. To jego życie, niech nie próbuje mnie w nie wciągać. Wystarczy, że moja mama chce cały czas o nim rozmawiać. Przychodzi do mnie do pokoju i mówi, że on pił, że wyszedł, że wrócił późno, a może za wcześnie. A ja nie chcę tego słuchać. Wtedy ona się denerwuje, wrzeszczy na mnie. Mówi, że mam się tak do niej nie odzywać. Czasami wpada w szał, gdy niechcący ją potrącę ramieniem, albo dotknę niespodziewanie.

Życie bez nadziei

Mama od dwóch lat choruje na depresję. Kiedy oglądamy film o normalnej rodzinie, gdzie rodzice przytulają rodziców, a mama z tatą się kochają, to mama zawsze płacze. Przytula mnie wtedy mocno i mówi, że kocha. Nie może zatrzymać tych łez. Nie wierzy, że ktoś jej pomoże. Ja nie chcę być jej rodzicem, chcę mieć swoje życie. Namówiłam ją na terapię, teraz w końcu ma dobrego terapeutę, wcześniejszy – mężczyzna – bronił ojca alkoholika. Nie chce wnieść pozwu o rozwód. Myślę, że cały czas ma nadzieję, że coś się zmieni, że on zrozumie, że ją kocha. Nie wiem, na co liczy. Przecież to się nigdy nie zmieni. Tyle lat ją poniżał, do dziś wykorzystuje seksualnie. Znęca się nad nią psychicznie. Ale ona znikąd nie dostała wsparcia. Terapeutka jej powiedziała: „Niech Pani spyta swoją matkę wprost, czy stanie po Pani stronie”. Usłyszała, że babcia chce tylko rozmawiać o dobrych rzeczach. Jasne, najlepiej wszystko zamieść pod dywan. Inni udają, że nie widzą, nie słyszą, nie chcą się wtrącać, bo to w końcu „nie ich sprawa”. Ja nigdy nie ukrywałam, że ojciec pije. Jeszcze w ogólniaku, kiedy kolega miał przyjść naprawić mi komputer, uprzedziłam, że ojciec jest alkoholikiem. Powiedział, że rozumie.

Dlaczego ofiara musi pozostać ofiarą?

Na alkoholizm jest ciche przyzwolenie. Czasami zastanawiam się, która z kobiet ma męża alkoholika. Mnie nikt nigdy nie spytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Kiedyś tylko wychowawczyni, gdy moja mama się przy niej rozpłakała, powiedziała, że to przeze mnie. Spytałam, czy wie, co mówi. Cisza. Nikt nie reaguje. Nawet sąsiedzi za ścianą, którzy słyszą awantury, krzyki i odgłosy demolowanego mieszkania. A przecież mogliby uratować komuś życie. A może im kiedyś też nikt nie pomógł.

Ja musiałam sobie pomóc sama. Dużo czytam, rozmawiam z psychologami, piszę maile do prawników. Na terapię nie poszłam, myślę, że nie jestem współuzależniona, nie jestem dzieckiem DDA. Kiedyś czytałam w jakie role wchodzą dzieci alkoholików – bohaterów, maskotek, błaznów. Do mnie żaden z tych opisów nie pasuje. Jestem sobą. Czy jestem podobna do ojca lub matki? Charakterem? Do żadnego z nich. Mam wiele swoich własnych cech, których im nie zawdzięczam. Unikam ludzi, którzy są ofiarami, którzy nie radzą sobie ze swoim życiem. Mam kolegę – chorował na depresję, a potem zaczął pić, nawet na maturę przyszedł pijany. Nie, nie zataczał się. Każdy pije na swój sposób. Faktycznie po alkoholu robił się bardziej towarzyski. Nie dałam się w to wciągnąć. Pisał do mnie SMS-y, jak mu źle, ile wypił.

Moja mama nigdy nie zaznała czułości ze strony swoich rodziców. Nie poznała prawdziwej miłości. Mówiła, że wiedziała, że ojciec pije wychodząc za niego za mąż. Ale przecież jej wartość stanowił mężczyzna u boku. A ten chciał przy niej być. I tak został.

A ona nie ma siły walczyć. Nie wierzy, że ktoś jej pomoże. Ja ją wspieram, zawsze jestem po jej stronie, ale nie chcę jej niańczyć. Mówię, że wyjadę za granicę, że ułożę sobie życie, a ona musi poradzić sobie w końcu sama, musi stanąć na nogi.

Ona zbiera na mieszkanie, ale zarabia najniższą krajową. Myślę o tym, żebyśmy zamieszkały razem, a z drugiej strony czemu to my mamy się wyprowadzać, czemu to jego nie eksmitują. Dlaczego ofiara musi zostać ofiarą, a oprawca ma zawsze lepiej? Ja nigdy nie będę ofiarą. Nigdy nie pozwolę się w ten sposób traktować. Jestem silna. Dam sobie radę. Nie powielę stereotypu mojej matki, choć babcia próbowała mi wmówić, że mam być grzeczna i słuchać tego, co mówią mężczyźni. Mężczyzna, w którym się zakocham musi szanować swoją matkę. To najważniejsze. Dziś mam 20 lat, wierzę, że stworzę normalną rodzinę. NORMALNĄ, nie taką jak moja.