Związek

„Krążył jak sęp. Pierwszą rzeczą, jaką musiałam zrobić po powrocie do domu było… ściągnięcie majtek”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 października 2021
fot. Martin Dimitrov/iStock
 

Ta historia trwała dwa lata. A jej początki były po prostu fantastyczne. Nie wychodziliśmy z łóżka przez kilka dni. Zadzwoniłam do pracy, że jestem chora, a w tym czasie uprawiałam ze Stefanem seks. Czułam się wybrana i wyjątkowa. Muszę powiedzieć z ręką na sercu, że faktycznie seks z nim był wtedy po prostu znakomity. Jeden z najlepszych, jakie miałam w życiu. Jak to wytłumaczyć? On był gotów zrobić dosłownie wszystko, bym czuła spełnienie. Nie chodzi o żadną perwersję. Zupełnie nie. Miałam orgazm, za orgazmem i pewnie z tego właśnie powodu byłam ze Stefanem tak długo. To mnie przy nim trzymało.

Po dwóch tygodniach wspólnego mieszkania wiedziałam już, że z tego związku kompletnie nic nie będzie. To, co było między nami, zwyczajnie zaczęło mnie zabijać. Niewiele robiliśmy razem fajnych rzeczy. Stefan miał ponurą naturę, był raczej samotnikiem. Chodził do pracy, a po niej czytał książki. A ja? Zostałam jego człowiekiem, który jak wracał do domu, to jedną z pierwszych rzeczy, które musiał zrobić to… ściągnąć gacie. Tak dla świętego spokoju. Stefan krążył wokół mnie jak jakiś sęp, osaczał.

Chodziło o to, że te jego potrzeby, ten temperament, a raczej ta okropna częstotliwość i presja uniemożliwiały mi normalne życie. Ja miałam przecież tysiąc innych rzeczy na głowie – zakupy, spotkania z przyjaciółkami, rozmowy z dorosłym synem przez telefon. Czułam, że nie mogę rano w biegu normalnie pomalować sobie rzęs przed wyjściem do pracy, albo po powrocie ugotować w spokoju obiadu. Tu chodziło właśnie o te drobne codzienne rzeczy. Presja Stefana stawała się coraz większa. Sama sobie zadaję pytanie, dlaczego pozwoliłam, by ten związek trwał tak długo. Postaram się wytłumaczyć.

Nasz dzień zaczynał się od tego, że Stefan dzwonił do swojego kumpla Adama rano o ósmej rano i wracał do mnie z informacją, że jego przyjaciel już trzy razy zdążyli mieć seks z żoną, a my jeszcze nie. To nie było tak, że Stefan miał jakieś prymitywne skojarzenia, że jak zobaczył banana, to nagle zaczynał myśleć o pójściu do łóżka. To jest jakiś głupi mit na temat seksoholików.

Tak naprawdę to jego gadanie miało dla mnie znamiona po prostu przemocy psychicznej – dziś tak to postrzegam. Nie było między nami uczuć, porozumienia, on je miażdżył tym seksem jak jakąś moreną czołową.

Całe nasze życie kręciło się wokół jednego tematu i wokół mojego zastanawiania się, jak mu delikatnie odmówić, by nie było z tego afery. Te jego słowa wobec mnie nie były nawet wulgarne, ale poddawana w taki sposób, jakby sączyły się na siłę do mojego krwiobiegu, pozbawiając mnie sił. Całe dnie słyszałam, że ktoś z kimś był w łóżku. A my jeszcze tam nie byliśmy. I teraz fakty: my kochaliśmy się wtedy pięć, sześć razy dziennie. Obłęd!

Każda moja próba rozmowy ze Stefanem, że jest uzależniony i musi się leczyć, była ignorowana. Każda sugestia, że jak tak dalej pójdzie, to seks mi się znudzi, bo ileż razy dziennie można mieć apetyt na zupę ogórkową, była zbywana. Obrażał się i dąsał. Słyszałam za to, że jestem oziębła. I faktycznie po jakimś czasie zaczęłam w to wierzyć. Wkręcił mnie w takie myślenie, że to ze mną jest coś nie tak, że jestem jakaś chora. Jak można coś takiego dziwnego wmówić kobiecie po czterdziestce? Kobiecie, która już niejedno przeżyła? Kobiecie, która ma dorosłego syna z pierwszego małżeństwa? Jest niezależną bizneswoman w korporacji z kilkunastoma podwładnymi? Uwierzcie, że niestety można.

Pamiętam taki moment, że jak wróciłam z pracy i wspinałam się po schodach naszej kamienicy do swoich drzwi i nagle poczułam, że nie jestem w stanie wejść do środka. Zwyczajnie bałam się. W mojej głowie była jedna myśl, że tam za tymi drzwiami czeka na mnie jakiś okropny monster, który za chwilę zafunduje mi psychiczny koktajl seksualny. Usiadałam na tych schodach, zdjęłam szpilki i w jakimś zadziwiającym stuporze siedziałam tak przez czterdzieści minut, zanim się odważyłam. Nie myliłam się. Znów się zaczęło: z kim byłam, gdzie byłam, dlaczego nie odbierałam telefonu, na pewno go zdradzam. Ta stała gadka, że inni to już się trzy razy kochali, a my nie.

Ta niagara seksu była czymś potwornym. Jak tortury jak przetapianie człowieka pod wodą. Zaczęłam go okładać pięściami. Nie oddał. To była przemoc psychiczna, to było jak straszne osaczenie. On sobie skanalizował w tym seksie wszystko – nieszczęśliwe dzieciństwo, kłopoty z apodyktyczną matką, stres, niezadowolenie z pracy w korporacji, nieszczęśliwe własne życie.

Na samym końcu tego związku czułam już tylko do niego wstręt i potworne zmęczenie fizyczne. Został mi w głowie taki obraz – on siedzi na fotelu. Ja już nie mogę na niego patrzeć. Mówię mu: „Wyjdź, spakuj się i koniec!” On mi się wtedy wydawał jak jakiś karaluch, jak nietoperz. Udało mi się z nim rozstać chyba tylko dlatego, że byłabym już wtedy kobietą dojrzałą. Gdyby taka historia przydarzyła mi się wcześniej, gdy byłam jeszcze niedoświadczoną przez życie dwudziestolatką, to nie pozbierałabym się tak łatwo. Myślę, że byłabym w zupełnej rozsypce.

Czy po tym wszystkim miałam traumę? Chyba nie! Nie czułam się nawet rozgoryczona. Po prostu wiedziałam, że muszę trochę czasu pobyć sama, by się z tego otrząsnąć. Po historii ze Stefanem przez wiele lat byłam sama, nie zadawałam się kompletnie z mężczyznami.

Po co piszę ten list? Chcę powiedzieć wszystkim kobietom, że życie z seksoholikiem nie daje żadnych perspektyw. Nie wierzę, że można takie człowieka zmienić. To jest uzależnienie jak każde inne od alkoholu czy narkotyków. Moja terapeutka powiedziała mi, że tym ludziom naprawdę bardzo trudno zerwać z nałogiem. Bo papierosy czy alkohol możesz odstawić i po nie nie sięgać. Możesz to traktować jak swojego wroga, którego unikasz. A seks? Przecież taki seksoholik nie może się tego wyzbyć raz na zawsze. Kiedy znów się kocha z kimś w łóżku, dostaje dawkę swojej używki. I następuje błyskawicznie kaskada emocji, która wciąga go jak wir znowu prosto w paszczę uzależnienia.


Związek

Gwiazda „Przyjaciółek”: Dzieci w obozie dla uchodźców są niesamowite – nie ciągną cię za rękę i nie krzyczą: ”Daj!”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 października 2021
Agnieszka Sienkiewicz
 

– Było trudno. Przez pierwsze dwa dni płakałam. Najbardziej uderzyło mnie to, że te małe dzieci, które już urodziły się w obozie, i innego życia nie znają, chodzą uśmiechnięte i są niezwykle otwarte, życzliwe. Potrafią bawić się dosłownie wszystkim, co mają akurat pod ręką – butelką, kawałkiem patyka, pięcioma kamykami. Znajdują popsuty wózek? Wożą się na nim nawzajem jak na taczce. Znajdują stary materac? Skaczą na niego jak na trampolinie. To jest niezwykle jak te dzieci adoptują się emocjonalnie do sytuacji – mówi Agnieszka Sienkiewicz, gwiazda „Przyjaciółek”, która zdecydowała się wyjechać, by pomagać uchodźcom na wyspie Lesbos. Czego się najbardziej bała i co widziała tam na własne oczy?

Co zadecydowało o tym, że postanowiłaś pojechać na wyspę Lesbos, by przez pięć dni pomagać uchodźcom z Syrii, Afganistanu, Konga, Ghany, Pakistanu?

– Od dawana o tym myślałam. Ale teraz uznałam, że kiedy my w Polsce jesteśmy tak bardzo straszeni uchodźcami, to muszę jechać. Chciałam pokazać, że TO SĄ LUDZIE postawieni w tragicznej sytuacji. Konkretni, z krwi i kości! Z uczuciami i swoją często dramatyczną historią! Jest matka, ojciec i dziecko, którzy uciekają przed mordem, głodem, prześladowaniem… Wierzę, że jak opowiem o konkretnych potrzebujących pomocy ludziach, to dam sygnał, że jakaś siejąca postrach masa, ale ludzie, których nie trzeba się obawiać.

Nie wolałaś jechać na granicę Polsko-Białoruską, by próbować tu bliżej pomagać?

– Nie wiem, jak tu mogłabym pomóc, nie zastałabym przecież wpuszczona. A ludzie? Wszędzie są tacy sami! Tam też potrzebują pomocy!

 

Czy ty, mama dwóch małych dziewczynek, nie bałaś się tam jechać?

– Bardzo ufam prezesowi fundacji „Dobra Fabryka” – Mateuszowi Gasińskiemu. Współpracujemy razem już trzy lat. Oni podejmują bardzo konkretne działania w Bangladeszu, Grecji czy Kongo, a mnie dodatkowo bardzo się podoba, że każdy człowiek, robiąc przelew, dokładnie wie, na co idą jego pieniądze. W ich charytatywnym sklepie – dobroczynne24 – można wrzucić do koszyka na przykład: płaszcz przeciwdeszczowy dla uchodźcy, ciepły posiłek dla niego, czy najbardziej potrzebne lekarstwa. I właśnie Mateusz powiedział mi: „Ty nie musisz się niczego bać, nikt ci krzywdy tam nie zrobi!”

Nie mylił się?

Nie! Teraz w obozie są cztery tysiące osób i wolontariusze z kilku organizacji. Już po pierwszym dniu na Lesbos czułam tylko życzliwość i otwartość, i ani przez sekundę krzywego spojrzenia. Wszyscy byli bardzo gościnni, a nie chodziłam w żadnej obstawie. Kiedy odwiedzałam ich namioty, natychmiast proponowano mi kawę albo herbatę. Z ręką na sercu, miałam tam milion innych emocji, ale nie strach.

Nie obawiałaś się zostawić córek w Polsce?

– Ależ moje dzieci mają dwoje rodziców! Mają wspaniałego tatę, który jest zaangażowany w opiekę nad nimi równie mocno, co ja. Nie gniewaj się, ale w takich samych sytuacjach nikt nie spyta mężczyznę, czy nie obawiał się zostawić dzieci w domu z żoną!

Oczywiście! Ale my, matki, same nie dajemy sobie szansy na to, by zostawiać własne dzieci i pomagać innym. Kulturowo jesteśmy przyzwyczajone do tego, że opieka nad ogniskiem domowym to nasz święty obowiązek.

– Oczywiście nagotowałam im tonę obiadów. (śmiech) Zupełnie niepotrzebnie, bo mój mąż i niania świetnie sobie poradzili. Do tego jest też babcia. A sześć dni bez mamy, to przecież nie jest żadna trauma dla dzieci. To nie był pierwszy raz, kiedy zostały bez jednego z rodziców. Powiem ci, że ja tak naprawdę najbardziej bałam się konfrontacji ze swoimi emocjami, z uczuciem bezsilności wobec nieszczęścia dzieci.

Poradziłaś sobie?

– Było trudno. Przez pierwsze dwa dni płakałam. Najbardziej uderzyło mnie to, że te małe dzieci, które już urodziły się w obozie, i innego życia nie znają, chodzą uśmiechnięte i są niezwykle otwarte, życzliwe. Potrafią bawić się dosłownie wszystkim, co mają akurat pod ręką – butelką, kawałkiem patyka, pięcioma kamykami. Znajdują popsuty wózek? Wożą się na nim nawzajem jak na taczce. Znajdują stary materac? Skaczą na niego jak na trampolinie. To jest niezwykłe, jak te dzieci adaptują się emocjonalnie do sytuacji.

Zdjęcie zostało zrobione za zgodą znajdujących się na nim osób. Archiwum prywatne Agnieszki Sienkiewicz

A jak jest w przypadku nastolatków?

– Oni mają już świadomość, jak może wyglądać życie poza obozem. Rozmawialiśmy z dwunastoletnim chłopcem Hamedem, powiedział wprost: „Strasznie nie chcę tutaj być. Tu jest tak okropnie”. Siedemnastoletni Ahmed z Afganistanu sam wyszedł z inicjatywą, że będzie uczył inne dzieci języka angielskiego. On właśnie opowiadał nam o nocnej przeprawie przez morze pontonem, jako o najgorszym wydarzeniu w swoim życiu.

Pamiętajmy, że większość osób, które decydują się na taką ucieczkę, nigdy nie widziało morza. A jednak, choć nie potrafią pływać, podejmują to ryzyko. Jedna kobieta płynęła sama z trójką dzieci, dopłynęła sama Wszystkie jej dzieci utopiły się na morzu! Ja się pytam: ile ta kobieta musiała mieć w sobie lęku o życie i determinacji, że podjęła takie ryzyko? Jak ona ma teraz żyć po tym wszystkim?

Nie potrafiłaś powstrzymać łez?

– Kiedy pierwszego dnia byliśmy w afrykańskiej części obozu, zobaczyłam tam nieprawdopodobną wręcz apatię w oczach matek. To były oczy puste. Pogrążone w jakiejś beznadziejności. W depresji! Te kobiety wiedzą, że spędzą tu lata i być może nic na lepsze się dla nich nie zmieni. Pytasz: „Czego potrzebujesz?”. A one niemal nie reagują. Odpowiadają zrezygnowane, zastygłe w jakimś stuporze: „Ja nic nie chcę!”.

Im już nie chce się żyć! A obok tych kobiet biegają ich niczego nieświadome dzieci. Bo one nie znają innego życia niż to w obozie. W części gdzie przebywają afgańscy uchodźców, kobiety z wręcz obsesyjnie dbają o czystość. Ich córeczki uczesane są pod linijkę. One same też często są bardzo schludne. A przecież oni myją się w miskach, nie mają bieżącej wody. W tych okropnych warunkach próbują zachować godność.

Bolało cię to, że nie wszystkim możesz pomóc?

– Spotkaliśmy kobietę, która kuliła się i płakała przed swoim namiotem, a mąż tulił ją w ramionach. Ona nie chciała powiedzieć, co się dzieje. Dowiedzieliśmy się tylko, że boli ją brzuch. Następnego dnia przywieźliśmy jej lekarstwa. Kobieta trochę nam już zaufała i wtedy dopiero wypłakała słowa, z których wynikało, że jej malutka córeczka miała tego dnia zdiagnozowany autyzm. Jaka przyszłość czeka takie dziecko w obozie? Znaleźliśmy tam wiele dzieci, którym nie potrafiłyśmy pomóc. Z epilepsją, upośledzonych umysłowo. Czasem nie dostają lekarstw, muszą czekać w kolejce na zorganizowanie podróży do specjalisty do Aten. To trwa.

Te obrazy muszą być starsze!

– Widziałam taki obraz – trzyletnią dziewczynkę, która była ubrana w piękną cekinową opaskę i śliczną plisowaną, różową spódniczkę, którą dostała z darów. I ona boso biegnie wśród tych rozpadających się namiotów, wśród tego brudu, wśród drutu kolczastego. Połącz to teraz w swoim umyśle. Te cekiny z biedą okropną. Dzieci w obozie są niesamowite – nie ciągną cię za rękę i nie krzyczą: ”Daj!” Absolutnie nie!

Co w obozie uchodźców jest teraz najbardziej potrzebne?

– Dobra Fabryka współpracuje na miejscu z dwójką Greków: Nikosem i Kateriną. Ich historia jest taka, że kiedy w 2014 roku zaczęli na wyspę przypływać uchodźcy, oni postanowili im pomóc. Restaurację dla turystów przekształcili w zwykłą kuchnię. Po prostu zaczęli karmić uchodźców. Obecnie pomaga im kilkoro wolontariuszy: Wspólnie udaje im się wydawać ponad 800 posiłków dziennie. Gdyby pozwoliły fundusze mogliby robić ich nawet trzy, cztery razy więcej. Oczywiście rząd grecki zapewnia w obozie jedzenie, ale ono jest różnej jakości.

Spotkaliśmy wiele dzieciaków skarżących się na ból brzucha i problemy z układem pokarmowym. Wraz z pediatrą Olą Kosmedą szukałyśmy najbardziej potrzebujących dzieci. Chcemy, by te dzieci dostały chociaż jeden pełnowartościowy ciepły posiłek. Czy ty wiesz, że w całym obozie na Lesbos nie ma ani jednego pediatry?

 

Jak to?!

– Oczywiście w obozie są lekarze, jest punkt przyjęć dla pacjentów, przed którym zawsze stoi długa kolejka, ale teraz brakuje choćby pediatry, często też czasu i sprzętu na dokładniejszą diagnostykę. A przecież dzieci w obozie stanowią praktycznie połowę społeczności! Dlatego razem z Olą i Mateuszem chodziłyśmy po barakach i namiotach szukać potrzebujących.

Dobra Fabryka wraz z Home for All robią to inaczej niż wszyscy. Zamiast kazać stać ludziom w punkcie dystrybucji po żywność albo w kolejce do lekarza, po prostu odwiedzają namiot po namiocie, dostarczając niezbędną pomoc. Czasem trzeba wysłać jakieś dziecko do Aten, bo na wyspie nie ma np. ortopedy dziecięcego. Na to też trzeba pieniędzy: transport promem, zakwaterowanie, wizyta u lekarza, operacja. Codziennie jeździłyśmy też do apteki, by kupić leki. Na to są też potrzebne datki od ludzi. Bez pieniędzy nie będziemy mogli dalej pomagać.

A jak tam jest ze szkołą?

– Udało nam się razem z partnerująca tam fundacją Home for All sprowadzić jeden kontener, który zaadoptowaliśmy na szkołę, niedługo dotrą na wyspę kolejne. Teraz potrzebujemy pieniędzy, by ją utrzymać. Potrzeba ołówków, kartek, długopisów, kredek. Oczywiście nie ma możliwości, by dzieci miały w obozie dostęp do takiej edukacji, o jakiej marzymy dla swoich dzieci, a jest ich tam blisko 2000.

Chcesz powiedzieć, że te dwa tysiące dzieci nie chodzi do szkoły?

– Oczywiście na miejscu są inne organizacje zapewniające dzieciom zajęcia, a kwestia dostępu do edukacji w ostatnim czasie powoli zmienia się na plus. Często to mieszkańcy obozu, którzy w ojczyźnie zajmowali się szkolnictwem, gromadzą dzieci i prowadzą dla nich zajęcia. Potrzeb jest jednak mnóstwo. Choćby to, że trzeba zapewnić im jakieś warunki lokalowe, materiały edukacyjne, zeszyty, ołówki.

Na koniec chciałam spytać wprost, o co prosimy naszych czytelników?

– Wejdźcie na stronę dobrafabryka.pl i w dobroczynnym sklepie pod nazwą Dobroczynne24 wybierzcie spośród przeróżnych możliwości wsparcia „Posiłek dla uchodźcy w Grecji”. To zaledwie 15 złotych. Mamy tam też wspaniały program, który nazywa się „Przybij nam piątkę!”. Polega na założeniu stałego zlecenia na 5 złotych tygodniowo lub 20 w miesięcznie. Z tych piątek, których braku sami nie zauważymy, możemy robić naprawdę wspaniałe rzeczy i codziennie mieć wpływ na to, by dobra na tym świecie przybywało. To jest taka moja mała prośba do wszystkich czytelników Oh! Me. O wsparcie, o pochylenie się nad losem tych ludzi, bo są tego warci. Widziałam to na własne oczy.


Związek

„Wyszłam z domu bez kurtki i butów”. Rok terapii, rok zmian

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
8 października 2021
kobieta

Był covid, mróz, byłam boso, w lekkiej sukience. Nie wzięłam torebki, szczotki do zębów, pieniędzy. Wyszłam, jak stałam. Zgarnęłam tylko kluczyki z szafki, na szczęście miałam swoje auto. A ile kobiet nie ma?
Na szczęście nie musiałam wyciągać też dziecka. A ile kobiet musi to zrobić?

1.

To było po kolejnej awanturze. Krzyczał, że jestem nikim, że do niczego nie potrafię dojść. On, mój życiowy partner, człowiek mający prestiżowy zawód, znajomych, przyjaciół. Ceniony. Dla innych uroczy.

– Naprawdę tak uważasz, jestem nikim? – spytałam.
– Jeszcze się pytasz? Ile razy ci to mówiłem? Głucha jesteś! – odwrócił się i zaczął kroić cebulę. Cebulę. Jak gdyby nigdy nic. Jak zawsze.

Podobno osoba doświadczająca przemocy średnio siedem razy próbuje odejść od partnera, zanim w końcu to zrobi. Wcześniej też próbowałam.

Bo byłam na imprezie ze znajomymi z pracy, napiłam się wina. Wróciłam do domu pełna energii. On siedział przed telewizorem. „Zeszmaciłaś się. Dupy też dałaś?”, „Swędzi cię?”. „Jak ty wyglądasz, jakbyś z rynsztoka wyszłaś”. „Gźiłaś się z nim na klatce?”
To nie był pierwszy taki atak zazdrości. Słyszałam, że zachowuję się, jak dziwka. Noszę za krótką sukienkę, nie tak się nachylam i za bardzo uśmiechnęłam się do sprzedawcy. „Jak sucz. Jakbyś go zapraszała do dymania”.

Wstydziłam się, bo na początku znajomości ta zazdrość mi się podobała. Czułam się ważna. Ile nas, kobiet, wpada w taką pułapkę? Może nie tylko kobiet, bo mężczyźni też doświadczają przemocy, tego dowiedziałam się na terapii. O tym tylko się nie mówi.

Próbowałam też odejść, jak zostawił mnie na środku skrzyżowana, w nocy, w obcym mieście, obcym kraju. Bez telefonu. I portfela. „Histeryzujesz, przecież dałaś radę wrócić. Nie rób z siebie dziecka” – mówił.

I jeszcze wtedy, gdy powiedział, że jestem nieudacznikiem, bo zarabia więcej ode mnie. I ma już dość finansowania fanaberii. „Okradasz mnie” – darł się. A potem mówił, że przecież żartował, moja kasa jest jego, najważniejsze, żeby dobrze poszła mi firma. A ja zapłaciłam jego kartą tylko dlatego, że moja została w domu.

2.

Tamtego dnia, gdy wreszcie odeszłam naprawdę,  wsiadłam do auta i pojechałam 300 km do domu ojca i jego partnerki.

– Bije cię? – pytała ona.
– Nie bije, obraża.
– Wszyscy się kłócą, taka jesteś nadwrażliwa – stwierdziła moja macocha.

Była kolejną osobą, która dołożyła kamyk do mojego wora poczucia winy. Przecież to ja jestem zła, beznadziejna. Jestem nikim, prowokuję. Mój partner powtarzał: „Nigdy o nikogo nie byłem tak zazdrosny, przecież nie jestem nienormalny, co ty ze mną robisz”. Grałam w to. Tłumaczyłam, że nic mnie nie swędzi, że kocham tylko jego. Kochałam. Bo miał też dobre momenty, bo pamiętałam to, co najlepsze między nami. Bo mnie nigdy nie uderzył.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że nie trzeba być bitym, żeby czuć się maltretowanym. Latami ukrywałam to, kim się stałam. Że boję się zostawić bałagan w kuchni, bo nazwie mnie brudasem. Że boję się odezwać przy znajomych, bo powie, że nie mam racji, zacznie się ze mnie śmiać, rzuci coś niby żartem. A jak odpowiem, wyjdzie i mnie tam zostawi. A potem przez dwa tygodnie będzie karać mnie milczeniem. Że boję się wybrać w sklepie majonez, który chcę, bo on powie, że to zły majonez, a inny jest lepszy. Że boję się odezwać, bo wszystko może być powodem jego złego nastroju. Że nawet nie mogę odpowiedzieć mu o swojej pracy, bo on i tak wie najlepiej, co powinnam w niej zrobić. A oczywiście, nie robiłam. Nigdy nie zrobię takiej kariery, jakbym mogła, bo go nie słucham. Nigdy nie dojdę tam, gdzie on, bo jestem za słaba.

Ale w jednej rzeczy byłam silna.
W postanowieniu, że pójdę na terapię. Tej nocy, gdy partnerka mojego taty powiedziała, że on przecież mnie nie bije, postanowiłam, że gdzieś się zgłoszę. Bo inaczej zatonę. Wrócę do niego. Po to, by mógł mnie nie szanować bardziej i bardziej. A ja będę się pocieszać, że przecież mnie nie bije. Szczerze, sama nie wiem, czy bym szanowała osobę, która ze mną jest, mimo że traktuję ją, jak gówno.

3.

Terapia. Jeśli myślcie, że to bułka z masłem, to się mylicie. Terapia to bolesny proces i tylko na początku wydaje się miłą, zwyczajną rozmową. Dziesięć osób w różnej sytuacji życiowych. Dziesięć historii. Wśród nas była kobieta doświadczająca przemocy psychicznej ze strony córki, facet uzależniony od kobiety o osobowości narcystycznej, mężczyzna zniszczony przez swojego kochanka. Byliśmy kupkami nieszczęścia, w których pulsowała też złość i poczucie niesprawiedliwości. Jedna dziewczyna, porzucona przez faceta, jeździła pod jego dom, błagała, potem go śledziła. Nakręcała się sama, a rano budziła z takim wstydem, że znów musiała szaleć, żeby zapomnieć.

Wszyscy czuliśmy się winni.

Dlaczego nas to spotkało? Dlaczego jesteśmy tacy słabi, dlaczego jesteśmy nieszanowani. Jakby na te pytania dało się odpowiedzieć…?

Terapia oduczyła mnie myślenia o sobie jako o ofierze. Doświadczałam przemocy psychicznej, ale nie jestem ofiarą. Ofiara to rodzaj stygmatu, nie potrzebujemy jej.

Terapia pokazała mi, że przemoc jest demokratyczna, można spotkać każdego z nas. Wszystkich nas łączyła więź z tym drugim człowiekiem. Oni najczęściej są na początku cudowni. Potrafią dać więcej niż inni. Eskalacja przemocy trwa. Druga osoba zyskuje siłę, my ją tracimy. Nie dam już sobie wmówić, że byłam ułomna, że na to pozwoliłam.

Terapia uświadomiła mi, że z przemocowcem nie ma mediacji. Mediacja zakłada równość, a my nie jesteśmy równi. Ktoś nas nadużywa, stajemy się bezbronni. Jedyne, co trzeba robić to zniknąć, uciąć. Szukać pomocy. Nie spotykać się, nie dawać szansy. To czasem jest po prostu nie tylko walka o wolność, ale o przeżycie.

Terapia pomogła mi przetrawić cały żal, który w sobie miałam. Do siebie, do niego. Do świata. Nagle zobaczyłam, ze nie jestem sama. Każdego dnia wielu z nas doświadcza czegoś złego od bliskich osób. Rzadko potrafimy coś z tym od razu zrobić

W końcu terapia pokazała mi cały mechanizm toksycznego, złego związku. Huśtawki. Zrozumiałam, że miałam prawo doświadczać złości, gniewu, niepewności, braku nadziei. Że mogłam zmieniać zdanie, bo żeby człowiek mógł znieść tego rodzaju przeżycia, uczy się wypierać. Poza tym druga osoba przecież cały czas powtarza: to ty jesteś nienormalna/nienormalny.

Nauczyłam się też nie złościć na innych, którzy jeszcze tkwią w tym mechanizmie. Ja zostawiłam mojego partnera, ale jeden chłopak trwał twardo przy swojej dziewczynie z borderline. Zdradzała go, rzucała się na niego w złości, wyrzucała z domu- wracał. Musiał sam dojrzeć do zmian. Dojrzał, za co też dziękował nam.

4.

Wiem, że są w życiu sytuacje, że już nie widzimy niczego. To jest ten moment, by szukać pomocy. To jedyna rzecz, którą warto dla siebie zrobić. O reszcie pomyśli się później.

Mam dziś nowy dom.
Mam partnera, przy którym jestem sobą.
I jestem w ciąży.

Zawsze można zacząć od nowa.
Ale czasem nie da się zrobić pierwszego kroku samemu. I to też jest okej.

wysłuchała: Katarzyna Troszczyńska

Zobacz także

Kilka sygnałów, które świadczą o tym, że on przestał już kochać

Stary, nie bądź zaskoczony, jak ona powie: „Chcę rozwodu”. Kobiety nie odchodzą nagle, to ty jesteś dupkiem, który nie dostrzega problemu

9 rzeczy, przez które nie potrafisz znaleźć miłości

9 rzeczy, przez które nie potrafisz znaleźć miłości