Związek

Kochaj i bądź szczęśliwa

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
8 marca 2016
Fot. Pixabay / Papagnoc / CC0 Public Domain
 

 

Ciągle pan pyta co sądzę o mężczyznach, ach proszę pana jaki pan jest ciekawski, naturalnie myślę o mężczyznach, ale…
Tak, proszę pana, przyznaję, jeśli chodzi o życie, miłość i inne choroby, to trzeba było mnie wywrócić na lewą stronę, rozpruć i zacerować ponownie, żebym się nauczyła pierwszego odwiecznego prawa – prawa do szczęścia. Dziś już mogę powiedzieć z całą stanowczością rozpieszczonego pięciolatka, że jakiemukolwiek bogu, bogini czy diabłu nie służysz, przede wszystkim masz prawo być szczęśliwy.
Twoje prawo do szczęścia ogranicza jedynie prawo innych do szczęścia. Nie możesz więc krzywdzić innych w imię własnego szczęścia, po ludzku rzecz tłumacząc.
Więc, proszę pana, jeśli chodzi o mnie, to jeśli łysa, bezzębna, opasła murzynka żydowskiego pochodzenia będzie w stanie uczynić mnie szczęśliwą i kochaną, to tak mi dopomóż Bóg.

happy

Myślę, że ci, którzy zaglądają komuś pod kołdrę i próbują decydować, co i kto jest dopuszczalne i akceptowalne, nie doświadczyli bólu samotności. Bo jak można mówić, że szczęście z bycia kochanym i wspieranym, jest złe?
Myślę jednocześnie, że prawdziwej miłości i wsparcia najprawdopodobniej też nie doświadczyli, bo inaczej byliby spełnieni i życzyliby innym porównywalnego stanu ekstazy i spełnienia.

Człowieku, który mówisz mi, jak ma się mój partner zachowywać, przed jakim bogiem klękać, jaką mieć skórę i jakim językiem mówić, idź precz! Nie mówi mi nawet, jakiej płci ma być moja miłość. Zajmij się sobą.

Parterze, nic mi po twojej płci, religii, poglądach, wykształceniu i seksualnym wyedukowaniu, jeśli nie czynisz mnie szczęśliwą.

Mam teorię – nie ma miłości bez szczęścia. Na razie nikt tej teorii nie obalił.


Związek

To nie moja wina!

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
20 marca 2016
 

Mój mąż mnie zdradzał i twierdził, że to moja wina. Bo przecież nie byłam wystarczająco ładna, szczupła i ciekawa. Niewystarczająco fachowo wykonywałam fellatio, generalnie stawiałam granice w łóżku. Do tego nie dbałam jak należy o niego i dom, zwijałam skarpetki w złą stronę. A jak doszło do tego jeszcze, że zaczęłam robić karierę i pracowałam cały dzień, więc obiadu nie było na czas – to już mamy pełny obraz moich zaniedbań. Do kitu byłam, no. Nieszczęśliwy był. Więc miał prawo wziąć kochankę. Potem drugą, trzecią, etc. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Tragedia polega na tym, że początkowo w to uwierzyłam – że to jam, nie chwaląc się, sprawiła; pchnęłam go w ramiona innych kobiet i niemal zmusiłam do życia w kłamstwie i rozdarciu. Że przecież kto by ze mną wytrzymał, taką niefajną. Obrzydzenie, które do siebie poczułam, miało wymiar fizyczny. W lustro nie mogłam patrzeć. Tak byłam nauczona – jestem do niczego, mężczyzna ma zawsze rację. Przypominała mi się moja mama, płacząca kiedyś w kawiarni, że zostawiła by mojego ojca, a swojego męża, ale przecież sobie nie poradzi, a w ogóle to wszystko jej wina. Moi rodzice są ze sobą do dzisiaj, ja z moim mężem – już nie, więc trudno mi jednoznacznie orzec, że taka strategia brania na siebie winy nigdy się nie sprawdza. Oczywiście, że można żyć w przeświadczeniu, że należą nam się ciągłe baty od drugiej połowy – ale czy naprawdę tak mamy spędzić resztę życia?
Co mnie obudziło? Dwie rzeczy:
Po pierwsze – przeświadczenie, że ja w tym związku też byłam niesamowicie nieszczęśliwa. co nie oznaczało jednak, że czułam się upoważniona do ściągania przed kimkolwiek majtek, z tego żalu i rozpaczy.
Po drugie – małżonek szanowny w przypływie natchnienia stwierdził kiedyś, że winna jestem nie tylko ja, bo także jego kochanki. No przecież same nogi rozłożyły.

Olśnienie było więc nagłe, acz stanowcze. Przed oczami stanęły mi kobiety molestowane w pracy, bo miały według kolegów zbyt duży dekolt. I te gwałcone, bo miały zbyt krótką spódniczkę, a w ogóle to przecież poszły same po ulicy. I jeszcze taka, co to garem dostała po głowie, bo zupa była za słona. I te bite, bo się pan i władca zdenerwował. Cała gama innych przypadków także mi się nagle przypomniała. Co ciekawe – wiele kobiet tkwi w złych związkach latami, tłumacząc takiego boksera-amatora, niczym ja kiedyś mojego męża. Niektóre nawet wierzą, że gdyby rzeczywiście na dyskotekę założyły spodnie zamiast spódnicy, napalony mężczyzna by ich nie tknął. No przecież wiadomo, że sama na siebie taki los sprowadziły.

Poczucie winy i wyższości potrzeb mężczyzn jest nam wpajane z pokolenia na pokolenie. Po powrocie z pracy rzucamy się w gary i między odkurzacze, żeby wić miłe gniazdko jakiemuś panu, mimo że na nogach ledwo stoimy, a pan siedzi przed komputerem lub telewizorem i palcem nie kiwnie. W łóżku godzimy się na rzeczy, które nam się nie podobaja, że chłop miał, czego mu potrzeba i co zobaczył w jakimś pornolu, nieważne czy nas boli albo nam uwłacza. Bo czegoż nie robi się w imię miłości? Staramy się dorównać teściowej, bo wiadomo, że mamusia była we wszystkim najlepsza. Skubiemy sobie te brwi i golimy pachwiny, nie dlatego, że specjalnie chcemy, ale przecież on bardziej lubi takie wygolone. Robimy wszystko, co chcą inni.

A potem taki delikwent mówi, że jesteśmy jak bezwolne kukły i generalnie cios w podbrzusze nam się należał. I że to nasza wina. On się bardzo starał przecież, znad tego monitora albo jak już rzucał garnkiem w nasz czerep. On chciał dla nas jak najlepiej.

Kobieto głupia, wbij to do głowy sobie, swojej córce, wnuczce i młodszej siostrze – TO NIE TWOJA WINA! Nie marnuj sobie życia na kogoś, kto ci to zycie próbuje zmarnować. Nie daj się zniszczyć! Oddaj mu tym garnkiem!


Związek

Nie ma cudzych recept na moją własną miłość. To się, psze pani, samo leczy

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
2 marca 2016
Fot. Pixabay / jill111 / CC0 Public Domain

Kiedyś wszystko było proste i oczywiste.

Koleżanka rozstawała się z partnerem, więc brało się delikwentkę do herbaciarni, fundowało melisę i z pobłażliwością w głosie tłumaczyło, że życie jest za krótkie, by płakać za facetem, a nieszczęśliwym być nie warto.

Wiedziało się wszystko i miało się gotowe recepty. Oczywiste było, że należy się szanować, nie dać sobą poniewierać, a jak mężczyzna zdradzi, to wystawia się walizki za drzwi i cześć.

Pryncypialność była w cenie, bo była czysto teoretyczna.

Nadeszła pora na praktykę i nagle się okazuje, że choćby on osiągnął iście olimpijskie wyniki w długości i częstotliwości skoków w bok, to te walizki mu wynieść za próg bywa ciężko. Bywa, że teoria o życiu zbyt krótkim na płacz, zostaje przykryta rzeczywistością kredytów, zobowiązań, wspólnych lat, rodziny, tych uczuć i sentymentów nieustępliwych.
Na przykład taka ja: w rozstawaniu się niebawem osiągnę mistrzostwo świata, wszak mam wieloletnie już doświadczenie, jakże bogate w emocje!

Jedyne, co dziś wiem na pewno: już niczego nie wiem na pewno. Już nie mam żadnych teorii damsko-męskich, które uważałabym za niepodważalną prawdę.

Słyszałam, że miłość jest prosta i słyszałam, że jest skomplikowana; że jest ślepa, ale także że wszystkie zmysły wyostrza; wszystko wybacza, ale może jednak wypacza? Nie ma recept, nie ma żadnego „powinno się”. Jestem ja i jestem on, ale przede wszystkim ja. I to ja decyduję, czym jest dla mnie miłość, czym jest dla mnie związek. Choćby świat miał mnie za śmieszną i spierał się ze mną, to ja i tak wiem swoje. To ja tu żądzę. Ja, z moimi emocjami, tłumaczeniem sobie samej wszystkiego jak chłop krowie na rowie, z mądrymi książkami i własnymi przemyśleniami na ten temat. Nie będę żyła ani kochała jak moja mama, jak moja siostra, ani nawet jak pani z mięsnego na rogu. Będę po swojemu kochać, rozstawać się, godzić, kłócić. Wybiorę tylko to, co jest DLA MNIE właściwe.

Jedyne, co już wiem na pewno – wszystkie rady o kant stołu rozbił. Nie mów drugiemu, co tobie samej niemiłe.

Już wiem, że nie ma cudzych recept na moją własną miłość. To się, psze pani, samo leczy.