Zdrowie Związek

Klub hipochondryków, czyli mężczyźni nie chorują, oni walczą o życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 sierpnia 2016
Fot. iStock/Antonio_Diaz
 

„To” zjawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Jeszcze przed chwilą był przecież całkiem zdrowy, jeszcze wczoraj wieczorem grał w piłkę z waszym synem, albo świetnie się z tobą bawił na spotkaniu ze znajomymi. W nocy przychodzą pierwsze objawy. Kręci się niespokojnie w łóżku, pochrząkuje i pokasłuje. Rano umiera. Wiesz już, że nadchodzą ciężkie dni. Twój facet złapał katar.

Wstanie, wejdzie do łazienki, przed lustrem pomaca sobie węzły chłonne, wywali język i sam oceni kolor swojego gardła. Z pewnością poprosi cię o jakąś opinię w kwestii swojego stanu zdrowia, ale nie wiadomo po co. On i tak wie i widzi lepiej. Węzły są powiększone, gardło czerwone (twoim zdaniem czyste, ale ty jesteś złośliwa, albo nieczuła). – Podaj mi termometr – mówi głosem umierającego łabędzia. Chociaż doskonale wie, gdzie jest termometr, od teraz potrzebuje asysty. Po chwili słyszysz okrzyk tryumfu: 36,9. I na pewno rośnie. Urośnie niestety tylko do 37,2. Ale nie szkodzi, „jak na niego, to przecież bardzo wysoka temperatura, bo normalnie to on ma 36,4”. Nie śmiej się. To na poważnie przecież. Czy ty naprawdę nie potrafisz mu współczuć?!

Podczas gdy ty szykujesz się do pracy (odpowiadając co chwila na pytanie „gdzie jest – paczka chusteczek, kropelki do nosa, lepsza poduszka?”), on albo zalega w waszej sypialni wijąc sobie relaksujące gniazdko, albo biegnie do przychodni wydębić zwolnienie z pracy. Tam, grając paskudnie na emocjach czułej pani doktor (zazwyczaj takiej w wieku jego matki, te młodsze mają mniej empatii) uzyska może ze trzy dni wolnego i uczepi się jak rzep słów: Proszę się porządnie wyleżeć, takie przeziębienia biorą się z przemęczenia.

Taki jestem…

Znam jednego takiego, co do perfekcji opracował spektakl: „jestem taki chory, a muszę chodzić do pracy, żeby utrzymać rodzinę, bardzo chciałbym być dla nich zdrowy, proszę dać mi coś co szybko postawi mnie na nogi”. Zawsze działa. A jeszcze można usłyszeć wzruszone: „No wie pan, skąd się biorą tacy odpowiedzialni mężczyźni?”. To bezcenne.

Męska hipochondria szczególnie mocno uderza w kobiety, bo dotknięci tym problemem panowie wymagają od swoich pań pełnego zaangażowania w opiekę i ciągłego zainteresowania ich stanem zdrowia (a raczej choroby).

Kiedy wrócisz z pracy i zapytasz (uważaj na te swoje kpiące miny) go z czułością jak się czuje, słabym głosem odpowie ci „bez zmian”.  Albo „gorzej”. Szybko pozbieraj porozstawiane wszędzie kubki po herbacie z miodem i cytryną. Przyzwyczaj się do myśli, że wasza sypialnia zamieniła się w szpital, aptekę i salon gier jednocześnie (choroba nie przeszkodzi w instalacji nowych aplikacji na telefonie). Idź po dodatkowe paczki chusteczek („tylko kup te miękkie, z balsamem, bo mam delikatna skórę i zaraz się zrobi czerwona”). Nie licz teraz na jakąkolwiek pomoc z jego strony. Tak, jest w domu. Ale przecież CHORUJE! I to legalnie. Dostał najprawdziwsze zwolnienie!

Po trzech dniach tego cyrku (i wizytach lub telefonach zaniepokojonej teściowej, która koniecznie chce przyjechać z rosołkiem) następuje cudowne ozdrowienie. Nawet jeśli jeszcze jakiś lekki katar pozostał, to on sobie już odpoczął i spieszy do pracy. Ty, łącząc obowiązki zawodowe z domowymi i opieką nad przeziębionym facetem jesteś tak wykończona, że potrzebujesz sanatorium.

Krew, krew mi leci!

Nigdy nie zapomnę, kiedy moja najlepsza przyjaciółka wiozła, będąc w ósmym miesiącu ciąży, swojego męża do szpitala. Biedak zaciął się dość niefortunnie w palec, tak, że wymagał profesjonalnego opatrunku. Wesoła, nieco starsza pielęgniarka oznajmiła mu na wstępie : „Pan się tak nie cacka, widziałam gorsze rzeczy.”. Obraził się. Przecież krew mu leciała! Ale ona nieubłaganie kpiła z niego dalej i bandażując palec dopytawała „Będzie pan rodził?”, oceniajac jego predyzypozycje do rodzinnego porodu fachowym okiem. Następnie zaczęła go ze szczegółami instruować, co powinien zrobić w razie gdyby żona nie zdążyła do szpitala i było już widać  główkę.  Zanim skończyła, leżał zemdlony na kozetce. Wykończyly go nerwy, upływ krwi i własna wyobraźnia.  Kiedy przerażona żona próbowała go ocucić, pielęgniarka objęła ją uspokajająco, –  Pani go jeszcze  na chwilę zostawi – powiedziała. – Proszę sobie wykorzytać ten moment i odpocząć. Przecież on z tym palcem to już w niczym pani do samego rozwiązania nie pomoże. Dla niego, to jakby był bez obu rąk.

Oczywiście, miała rację.

Mężczyni nie chorują. Oni walczą o życie. Pamiętajcie o tym, drogie panie, jeśli macie w domu taki oto właśnie, kruchy męski egzemplarz. I zaopatrzcie wasze domowe w apteczki w meliskę. Nie, nie dla niego. Dla siebie.


Zdrowie Związek

Obchodzi ich jedynie to, ile dla siebie znaczą. Wszystkie tabu miłości

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 września 2016
Fot. iStock/verste
 

Widziałam dzisiaj miłość. Szła z nimi albo też to oni nieśli ją w sobie delikatnie trzymając się za ręce i niespiesznie całując na powitanie. Miłość była w ich spojrzeniach i w tonie jego głosu, kiedy dopytywał z troską, czy nie jest jej zimno. Tak, byli młodzi i piękni, ale nie tak jak myślicie. Obojga dotknął pewien stopień  niepełnosprawności intelektualnej pozostawiając niewyraźny ślad na ich twarzach, utrudniając odrobinę mowę. Choć nie byli piękni fizycznie, idealnością rysów, rzeźbą ciała, byli piękni swoją miłością.

Przecież to wiemy. Miłość nie dotyczy tylko pięknych, zdrowych, sprawnych. Do miłości mają prawo wszyscy, jesteśmy tutaj absolutnie równi i tak samo nieporadni wobec uczuć, które się w nas rodzą. Więc dlaczego?…

Brzydka ona, brzydki on

To nie jest para jak z obrazka. On –  ani trochę przystojny, ona – ani trochę ładna. Dla siebie –  najpiękniejsi. Kiedy w sypialni on rozpina jej powoli bluzkę, nie myśli o jej niezgrabnych łydkach. Kiedy ona delikatnie, z czułością całuje jego szyję, nie przeszkadza jej jego nadwaga. Miłość jest przecież zupełnie „nie o tym”, nie na ten temat…

Idąc za rękę, czasem złapią jakieś krytyczne albo zdziwione spojrzenie. Nic ich ono nie obchodzi. Obchodzi ich to, kim są dla siebie nawzajem, to jak się widzą, ile dla siebie znaczą.

Albo inaczej: on męski, wysoki, zgrabny i przystojny. Ona niska, może odrobinę przysadzista albo przeraźliwie szczupła. – Co on robi z takim brzydactwem? –  słyszy za swoimi plecami. – Mógłby mieć każdą…

Ale jej już to nie dotyka, nie boli, bo jest szczęśliwie pewna jego uczuć i czyni ją to piękną.

Nigdy nie jest za późno

Kochanie może mieć zmarszczki, obwisłe piersi i siwe włosy. Ale będzie wciąż tym samym kochaniem, a może większym, silniejszym nawet, doświadczeniem i zrozumieniem bez słów, akceptacją, wypracowanymi przez cały ten wspólny czas kompromisami. Może mieć kilkadziesiąt lat, a nadal sprawiać, że oni całują się w usta i trzymają za ręce. I tak, oni „nadal TO robią”. Jak? Pięknie, bo znają się na pamięć.

Miłość wykluczona

Ona i ona, on i on. Kochający się po cichu, nie obnoszący ze swoją miłością, nie krzyczący o niej całemu światu. Dyskretni ze strachu, a nie z potrzeby serca. Bo przecież kochają nie tak, jak chcą tego najbliżsi, otoczenie, cały świat. Kochają wbrew oczekiwaniom. Ktoś każe im wybierać: „Jeżeli natychmiast z nim nie zerwiesz, stracisz oboje rodziców!”.  To rozdziera ich i tak umęczona serce na pół.  Przecież chcieliby tylko, by nie wytykano ich palcami, by pozwolono im cieszyć się swoim szczęściem. Czemu odebrano im tak fundamentalne prawo?

Miłość niekompletna

Ona jest chora, ma nowotwór, cztery lata temu usunięto jej lewą pierś. Długo się nad tym zastanawiała, dla niego już prawie zdecydowała się na zabieg rekonstrukcji. Ale powiedział: dla mnie nadal jesteś najpiękniejsza. Jeśli chcesz to zrobić, zrób to tylko dla siebie. Kocham cię.

Tak, chodzą ze sobą do łóżka. Nie, nie zraża go jej „niekompletność”. Dla niego wciąż jest tą samą kobietą, dla której kiedyś stracił głowę. A może nawet– jest jeszcze bardziej kobietą…

Miłość jest też wtedy, kiedy kiedy on porusza się na wózku, bo nie ma nóg, albo jest sparaliżowany od pasa w dół.  Ona, ta jedyna, była z nim, kiedy wątpił, że może jeszcze się na coś przydać. I kiedy krzyczał: „Znajdź sobie prawdziwego faceta, ja nim już nigdy nie będę”. Jest i teraz, kiedy nauczyli się od nowa swoich ciał. I już zostanie.

Nie odwracajcie głowy od miłości dwojga staruszków przytulających się do siebie w parku na ławce. Nie śmiejcie się z miłości dwóch osób, które być może nie wszystko z otaczającego ich świata są w stanie zrozumieć, ale na pewno rozumieją, że to co im się przytrafiło jest wyjątkowe. Nie odzierajcie z intymności „niekompletnych” ciał, one potrafią dać sobie miłość. Jeśli w to kpiąco wątpicie, to znaczy, że o miłości nie wiecie nic.


Zdrowie Związek

Samotność długodystansowca… Matka, Polka, opiekunka swojego mężczyny

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 sierpnia 2016
Samotność długodystansowca... Matka, Polka, opiekunka swojego mężczyny
Fot. iStock/PeopleImages

W polskich kobietach, niezależnie od ich wykształcenia, czy sytuacji materialnej ciągle jeszcze tkwi przeświadczenie, że są za zachowanie swoich partnerów odpowiedzialne, a nawet, że powinny ich w wielu sytuacjach wyręczać. A polscy mężczyźni to ciągle jeszcze dużo bardziej bezkarni i wolni chłopcy niż mężowie i ojcowie. Wychowywani  i  żyjący w poczuciu, że wolno im więcej i że ONA (matka, partnerka, żona) i tak się wszystkim zajmie, wszystko „ogarnie”, czasem nie dorastają nigdy, ale rzadko kiedy zostają sami. Jakimś cudem zawsze znajdzie się dla nich jakaś „opiekunka”.

Siedzą przy wąskim drewnianym stoliku, w ciemnym kącie knajpki w górskim kurorcie. Są na wakacjach, może nawet pierwszych wspólnych, z dzieckiem. On z miną obojętną, i pustym wyrazem niebieskich oczu w spuchniętej, zaróżowionej twarzy. Niespiesznie sączy piwo z wysokiej szklanki. Ona, drobna, chuda wręcz blondynka, tuli do siebie roczną dziewczynkę. Najlepsze, złote kolczyki i świeżo farbowane włosy zdradzają jak ważny dla niej ten wspólny czas.  – Weź na chwilę małą, ciężko już mi – mówi do niego prosząco. – Nie, bo się będzie darła – odparowuje on. – Lepiej już sama ją trzymaj. Z resztą, ja jestem na urlopie.

Więc chwilę potem ona z pomocą innej, obcej kobiety układa małą w spacerówce, a on gapi się w ekran telefonu.

Może i nawet chciałby pomóc, chciałby coś zrobić. Przez chwilę z wyrazem podobnym do zakłopotania patrzy na żonę i dziecko. Ale nie umie. Przecież nigdy tego nie robił. Nigdy nie został sam na sam ze swoją córką. Tak samo jak nigdy nie był specjalnie czuły, ani wylewny dla swojej żony. Spotkali się, a może znali od zawsze, pobrali, urodziło im się dziecko. Ale emocje i troskę widać dziś tylko na jej twarzy.

Kiedy kelnerka przynosi obiad, on niezdarnie wytrąca jej z tacy półmisek. Blondynka zrywa się natychmiast i zbiera resztki sałatki warzywnej z podłogi i koszuli męża.

– Daj spokój, nie rób cyrku – krzyczy on – oni po to są, płacę za obsługę.

Prosi o kolejne piwo, a chuda blondynka cichnie i blednie. Długo szepce coś mężowi do ucha. – Dopiero jedno wypiłem – odpowiada jej on głośno i bez skrępowania. W oczach blondynki szklą się łzy. Mimo woli posyłam jej współczujące spojrzenie. To błąd – dla niej nie ma chyba nic bardziej upokarzającego niż ludzkie współczucie. Przecież wszystko jest jak trzeba. Jest mąż, są dzieci i wakacje w górskim kurorcie. Jest plastikowa ciupaga przy wózku i opalenizna.

Tylko to poczucie gdzieś w środku, że to wszystko nie tak miało być. I wstyd i zmieszanie, gdy po trzecim piwie mąż zaczyna w końcu interesować się śpiącą córeczką, a po czwartym rozprawia na głos o  rodzinnych problemach.

Kilka godzin później, inna ona i inny on na popularnym deptaku w centrum miasta. Modne, sportowe ubrania, uroda jak z reklamy. Piękni trzydziestoletni, stoją w kolejce na wystawę figur woskowych. Nagle on podnosi głos na innego kolejkowicza, który spokojnie tłumaczy, że „zajął” sobie miejsce, bo nie może  tak długo stać. Trzydziestoletni wydyma usta, jest poirytowany. Nie lubi czekać i nie jest przyzwyczajony do czekania. Obrażony wytrąca z ręki oniemiałemu starszemu panu pamiątkowa kulę ze szkła i odchodzi, rzucając w stronę swojej dziewczyny:  Jeśli nie jesteś po mojej stronie, to nie wracaj do hotelu. Czar pryska, nie pomaga już nawet biel wybielonych zębów na tle opalonej na brąz, przystojnej twarzy. To zdecydowanie jest typ bad boya. I grymas kapryśnego potworka.  „Uciekaj” – chciałoby się krzyknąć towarzyszącej mu brunetce o sarnich, łagodnych oczach. Ale ona nie ucieknie. Ona już wzięła na siebie odpowiedzialność za niego. Tłumaczy, uspokaja, próbuje złapać go za rękę. Na próżno.

– Bardzo pana przepraszam – mówi zaróżowiona od wstydu do starszego pana. – Zwrócę panu pieniądze za tę pamiątkę. Proszę powiedzieć ile. – Niech już pani da spokój – odpowiada starszy pan.  To nie pani wina…

Ale młoda brunetka, tak jak i drobna blondynka z córeczką w wózku, czuje się winna. Bo może za mało się starały, za mało były czujne, nie zauważyły w porę jego zniecierpliwienia, złego nastroju, zmęczenia.  Teraz chcą rodziny jak z obrazka, albo choćby takiej jak w ukochanym serialu. Żeby on, na te dwa tygodnie, albo na kilka dni zamienił się w kogoś kim nigdy nie był, bo nikt nie pokazał mu jak to zrobić. Czy to jest w ogóle możliwe?

Pewnie tak, jeśli on znajdzie w sobie siłę i motywację do zmian, a ona przestanie mu bezkrytycznie matkować. Póki co, taki układ trwa. Bo tak jest (jemu) wygodniej.