Macierzyństwo Związek

„Jestem przerażona tym, że nie umiem cię kochać. Mało tego, nie akceptuję cię… Byłam najgorszą macochą, wiem to. Przepraszam”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
9 maja 2016
"Jestem przerażona tym, że nie umiem cię kochać. Mało tego, nie akceptuję cię... Byłam najgorszą macochą, wiem to. Przepraszam"
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

Nie wiem, czy gdybym mogła cofnąć czas – umiałabym zachować się inaczej. Pokochać cię. Przyjąć twoje potrzeby. Zaspokoić. Być matką, nie będąc nią.

Gdy myślałam o tym wcześniej, deklarowałam „Oczywiście! Będę kochać jak swoje”. Tylko, że ja już miała swoje. Kochane, w podobnym wieku, lubiące tak samo jak ty obrazki ze zwierzętami. Każdy moment, który spędzałam tylko z tobą, był chwilą bez niej. Przypominałaś mi o tym braku wciąż.

„Mamo, czy ty ją kochasz bardziej?” – pytała moja córka. „Czy ty ją kochasz w ogóle?” – widziałam zdumienie w jej zagubionych oczach. W ośmioletniej głowie nie mieści się myśl, że mogłabym kochać inną dziewczynkę oprócz niej. Jej rozpacz nie pozwalała mi zbliżyć się do ciebie. Mimo, że bardzo chciałaś.

Pamiętam nasz weekend bez twojego ojca. Poszłyśmy na basen, lody i zakupy. Trzymałaś mnie za rękę i byłaś szczęśliwa. Dawałam ci to, czego twoja mama nie mogła, nie chciała, nie dawała, nie wiem. Byłam dla ciebie odskocznią od napięcia, złości, nieprzewidywalności, którą miałaś ze swoimi rodzicami. Obydwojgiem, bo przecież twój tata też taki był. Byłam spokojem.

Tym bardziej czułam się winna, że budzą się we mnie negatywne uczucia. Że jestem zła, bo ty chcesz mnie więcej. Wzruszona, ale i zmęczona faktem, że wybierasz mnie ponad tatę. Zmęczona jednak bardziej i smutna, że nie masz ciemnych włosów jak ona i jej usposobienia. A przecież nie byłaś ani milimetr gorsza. Tylko inna.

Pamiętam, jak gramy a jakąś grę, a ty nie możesz się skupić. Strasznie długo podejmujesz decyzję, biegając wokół stołu. To samo zachowanie mojej córki nie przywoływałoby tych myśli, które miałam wtedy. Że jesteś mało bystra. Że niedojrzała. Denerwująca. Czuję to i jestem przerażona, że mogę tak myśleć. Jestem przerażona sobą i tym, że nie umiem cię kochać. Mało tego, nie akceptuję cię.

Dziś myślę, że to także przez twojego ojca. Byłaś wciąż stawiana na piedestał. Hania to, Hania tamto. To ciebie przytulał. Z tobą usypiał. Na ciebie patrzył z największym zachwytem, jaki świat mógł w nim wywołać. Ja z czasem stałam się opiekunką dla ciebie. Kimś wygodnym, przyjemnym, ważnym w aspekcie projektu patchworkowej rodziny, którą tworzyliśmy. Nie czułam się jednak tak ważna, jak powinnam być. Ważna tym zachwytem, miłością, pożądaniem. Wpasowałam się jak puzzel w układankę.

Śmieszne, bo jak jeździliśmy autem, zawsze siedziałam z tyłu. Ty, nieświadoma wyróżnienia jakim jest miejsce pasażera, stawałaś się partnerką ojca. Hania woli w lewo, więc skręcamy w lewo. Hania nie chce włoskiej kuchni, więc jemy pierogi. Haniu, który pokój chcesz zajmować – na etapie planów nowego domu.

To trwało parę lat, a ty stawałaś się nastolatką. Kobietą. Nie zauważyłam w sumie, że ty zyskując kobiecość, w jakimś sensie odbierasz moją. „Nie widzisz jak on na nią patrzy?”- pierwsza zwróciła mi uwagę moja przyjaciółka. „Co za komentarz, że ma piękne nogi!”- to druga. Tyłam, a ty stawałaś się taka piękna. Nie było w tym nic erotycznego, jednak dla mnie stałaś się rywalką. Przestałam pożyczać ci sukienki, aby cię ukarać.

Najpierw odeszła moja córka. „Nie chcę czuć się kopciuszkiem”- wyznała mi kiedyś wieczorem. „Jadę do Taty” – podjęła decyzję. Poczułam strach tak wielki, jak nigdy wcześniej. Błaganiem udało mi się zyskać kilka miesięcy, ale w końcu gimnazjum wybrała tak, by mieszkać bliżej ojca. Straciłam ją, a mimo tego nie zbliżyłam się do ciebie. Jeszcze bardziej cię nienawidziłam.

Z czasem poczułaś moją złość. Zaczęłaś izolować się i powiedziałaś kiedyś głośno, że tak jak moja córka chcesz mieszkać z mamą. On jednak nie pozwolił ci na to. Dał mi tydzień na spakowanie się i opuszczenie domu. Powiedział, że jestem jego największym rozczarowaniem.

Spotkałyśmy się ostatnio przypadkiem w Empik’u. Szłaś z chłopakiem i uśmiechnęłaś się do mnie. Pomyślałam wtedy, że przykro mi, że nie mogłam być z tobą blisko, że cię zawiodłam.  Że to nie twoja wina, kochana.

Byłam najgorszą macochą, wiem to. Bo moja walka rozgrywała się w podziemiu, dlatego tak długo zabiegałaś o mnie, nie rozumiejąc co się dzieje. Nie zawsze umiemy kochać nieswoje dzieci. Zwłaszcza, jeśli same nie czujemy się kochane przez ich ojców.

Może kiedyś to zrozumiesz? Przepraszam Haniu.


Macierzyństwo Związek

Dajcie wy mi wszyscy święty spokój. O potrzebie samotności

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

„A idźcie wy wszyscy w cholerę” – mam ochotę czasami powiedzieć. Wyłączyć telefon, zamknąć drzwi od domu. W takich chwilach z utęsknieniem czekam na moment, kiedy wyprowadzę się w Bieszczady, wszyscy będą mieć do mnie daleko, a ja będę upajać się ciszą i spokojem.

Miewacie takie momenty, kiedy ludzkość was wk*rwia? Wrażenie, że nagle wokół was jest o 100% więcej ludzi i wszyscy gadają, krzyczą, coś od was chcą – powiedzieć, zrobić, wymagać?

A wy wtedy najchętniej byście się zaszyli gdzie w kącie w fotelu, nakryli głowę kocem i udawali, że was wcale tam nie ma. Że zniknęliście, staliście się przezroczyści.

Ja jestem z tych, którzy czasami mają serdecznie dosyć ludzi i kochają swoją samotność – oczywiście taką, jaką uda się wypracować. Bo, żeby być całkowicie samemu, to też sztuka przy dwójce dzieci, psie i dwóch kotach. I telefonie, który raczej ciężko wyłączyć ze względu na pracę.

Przyjaciółka do mnie mówi: „Ja tego zupełnie nie rozumiem, jak można chcieć być samemu, nie nudzisz się? Masz coś robić? Ja to wolę pogadać”. To znaczy tak mówiła kilka lat temu, a kilka tygodni wcześniej powiedziała: „Tak, rozumiem twoją potrzebę samotności, sama o niej właśnie marzę”. Jak widać do każdego przychodzi to na różnym etapie.

A ja kocham być sama. Uwielbiam ten moment ciszy i spokoju, ten brak bodźców z zewnątrz. Natłoku słów, zdarzeń. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że znikam co jakiś czas. Przepadam, jak kamień w wodę. Na mailach, czatach i telefonie funkcjonuję jedynie zawodowo ograniczając kontakt z ludźmi.

To czas kiedy (o ile mogę) leżę na kanapie gapiąc się w sufit. Puszczam moją kochana muzyką, ale po cichutku, i przeplatam ją z ciszą. To stan wyczyszczenia głowy z nadmiaru informacji i emocji. Porządkowania wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatni czas. Nie nachalne, na zasadzie – a dzisiaj musisz myśleć o tym i o tamtym i sobie to poukładać. To się dzieje bezwiednie zupełnie. Czuję się naprawdę z dnia na dzień lżejsza. I spokojniejsza. Czas płynie wolniej, co powoduje, że nagle z wieloma rzeczami zdążam. Że wychodzę z permanentnego niedoczasu. W takiej samotności jestem nawet w stanie zrobić porządek ze swoimi ubraniami, a to naprawdę graniczy w moim przypadku z cudem.

Bo taki mały cud zdarza się, kiedy daję sobie przyzwolenie na skupienie się na sobie. Na zwolnieniu, Kiedy dociera do mnie, że ludzie czy tego chcę czy nie i pewnie oni sami tego nie chcą, kradną mi masę czasu. Że nie zdaję sobie sprawy ile energii oddaję na zewnątrz, którą mogłabym spożytkować w jakiś zdecydowanie bardziej sensowny sposób niż prowadzić z kimś dyskusję, która nie bardzo w ogóle ma sens, kiedy się głębiej nad nią zastanowić.

W takiej ciszy i samotności lepiej pracuję, skupiam się na zdecydowanie mniejszej ilości rzeczy. Kto powiedział, że wielozadaniowość to zaleta. To przekleństwo. Bo prowadzi do frustracji – no za diabła nie da się zrobić tysiąca rzeczy świetnie. Gdzieś coś zawalimy. Wiec odpuszczam sobie, wyznaczam sobie priorytety i tylko one są dla mnie ważne, resztę zostawiam za drzwiami, nawet nie wpuszczam do domu.

I w samotności te priorytety nazywam, czuję na czym chcę się skupić, a na co nie chcę marnować danego sobie czasu. Przestaję być rozdrażnioną i zniecierpliwioną mamą, która MUSI na wszystko znaleźć czas. Nie musi i nie na wszystko, jak się okazuje.

Mam takie poczucie pułapki, w którą sami się pakujemy. Facebook, Instagram, What’s up, Messanger – ułatwia nam kontakt z ludźmi, ale mi też zabiera przestrzeń dla mnie samej, dla mojej samotności. Włażę w to cała. Z kumplem gadam na zielono, z kumpelą na niebiesko, a jeszcze sprawdzam i wysyłam gratulacje do znajomej, co to właśnie dziecko urodziła. RETY, no idzie dostać kociokwiku. Wszędzie ludzie, nawet do kibla za mną chodzą. Mam poczucie osaczenia, jak jeszcze zadzwoni pani ze szkoły, żebym wpadła w czymś pomóc, to najchętniej uciekłabym, gdzie pieprz rośnie od ludzi, od mówienia, wyjaśniania, tłumaczenia.

W mojej samotności mogę:

– nabrać dystansu do wielu rzeczy, sytuacji i ludzi,

– odpocząć od nadmiaru bodźców, wyciszyć się,

– uśmiechnąć się do siebie, bo w końcu mam czas siebie zauważyć,

– zrobić rachunek sumienia, co z tego, co chciałam zrobić i co mi się udało,

– nabrać siły na dalszy czas,

– zauważyć potrzebę zmiany, wyjścia poza swój własny komfort,

– poznać i nazwać to, co mnie frustruje,

– odpocząć, nawet jak pracuję, to ograniczenie otoczenia sprawia, że nawet praca staje się przyjemnością (inna sprawa, że swoją lubię),

– porobić, co lubię – pogotować, pobiegać, pogadać z dzieciakami,

– pomalować paznokcie u nóg – ostatnio zdałam sobie sprawę, że nawet na to brak mi czasu,  samotność mi na to właśnie pozwala.

Kocham moją samotność, to ograniczenie ludzi wokół, ale nie przeciwko nim, ale dla samej siebie. I przebieram już nogami na myśl o wakacjach w Bieszczadach. Łażeniu po szlakach, po których chodzi mniej ludzi, o oglądaniu w ciszy wschodu słońca z którejś z połonin. Wyciszeniu siebie, nabraniu głęboko powietrza i zatrzymaniu się bez udziału ludzi.

Ale póki to nastąpi, czeka mnie ekstremalnie intensywny tydzień, z dużą ilością ludzi wokół. Pewnie za tydzień wyłączę się ze wszystkich przekaźników wiadomości i zaszyję się w samotności, choćby tej stworzonej we własnym domu.


Macierzyństwo Związek

Prawdziwa miłość jest dla realistów. Romantyzm potrafi być męczący…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 maja 2016
Prawdziwa miłość jest dla realistów. Romantyzm potrafi być męczący...
Fot. iStock / AleksandarNakic

Miłość i romantyzm, te dwa słowa zdają się iść w parze. Sam fakt, że żywisz do kogoś uczucie jest przecież romantyczny, nawet jeśli twoja miłość taka nie jest. Bo  ona może być prosta, całkiem zwyczajna, nie filmowa bez tych wszystkich gestów udowadniających, że to co czujesz jest prawdziwe. Cicha. I milion razy lepsza od tej, której skrycie zazdrościsz znajomej, krzyczącej o swoim szczęściu głośno przyjaciółce. Myślałaś kiedyś o tym, że twój romantyzm zabija prawdziwą miłość, bo nie pozwala ci docenić tego wszystkiego, co jest miłością codzienną, prozaiczną? A czasem nawet żmudną walką o trwałość i jakość bycia razem.

Szczerze: ile może trwać taki etap intensywnego zdobywania się, zaskakiwania i ciągłych zapewnień, że nikt tylko on?… To mija i męczy. Nie, nie poczucie, że „tylko on”, ale potrzeba ciągłego udowadniania i zapewniania, że tak właśnie jest. Bo przecież, poza miłością, trzeba także żyć, oddychać, być tym, kim wcześniej się było. Tak zwyczajnie, z tym, że we dwoje.

Szukasz dziury w całym, prawie idealnym obrazku. Dla ciebie właśnie to „prawie” jest najbardziej bolesnym słowem. Słowem – katastrofą.  Bo cóż tego, że on tak świetnie zajmuje się dziećmi i co z tego, że dba jak umie najlepiej, jeśli nie przynosi ci tych cholernych kwiatów bez okazji?! Przecież gesty są takie ważne.

Porozumienie dusz

I dlaczego nie rozumie twoich uczuć? W tak bliskiej, świetnej relacji partnerzy odczytują je bez niepotrzebnych słów, prawda? On POWINIEN znać twoje potrzeby i rozumieć ten dziwny, melancholijny nastrój, który ogarnia cię, gdy uświadamiasz sobie, że być może już nigdy w życiu nie poczujesz „motylków w brzuchu”, takich jak z nim, na początku. Inaczej, on POWINIEN dbać o to, by te motylki były tam cały czas. Czy zapomniałaś już, że nie jesteście jednym połączonym organem, tylko odrębnymi ludźmi, o różnych życiowych doświadczeniach? Twój partner, to ktoś, kto nie wnika w tajemniczy sposób do twojej głowy, serca i myśli. On tę wiedzę o tobie zdobywa każdego dnia. I tylko czas i cierpliwość sprawią, że coraz łatwiej będzie mu cię zrozumieć i przewidzieć twoje reakcje.

Miłość bez dramatów

Dlaczego wciąż się sprzeczacie? Przecież tam, gdzie jest miłość, jest jednomyślność, spojrzenie  w tę samą stronę. Powinniście się ze sobą zawsze zgadzać, prawda? Nie. Nie zawsze. W związku czasem jest i różnica poglądów, różnica opinii. Ale tam gdzie jest miłość jest i akceptacja. Dużo ważniejsza o i wiele bardziej ludzka niż wzrok utkwiony w sobie wzajemnie i ten zachwyt, że oto „myślimy tak samo”. Właściwie, co z tego, że tak samo?

Razem

Dlaczego ON czasem chce być sam? Dlaczego ONA raz na jakiś czas ucieka w swój świat? Przecież miłość to ciągłe bycie razem, to obecność, to telefony, kiedy Ty tego potrzebujesz, a ON powinien się domyślić. To obowiązkowe trzymanie się za rękę. Naprawdę? Więc jak radziłaś sobie zanim oddałaś mu cały swój czas i przestrzeń? Czy byłaś wtedy kimś gorszym, mniej wartościowym? Nie daj się oszukać. Miłość codzienna i prawdziwa to dbanie również o to, by się w niej nie zatracić, by zostawiła nam jeszcze nas samych dla siebie. Ci, którzy kochają prawdziwie, rozumieją.

Pytasz dlaczego miłość nie wystarcza? A może to nie miłość, tylko romantyczne uniesienie, które trwało chwilę, kilka miesięcy, rok?  Prawdziwe uczucie to codzienność we dwoje, wysiłek i chęć porozumienia. Świadomość, że związek nie przetrwa jeśli z siebie nie damy nic więcej niż te fajerwerki od święta.

Powiedz, po co ci świece przy kolacji, jeśli na co dzień brak ci jego ciepła? Po co ciągła obecność, jeśli nie wnosi ona nic w twoje własne „ja”? Dlaczego żądasz kwiatów bez okazji, a płaczesz w ukryciu, gdy samotnie dźwigasz zakupy albo wstajesz w nocy do dziecka?

Dziewczyny, doceniajcie zwykłych, nieromantycznych facetów. Oni czasem o miłości wiedzą o wiele więcej niż wam się wydaje. Moja znajoma mawia, że są w życiu dwie kategorie ludzi: realiści i niepoprawni romantycy. Prawdziwa miłość jest dla realistów. Dobrze bywać romantycznym dla tych, których kochamy. Źle mieć oczekiwania, które zniszczą najlepszy związek.


Zobacz także

Dlaczego kobiety kochają drani?

Dlaczego kobiety kochają drani?

Jak przygotować krocze do porodu, aby uniknąć nacięcia

9 mitów o związkach, w które musimy przestać wierzyć.