Związek

„Jeśli ewidentnie czują, a może nawet widzą, że są wykorzystywane, manipulowane, krzywdzone – dlaczego się na to godzą?”

Wysocki o kobietach i życiu
Wysocki o kobietach i życiu
1 lipca 2021
fot. iridi/iStock
 

Dziś temat toksycznych związków. Kiedy daną relację można nazwać toksyczną? Czy każdy z nas sam wytycza granice tego, co jest dla niego „chore” i nieakceptowalne? A może są pewne wspólne cechy toksycznego partnera, które moglibyśmy tutaj nazwać?

Jak dotychczas, zagadnienie podejmę z trzema doświadczonymi kobietami, których głosy bardzo cenię, a których opinie na pewno są nie do przecenienia. Warto ich posłuchać.  Pierwszą spytam Dorotę.

Marcin Michał Wysocki: Czym dla Ciebie jest toksyczny związek? Jakie ma cechy?

Dorota Sadowska: Oooooo, to jest ciężki i bardzo obszerny temat. Absolutnie nie jestem ekspertem.

W mojej ocenie, toksyczność jest wtedy, gdy jedna ze stron krzywdzi drugą. Często tzw. toksyczny partner jest świetnym manipulatorem, wykorzystującym słabe punkty drugiej osoby do osiągnięcia swoich celów. Na pewno podstawowym narzędziem toksycznego partnera jest próba obniżenia własnej wartości u drugiej strony. Staje się przez to słabszym ogniwem, łatwo ulegającym wpływom. Pewne osoby na pewno są bardziej podatne na takie działania.

Marcin Michał Wysocki: A dlaczego, Twoim zdaniem, na to się zgadzają? Jeśli ewidentnie czują, a może nawet widzą, że są wykorzystywane, manipulowane, krzywdzone?

Dorota Sadowska: Podobno zawsze jest tak, że ktoś kocha bardziej… Coś w tym chyba jest. I często z miłości ludzie znoszą wiele cierpień. Z obawy przed samotnością, strachem przed opinią innych, wstydu.

Ważne jest uświadomienie sobie czy dana relacja powoduje u nas szczęście, czy raczej wiąże się z większą ilością destruktywnych emocji. Muszę zaznaczyć, że zawsze uważałam, że wszystko jest dozwolone między dwojgiem ludzi, jeśli oni oboje tego chcą i nikt nikogo nie krzywdzi. Część osób myśli, że ma monopol na jedynie dobre życie i wszyscy powinni żyć tak samo, jak oni. Jednak w tym przypadku mówimy o sytuacji, kiedy jedna ze stron cierpi.

Jeśli relacja działa niszcząco, a ktoś ciągle tłumaczymy drugą stronę, wierzy naiwnie, że kiedyś to się zmieni i znosi wszystko nie potrafiąc odejść, to można chyba mówić o toksyczności. Ona też często wiąże się także z przemocą fizyczną.

I teraz pytanie? Czy widząc z boku taką sytuację u znajomych starasz się przemówić do krzywdzonej osoby? Czy raczej stoisz z boku?

Marcin Michał Wysocki: Bardzo trudna kwestia. Ewidentnie, jako facet i człowiek, gdy widzę osobę krzywdzoną fizycznie – natychmiast ingeruję. Nie umiem nie zareagować. Może to źle. Nie wiem…

Natomiast, gdy widzę, że ktoś znęca się nad kimś psychicznie, to próbuję delikatnie osobę krzywdzoną wybadać, czy zdaje sobie z tego sprawę, a potem, czy taki stan akceptuje. Jeśli tak, to się wycofuję. Jej sprawa. W przeciwnym wypadku, zawsze może liczyć na moją pomoc.

Lidia, a czym dla Ciebie jest toksyczny związek, układ, relacja czy partner?

Lidia Nagiecka : Toksyczny partner, to temat bardziej dla psychologa, niż dla mnie, ale mam pewne doświadczenia. Mogłabym nawet tutaj wkleić kilka zdjęć…

Marcin Michał Wysocki: Buahahahaha!

Lidia Nagiecka : Toksyczny związek jest wyniszczający. I to bez względu na to czy będziemy rozmawiać o toksycznych relacjach z rodzicami, dziećmi, rodzeństwem, szefem, kumplem czy partnerem. Jedyne, co można w takiej sytuacji zrobić (jeśli to możliwe), to uciekać, bez względu na koszty. Mnie toksyczny związek kojarzy się przede wszystkim z huśtawką emocjonalną i stąd brakiem stabilności. Na swój użytek uknułam powiedzenie „cacy, cacy, buch po glacy”.

Marcin Michał Wysocki: Fakt, nie słyszałem. Zapisuję :).

Lidia Nagiecka: To również układ pełen manipulacji i przemocy psychicznej. To relacja, w której pomimo absolutnej pewności, że ktoś nas krzywdzi i postępuje nagannie, to my czujemy się winni.

Marcin Michał Wysocki: A kiedy Twoim zdaniem ucieczka z takiego związku nie jest możliwa?

Lidia Nagiecka: Możliwa jest zawsze, pytanie jakim kosztem. Kosztem samotnego wychowywania dzieci, kosztem gorzej płatnej pracy, to nie są łatwe decyzje. Choć sądzę, że konieczne. Myślę jednak, że największy problem dotyczy relacji ze starszymi, często schorowanymi, toksycznymi rodzicami. Społeczeństwo się starzeje, państwo nie jest przygotowane na stawienie czoła opiece nad nimi. Dzieci pozostają z dylematem i gigantycznym problemem do rozwiązania. Opieka nad własną rodziną, pogodzenie pracy zawodowej, a do tego rodzic wymagający nakładów czasu, pracy, pieniędzy i energii większej niż wszystkie wcześniej wymienione osoby razem wzięte. Pół biedy, kiedy mowa o kochającym i troskliwym rodzicu, który zasługuje na miłość i szacunek. Nie zawsze tak jest. To jest układ, z którym w mojej ocenie najtrudniej jest się uporać. Nawet kiedy zapanujemy nad sytuacją technicznie i finansowo, pozostanie w nas poczucie winy i wyrzuty sumienia. Rodzaj zobowiązania, jakiego nie zaciągnęliśmy, a jesteśmy zmuszeni spłacać.

Marcin Michał Wysocki:  Ula, a czym według Ciebie jest toksyczny związek? Kiedy takim się staje? I co, na ten temat, mówi psychologia oraz Twoja praktyka terapeutyczna?

Urszula Lajfert: To może, drogi Marcinie, zacznę od tego, co o toksyczności mówi psychologia. Przede wszystkim chciałabym wspomnieć, iż nie zawsze ją od razu zauważamy. Właśnie początki mogą być mylące. Takie relacje często szybko się rozpoczynają, są intensywne, emocjonalnie nasycone. Partner może wydawać się uroczy, czarujący i uwodzący. To oczywiście mocne uogólnienie, bo przecież dobre relacje także mogą zacząć się intensywnie

Jednak to, co powinno zwracać naszą uwagę to fakt, że „im dalej w las”, tym my coraz gorzej się czujemy. Zaczyna brakować nam energii. Zamiast wzrastać, czuć się bezpieczniej, czujemy się mniej akceptowani, kontrolowani, nieważni.

Najczęściej wymieniane cechy takiej relacji to: szantaż emocjonalny, wywoływanie poczucia winy, spadek poczucia własnej wartości, kłótnie, brak więzi emocjonalnej, przemoc fizyczna, poczucie samotności.

Niestety nawet kiedy już się zorientujemy, że jesteśmy uwikłani w toksyczną relację pomimo szczerych chęci nie potrafimy jej zakończyć. Często w gabinecie pracuje właśnie z takimi osobami – celem terapii jest koniec „miłości”.

Trudno mi, Marcinie, już w tej chwili odróżnić, czym dla mnie jest toksyczny związek, bo są to identyczne sygnały, jak te wymienione powyżej. Jednak dodałabym jeszcze przede wszystkim, iż jest to pogorszenie jakości codziennej rzeczywistości. Zamiast czerpać, rozwijać się, doładowywać pozytywnie z relacji z ukochaną osobą, osoba uwikłana usycha z dnia na dzień jak kwiat.

Na szczęście istnieje także piękna miłość, pełna empatii, akceptacji, dialogu, wymiany pomiędzy obojgiem partnerów. Zdrowa, dającą nadzieję, wsparcie i dużo cennego „dobra”😊.

Marcin Michał Wysocki: Amen!

***

Dorota Sadowska: kobieta wielu talentów i profesji. Menedżer, właściciel, a przede wszystkim matka dwojga, dobrze ułożonych nastolatków. Miłośniczka ambitnej literatury i alternatywnej muzyki, która nie zawaha się dostać na koncert ulubionego zespołu na kraniec świata.

Lidia Nagiecka twórczyni jednego z pierwszych w Polsce wydawnictw książek audio www.qesagency.pl.Od niedawna również wydawca publikacji papierowych. Na co dzień zapracowana, matka dwóch synów. Jeden dorosły, a drugi wysoki😊. „Złota rączka”, miłośniczka podróży i wszelkiej aktywności sportowej.

Urszula Lajfert psycholog, certyfikowana psychoterapeutka i www.psychoprzemiana.pl. W ciagu kilkunastu lat pracy zawodowej, ukończyła taką liczbę studiów, kursów i szkoleń, że szkoda czasu na ich przytaczanie. Zdecydowanie woli Ulę od Urszuli😊. Od wielu lat związana prywatnie i osobiście z rozwojem wewnętrznym. Zainteresowana człowiekiem, jako całością.


Związek

„Po co mam walczyć o równouprawnienie, skoro każą mi wtedy zajmować się domem? Ja jestem zmęczony. Nie ma mowy!”

Wysocki o kobietach i życiu
Wysocki o kobietach i życiu
8 lipca 2021
fot. Inside Creative House/iStock
 

Domowe obowiązki. Przedmiot sporów, przepychanek, a nawet domowych wojen. Kto na kogo je „zwala”? Kto ich unika jak ognia? A kto chowa się za wygodnym dla własnej płci modelem rodziny, w której to facet jest od przynoszenia pieniędzy… ? Czy w naszych rodzinach dalej rządzą stereotypy? Czy to wina wychowania, a może ogólnej społecznej przychylności dla tradycyjnego modelu rodziny? Jak wychowujemy w tym obszarze nasze dzieci? Czy od małego wpajamy im obowiązkowość i partnerstwo czy może narzucamy patriarchalny stereotyp? Jakimi ludźmi chcemy, aby się nasi synowie i córki stali w przyszłości?

Te i inne kwestie rozwinę z trzema zaprzyjaźnionymi, wspaniałymi kobietami, których głosy – jak wiecie – bardzo sobie cenię…

Marcin Michał Wysocki: Dorota, tylko szczerze, kto u Ciebie sprząta, kto gotuje, kto pierze i prasuje?

Dorota Sadowska: Byłam wychowana z poczuciem, że każdy ma jakieś obowiązki w domu. Już w szkole podstawowej właściwie gotowałam całe obiady, sprzątałam w domu. Przyznaję, że zawsze starałam się wymiksować z prac ogródkowych. Do dziś nie jest to moja pasja :).

Teraz jestem po rozwodzie, mieszkam z dwójką nastolatków. Mając syna i córkę staram się, aby w życiu dorosłym nie byli ułomni w podstawowych sprawach. Na pewno nie jestem typem matki, która wyręcza dzieci we wszystkim. Najczęściej to ja rozdzielam prace. Sprzątają wszyscy, każdy musi coś zrobić. Od dobrych paru lat nie tykam nawet palcem niczego w ich pokojach.

Jeśli chodzi o gotowanie obiadów, to pewnie ja najczęściej wykonuję tę pracę, ale mamy takie dni, kiedy dzieciaki mają mi przygotować listę produktów, które potrzebują i w tym dniu jedno z nich gotuje dla rodziny. Same wybierają potrawy, które nieraz są niespodzianką. I jest to duża radocha dla wszystkich. Śniadania i kolacje często robią sobie sami, bez problemu.

Przyznaję, że zawsze walczyłam z stereotypami płci, nigdy nie byłam za tradycyjnym podziałem ról. Partnerstwo wymaga rozmowy, szacunku do drugiej osoby oraz zrozumienia jej potrzeb. Znam kobiety, które świetnie się odnajdują w roli Matki Polki. I bardzo dobrze, jeśli je to satysfakcjonuje.

Mnie to nigdy nie wystarczało, miałam potrzeby realizacji na wielu polach.

Marcin Michał Wysocki: OK, rozumiem w jaki sposób funkcjonuje Twoja rodzina w tym aspekcie, ale powiedz, czy w związku z mężczyzną stawiałabyś te kwestie na ostrzu noża, walczyłabyś o partnerski podział obowiązków, czy możesz sobie wyobrazić, że temat odpuszczasz – powiedzmy – dla miłości?

Dorota Sadowska: Ja mam dużą potrzebę sprawiedliwości, generalnie. Nie uznaję relacji pan i władca –podwładny. Na pewno bym nie odpuściła. Cały czas bym próbowała egzekwować, tłumaczyć. I tak, jak kiedyś miałam zapędy do bycia górą w związku, tak teraz absolutnie już pragnę partnerstwa. Na wszystkich poziomach. Szanujmy innych, ale szanujmy też siebie.

Jeśli miłość jest z obu stron, to ciężko mi wyobrazić sobie, że nie jesteś w stanie dogadać się z partnerem w takiej kwestii. Rozmowa jest podstawą. A jeśli bierzemy wersję, że jednak partner idzie w zaparte, to ja bym miała właśnie duże poczucie niesprawiedliwości, wykorzystywania, niezrozumienia, niezaopiekowania. To dobrze nie rokuje….

Cały czas jednak powtarzam, że znajdzie się dużo kobiet, którym to nie przeszkadza. A czasami wręcz dzięki temu czują się potrzebne. Jeśli zależy Ci na drugim człowieku to wsłuchujesz się w jego potrzeby…

Marcin Michał Wysocki: Zgadzam się z Tobą. Mnie to przekonuje. Dziękuję.

Teraz porozmawiam na ten temat z Lidią – moją wydawczynią. Poza kwestiami, które opisałem we wstępie do felietonu, mam do Ciebie także indywidualne pytanie: jak było z domowymi obowiązkami w Twoim małżeństwie i innych relacjach? Czy za każdym razem podział ról był identyczny? A jak to się przekłada na Twoich synów?

Lidia Nagiecka: W ogóle nie uznaję czegoś takiego jak podział ról. Uważam, że najszczęśliwszym układem jest taki, kiedy każdy zajmuje się tym, co umie najlepiej. Potrafię gotować i chętnie to robię, więc z przyjemnością karmię rodzinę i przyjaciół. Nie robię tego jednak z poczucia obowiązku. Zarówno moi synowie, jak i partner doskonale radzą sobie w kuchni i jestem absolutnie spokojna, że nie umarliby z głodu pozostawieni samym sobie.

Faktem jest, że prace domowe pochłaniają sporo czasu i w sytuacji, kiedy nie posiadamy służby musimy je w sensowny sposób pomiędzy siebie dzielić.

Uniknęłam szczęśliwie roli „kury domowej”, wzywanej do podania kanapki, czy zmycia naczyń. Wymagało to sporo pracy. Nawyki wyniesione z domu głęboko pokutują i czasami trzeba było wytłumaczyć partnerowi, że już nie mieszka z mamą :). Synów udało mi się wychować na całkowicie samoobsługowe jednostki. Potrafią zadbać zarówno o siebie, jak i o swoje otoczenie. Przejmują część obowiązków domowych i już nawet odzwyczaili się od myślenia „w czym ci pomóc”, co sugeruje, że wszystkie około domowe prace są powinnością kobiety, a oni, „ludzkie pany” mogą w porywie serca wspomóc niewiastę.

To właśnie w moim odczuciu jest istotą sprawy. Uświadomienie domownikom, że nikomu nie pomagają, a jedynie wykonują konieczne czynności wynikające z codziennego funkcjonowania w rodzinie.

Swoją drogą ciekawa jestem, co należało do Twoich obowiązków domowych, kiedy byłeś nastolatkiem, mieszkającym z rodzicami.

Marcin Michał Wysocki: My, w mojej rodzinie, także byliśmy (i jesteśmy) „w sytuacji, gdy nie posiadamy służby”, hahaha. Dlatego, mimo przewodniej roli babci Stasi, która krzepko dzierżyła stery domostwa, a także mojej małoletniej kariery sportowej, pochłaniającej mnóstwo czasu każdego dnia (przepływałem do 9km dziennie w wieku 9 lat, plus dalekie dojazdy i szkoła), odkurzałem dywany i trzepałem je od czasu do czasu, chodziłem do piwnicy po przetwory czy ziemniaki, sprzątałem swój pokój (miałem papużki, które śmieciły jak diabli, więc de facto odkurzałem go codziennie), wyrzucałem śmieci i wieszałem mokre firanki (czego nie cierpiałem, bo były wielkie i liczne). Nie mam pojęcia, czy to dużo, ale w sumie miałem swój skromny wkład w życie domu – czego nie można powiedzieć o moich starszych, hahaha, którzy byli zajęci swoją karierą zawodową w 100%, dlatego kwatermistrzostwo w pewnym sensie dzieliłem z babcią. Z czasem przejąłem od niej zakupy, gdy były już dla niej zbyt uciążliwe. A potem stopniowo, zgodnie z upływającym czasem, przejmowałem w domu wszystkie funkcje gospodarskie. Gdy ukochanej Stasi zabrakło, a rodzice, z racji wieku i braku sił (a także nawyku, hahaha), nie mogli już zająć się ani pracami domowymi, ani ogrodem, którego się dorobiliśmy, korzystałem oczywiście z pomocy różnych specjalistów. Szczególnie w kwestii prasowania :).

Lidia Nagiecka: Obowiązki domowe mają jeszcze jedno oblicze. A jest nim reakcja otoczenia na kobiety wykonujące tak zwane „prace męskie”. Przy moich zdolnościach w tym zakresie…

Marcin Michał Wysocki: Znanych! Wpisaliśmy Ci to nawet w poniższym biogramie 🙂

Lidia Nagiecka: …często spotykam się z niedowierzaniem na wieść, że nie mam żadnego problemu z obsługą wiertarki, kosiarki czy piły tarczowej. Co ciekawe, dziwią się głównie kobiety. Mężczyźni przyjmują postawę zakłopotanego chłopca, który boi się gorzej wypaść. Włącza im się tryb rywalizacji. W skrajnych przypadkach (zwykle, kiedy sami niewiele potrafią) przyklejają takiej kobiecie łatkę „babochłopa”, który bierze się za coś, co do niego nie należy :).

Marcin Michał Wysocki: Grono najbliższych podziwia Twoje umiejętności, a resztą się nie przejmuj :). Masz wyjątkowe zdolności. Pamiętam, jak koledze chciałaś osobiście przerobić wóz na campera :). OK, tyle prywaty. Dziękuję za Twoje zdanie.

Teraz o to samo spytam naszą Panią Psycholog :). Ula, jak powinno być w relacji z podziałem obowiązków? Czy istnieje coś takiego jak „sprawiedliwy” układ?

Urszula Lajfert: Oj.. Zadałeś mi, Marcinie, pytania, na które nie mam jednoznacznych odpowiedzi. Jak powinno być z podziałem obowiązków? To zależy od wielu czynników, m. in. kulturowych, społecznych, religijnych, rodzinnych i jak zwykle indywidualnych.

Przytoczę tutaj dwa przykłady. Pisząc ten felieton, akurat przyszedł mi do głowy przykład mojej przewodniczki z wakacji w Grecji. Polka, zakochała się w Greku. Opuściła kraj. Została jego żoną i zamieszkała na wyspie. Opowiadała, że tam podział obowiązków jest od razu narzucony i nie podlega żadnym zmianom, dyskusjom. Np. kobieta całkowicie zajmuje się domem i robi w nim wszystko. Wyrzuca śmieci, odkurza, gotuje, nakrywa i zbiera naczynia ze stołu, zmywa po każdym posiłku, wychowuje dzieci. I uwaga, to ona robi remont i np. maluje ściany 2 razy w roku. Kiedy ukochany mąż budzi się rano, jej obowiązkiem jest od razu, wraz z uśmiechem na ustach, podać mu kawę. I jak to ona, nasza przewodniczka, z lekkim zawstydzeniem jednak bardzo szczerze dodała, że nie ma mowy o tym, żeby nie kochać się z mężczyzną, kiedy on ma na to chęć. To jej obowiązek i tyle…

Marcin Michał Wysocki: Aż mi cierpnie skóra na takie traktowanie słabszych.

Urszula Lajfert: No, tak, ale z kolei zadaniem każdego mężczyzny jest praca i zarabianie na dom. Jak widać tam podział jest dość klarowny, jasny, itd. Śmiało możemy powiedzieć, że w Polsce jest obecnie jednak trochę inaczej.

Marcin Michał Wysocki: Mimo, że nie jestem religijny, chciałbym powiedzieć w tym miejscu „no, i dzięki Bogu”, jednak obawiam się, że to nie jest cała prawda.

Po pierwsze, są regiony Polski, gdzie statystycznie model rodzinny zapewne niewiele odbiega od opisanego przez Ciebie, greckiego przykładu. Taki, powiedzmy Górny Śląsk, Podkarpacie czy Lubelszczyzna – gdzie powszechne niskie wykształcenie, zamknięcie na zmiany itp., pomagają na utrwalanie dominującego, siermiężnego układu w rodzinie.  Po drugie, w XXI w. facet już dawno przestał przynosić do domu pieniądze, a jeśli już to niekoniecznie jako jedyny żywiciel…

Urszula Lajfert: Wracając do tematu, nie mogę pominąć tego iż, często ten nasz rodzinny podział – jakikolwiek jest – bywa płynny, ruchomy. Załóżmy, że do tej pory, to kobieta gotowała każdy posiłek w domu. I nagle złamała rękę, gips i czeka ją rehabilitacja, itd. W takim przypadku musi nastąpić zmiana…

Marcin Michał Wysocki: Moim zdaniem, w rodzinie tzw. tradycyjnej, w sukurs przyjdą wówczas inne kobiety – babka, matka czy siostra. Chłop, co najwyżej, zje na stołówce, a już na pewno nie widzę go gotującego całej rodzinie, czy piorącego i prasującego. Prędzej mi tu kaktus wyrośnie!

Urszula Lajfert: Inny przykład. Często np. urodzenie dziecka zmienia cały dotychczas ustalony sposób funkcjonowania pary. Zatem czy da się ustalić coś raz, na zawsze?!

Marcin Michał Wysocki: Hmm, wydaje mi się, że stajemy się więźniami stereotypów i nawet tak ekstremalne sytuacje niczego nie zmieniają – w ogóle albo na trwałe. Szczególnie, gdy przynoszą nam (mężczyznom) korzyści. Po co mam walczyć o równouprawnienie, skoro każą mi wtedy zajmować się domem? Ja jestem zmęczony. Nie ma mowy. Przecież, to się nie trzyma kupy!

Urszula Lajfert: Wracając do Twojego drugiego pytania Marcinie… Nie wiem, czy możliwy jest układ sprawiedliwy. Moje zdanie jest takie, że nie ma sprawiedliwości na świecie w ogóle i dotyczy to również omawianego przez nas tematu. Ale można zrobić tak, aby jednak te obowiązki nie powodowały w nas poczucia pokrzywdzenia czy też wykorzystania. Trzeba rozmawiać, ustalać, otwarcie mówić co i kiedy mi pasuje, a kiedy nie pasuje. Co lubię A czego nie, itd.

Marcin Michał Wysocki: Miałem taki „układ” na studiach – kumpel mył naszą wspólną łazienkę. Tak, robił to wybornie, jednak ja musiałem zajmować się całą resztą domu, bo on tego „nie lubił”…

Urszula Lajfert: Często słyszę w gabinecie jak partnerzy zarzucają sobie nawzajem, jak to robią więcej. I czasem po takiej wspólnej otwartej rozmowie u mnie okazuje się, że wielu rzeczy wzajemnie u siebie nie widzą, bo są ograniczeni do własnej perspektywy. Nie maja innej, nie znają szczegółów. Jak partner zaczyna mówić co i kiedy on robi, druga strona bywa zaskoczona. Choć się zdarza i tak, że faktycznie ktoś robi więcej i zaczyna się dyskusja o tym, dlaczego tak się dzieje. Ciekawe, ile jesteśmy w stanie zrobić, aby utrzymać przy sobie partnera. Np. z obawy, że odejdzie robimy dużo więcej niż on.

Podsumowując, każdy układ jest inny, zmienny, czasem odgórnie narzucony i tu pozostaje nam tylko akceptacja. A czasem mając na tyle dużo wolności, otwartości i bliskości spokojnie możemy układać po swojemu podział obowiązków w naszych relacjach.

Marcin Michał Wysocki: Dziękuję Wam za rozmowę.

***

Dorota Sadowska: kobieta wielu talentów i profesji. Menedżer, właściciel, a przede wszystkim matka dwojga, dobrze ułożonych nastolatków. Miłośniczka ambitnej literatury i alternatywnej muzyki, która nie zawaha się dostać na koncert ulubionego zespołu na kraniec świata.

Lidia Nagiecka twórczyni jednego z pierwszych w Polsce wydawnictw książek audio www.qesagency.pl.Od niedawna również wydawca publikacji papierowych. Na co dzień zapracowana, matka dwóch synów. Jeden dorosły, a drugi wysoki😊. „Złota rączka”, miłośniczka podróży i wszelkiej aktywności sportowej.

Urszula Lajfert psycholog, certyfikowana psychoterapeutka i www.psychoprzemiana.pl. W ciagu kilkunastu lat pracy zawodowej, ukończyła taką liczbę studiów, kursów i szkoleń, że szkoda czasu na ich przytaczanie. Zdecydowanie woli Ulę od Urszuli😊. Od wielu lat związana prywatnie i osobiście z rozwojem wewnętrznym. Zainteresowana człowiekiem, jako całością.


Związek

Gdzie leży granica głupoty i ślepoty na to, że ktoś nas oszukuje, wykorzystuje, zdradza?

Wysocki o kobietach i życiu
Wysocki o kobietach i życiu
23 czerwca 2021
Photo by Oscar Keys on Unsplash

Dziś podejmiemy temat zaufania i wiążącego się z nim zagadnienia naiwności. Rozwinę go z trzema znanymi już Wam, zaprzyjaźnionymi paniami, których opinie bardzo cenię. Ja jestem podobno łatwowierny. Na pewno, gdy poznaję kogoś, to mu na wstępie ufam – chyba, że mój nos, zwany intuicją albo doświadczenie życiowe mówią, żeby uważać. Gdzie leży granica głupoty i ślepoty na to, że ktoś nas oszukuje, wykorzystuje, zdradza?

Marcin Michał Wysocki: Dorota, czy jesteś łatwowierna? Bo na pewno nie naiwna, hahaha.

Dorota Sadowska: A propos Ciebie, to się zgadzam. Twoja dziecięca wręcz otwartość nieraz mnie zaskakuje, choć to generalnie dobra cecha :). Jednak, jak to mówią, kiedy masz miękkie serce, to musisz mieć twardy… W mojej ocenie z naiwnością mi nie po drodze. Choć jest coś w tym, że poznając kogoś chcę mu dać czystą kartę – pomimo bagażu doświadczeń życiowych. Nie oceniam za szybko. Czasami wytłumaczę drobne potknięcia i daję szansę. W nowych kontaktach absolutnie nie jestem łatwowierna, a w szczególności w relacjach z mężczyznami. Mam to szczęście, że jestem obdarzona dużą dawką inteligencji emocjonalnej, więc doskonale wyczuwam emocje innych, ich nastroje.

Podwójnie odczuwam też fałszywe nuty, choć nie zawsze jestem w stanie sprecyzować na początku, co mi nie pasuje. Sytuacją idealną byłaby taka, gdy słucham swojej intuicji. Nie zawsze jednak tak jest – przyznaję. Czasami chciałabym się mylić! Bo poznajesz kogoś, kto Ci się podoba, z kim nadajecie na takich samych falach. Tak ci się przynajmniej wydaje… a życie bywa zaskakujące. Wiemy, że są różni ludzie, nie zawsze mają dobre intencje. I czasami mogą błądzić. Tylko ile razy można wybaczać? Czasami tak bardzo pragniemy widzieć jakąś osobę w pozytywnych kolorach, że przymykamy oko na niektóre sprawy.

Zaufanie jest dla mnie podstawą w relacji, nie tylko damsko-męskiej. Jego brak powoduje szereg niepotrzebnych myśli, zdarzeń. Jeżeli ci zależy na drugim człowieku, powinno się tak postępować, żeby tylko to wzmacniać. A gdy zawalisz, to stawać na głowie, aby je odzyskać. Trzeba pamiętać, że jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy. Najważniejsze dla mnie jest zawsze, jak ktoś zachowa się w takiej sytuacji. Czy jest w stanie ponieść konsekwencje, nie zwalać winy na wszystko dookoła.

Przyznaję, że gdy ktoś mnie zawiedzie, to bardzo ciężko jest mu to nadrobić. Ale nie jest to niewykonalne! Jestem wtedy bardzo czuła, mam wyostrzone radary na wszystko, co się dzieje. Bacznie obserwuje i wyciągam wnioski. A jak jest u Ciebie?

Marcin Michał Wysocki: U mnie? Bardzo podobnie, choć wiem, że masz mnie za naiwniaka :), który zbytnio wierzy nieznanym sobie ludziom. Okej – kobietom, gdyż zaufanie do mężczyzn, to zupełnie inna kategoria. Mimo porażek, jednak nie zmienię swojego podejścia. Dopóki się da. W dniu, w którym będę podejrzliwy w stosunku do każdego nowo poznanego człowieka, utracę coś niewidzialnego, człowieczego.

W sumie uważam, że bycie łatwowiernym w relacjach – świadomie pomijam naiwność w sferze finansowej, jeśli się damy komuś zwyczajnie naciągnąć – niesie mniejsze ryzyko, niż korzyści, jakie daje nieskalana podejrzliwością otwartość na innych. Mam nadzieję, że ta moja teza jest zrozumiała, ale na wszelki wypadek ją zilustruję.

Zatem wolę podchodzić do kogoś nowego bez uprzedzeń i mu w pełni wierzyć (oczywiście mając włączone w tle detektory ewidentnego szwindlu, np. gdy pięknej urody pani zaczepi mnie, twierdząc, że moja książka jest genialna :)), niż krytycznie analizować i pacyfikować każdego obcego na dzień dobry. To jest na pewno łatwowierność, ale od naiwności różni się, moim zdaniem tym, że ufam takiej osobie do pierwszej wpadki, bo dziewictwo traci się tylko raz.

Ciekawe, co myśli na ten temat Lidia. Czy Ty jesteś łatwowierna?

Lidia Nagiecka: Niestety jestem. Działa prosta zasada – sądzę ciebie podług siebie. Mam zwyczaj mówić prawdę i tego samego spodziewam się po rozmówcy. Napotkane osoby obdarzam zaufaniem i dopóki nie wydarzy się coś, co je podważy, tego się trzymam. Ma to swoje dobre i złe strony. Dzięki otwartości poznaję fajne i ciekawe osoby, które zajmują bardzo ważne miejsce w moim życiu. Czasami przypadkowe spotkania przeradzają się w trwałe przyjaźnie, a czasami są po prostu mile spędzonymi chwilami.

Istnieje też ciemna strona łatwowierności. I to chyba nie jest żadnym zaskoczeniem, ponieważ samo słowo „łatwowierność” ma wydźwięk pejoratywny. Jest traktowane, jak rodzaj naiwności, podatności na manipulacje, słabości. Moja łatwowierność kończy się w momencie przyłapania rozmówcy na kłamstwie. Rozumiem i wybaczam słabości, podkolorowanie rzeczywistości, żeby ciut lepiej wypaść, czy strach przed przyznaniem się do pewnych kłopotliwych sytuacji. Całkowicie nie rozumiem kłamstwa dla kłamstwa. Znam osobiście kilka takich osób, o których śmiało mogę powiedzieć, że prawdę mówią jedynie „niechcący”, kiedy się zapomną. Rozmowa z nimi jest ciekawym doświadczaniem. To rodzaj nieustającego quizu, w którym obstawiam, która z otrzymanych informacji okaże się prawdziwą?

Marcin Michał Wysocki: Naprawdę? Nie znam takich… Może je zwyczajnie wykasowałem z notatnika?

Lidia Nagiecka: Spotkania z nimi ograniczam do niezbędnego minimum i nie podchodzę do tego emocjonalnie. Jako, że w taki sam sposób traktują wszystkich rozmówców, zakładam, że to rodzaj schorzenia i nie biorę tego do siebie. Traktując temat poważnie, jeśli tracę do kogoś zaufanie, to definitywnie. W zależności od wcześniejszych relacji, mogę z taką osobą utrzymywać kontakty, czy nawet się przyjaźnić, jednak zawsze gdzieś pod skórą zostaje pewna rezerwa. Jak w tym dowcipie o łyżeczce. Wiesz, Janek, nie przychodź do nas więcej, bo po twojej ostatniej wizycie zginęła srebrna łyżeczka. No co ty, chyba nie sądzisz, że ja ją zabrałem!? Nie, nie, znalazła się. Ale wiesz, niesmak pozostał.

Marcin Michał Wysocki: Hahaha. Dobre choć stare, nadal jare :). A co sądzi na ten temat nasza pani psycholog? Ula, czy jesteś łatwowierna?

Urszula Lajfert: Bywam, albo ujmę to tak: niekiedy chcę taką być. Mam szeroko rozbudowaną intuicję, również własną pracę terapeutyczną za sobą, samoświadomość, a także wiedzę psychologiczną. Te wszystkie rzeczy sprawiają, że nie jestem zbytnio naiwna. Po prostu czuję rzeczywistość, ale też ją obserwuję. To mi pozwala odczytywać różne sygnały, odróżniać dobro od zła. Każdy to może.

Marcin Michał Wysocki: Czy naiwność to cecha wrodzona, nabyta? Jak to wygląda od strony specjalisty?

Urszula Lajfert: Już jako dzieci ją mamy. Jest to naturalny etap w życiu. Jako kilkuletni człowiek wierzymy we wszystko, co jest nam mówione. Bezgranicznie. Dorośli czytają nam bajki, na przykład o rycerzu i księżniczce na wieży. Bajki kończą zazwyczaj ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE. Naiwnie, przez jakiś czas wierzymy, że jest miłość jedyna i do końca życia. Tylko potem okazuje się, że on, ów Książę, to Ogr, a ona, księżniczka, ma coś z Ropuchy. Jednak ten etap mija, choć nie u wszystkich całkowicie, i w różnym stopniu łatwowierność zanika/maleje.

Jeśli np. jesteśmy temperamentalnie empatyczni, wrażliwi będziemy prawdopodobnie także bardziej naiwni. Jeśli w naszej duszy gra chęć pomagania innym, możemy mieć także większą skłonność do bycia zmanipulowanym, itd. Ale są sposoby, aby pomimo swoich cech osobowościowych, stylu wychowania, jednak dbać o siebie i swoje granice.

Marcin Michał Wysocki: Jakie?

Urszula Lajfert: Przede wszystkim uczymy się siebie, tego, co i dlaczego czujemy, co chcemy, co jest dla nas dobre, czego potrzebujemy. Nie co chce i oczekuje od nas świat, inni, religia, i tak dalej Zaczynamy od siebie, my jesteśmy na pierwszym miejscu. To nie znaczy, że mamy być egoistyczni, apodyktyczni, nie pomagać innym, nie widzieć nikogo i niczego dookoła. Ale punktem wyjścia jest nasze dobro, nasze ja. Warto ćwiczyć bycie asertywnym, podnieść pewność siebie, nauczyć się rozpoznawać intencje innych. Możemy nad sobą pracować sami, czytając książki czy poradniki. Możemy także skorzystać z kilku sesji u psychologa lub jakiegoś szkolenia, warsztatu.

Moją prywatną ulubioną metodą jest rozmowa z innymi. Pytam, co ktoś myśli, jak czuje, dlaczego. Moi bliscy czasem mówią: „Jejku, a ta znów będzie pytać”. Ale to pomaga mi poszerzyć i czasem zmienić perspektywę. Inni ludzie mogą także pomóc i pokazać, jak nie być naiwnymi, jak wygląda świat drugiego człowieka, jego motywacja. Uczmy się każdego dnia siebie. Bądźmy świadomi. Bądźmy sobą i przy sobie, ale z innymi. To piękne i na pewno ochroni nas przed „złymi energiami”.

***

Dorota Sadowska: kobieta wielu talentów i profesji. Menedżer, właściciel, a przede wszystkim matka dwojga, dobrze ułożonych nastolatków. Miłośniczka ambitnej literatury i alternatywnej muzyki, która nie zawaha się dostać na koncert ulubionego zespołu na kraniec świata.

Lidia Nagiecka twórczyni jednego z pierwszych w Polsce wydawnictw książek audio www.qesagency.pl.Od niedawna również wydawca publikacji papierowych. Na co dzień zapracowana, matka dwóch synów. Jeden dorosły, a drugi wysoki😊. „Złota rączka”, miłośniczka podróży i wszelkiej aktywności sportowej.

Urszula Lajfert psycholog, certyfikowana psychoterapeutka i www.psychoprzemiana.pl. W ciagu kilkunastu lat pracy zawodowej, ukończyła taką liczbę studiów, kursów i szkoleń, że szkoda czasu na ich przytaczanie. Zdecydowanie woli Ulę od Urszuli😊. Od wielu lat związana prywatnie i osobiście z rozwojem wewnętrznym. Zainteresowana człowiekiem, jako całością.