Lifestyle Psychologia Święta Związek

Jak żyć w związku i nie zwariować? Kilka rad szczęśliwej mężatki

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
19 grudnia 2015
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Tyle się mówi i pisze o tym, jak trudno jest przetrwać w związku. Na ile pokus jesteśmy narażeni. Z artykułów często wylewa się nieszczęście i ból. Zdrady, rozstania, nieporozumienia. Czasem myślę: czy ja żyję w innym świecie?! Jestem z moim mężem 15 lat. Kocham go dużo bardziej niż na początku. Czuję się z nim bliżej.

Kocham nasze soboty, przedświąteczne poranki, zakupy, rozmowy. Czy ja jestem nienormalna? Nie, jestem normalną kobietą. Nie jestem wierząca, więc to nie religia trzyma mnie przy jednym mężczyźnie, z którym zresztą mam dziecko. Kłócimy się, mamy czasem gorsze momenty, różnimy się. On mi zawsze mówi, że najbardziej ceni mnie za to, bo jestem kobietą, która nie robi ciśnienia. Bo to prawda. Zawsze myślę co ja mogę w sobie zmienić, każdy kryzys zaczynam analizować od siebie. Nie, nie biorę na siebie wszystkich win. Ale to na siebie mam wpływ, to siebie mogę zmienić.

Ostatnio przeczytałam bardzo ciekawy wywiad w W.O Extra. Wypowiadał się terapeuta par. Opowiadał o pewnej żonie, która przyszła na terapię, bo chciała się rozwieść z mężem. Powodem były problemy z erekcją. „Ona chciała, żeby on był połączeniem matki Teresy, komandosa i jeszcze kilku innych bohaterów”.

Ja tego nie oczekuję. I trzymam się w życiu kilku zasad. Może Ty też spróbuj?

Po pierwsze: lubię rodzinę męża i akceptuję teściową

I to naprawdę nie jest tak, że moja teściowa  jest chodzącym ideałem. Nie jest. Na początku małżeństwa zdarzały się spięcia. Ona też lepiej wiedziała, jak powinnam mieć w domu, jak powinnam trzymać dziecko, kąpać syna, żyć. Do tej pory pewnie wie, ale ja kompletnie odpuściłam. Przecież i tak robię co chcę, jestem silna, niezależna. Otworzyłam się na nią.

Zobaczyłam w niej matkę mojego ukochanego mężczyzny, drugą kobietę i… to zadziałało. Ona też odpuściła. Potrafimy przegadać same pół nocy w kuchni, ufam ją i cenią. Chociaż charakter ma zupełnie inny niż ja.

Nawet żałuję, że nie spędzę akurat tych świąt z nimi, bo u rodziny mojego męża jest po prostu weselej…

Po drugie: nie muszę mieć zawsze racji

Ja już dawno zrezygnowałam z racji. Ona jest taka męcząca. Czemuż to mam przekonywać kogoś za wszelką cenę do tego co myślę?

Na przykład mój mąż dziś nie chce iść na manifestację pod sejmem. Ma swoje argumenty, dla mnie od czapy, ale co ja będę się z nim kłócić? Szkoda mi soboty. Pójdę sama i nie wysnuwam od razu teorii, że nasz związek nie ma sensu.

Po trzecie: nie zaogniam konfliktów

Jeśli widzę, że mój mąż wraca do domu wściekły, nie czaję się na niego jak sęp, żeby go pożreć. Przypomnieć o rachunkach, szkole dziecka, obowiązkach. Nie poruszam tego dnia trudnych spraw. Jestem feministką, żadną tam cichą żonką, ale w tej kwestii słucham się mojej babci i ukochanej ciotki, które miały szczęśliwe, wieloletnie małżeństwa– czasem warto zejść komuś z drogi. Dla dobra– że tak powiem– wyższych spraw

Po czwarte: nie oczekuję, że mąż zaspokoi wszystkie moje potrzeby

Gdy mam takie tendencje myślę sobie. Halo, a czy ja jestem dziwką w łóżku, perfekcyjną panią domu, idealną matką i super bizneswoman w jednym? No nie jestem. Więc dlaczego on ma być? Jeśli myślisz teraz: Ale ja jestem perfekcyjna– to lepiej pomyśl co możesz zrobić, żeby przestać być i nie oczekiwać tego od niego.

Po piąte: nawet najpoważniejsza kłótnia nie jest w stanie mnie od niego oddzielić

Nawet jeśli do trzeciej w nocy wrzeszczymy na siebie, ja rano odpuszczam. Przychodzę się przytulić, wyciągam pierwsza rękę. On też się tego nauczył. Nie, nie zamiatam problemów pod dywan, ale rozwiązuje je pokojowo, a nie przemocą ( np. milczeniem przez parę dni)

Po szóste: reaguję

Nie zamiatam problemów pod dywan. Na bieżąco ( chyba, że punkt 3.)

staram się wyjaśniać. Nie zachowuję się przy tym jak wojownik idący na wojnę. Nie krytykuję, nie histeryzuję, nie atakuję, nie dotykam czułych punktów. Jestem dyplomatą w negocjacjach. Nie używam słów: „bo zawsze”, „bo nigdy”. Mówię po prostu, że niektóre rzeczy MNIE ranią.

Po siódme: dbam o nas

Nawet, gdy jestem bardzo zmęczona. Robię kolację, którą on lubi. Prasuję mu koszulę choć nienawidzę, przytulam go. I pytam: co JA mogę dla niego zrobić.

On nauczył się tego samego. Jeśli dostajesz, najczęściej zaczynasz też dawać.

Po ósme: staram się w seksie

J.w. Prawie zawsze:) Poza sytuacjami, gdy też jestem bardzo zmęczona.

Po dziewiąte: nie uważam, że moje dziecko jest ważniejsze od męża

Jest bardzo ważne, kocham je jak szalona, ale nie stawiam go przed mężem w codziennych sytuacjach. Nie gram w grę: „tata jest niedobry, a my tu razem”, „jestem lepszą matką”, „robię dla rodziny więcej”, „nie możemy nigdzie wyjechać”.

Po dziesiąte: mam swój świat

Przyjaciółki, pasje– tam realizuję tę część siebie, której nie jest w stanie zaspokoić mój mąż. Z przyjaciółkami mam ten rodzaj bliskości, której on mi dać nie potrafi, bo jest inny. W pasjach szukam adrenaliny, której w codzienności czasem nie ma.

Po jedenaste: nie robię ciśnienia

O nic, bo szkoda mi życia. Nie kłócę się o rozrzucone ręczniki, naczynia w zlewie, niezapłacony rachunek. Mi po prostu szkoda czasu na spory o drobiazgi. Szczególnie, że po 15 latach naprawdę wiem jaki jest mój mąż i gdzie go na pewno nie zmienię. To po co w ogóle mam się denerwować? Wolę być szczęśliwa.

I to wszystko nie jest zgniły kompromis. To jest robienie sobie dobrze i czynienie mojego życia lepszym. Dzięki temu dom to moja opoka, ucieczka przed światem. Tu znajduje spokój.

PS. Metody działają, pod warunkiem, że nie jesteś żoną Pana Złego, czy Pana Egoisty Nie Zmienię się Nigdy.


Lifestyle Psychologia Święta Związek

„Wtrącasz się, osaczasz, nie rozumiesz”. Dlaczego kobieta nie lubi swojej teściowej

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
26 lutego 2016
Fot. Pixabay / gpalmisanoadm / CC0 Public Domain
 

Dlaczego kobieta może nie lubić teściowej? Hmm, zastanówmy się. Bo jest złośliwa, wredna? (kobieta, nie teściowa). Nie. My, żony, partnerki facetów najczęściej chcemy polubić matki swoich mężów. 

W pierwszej fazie związku staramy się, walczymy o ich względy. Ale jest moment, gdy czujemy, że coś tu nie gra. Bo:

– nie chcemy, żeby ktoś wtrącał się w nasze życie

– nie chcemy, żeby ktoś nas pouczał

– nie chcemy fałszu.Teściowa się uśmiecha, jest słodziutka, a w potem słyszysz co mówiła o tobie swojemu synowi, ciotkom, koleżankom. Takie rzeczy wychodzą. Halo, naprawdę.

– nie chcemy, żeby ktoś naruszał naszą autonomię (wystarczy, że często walczyłyśmy o to ze swoimi rodzicami).

Dlaczego nie lubię cię, moja Teściowo. Inaczej, patrzę na ciebie z dystansem? Choć jestem raczej dziewczyną miłą, ciepłą i prawie nie mam konfliktów z innymi?

To zacznijmy.

Pouczasz mnie, że jestem złą matką…

Oczywiście, nie mówisz tego wprost. Ty po prostu przewracasz oczami i robisz miny „Jakże ty go/ją ubrałaś?”, „Nie za zimno mu/jej?”, „O taki maluszek zagłodzony, chodź, babcia da ci ciasteczko”. Za dużo zajęć, za mało zajęć. Jak oni mogą razem w jednym pokoju. „Takie jedzenie dajesz?” Każdy powód jest dobry. Nawet tego nie widzisz, że większość tego co mówisz, podważa mój autorytet. Poza tym dobijasz mnie – nie chcę słuchać, że jestem beznadziejna. Chcę otaczać się dobrymi i życzliwymi ludźmi.

A jaką ty byłaś matką?

Dlaczego nie nauczyłaś swojego syna samodzielności? Tyle rzeczy podtykałaś mu pod nos, że dziś to ja walczę, żeby zrozumiał, że nie wszystko należy mu się pod nos. Dlaczego nie nauczyłaś go dobrej miłości, rozumienia innych i odpowiedzialności? To ja go tego uczę każdego dnia. Rozmawiając z nim, tłumacząc mu co czuję, pytając co czuje on. Wiesz, że on mi kiedyś powiedział, że nigdy go nie pytałaś o jego uczucia?

Pozwól mi być matką taką jaką chce: czułą i troskliwą. Po swojemu. Ty już przeszłości nie zmienisz, ale ja mam jeszcze wpływ na przyszłość swoich dzieci. Zostaw mi to. Przykro mi, ale nie możesz być dla mnie w tej dziedzinie autorytetem, nawet jeśli bardzo bym się starała.

Pouczasz mnie, że jestem złą żoną

Szukasz w moim domu kurzu, bałaganu i brudu. Tyle, że kurz to dla ciebie jeden pyłek, bałagan nieuprasowane rzeczy na fotelu, a brud trzy kubki w zlewie. Halo, „Mamo”. Tak. W moim zlewie stoją czasem przez noc kubki, a ciuchy czekają na uprasowanie wieczność. Ale co z tego? Bzykam się z moim mężem do upadłego, gadamy, jesteśmy szczęśliwi. Naprawdę jestem złą żoną?

A zresztą jaką ty jesteś żoną?

Nawet nie zauważyłaś, że twój mąż jest  smutny w tym sterylnym mieszkaniu. Ucieka, nurkuje w swoje światy, zakłada słuchawki na uszy, żeby nie słyszeć gderania. Wiem, że latami razem nie spaliście, bo ciągle cię bolała głowa. Spaliście nawet w oddzielnych łóżkach, a wasz syn nigdy nie widział jak się przytulacie.

Jestem okrutna? A może ty też przestań być okrutna, bo to słabe, gdy mówisz mojemu mężowi, że jestem bałaganiarą i o niego nie dbam. Dbam o niego. I dałam mu to, czego ty nie potrafiłaś. Może ciesz się z tego, zamiast mnie niszczyć.

Pouczasz mnie, że za dużo pracuję

Świat zwariował, żyje tylko pracą, kobiety dzisiaj oszalały. Nie, kobiety dzisiaj walczą o siebie. Praca jest moją pasją – i dzięki temu ja uczę dzieci, że nie da się żyć bez pasji. A nawet jeśli się da – to to życie jest jałowe i smutne. Koncentrujemy się wtedy obsesyjnie na innych, osaczamy ich.

A jak ty pracowałaś?

Żyłaś nienawidząc swojej pracy. Nie miałaś pasji. Osaczałaś więc i obsesyjnie dbałaś o innych, nie dbając o siebie. Ale czy byłaś w ten sposób bliżej i bardziej niż ja z rodziną? Nie sądzę. Też cię nie było, tylko byłaś tam gdzie nie czułaś się dobrze. Dlaczego nie możesz mnie podziwiać, że jestem tam gdzie chcę, ciesząc się, że twoje wnuki mają dobry wzór? Zazdrościsz mi, że jestem szczęśliwsza? Widzisz we mnie młodość i radość, i wściekasz się, że ty swoją straciłaś na rzeczy, które nie miały sensu? Tak to czuję. I to jest przykre.

Wtrącasz się

We wszystko. Często ziejesz ogniem i złością. Tyle w tobie jadu. Jest mi przykro, gdy to widzę, bo wiem, że pod spodem jesteś smutną kobietą, a każdy twój atak jest tylko formą wyładowania się. Na mnie najlepiej, prawda? Może mam do siebie pretensje, że czasem nie potrafię się zamknąć, że powiem coś złego, obrażę się. Wiem, że jesteś starsza. Ale po prostu tego czasem się nie da znieść. Myślę wtedy, że chciałabym, żebyś utrudniała życie tylko sobie, ale już nie innym.

A przecież sama tego nie nienawidziłaś

Nienawidziłaś swojej teściowej. Bo mówiła, że jesteś złą matką, żoną, wtrącała się. Dlaczego dziś robisz to samo? Zrozum, jesteśmy inne. Jestem gotowa na przyjaźń i porozumienie, ale przepraszam, nie tylko na twoich zasadach.

Jest mi źle z tym, że nie mogę cię podziwiać, że patrząc na ciebie boję się przemijania, bo kojarzy mi się tylko ze złością i żalem. Wiem, że nie wszystkie teściowe takie są. A zmieniać się możemy całe życie. Wierzę w to. Może dlatego jestem szczęśliwsza od ciebie?


Lifestyle Psychologia Święta Związek

Bycie z kimś blisko jest bardzo trudne. Ale nie ma w życiu niczego piękniejszego, lepszego i tak ważnego. Kilka słów od (nie)szczęśliwej mężatki

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
11 grudnia 2015
Fot. Unsplash / Brandon Morgan / CC0 Public Domain

„Ja ci taaaaak zazdroszczę stałego związku” mruczy przyjaciółka singielka. „Ja ci tak zazdroszczę wolności” mruczę ja. Rozglądam się po jej sterylnym i poukładanym wnętrzu i zastanawiam się jakbym to miała urządzenie mieszkanie gdybym prowadziła życie kobiety wolnej i nieskrępowanej porankami z mężem, wychodzeniem z psem, ogarnianiem Państwa Młodszych.

Gdybym tak nie sprzątała tych skarpetek (Boże, naprawdę je sprzątam) i gdybym nie musiała codziennie jęczeć: „Przytul mnie”. Tak cicho, szczęśliwe mężatki nie mówią nikomu, ile muszą przejść, żeby być szczęśliwe. To tabu. Nie mówią o zmęczeniu, czasem kiepskim seksie, czasem braku seksu. O odpływach i przypływach namiętności.

Nie mówią jak dzieci bardzo związek rozwalają. Bo obiegowa opinia jest, że cementują. Akurat cementują – one cementują rodzinę i sprawiają, że rodzina jest szczęśliwa. A szczęśliwa rodzina niekoniecznie oznacza wspaniałe życie partnerskie i przysięgam na wszystko, że wie to prawie każda mężatka.

Nie mówią, milczą, ogarniają świat, zostawiają przestrzeń na narzekanie przyjaciółkom singielkom, przyjaciółkom przeżywającym wielkie miłości, zakochania i rozstania. A przecież codzienność jest trudna, bywa, że jest największym wyzwaniem, czasem okazuje się domkiem z kart, czasem twardym lądowaniem, czasem pomyłką. A czasem jest wielkim szczęściem – ale za które płacisz cenę.

Dużo mężatek szoruje swoje piękne kuchenki, mieszkania gdzie pachnie rodziną i spokojem, układają rzeczy w szafach i robią dużo naleśników i kanapek na śniadanie. Nikt nie wie, że szorują też swoje wymagania, układają oczekiwania, upychają marzenia w imię większego kompromisu. Szczęśliwej rodziny. Bo taka jest rzeczywistość. Albo masz domek pod miastem, mieszkanie wymarzone, ogródek, bratki i bazylię albo masz wolność – miłość długa, by mogła być szczęśliwa musi okupiona być małą rezygnacją. Choćby rezygnacją z romansów, emocji, podążaniem za każdym swoim pragnieniem. Bo ja marzę o podróży do Tajlandii i życia tam pół roku, a on akurat marzy o czymś innym i gdzie jest napisane kto ma rację i które marzenia lepsze? Które należy spełnić? Za czyim głosem iść?

Moja przyjaciółka singielka tupie nogą i krzyczy: „Chcęęęę kochać, zasługuję. Chcę być kochana, należy mi się”.

I oczywiście ma rację. Ale ona lubi swoje sterylne wnętrze, lubi swój wieczorny święty spokój, wino samotne lubi i stawia tylko na seks namiętny. A przecież w bardzo stałym związku (po mniej więcej paru latach) to bardziej bywa niż jest ciągle.

„Boże, jakie ty masz cudowne życie. Twój mąż jest dla ciebie takim wsparciem, nie wiem jak ci się udało go znaleźć” kontynuuje ona. Uff. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Bo życie jest wyborem?  I nie wszyscy są gotowi ponieść koszta jakie wiążą się z byciem z kimś bardzo długo. I kobiety, i mężczyźni. Bo jest kurewsko trudne i może się udać, ale nie musi.

Przepraszam jeśli jeszcze raz przeczytam w magazynie kobiecym (i każdym innym) o tym jak należy dbać o związek– odwiozą mnie do Tworek.  Jeszcze raz przeczytam porady cioci Kloci dostanę szału. Zacznę wyć, walić.

Proszę, przestańcie pisać

– rozmawiajcie

– wyjeżdżajcie gdzieś razem

– wychodźcie na kolację.

– przywitaj go tylko w bieliźnie

– zrób boską kolację

To są pierdoły straszliwe, bo jeden facet na widok laski w bieliźnie się podnieci, a inny pomyśli: „Dżizas, co jej dziś odbiło”. Bo jeden facet pragnie rozmowy, a drugi powie: „Czemu ona tak bredzi?”. Co jest siłą kobietą w długoletnim związku? Dlaczego niektóre trwają, a inne rozpadają się? Nie napiszę poradnika, bo w nie nie wierzę. Ale chyba jest pięć punktów, które choć ciut ułatwiają długoletnie kochanie.

Zrozumienie

Że miłość to nie jest matematyka. To nie jest garść porad, które się upcha na 7 tysiącach znaków (tyle ma mniej więcej przeciętny tekst w każdym kolorowym magazynie) albo upcha w krótkiej rozmowie z przyjaciółką („nie dzwoń” „zrób to i tamto”). To jest, niestety, podążanie za drugą stroną. Rozumienie, że ona inaczej myśli, mówi, wyraża. Że to w ogóle kosmos jak ona jest inna– i nie da się tego włożyć do żadnej szuflady, bo każda szuflada jest końcem związku.

Mój mąż inaczej okazuje miłość niż ja. Ale nie tylko ja. Choćby inaczej niż mój były chłopak. W inny sposób przeżywa problemy, inaczej komunikuje.

Przebaczanie

Wszystkiego. Od braku telefonu, nie zmienionej pieluchy dziecku, od zaniedbań, braku kawy do poważniejszych spraw. Bo nie wsparł, bo nie był, bo poszedł, gdy nie powinien. Bo zdradził. Tak, myślę, że zdradę da się wybaczyć. Warunkiem jest zrozumienie jaką my ponosimy za nią odpowiedzialność, prawdziwa skrucha drugiej strony i poczucie, że mamy za sobą milion doświadczeń, które są silniejsze niż zauroczenie czy seks z inną. Bo każde małżeństwo wpada na mielizny i ludzie różnie sobie z tym radzą. Więc jeśli kochamy my, i kocha on– warto wybaczyć.

Zgoda na szarość

W dzisiejszych czasach to bardzo trudne. Świat nam przecież tyle oferuje, więc dlaczego nie miałby tego oferować partner. Jak nam nie oferuje – zmieńmy go. Małżeństwo współczesne ma milion razy gorzej, bo ludzie budują swoją stałość walcząc z pracą, z kredytami, z nudą, znużeniem widząc, że można żyć mocniej. Stałość to poranki podobne od kilkunastu lat, to wady partnera wciąż te same, choć on mówi, że się zmieni, wy też obiecujecie, że się zmienicie – ale stoicie wciąż w podobnym punkcie, a nawet jak się jakoś zmieniacie i tak nie przeskoczycie siebie. Zgoda na to jest zgodą na szarość właśnie – ludzie są jacy są. Po prostu.

Jaka jest za to nagroda?

Na przykład takie święta. On przychodzi z pracy i mówi, że czeka was najpiękniejszy czas, bo tylko razem. Bo kupicie choinkę, pokłócicie się o nią może, i o bombki, i rodzaj pierników. Albo do której mamy jedziecie. Ale w końcu odłączycie się od świata i przeżyjecie bliskość podobną do tej, gdy się poznaliście.

Bo on rzuci na stół bilety do Lizbony (tak, robiłaś afery, że nigdzie nie wyjeżdżacie), bo wynajmie hotel i powie, że tylko z tobą.

Bo on.

Bo ty.

Gdybyś umierała chciałabyś, żeby on był (no dobra, tanie, ale wszyscy umieramy i im więcej osób choruje przy nas tym bardziej wiemy, że nas też to może spotkać).

I powiesz mu o najbardziej intymnych i wstydliwych rzeczach. Tylko jemu.

Bo on cię zna– nawet tą twoją złą część.

Bo ty go znasz– nawet tą złą jego część.

I wciąż się kochacie.

I naprawdę rozumiecie zdanie: bycie z kimś naprawdę blisko jest bardzo trudne. Ale nie ma w życiu niczego piękniejszego, lepszego i tak ważnego.