Związek

Mój mąż ma Aspergera. Nie pójdzie do marketu ani na imprezę, zawiezie córkę do przedszkola w piżamie. Kocham go!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 grudnia 2021
Fot. iStock / shironosov
 

Coraz więcej dorosłych ludzi diagnozuje u siebie zespół Aspergera. Żyli wiele lat z objawami, których nie rozumieli. Mogliby mieć łatwiej w szkole, w pracy, w miłości — gdyby wcześniej ktoś im powiedział, dlaczego zachowują się inaczej niż większość ludzi. Dlaczego nie płaczą? Dlaczego nie potrafią wytrzymać dłużej niż pięć minut w supermarkecie? Dlaczego tak trudno im nawiązać miłosne relacje? Dlaczego wolą siedzieć w domu niż bawić się na imprezie? Może nie rozpadłyby się ich małżeństwa? Może pracodawcy patrzyliby na tych ludzi z dumą i podziwem, a nie z obawą lub niezrozumieniem? – zastanawia się moja rozmówczyni, Marta – od dwudziestu lat żona Artura, który ma autyzm. Prosi o zachowanie anonimowość.

Kiedy pierwszy raz pomyślałaś, że twój mąż może mieć autyzm?

– Pamiętam ten moment, jak dziś. Po prostu cała szczęśliwa powiedziałam mu, że zrobiłam test ciążowy. Krzyczałam przez telefon: „Artur, zrobiłam i wyszły mi dwie kreski na teście”. A on wtedy spytał: „Na ile możliwych?”. Zatkało mnie. Każdy średnio inteligentny człowiek wie, że jak na teście są dwie kreski, to oznacza ciążę. A jak jedna kreska, to test dobrze wykonany. (śmiech).

Wcześniej miałaś przeczucie, że coś z twoim Arturem jest… inaczej?

– Oczywiście, że tak. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, to on na politechnikę jeździł z plastikową torebką – reklamówką, do której wrzucał długopis, jakiś zeszyt, pieniądze i książkę. Znasz dziś jakiegoś gościa dwudziestoletniego, który nie posiada torby na ramię albo plecaka?! Powiem ci, że to mnie w nim wręcz fascynowało.

A co jest w tym takiego super?

– Już ci tłumaczę. Wcześniej byłam w związkach z różnymi facetami. Jeden z nich był wyjątkowo piękny. Nosił markowe ciuchy, stroił się, spędzał godziny w łazience, by dobrze wyglądać. Masakra! Inny bał się odezwać u mechanika samochodowego, w sklepie, ba nawet w kinie, jak trzeba było kupić bilety, to mnie wysyłał na pierwszy ogień. Za to mógł godzinami nawijać o uczuciach, głównie swoich. Słowem byli to mężczyźni bardzo niepewni siebie.

Kiedy zaczęłam spotykać się z Arturem, który niczym się nie przejmował i niewiele zajmował się samym sobą, poczułam, że mam przy sobie prawdziwego mężczyznę. On na przykład kompletnie nie zaprząta sobie głowy myśleniem o tym, co ludzie na jego temat powiedzą, jak go ocenią. Czy skrytykują, że czegoś nie wie? Czy będą się śmiać, jak wygląda? Zero! Jego to nie obchodzi i mnie się zdaje, że w tym tkwi jego siła.

Oczywiście, to czasem bywa też irytujące, bo jak mieliśmy iść na tzw. proszoną kolację, to nagle okazało się Artur ma dwa zjedzone przez mole krawaty i żadnej porządnej koszuli. W taki sytuacjach potwornie się wkurzałam.

Dlaczego używasz czasu przeszłego?

– Z prostej przyczyny, po prostu przestałam się już z takich powodów denerwować, bo to nie ma sensu. Dawno już zabrałam mojego Artura na zakupy i kupowałam mu to, czego dorosły facet potrzebuje, a on nie wybrzydzał, więc uznałam to za kolejną fajną cechę jego charakteru. Tak robię w zasadzie do dzisiaj, bo on nie lubi zakupów i niespecjalnie w ogóle przywiązuje wagę do tego, jak wygląda.

Czy twój mąż cierpi, że jest człowiekiem ze spektrum autyzmu?

– Nie wiem. Ale wydaje mi się, że nie. Artur pracuje na kierowniczym stanowisku, awansuje, więc – mówiąc szczerze – on nie wykazuje jakiś bardzo poważnych zaburzeń. Oczywiście mam też poczucie, że życie ułożyło mu się dobrze, bo jest inteligentny i pracuje jako informatyk, a tam przydaje mu się sposób, w jaki działa jego mózg.

Jak o tym wszystkim opowiadasz, to odnoszę wrażenie, że mózg twojego męża cię fascynuje.

– Oczywiście! Wyobraź sobie, że idziemy na spacer do lasu. Ja mówię: „Widziałeś tego faceta z psem w kubraczku?”. A on: „Nie, nie widziałem”. Idziemy dalej. Mija nas kobieta z dwoma psami, które zaczepiają naszą sukę. Odganiam je i wchodzę w spór z ich właścicielką. Mówię mężowi: „Kretynka, co nie?”. A on, że nie zauważył. Bo Artur żyje w swoim własnym świecie. Kiedy idę przez miasto, notuję w swojej głowie tysiące drobnych szczegółów. Tak mimochodem. Natomiast on, żeby coś zapamiętać, musi to coś mieć pokazane palcem. Czy to jest dla mnie jakiś wielki kłopot? Nie powiedziałabym. Wiesz, miałam jednego partnera, który mnie zdradzał, a drugi był ciamajdą. To są prawdziwe kłopoty.

Na Artura zaś zawsze mogę liczyć i wiem, że mnie kocha. Poza tym on ma farta w życiu!

Na czym polega ten fart?

– Po prostu miał farta, że trafił na mnie. Myślę, że bardzo wiele kobiet nie dogadałoby się z moim mężem. Do takich, które mają romantyczną wizję związku, człowiek ze spektrum autyzmu kompletnie nie pasuje. Tu nie ma szans, na miłe słowa, kolacje przy świecach, czy kwiaty kupowane pod wpływem emocji. Obserwując moje koleżanki i to, jak ciosają kołki na głowach swoich mężów, myślę, że z Arturem wchodziłyby w nieustające konflikty. Dam ci przykład. Wychodzę do pracy i mówię mu: „Zawieź do przedszkola naszą córkę”. Wiem, że on to zrobi bez mrugnięcia okiem. Nigdy nie będzie narzekał. Ale jak przyjeżdżam po pracy odebrać dziecko, to od razu widzę, że panie opiekunki patrzą na mnie „krzywym okiem”. Podkreślam – „bardzo krzywym okiem”. Wtedy widzę moje dziecko: potargane i w piżamie tył na przód. Wybucham śmiechem.

Choć wiele matek pewnie w takiej sytuacji spaliłoby się ze wstydu. Kto przyprowadza dziecko w piżamie na cały dzień do przedszkola i jeszcze na lewą stronę?

Dużo macie takich zabawnych historii?

– Całą masę. Nasi znajomi opowiedzieliby ci setki anegdot związanych z moim mężem. Kiedyś córka spytała tatę, jaką ma grupę krwi, a on twardo, że ma grupę krwi C. Chyba się nawet z nią o to pokłócił, ponieważ był bardzo przekonany do swojego zdania. Wiesz, nie chcę, by ktoś pomyślał, że mój mąż to półgłówek. Tak nie jest, on skończył studia, dobrze zarabia.

Gdybyś jednak mnie spytała, czy kiedykolwiek się za niego wstydziłam w sytuacji publicznej, to przyznam, że czasem.

Z drugiej strony dziś już się nie wstydzę, bo nauczyłam się od niego – olewać to, co myślą inni ludzie. Naprawdę w dzisiejszym świecie wszystkim nie dogodzisz.

Fot. iStock / laflor

Czy zaburzenia twojego męża czasem bywają dla was korzystne?

– O tak, bardzo! Dam ci przykład. Ja się wściekam, że on w dresie łazi już trzeci dzień po domu, a zaraz goście przychodzą. Dosłownie dostaję piany, wścieklizny jakiejś. A on kompletnie się w to nie wkręca. Zero! Zupełnie go to nie dotyka. Jakby się nie przejmował najgorszymi moimi przekleństwami i obelgami, którymi miotam. On w naszym domu tonuje takie sytuacje.

Czy kiedykolwiek twój mąż został zdiagnozowany?

– Niedawno zrobiliśmy to, by się upewnić. Ale nie sądzę, że to zmieniło nasze życie. Powiem ci tylko jeszcze, że mój przyjaciel, który jest lekarzem psychiatrą i jego synek Wojtek też ma lekkie zaburzenia ze spektrum autyzmu, powiedział mi kiedyś: „Wiesz, dla mnie pocieszeniem jest twój mąż. Myślę, że najwyżej Wojtek będzie sobie żył jak Artur”.

Z tego, co opowiadasz, życie z takim facetem nie jest jakimś wielkim wyzwaniem, a wręcz przeciwnie – bywa zabawne. Czy to zawsze jest tylko łatwe i zabawne?

– Oczywiście, że nie! Związek z moim mężem wymaga wielu kompromisów. Nie, nie nazwałabym nawet tego kompromisami. Lubię takie powiedzenie, że gdyby kompromis w związku istniał naprawdę, to najlepszą miejscowością na urlop w sytuacji, gdy jedno chce nad morze, a drugie w góry – byłby Radom. (śmiech). Ja po prostu z niektórych rzeczy muszę rezygnować. Wiem, że mój mąż nie pójdzie ze mną do supermarketu, bo tłum go przeraża, więc sama robię wszystkie zakupy do domu. Po latach ustaliliśmy, że on już nie chodzi ze mną na imprezy branżowe ani do znajomych, dlatego znalazłam sobie koleżanki, z którymi wychodzę. Artur nie znosi podróżować. Jeździmy razem w zasadzie tylko na działkę.  Ale mam córkę i przyjaciółki, które spakują się ze mną i polecą chętnie na Kretę. To wszystko oczywiście wymagało wielu lat wzajemnego docierania się, kłótni, sporów, łez… Nie zawsze byłam taka otwarta i bezproblemowa. Wiem też, że część moich koleżanek, zwłaszcza nie znając diagnozy lekarskiej, nie chciałoby mieć takiego faceta.

Dlaczego zgodziłaś się na ten wywiad?

– Myślę, że coraz więcej dorosłych ludzi diagnozuje u siebie Aspergera. Zastanawiam się, co by było, gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Może nie rozpadłyby się ich małżeństwa? Może pracodawcy patrzyliby na tych ludzi z dumą i podziwem, a nie z obawą lub niezrozumieniem? Chciałabym też powiedzieć osobom z taką diagnozą, że mogą mieć szczęśliwe życie. Nasze takie jest.

 


Związek

„Odeszłam ze związku, w którym nie ma seksu”, „Pierwszy raz olałam, że mam brzuch!” – wasze pierwsze razy

Joanna Bartmańska
Joanna Bartmańska
30 grudnia 2021
 

Czy jest coś, co w tym roku zrobiliście po raz pierwszy? Coś, co dotyczy Waszej seksualności, związków, ciała, wyglądu? Coś małego albo dużego. Coś, co pamiętacie, do czego się uśmiechacie albo płaczecie. Coś, co Was porusza. Coś, co Was zatrzymuje. Coś, do czego się szykowaliście albo coś, co wyszło zupełnie spontanicznie. Coś, co zaznaczacie jako „ważne i przełomowe”. Nie ma jednego „pierwszego razu”. Można je mnożyć i doświadczać w każdym wieku. Można rozbudowywać o kolejne wątki swoją seksnarrację. Można zapraszać do niej nowe doświadczenia przeżycia, zdarzenia, ludzi. Zawsze może być dobry moment na „pierwszy raz”, tak jak go czujecie i rozumiecie.


W tym tekście dzielę się anonimowymi (bądź podpisanymi imieniem czy pseudonimem) wypowiedziami osób, które zgodziły się powiedzieć o swoich pierwszych razach w tym roku i pokazać się z nimi światu. Są intymne i szczere. Są tu wypowiedzi osób w przedziale wiekowym 20 plus – 50 plus. Być może coś z  tego zarezonuje z Tobą?

Mój pierwszy raz bez dzieci, obowiązków, rutyny, zabiegania. Pierwszy raz od chyba czterech lat. Byliśmy tylko we dwoje na weekend, dzieci zostawiliśmy z dwiema opiekunkami. Miałam momenty „a co z dziećmi”, „jak sobie radzą”, „ale tęsknię…”, ale myślenie o nich na szczęście nie zdominowało naszego wyjazdu i to było złoto. Odpuściliśmy sobie. Ja sobie odpuściłam… (Iza, 34 l.)

Pierwszy raz od czasów studiów (po jakichś 16 latach) poszłam z mężem do sex shopu. Pierwszy raz z obcą kobietą rozmawiałam o zabawkach erotycznych. Była dużo starsza ode mnie i wydawała się bardziej speszona ode mnie, co z kolei mi dodało pewności siebie. Wybrałam dwie i byłam dumna, że się odważyłam. Marika)

Po raz pierwszy olałam, że mam brzuch! I od niedawna (aż trudno uwierzyć, bo jesteśmy razem 17 lat) pozwalam zasypiać mu, gdy trzyma mnie za brzuch. (Marika)

Po raz pierwszy odważyłam się przełamać naszą łóżkową rutynę i kiedy mój facet powiedział: „no to teraz zrób mi loda”, a ja tego kompletnie nie czułam, odmówiłam. Powiedziałam, że teraz nie mam ochoty. Że może później. Wiem, że brzmi to może niedorzecznie, ale ja naprawdę często robiłam tego loda zmuszając się, a teraz zrobiłam coś kompletnie odwrotnego. To była taka ulga, aż do wzruszenia, a jednocześnie i obawa co dalej. Mój facet był zdziwiony, trochę sfochowany, ale pogadaliśmy o tym. Pierwszy raz chyba naprawdę szczerze. Oo, czyli moje dwa pierwsze razy :-))) (K.)

 

Ja i mój kochanek zrobiliśmy sobie sesję masturbacji. Ja pieściłam siebie, on pieścił siebie. Patrzyliśmy sobie w oczy, doprowadzając do coraz większej rozkoszy. I miałam się za seksualnie wyzwoloną babkę, a tymczasem ta masturbacja na widoku otworzyła we mnie jakieś pokłady zawstydzenia. Miałam mieszankę sprzecznych uczuć i doznań. Z jednej strony ciekawość i ekscytację, a z drugiej nieśmiałość, zaskakującą dla mnie samej. Masturbacja zawsze była dla mnie samej. Najbardziej intymna rzecz. Moje pozy, moje reakcje, moje grymasy, moje odgłosy. I nagle poczułam się naga… (J.)

Poszłam do łóżka ubrana tylko w szpilki. Żadnej bielizny, tylko te wysokie lakierowane czarne szpilki. To była moja fantazja od dawna. Mój mąż był zachwycony. Kochaliśmy się jak kiedyś, kiedyś. Tfu, pieprzyliśmy się!! (Aśka)

Mój chłopak bardzo chciał ogolić mi cipkę. Bardzo go to kręciło i przemycał mi tę swoją fantazję od czasu do czasu, zwłaszcza jak byliśmy po dwóch-trzech lampkach wina. I kiedyś podczas jakiegoś takiego leniwego wieczoru zgodziłam się. Może nie był to szczyt moich marzeń, ale zrobiłam to w zgodzie ze sobą, zrobiłam mu taki prezent dając mu siebie, swoją cipkę do ogolenia. Jego podniecenie było niesamowite. Był taki delikatny, uważny, precyzyjny. Z piękną erekcją podczas tego golenia :-)) I właśnie to mnie z kolei nakręciło na seks z nim. Zaczęliśmy się kochać jeszcze w tej łazience, skończyliśmy w kuchni… :-)) (Sylwia)

Kupiliśmy erotyczny kalendarz adwentowy i koniec roku postanowiliśmy spędzić na realizacji zamieszczonych w nim zadań. Pomyśleliśmy, że to może być ekscytujące, gdy „ktoś” zdecyduje za nas, co możemy dla siebie zrobić wieczorem, po całym dniu. Nawet, jeśli nie pójdzie za tym nic więcej poza wykonaniem zadania, poświęcimy tę chwilę tylko dla siebie, spróbujemy czegoś, na co sami byśmy nie wpadli, może przełamiemy coś, co do tej pory wydawało się dziwne, obce, nie dla nas… (Marika)

Zaprosiłam moją dziewczynę do mojego rodzinnego domu w pierwszy dzień świąt, w rocznicę śmierci George’a Michaela, którego obie uwielbiamy. Bałam się reakcji rodziny, ale też czułam, że już nie chcę inaczej, że już nie dam rady inaczej, że nie chcę ukrywać Ani, czaić się. Zostałyśmy przyjęte, zaskakująco dobrze… Tata potem podszedł do mnie i powiedział mi: „ja wiedziałem”. I przytulił. (Beti)

Po raz pierwszy poczułam, że nie muszę uwodzić mężczyzn, żeby sobie i innym coś udowodnić. I wiem, że to był cały proces, który mnie do tego doprowadził, a nie jeden przebłysk. Raczej konsekwencja różnych doświadczeń i wyzwań – niejednokrotnie trudnych. Ale ten moment, że NIE MUSZĘ był kompletnie obezwładniający. To tak jakbym mogła bez przeszkód wziąć głęboki oddech. (Doris)

Poszłam do klubu ze striptizem. Sama. Bez faceta, bez koleżanek. Czułam się trochę jak w filmie, jakbym robiła coś zakazanego. Najpierw trochę onieśmielona, ale po dwóch drinkach zrobiło mi się lepiej, odważniej. Na pewno to powtórzę. („Czterdziestka”)

Poszłam na spotkanie sam na sam z naszym wspólnym znajomym. Wiedzieliśmy we trójkę (on, ja i mój mąż) jak to się może skończyć, choć tym razem się nie skończyło. To było mega ekscytujące, bo cały czas coś wisiało w powietrzu… (Marika)

Pierwszy raz, w wieku 43 lat, opowiedziałam, że byłam molestowana seksualnie. Najpierw powiedziałam o tym na terapii. Później dopiero moim dwóm przyjaciółkom. Czuję jakby powoli robiło się we mnie miejsce na coś nowego, delikatnego, jakbym się powolutku odmrażała. (Anka)

Odeszłam od męża. Ale tak naprawdę. Przygotowywałam się do tego 21 lat. Z falstartami po drodze. (Stefka)

Pierwszy raz bardzo wyraźnie poczułam, że już nie chcę być katem dla swojego ciała, swojej kobiecości i seksualności. Jestem już tym taka zmęczona, coś we mnie pękło. Tyle lat walki i wywierania presji na sobie. Tyle lat docinania siebie do oczekiwań i wyobrażeń innych. Już dość. Wystarczy. (DCD)

Kochaliśmy się w hotelu, pierwszy raz nie zasłaniając i nie zamykając okien. Byłam podjarana, że ktoś mógłby zobaczyć i usłyszeć, jak się kochamy. Podnieciło mnie to totalnie. Cudowny afrodyzjak 🙂 (Vera)

Latem miałam okres, że jeżdżąc autobusem przyglądałam się ludziom i wyobrażałam sobie, jakie mają fantazje. Układałam też różne scenariusze, że wychodzę z kimś z autobusu (z kimś, kto mnie rozczytał). Kilka razy miałam wrażenie, że to oni mi się ciekawsko przyglądają – pewnie miałam dziwną minę i zwyczajnie się na nich gapiłam :D:D:D (Marika)

Poszłam na terapię, bo już miałam tak bardzo dość, że wszystkie moje związki kończą się tak samo. Katarzyna33)

Pierwszy raz po rozstaniu z mężczyzną poczułam, że muszę sobie zrobić przerwę od związków. Zawsze byłam w związkach na „zakładkę”. Jakbym się bała zostać sama. Bo bałam się. Cholernie zawsze się bałam tego, co zobaczę, jak będę sama. Że ta samotność mnie pożre i wypluje, a ja się już nie pozbieram. Jestem właśnie w trakcie tej przerwy. Mam bardzo różne momenty i stany. Od lęku, złości, pustki, tęsknoty aż po wdzięczność, spokój, radość. I nie wiem, co będzie dalej. Nie chcę zabrzmieć patetycznie, ale to trochę jakbym pierwszy raz poznawała siebie. (Marla)

Jestem aseksualna. Właściwie zawsze taka byłam, ale teraz dopiero mogę o tym mówić. (Ewa)

Podczas jednego seksu coś we mnie kliknęło. Kiedy mój chłopak pieścił mnie oralnie i było mi nieziemsko poczułam, że chcę sobie brać tę przyjemność i rozkosz. Nurzać się w niej bez takiej automatycznej myśli, którą zawsze miałam w głowie: „to teraz muszę mu się odwdzięczyć, on już to robi przecież za długo”. O nie, wtedy było inaczej. I wiem, że tak mogę i świat się nie zawali, jeśli się zaraz nie odwdzięczę 😉 (Dominika, 38 l.)

To był dla mnie na maksa trudny i smutny rok. Pierwszy raz pomyślałam, że być może nie dane mi będzie być w fajnym związku. (Yennefer)

Pierwszy raz byłam naprawdę głośna w seksie nie przejmując się tym, jak odbierze mnie ktoś za ścianą. Czy to symbol wyzwolenia? :-))) (Agnieszka, 27 l.)

Pierwszy raz poczułam się naprawdę dobrze w swoim ciele. Dobrze, czyli bezpiecznie, pięknie, zdrowo, seksownie, przyjemnie, miękko. Mam 34 lata. (Weronika)

Myślałam, że nie można odejść ze związku, w którym nie ma seksu. Że nie wypada, bo przecież jest tyle innych plusów. Ale odeszłam. I to była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu. (Zuza, 44 l.)

Zaproponowałem mojej kobiecie trójkąt z inną dziewczyną. Zgodziła się, ale chyba ją i nas to przerosło. Zazdrość prawie nas zjadła i wykończyła. (Marek)

Zbliżyłam się do innych kobiet. Ja, która miała w sobie tyle wrogości i nieufności do nich. Zobaczyłam, że mogą być kobiety, które nie rywalizują, nie życzą źle, nie oceniają. Po prostu przyjmują i akceptują, a ja mogę zaufać. (D.)

Kupiłam sobie duuże lustro do sypialni. A co! (Jolene)

Zainicjowałam seks z moim mężem. Dla mnie to było dotychczas jak wejście na Mount Everest. Blokowało mnie mnóstwo przekonań i zahamowań, a jednym z nich było to, że inicjują tylko łatwe i puszczalskie. No więc czuję, że już jestem po drugiej stronie. A mąż był wniebowzięty. (Kaśka)

Czy któryś z tych pierwszych razów brzmi Wam znajomo? Czy chcielibyście coś dodać? Dobrych (kolejnych) pierwszych razów w Nowym Roku!


JOANNA BARTMAŃSKA – COACHKA SEKSUALNOŚCI

Certyfikowana coachka seksualności, trenerka komunikacji opartej na empatii. Wspieram ludzi w ich rozwoju seksualności. Słucham, rozmawiam, edukuję, doradzam, stwarzam bezpieczną, empatyczną przestrzeń bez oceniania. Pomagam ludziom rozkwitać seksualnie. Wierzę, że nasza energia seksualna to coś, co sprawia, że jesteśmy żywi, soczyści, świadomi, pewni siebie i w autentycznym kontakcie ze sobą. Dlatego tak warto o nią zadbać. Lubię żyć zmysłowo, w przyjemności, blisko natury i w ukochaniu siebie. Prowadzę sesje indywidualne i dla par.

https://www.facebook.com/joannabartmanskacoachingseksualnosci/

Joanna Bartmańska


Związek

Karolina Korwin Piotrowska: „Nie patrz w górę” to zimny prysznic na 2022 rok. Przestańmy bajać, że wróci rzeczywistość sprzed pandemii

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 grudnia 2021
Karolina Korwin Piotrowska/kadr z filmu "Nie patrz w górę"

Po świętach w zasadzie wszyscy mówią tylko o tym filmie – „Nie patrz w górę” (Netflix) – i to nie tylko z powodu wybitnej obsady aktorskiej z Leonardo diCaprio, Jennifer Lawrence i Meryl Streep na czele.  „Rozbito tym filmem bank! To jest wielka siła popkultury i mainstreamu, bo producent „włożył” do obsady wiele oscarowych gwiazd, by każde pokolenie odnalazło swojego idola. Nazwisko reżysera też intrygowało, bo Adam McKay zrobił „The big short”, „Vice” i większość „Sukcesji”, więc można było spodziewać się czegoś mocnego. Poza tym zastosowano genialny zabieg marketingowy – do końca utrzymywano temat w tajemnicy. Był zwiastun, ale on ujawniał tylko kilka scen, do tego jeszcze dwu lub trzyzdaniowy opis. Nikt więc nie spodziewał się, że to będzie tak genialny film na podsumowanie roku 2021! A nawet całej epoki”, mówi dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska.


Karolina, jak bardzo podobał ci się film „Nie patrz w górę”?

– Myślę, że to jeden z najważniejszych filmów ostatnich lat, jeśli nie najważniejszy! Scenarzyści sprzęgli w jeden film wszelkie nasze lęki, strachy i przywary. Zrobili to niesłychanie inteligentnie, przewrotnie, mocno. Ten film jest bez grama litości wobec ludzi. Nikogo nie oszczędza, nie daje taryfy ulgowej. Opowiada między innymi o tym, że dziś wszystko musi być w mediach podawane w sposób przyjemny, bo ludzie już „nie asymilują” niemiłych wiadomości, więc my, dziennikarze, musimy pokazywać białe ząbki i nie mówić o poważnych tematach, znam to, pracowałam w takich mediach, wiem, że tak jest. Jak przez szkło powiększające pokazana jest nasza rosnąca idiokracja! Wstrząsająca rzecz, naprawdę.

Moi znajomi po obejrzeniu „Nie patrz w górę” byli przerażeni. Mówili: „Ale przecież my żyjemy właśnie w momencie, o którym oni opowiadają. Tuż przed końcem świata!” Co o tym sądzisz?

– To jest film podsumowujący ostatnie dziesięciolecia i w ogóle XXI wiek. Opowiada o tym, że my ludzie kompletnie zgłupieliśmy. Poziom inteligencji obniża się i to nie jest żaden wymysł. Istnieją badania, które pokazują, że dziś wielu ludzi nie potrafi przeczytać rozkładu jazdy i nie rozumie prostej instrukcji obsługi blendera. Więc po co w ogóle rozmawiać o katastrofie klimatycznej, szczepionkach, zdrowiu, nauce? Ja dzisiaj zacytowałam na swoim Instagramie tekst autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego, podpisałam autora i kilka osób napisało mi: „Gratuluję! Napisała to pani w punkt” albo odnosili się tylko do nagłówka. Dziś ludzie czytają bez uwagi, powierzchownie, a potem żywo na ten temat się wypowiadają. Powiem ci tak – ja już od dawna nie mam złudzeń co do ludzkości.

Ale po tym filmie myślę sobie: może przyda nam się takie spojrzenie, że jesteśmy po prostu bandą kretynów, rządzonych przez kretynów, których sami sobie wybraliśmy i wierzący instagramerom, półanalfabetom, jakiejś celebryckiej patologii w kwestii zdrowia, polityki i praw człowieka?

Dokładnie rok temu, wchodząc 2021 rok, mieliśmy jeszcze złudzenia, że pandemia za kilka miesięcy minie i wrócimy do starego świata. Teraz już takich złudzeń chyba nie mamy?

– Nie miałam tych złudzeń nawet w zeszłym roku. W styczniu 2021 wydałam książkę „Reset”. Rozmawiałam w niej z wieloma mądrymi osobami m.in. Sylwią Chutnik, Michałem Rusinkiem, Natalią do Barbaro, Tomaszem Sekielskim. Oni już w 2020 roku mówili mi, że wchodzimy w kompletnie nową epokę. To jest początek zmian na zawsze! Nie będziemy sobie mogły wrócić, jak w grze komputerowej do początku i zacząć znów żyć po staremu. Nie! My ze łzami wzruszenia w oczach już zawsze będziemy wspominać czas sprzed 2019 roku.

Moi rozmówcy krzyczeli: „Na miłość boską, przecież naukowcy ostrzegali nas od wielu lat, że nastąpi katastrofa klimatyczna, że wirusy będą mutować i nas wykańczać”.

A my zachowujemy się nadal jak kretyni i marzymy o tym, żeby mieć nowe torebki i piękne zagraniczne wyjazdy do kurortów. I paznokcie zielone, bo teraz akurat są takie modne. Przecież to idiotyzm.

Zadam ci najgłupsze z możliwych pytań. Co teraz?

– Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Nie mam już złudzeń. Żadnych. Nasza normalność będzie teraz łamana przez wirus i kryzys ekonomiczny i klimatyczny. I to jest początek, moim zdaniem, jakieś potwornej tragikomedii, jakiegoś zbiorowego samobójstwa, która dzieją się na naszych oczach. Ale my nadal niestety interesujemy się głównie tym, że jakaś celebrytka pokazała cycki, ktoś wziął rozwód albo co dalej z trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej. To są teraz newsy dnia. A to jest kompletnie nieważne.

fot.materiały prasowe

 

Horoskopy na szczęście mówią, że czeka nas lepszy rok. Może w tym należy lokować nadzieję?

– Moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie przed świętami złożyć życzenia i powiedziała: „Wiesz, my Koziorożce ostatnie cztery lata miałyśmy ciężkie, ale w 2022 roku będzie dla nas super”. Roześmiałam się, bo moje ostatnie lata nie były takie złe, więc jeśli kolejne mają być lepsze, wchodzę w to. Planuję wydać dwie książki, coraz bardziej zawodowo wybijać się na niepodległość i patrzę optymistycznie, ale w swoim kontekście. Bo nie ukrywam, że jestem przerażona tym, co się dzieje dookoła. Zrzuciłam z siebie też chęć zmienienia świata, bo wiem, że tego nie zrobię. Mogę co najwyżej zmienić własne podwórko. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystkim muszę się przejmować.

Jak ostatni rok zmienił twoje życie?

– Jestem człowiekiem na kryzysy i na wojny. Potrafię bez bólu ograniczyć swoje budżety, przestrzeń, potrzeby. Nie jestem maksymalistką pod tym względem materialnym. Moi rozmówcy z „Resetu” podkreślali, że najważniejsze jest teraz to, byśmy odnaleźli w sobie umiejętności, które pomogą nam w dostosowaniu się do nowej sytuacji, bo ona nie potrwa jeszcze tylko tydzień ani dwa lata. Świat właśnie zmienia się bezpowrotnie. COVID-19 tylko przyspieszył te wszystkie zmiany, które wisiały w powietrzu – społeczne, mentalne, ekonomiczne, technologiczne. Każde! Dziś jechałam z taksówkarzem i on mi powiedział:

„Niech pani patrzy, jaka pusta piękna Warszawa”. Jakby ktoś dwa lata temu napomknął, że będziemy pracować nie w biurach, ale we własnych domach i że tak się da, to byśmy wybuchli śmiechem.

A teraz praca on-line i nauczanie zdalne dały ludziom sposobność, żeby zapakować w samochody dzieci i uciec z miasta na długie tygodnie. Kiedyś nie do pomyślenia! I fajnie, że tak szybko się adaptujemy i uczymy funkcjonować w tej chorej rzeczywistości. A może już nie mówmy „chorej rzeczywistości?” Mówmy raczej w „nowej rzeczywistości”. Chodzi mi o to, że my musimy w tej nowej rzeczywistości nauczyć się żyć. Nie zamykać się w swoich bańkach, ale wychodzić do ludzi, przyjaźnić się i kochać. I przestańmy bajać z fałszywym optymizmem, że wróci rzeczywistość z 2019 roku. Nigdy nie wróci. Koniec.

fot. materiały prasowe

Jak chcesz teraz żyć?

– Chcę żyć na swoich warunkach. Wielu bohaterów mojej książki opowiadała o tym, że w pandemii zaczęli bardziej dbać o swój dobrostan: żyją wolniej i zajmują się sprawami dla nich istotnymi. Resztę zaczęli olewać. Powiem ci, że w 2021 roku liczba rzeczy, których nie zrobiłam, jest większa niż tych, które zrobiłam. Postanawiam się totalnie wyluzować. Przez dwa miesiące jednak musiałam wrócić do dawnego tempa i wtedy pomyślałam, że ja już tak nie chcę. Byłam na granicy paranoi, bo już odzwyczaiłam się, że jestem 20 godzin na dobę na nogach. Nie mam ochoty do tego wracać. Może to jest kwestia wieku i doświadczenia? Nie spotykam się też z pewnymi ludźmi, nie zmuszam się do kontynuowania toksycznych znajomości, bo mi kogoś na przykład żal, albo bo tak wypada, nie chodzę na imprezy, które mnie nie interesują, czyli niemal nie chodzę nigdzie. Pozbyłam się, sprzedałam wiele rzeczy, bo uznałam, ich nie potrzebuję. Nie interesują mnie dzisiejsze wyprzedaże w Zarze.

Wolałabym, żebyśmy wszyscy skupili się na bardziej dalekosiężnych sprawach, jak to cholerne ratowania planety, o którym mowa jest w filmie Adama McKay’a. Pytanie jest takie, czy Ziemia jest w ogóle jeszcze do uratowania? Czy mamy na to czas?

Czy z twojej książki bije jakaś nadzieja?

– Niewielka! Niestety COVID-19, jak każda sytuacja kryzysowa i jak każda wojna, obnażył, jacy jesteśmy naprawdę. Jaka jesteś ty, twoi przyjaciele, rodzina i świat wokół ciebie. A świat zidiociał.

Niedawno bym się z tobą bardzo na ten temat pokłóciła. Teraz z wielkim smutkiem chyba przyznam rację.

– Niestety dziś w znakomitej większości jesteśmy bardzo naiwni i nie potrafimy myśleć ani logicznie, ani perspektywicznie. A jednocześnie jesteśmy przerażeni. Ja też w zeszłym roku czułam rozpacz, myśląc o uchodźcach i naszym stosunku do nich, pomogłam, ile mogłam, mając świadomość, że to kropla w morzu potrzeb. Jako społeczeństwo kompletnie nie zdaliśmy egzaminu z człowieczeństwa. Ale jakoś to sobie próbuję racjonalizować. Po obejrzeniu ostatniego filmu Wojciecha Smarzowskiego myślę, że my po prostu tacy jesteśmy. W „Weselu” mieszkańcy jednego miasteczka w jednej stodole palą Żydów, a w drugiej ich ukrywają. Nic się do dziś nie zmieniło i powinniśmy się tego absolutnie wstydzić.

Czyli i my zostawiamy naszych czytelników bez słowa otuchy?

– Musimy! O tym jest też trochę film „Nie patrz w górę”. To jest zimny prysznic.

I o tym mówiła już dawno Greta Thumberg: „Chcę, żebyście wpadli w panikę”.

Zobacz także: Co takiego robimy, że nie możemy wyjść z samotności? 5 fatalnych strategii szkodzenia sobie


Zobacz także

Przepraszam, że uciekłam. Czy mogę wrócić?

Nie czuję nic. Nie jestem już żoną i wcale nie myślę, że to mogło się przecież skończyć inaczej

Jak rozpoznać związek karmiczny i czym on właściwie jest