Lifestyle Psychologia Święta Związek

„Cześć kochani, znów święta, mam przesrane. Ale większość z was też”. List singielki do całej reszty ludzi

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
20 grudnia 2015
Fot. iStock / nandyphotos
 

Zawsze, gdy słyszę w radiu nieśmiertelną piosenkę „Last Christmas” myślę, że oto zaczyna się czas, gdy będę miała przej**ane.

To kolejny rok, gdy jestem sama, znów nie przedstawię rodzinie nowego chłopaka, narzeczonego. Nie pojawię się u ciotki, siostry z przystojniakiem u boku, dowodem na to, że jeszcze jestem kobietą, że istnieje w moim życiu coś poza pracą.

Tata znów powie: „No to miłości ci w końcu życzę, kochanie”, mama da mu  ukradkowego kuksańca, bo przecież wie, jak mnie to złości. A potem, po cichu, w kuchni powie siostrze, że bardzo się o mnie martwi, bo ja wciąż jestem sama. I czy siostra może wie co z tym Pawłem, z którym ostatnio, nawet miło, rozmawiałam przez telefon.

No cóż, mamusiu, my się tylko od czasu do czasu bzykamy. Nie kocham go, ale sama widzisz, czasem potrzebuję seksu. Jednak nie chcę tworzyć w swojej głowie iluzji, że kocham kogoś z kim tylko łączy mnie fizyczność. Może chciałabym inaczej, ale sama rozumiesz, serce mam puste. Nie rozumiesz?

Myślałam, że twoje serce jest puste od dawna.

Siostra też się pomartwi, w końcu wszystko lepsze od przyglądania się temu, że jej małżeństwo już dawno jest trupem. W końcu to zawsze małżeństwo, prawda? Kilka dni przed świętami wypoleruje je, wyczyści, wypcha jakąś treścią. W Wigilie będzie wyglądało nawet jak żywe. Pozwoli uspokoić  ciotki, zatka je choć i tak wypowiedzą słowa, które wypowiadają zawsze: „Ależ ta Madzia szczęśliwa, i on taki przystojny, piękna para”.

Madzia co prawda wyje mi w słuchawkę co weekend, co jego podróż służbowa, co nieudany seks, co (nie)pomoc przy dziecku. Ale nie ma się co martwić, od czego są doraźne pastylki na spokój. Dzięki nim chociaż Madzia zachowa twarz, ona jest taka miła i spokojna, nie to co ja, ta gniewna karierowiczka. Nic dziwnego, że nikomu się nie podobam.

Ale to nie jest tak, kochani. Podobam się żonatemu M. Jest nawet fajny, ale znam tę żonę, ona myśli, że są dobrym małżeństwem. Ale pewnie są, prawda? No i jeszcze jest Paweł. Ale o tym pisałam już wyżej. Nawet jeśli myślę, że jednak spróbuję go pokochać, nawet gdy zaciskam oczy i powtarzam sobie jak mantrę, że to moja ostatnia szansa – to nic,  nie działa. Nie umiem tak pięknie czarować jak wy.

Usiądziemy i będziemy się do ciebie wszyscy uśmiechać przesadnie. Ciotka jeden wypije duszkiem wino, żeby nie zrobić afery babci, która nie zapisała jej domu, ale za to zapisała połowę wujkowi i innym wnukom. Ciotka nie rozumie, bo to bardzo dziwne, przecież ona babcią opiekuje się najbardziej. Ciotka dwa nie przestanie opowiadać o sobie, o tym jak jej dzieci są genialne, te języki, to wykształcenie, ta praca w najbardziej światowych korporacjach, ten sukces wpisany w drogę życia i licho wie co jeszcze. Ciotkę trzy ledwo zniesiemy wszyscy, bo przecież wie najlepiej jak robić rybę po grecku, karpia, uszka, i cholera, nie ma rzeczy na której ktoś może znać się bardziej, więc pomilczmy lepiej, bo po co strzępić sobie język. Mi tam, na przykład, szkoda energii.

Potem i tak pewnie ktoś się z kimś pokłóci, bo jednak tego wina za dużo. No cóż, polskie święta, nie może być bez emocji.

Zniosę to wszystko, bo jestem naprawdę grzeczną dziewczynką. Mam ładnie zasznurowane usta, zasznurowane ciało, pragnienia też mam zasznurowane wyku**iście pięknie. Świetnie udaję, że jestem szczęśliwa, że nic mi nie przeszkadza, że wszystkich i wszystko rozumiem.

Obiecuję, nie powiem więc, że:

– wolałabym, żebyście przestali być dla siebie sztucznie mili, żebyśmy rozmawiali na proste wyrazy, żebyście nawet klęli, ale byli prawdziwi.

– moja samotność czasem przeszkadza mi mniej, czasem bardziej. Ale nie jestem nieszczęśliwa, przepraszam. Nie pożeram wieczorem paczki wafelków i pudła lodów, nie słucham smutnych kawałków, moje ciało nie jest głodne seksu i bliskości. Biorę co mi życie daje i nie oszukuję, że jest inaczej.

– wolałabym, żebyście nie patrzyli na mnie ze współczuciem czy znajdowali czasu dla mnie tylko w święta. Żebyście przestali wciskać mi frazesy, że mogę na was liczyć tylko, żebyście kiedyś pomogli mi wnieść tę kanapę czy naprawić kran.

  wolałabym, żebyście byli wolni od tych wszystkich „musisz”, „powinnaś”, bo jedyne co ja muszę to być szczęśliwa i w miarę dobra dla siebie i innych.

– powinniście przestać wkładać świat do tych szufladek. „gruba”, „chuda”, „właściwe”, „piękne”, „brzydkie”, „beznadziejni” , bo ciężko się tego słucha i to bardzo męczące.

Kochani, ja wciąż mam szansę na miłość, na dom prawdziwy, bez frazesów, głodnych kawałków, mam szansę na ciepło, wsparcie i bliskość. Wciąż mogę żyć jak chcę, mam czas. Wciąż jestem prawie czystą kartą i nie godzę się na półśrodki, bo wiem jak półśrodki wyglądają i dopóki mogę marzyć– to będę.

A wy gdzie jesteście? W jakim punkcie swojego życia? Zamiast się mnie pytać co będę robić na Sylwestra i z kim, spytacie sami siebie czy we będziecie robić w tego Sylwestra to czego naprawdę pragniecie. Bo to chyba jest dużo ważniejsze pytanie. Uwierzcie, wiem gdzie jestem. A wy to wiecie?

Wasza singielka, wasza czarna owca, wasz powód do rozmów.

Wasza ucieczka przed sobą:)

P.S Tekst powstał na podstawie wczorajszej rozmowy z pewną trzydziestolatką, która napisała do mnie, że nienawidzi świąt. I żebym wytłumaczyła ludziom, że warto się w święta i Sylwestra odczepić od singielek i przestać je zadręczać głupimi pytaniami.


Lifestyle Psychologia Święta Związek

„Siedziałam na podłodze balkonu, proszki rozsypały się wokół mnie”. Nie pozwól, by twoje życie potoczyło się jak nasze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
21 grudnia 2015
iStock/1905HKN
 

Droga Ofiaro,
tak, to do Ciebie chcę napisać. Masz na imię Karolina i może 19 lub 20 lat. Całe życie jeszcze przed Tobą. Stanęłaś oko w oko z Bestią i jeszcze nie dostrzegasz, że to Oprawca. Zmień bieg losu, póki jeszcze możesz. A jeśli jest już za późno, to i tak przeczytaj. Na końcu będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to nie jest jeszcze koniec.

Był on. On i jego kariera

Opowiem Ci pewną historię. Zamyka się ona w 12. długich latach mojego życia. A zaczęło się, gdy ja także miałam 19 lat. „Ja też lubię fotografować”
Niby niewinny początek. Byłam młoda, ledwo skończyłam szkołę. Poznałam go przypadkiem. Przystojny, wydawało mi się, że taki życiowy, mądry. No i też zagubiony, skrzywdzony, po wieloletnim związku z Wariatką. Uwierzyłam, zupełnie naiwnie. Zresztą, jak we wszystko, co mówił. Imponował mi – fotograf, fajne pasje, fajne życie. 12 lat starszy. Czułam się magicznie. Jak księżniczka. Jak wybranka. Ochhh, jaki ten początek był niesamowity. Godzinami ze mną rozmawiał. Uśmiechał się. Czarował.

Rodzina go nie akceptowała, ale wtedy o tym nie myślałam. Po dwóch miesiącach mi się oświadczył. W gronie znajomych, na imprezie sylwestrowej. Wtedy myślałam: „Jakie to wyjątkowe”. Dzisiaj? Traktuję jak akt tchórzostwa, jak kradzież pod osłoną nocy… Takie typowe dla niego.
Były wspólne wyjazdy. Wszędzie. Za granicę, po Polsce. Pokazywał mi nieznany świat. „Studia? Po co ci te studia? To dla tych co nic nie umieją. Załóż własną działalność, będziesz ze mną pracować, rozliczać mi koszty. Oboje skorzystamy”. Uległam. Rzuciłam pracę, studia. Był on. On i jego kariera. On i jego marzenia. On i jego pomysł na moje życie.

I był też w końcu ślub

Rodzina musiała się z tym pogodzić, choć odradzali. Na miesiąc przed ślubem próbowała się do mnie dodzwonić Wariatka, jego Wariatka. Zauważył, zabrał mi telefon, kazał mnie nie nękać. Wesele, które w większości spędziłam sama, bo… no wiesz – musiał się zająć kolegami. Urodziłam córkę. Moją ukochaną, upragnioną. Moje największe marzenie. Które szybko zderzyło się z gorzką rzeczywistością. Na zewnątrz, gdy inni widzieli – kochający tatuś, pomocny mąż. W samotności czterech ścian?

Byłam sama. Ze wszystkim. Z dzieckiem, z domem, z jego fakturami i przygotowaniem sesji fotograficznych. Robiłam wszystko – załatw to, potrzebuję tamto, wyślij ponaglenie, bo nie zapłacili. Coraz częściej sesje się przedłużały. „Wiesz przecież, że pracuję, nie mogę klientowi odmówić. Przecież pracuję dla nas obojga, byś mogła sobie siedzieć z dzieckiem.” Tylko drogi Oprawco, to Ty wymyśliłeś taki pomysł na nasze życie. I było Ci wygodniej zajmować się swoimi modelkami w zaciszu studia.

Czułam się coraz bardziej samotna, coraz bardziej przeciążona. „Weź sobie niańkę do pomocy i nie narzekaj.” A ja? A moje potrzeby? A bliskość? Achhhh, no tak, bliskość to seks, taki jak on lubi i wtedy kiedy on chce. Próbowałam szukać siebie. Jeździłam na wyjazdy, szkoliłam się. Dalej z nim pracowałam. Ale we wszystkim byłam już nie taka. Za gruba. Wiecznie niewystarczająca. Ciągle robiłam coś nie tak. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to były pierwsze objawy agresji wobec mnie. Tej psychicznej. Miałam się o tym dowiedzieć dopiero po latach, na terapii.

Wróciłam do tańca. Zawsze kochałam taniec. Dawał mi oddech. Oderwanie. Pozwalał pokochać siebie na nowo, zamiast tej za grubej, za brzydkiej, z odstającymi uszami, poobgryzanymi paznokciami z nerwów. Dawał mi mnie. Coraz bliżej siebie, coraz dalej niego. Nie chciałam już wracać do domu. Nie chciałam go oglądać. Wysłuchiwać jego teorii spiskowych – bo szczepionki to śmierć, bo fluor to śmierć, bo jedzenie to wszędzie trucizna. Ale wracałam. Bo przecież tak powinno być.

Byłam jego własnością

Poświęciłam mu wszystkie najlepsze lata. Żyłam według jego scenariusza. Nawet nie zauważyłam, jak stałam się ulepkiem na kształt jego wymagań. Bez tożsamości. I wtedy pojawił się Ten Drugi. Niespodziewanie. Pierwszy raz od lat czułam, że jestem piękna. Popełniłam ten błąd. Bo bardzo tego potrzebowałam. Bo moja dusza umierała. Ale pamiętaj: Oprawca zawsze czuwa. I nie przestaje Cię śledzić. Ten Drugi na skutek szantaży odpuścił, wyjechał, bał się zaryzykować. Serce mi pękało. Ale wiedziałam, że dom i rodzina są przecież najważniejsze.

„To wszystko z miłości do Ciebie. Powinnaś być mi wdzięczna, że nadal Cię chcę. Ale teraz będzie tylko tak, jak ja chcę”. A nie było? Więc powróciłam i wtedy. Skulona. Miał mi pomóc, mieliśmy stanąć psychicznie oboje na nogi. Mówił, że zdaje sobie sprawę, że mój błąd też jest jego winą, że mi pomoże. Że razem sobie poradzimy. To razem szybko okazało się, że będzie w samotności drugiej i trzeciej ciąży, bo on wolał kieliszek, biały proszek i modelki zamiast mnie…

Sesje przeciągały się w nieskończoność. Zaczęły się problemy z pieniędzmi. W końcu on balował na okrągło, zrażał do siebie ludzi z branży, przewracał się przy barze i przedmuchał pół miasta. Pierwszy raz mnie uderzył w twarz. Był pijany. Nie zgadzałam się, by wyszedł. Na oczach córki i maleńkiego jeszcze synka. Potem dowiedziałam się, że jedynie mi oddał, bo przecież to ja go pierwsza uderzyłam. Naprawdę?

Czułam się z miesiąca na miesiąc coraz gorzej. Zamknięta w klatce. Bez sił. Potajemnie znalazłam pracę. Boże, jaką mi za to zrobił awanturę, gdy się dowiedział… Przestawałam go już interesować. A za wszelką cenę pragnęłam jego akceptacji. Mimo że mną pomiatał. Gardził. Sprawił, że nie było już mnie poza nim. Nie byłam w stanie nawet myśleć o tym.

„Beze mnie jesteś nikim. Nie poradzisz sobie. Kto Cię zechce?” I tak staliśmy się nowoczesnym małżeństwem na miarę tabloidowych tytułów. Gdzie łóżko już także musiałam dzielić z innymi. W zasadzie przestałam czuć. Przestałam myśleć. Wyniszczył mnie. W pewnym momencie nie wiedziałam już nawet, z kim sypiam i dlaczego. Wiecznie upadlana. Sprowadzana do poziomu zera. Nie byłam w stanie patrzeć w lustro. Gdy protestowałam, domagałam się rozmowy, siebie, czegokolwiek, często lądowałam na ścianie, podłodze, żebrami na drewnianym dziecięcym krzesełku…

Z miesiąca na miesiąc chudłam

Mam 170 cm wzrostu. Ważyłam 46-47 kg. Wtedy też mu się nie podobałam. Nie było idealnej wagi. Nigdy nie byłam w stanie osiągnąć zadowalającego go wyglądu ani sposobu zachowania. Przestałam spać. Nie byłam w stanie jeść. Wymiotowałam nawet wodą. Traciłam przytomność. Dotarłam na skraj. Próbowałam szukać pomocy, terapii…

Miałam troje najukochańszych dzieci i kata Oprawcę nad sobą, który traktował mnie jak śmiecia. Nie wytrzymałam. Dzieci spały za ścianą. Wzięłam fiolki z lekami neurologicznymi (miałam problemy zdrowotne po urodzeniu ostatniego dziecka i tonę leków w apteczce). I butelkę whisky. Połykałam je garściami, zapijając alkoholem i łzami. Płakałam. Nigdy tak nie płakałam jak tego dnia. Z żalu. Z bezsilności.

Siedziałam na podłodze balkonu, proszki rozsypały się wokół mnie. Pamiętam, że się pojawił. I taką migawkę z łazienki. I kombinezon sanitariusza. A potem już tylko szpital. Ciepły głos pielęgniarki. „Pij kochanie tę wodę, pij aniołku to zwrócisz. Połknęłaś z 90 tych pigułek, inaczej będziemy musieli Cię wziąć na płukanie. Pij kochanie, musisz zacząć wymiotować.” I głos zza ściany. Chyba sanitariusza. „Co za potwór. Taka śliczna dziewczyna i takie malutkie dzieci. Co on jej zrobił…” I tak przywitałam psychiatryk. Czy ktokolwiek mi uwierzy, że ja naprawdę chciałam żyć? Tylko już nie umiałam. Nie wiedziałam jak. Tak bardzo chciałam, by Oprawca zniknął. By wrócił ten mój, jedyny sprzed lat, jakiego go poznałam. Że chciałam, by się otrząsnął.

„Wypuszczę Cię do domu kochanie, ale musimy go tu ściągnąć i z nim porozmawiać. Musicie trafić na terapię rodzinną. Ty tu nie pasujesz. Ja tu mam chorych psychicznie. A Ty jesteś zdrowa. Tylko bardzo cierpisz.” Pani Profesor była kochaną osobą. Bardzo mądrą. I chętną mi pomóc. Sprowadziły go. Jak zawsze elokwentny. „Oczywiście, pójdziemy, jeśli to warunek, by żona wyszła. Tak, tak, tu jest brak zaufania.” Bla, bla, bla. Znałam ten czarujący popisowy ton rozmowy. Dla tych, no wiesz Ofiaro… na zewnątrz. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, usłyszałam, że na żadną terapię nie idzie, bo to nie on ma problem, tylko ja. Bo jestem wariatką. Wariatką!!!

„Wariatko… Czy to nadal Twój numer? Potrzebuję z Tobą porozmawiać. Minęło tyle lat… Przepraszam.”„Kim jesteś? Zmieniałam telefon i nie mam Twojego numeru”.„Żoną Oprawcy”. „O Boże… Czyli jednak… Tak, jeszcze dzisiaj, o 13”.

Nie Ofiaro. To moja historia

Pojechałam. Wybrała taką przyjemną knajpkę, artystyczną, przyjazną dzieciom. Wszędzie książki, rzeczy do rysowania. Trochę obrazów. Mimo że w centrum, to bardzo cichą i spokojną. Weszłam. Szybko zauważyłam ją w rogu. Piękna. Znacznie piękniejsza niż ją zapamiętałam. Krótkie, ciemne włosy. Śliczne oczy i usta. Siedziała spokojnie. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do niej.

„Cześć. Ja… ja nie wiem od czego zacząć”. Łzy cisnęły mi się do oczu, a usta drżały. „Usiądź. To może ja zacznę? Na początku było cudownie. Jak z bajki. Wspólne wyjazdy, wspólna praca. Było fantastycznie. A potem zaczął powoli uzależniać Cię od siebie. Zawodowo, finansowo, życiowo, emocjonalnie i seksualnie. Przestałaś być sobą. Niszczył Twoje poczucie własnej wartości i godności. Prawdopodobnie przeszłaś załamanie nerwowe. Możliwe, że próbowałaś odebrać sobie życie. Zdradzał Cię i okłamywał przez cały związek…”. „O Boże skąd znasz moją historię?” „Nie Ofiaro. To moja historia. Dzwoniłam do Ciebie przed Twoim ślubem, by Cię ostrzec. By Cię uchronić. Powiedzieć Ci, byś za niego nie wychodziła. Że zniszczy Ci życie. Ale nie udało mi się…”

Łzy płynęły mi po policzkach. Przywoływała wszystkie jego wymówki. Pokazywała szramę na szyi po rozbitej w trakcie awantury z Oprawcą butelce. Przepraszała i prosiła o wybaczenie, bo zdradzał mnie także i z nią, mimo że się przecież rozstali. „Ale byłam tak potwornie uzależniona od niego.” Rozumiałam ją. Była piękną, mądrą i wspaniałą kobietą o ogromnym sercu i współczuciu. Mimo że od zakończenia jej związku z nim minęło 10 lat, nadal dygotała w panice na samą myśl o wspomnieniach z tamtego czasu. Po dziś dzień się go boi. Tak jak boję się ja. „To była regularna przemoc domowa. Jest psychopatą, wyrachowanym i okrutnym. Powtarza ten sam schemat od lat.”

Wtedy miałam pewność. Muszę odejść

Muszę się uwolnić choćby nie wiem co. I muszę uratować dzieci. Poszłam na terapię. Po zakończeniu zwolnienia lekarskiego rozstałam się z w przyjaźni z firmą, w której pracowałam. Zaczęłam pracę na własną rękę. On znikał. Coraz częściej. Nie wracał już prawie wcale na noce. Wyżywał się przy byle okazji. Córka podnosiła mnie z podłogi, gdy w trakcie awantury wykręcił mi ręce do tyłu i cisnął mną o podłogę. Miałam zdarte kolana. Ale zaciskałam zęby. Wyjechał na parę miesięcy za granicę. Pojawiali się lepsi i gorsi znajomi. Czas zweryfikował tych fałszywych, niestety część z nich była przedłużeniem rąk Oprawcy. Ale udało mi się i z tego kręgu wydostać. Czas mijał. Stawałam na nogi. Powoli, mozolnie. Godziłam się z rodzicami. Leczyłam rany duszy.

Przypadkiem w zupełnie niespodziewanym momencie dostałam pracę, której potrzebowałam i która mnie niesamowicie satysfakcjonowała. Znalazłam w niej też przyjaciół na dobre i na złe. Jak druga rodzina. Pomogli mi się zebrać, by przygotować pozew. Pomogli spakować, by móc się przeprowadzić. Wiesz Ofiaro, jakie to uczucie pakować 11 lat życia w kartonowe pudełka? Do trzeciej w nocy. Wywozić ubrania i rzeczy do pracy, by w furii Oprawca nie zniszczył Ci ostatnich drobiazgów, jakie jeszcze masz? Spakowałam się, ale jeszcze nie wyprowadziłam. On zaczynał już wiedzieć, że odchodzę. Gdy wyjeżdżał nasyłał znajomych, by wydzwaniali w środku nocy domofonem, budząc mnie ze snu.

„Halo? Halo!” Ale w słuchawce cisza. Odkładasz domofon, dochodzisz do łóżka, bierzesz krawędź kołdry, a ten znowu dzwoni. I tak pół nocy. Zwykły stalking. Głuche telefony z ukrytych numerów. Gdy zorientował się, że wynajęłam mieszkanie i mam już dokąd uciec, ukradł mi klucze z torebki, gdy spałam i pieniądze, których nie zdążyłam wpłacić na konto. Tak mnie wyrzucił z mieszkania. Po prostu nie mogłam wrócić. Chciałam zabrać chociaż dzieci, które płakały po drugiej stronie drzwi. Odebrałam je w końcu z policją.

I tak zaczęłam nowe życie. W wynajętym mieszkaniu, gdzie miałam 4 widelce, 3 kubki, 2 talerze i dziurawą patelnię. Bo z domu Oprawcy nie zabrałam nic prócz swoich rzeczy. Ale miałam dzieci. I w końcu siebie. Widzisz Ofiaro, mija już kolejny miesiąc, gdy mieszkam tutaj. Sprawa w sądzie nadal się toczy, ale jest lepiej. Mamy już piękną zastawę, czyściutką, pachnącą pościel. Mamy przyjaciół i wsparcie rodziny. Nikt nas nie bije. Ani mnie, ani córki. Bo gdy mnie zabrakło, to Oprawca wyżył się kiedyś też na niej. O tym pewnie nie wspominał w swej barwnej opowieści przeszłości, prawda? Ale z pewnością słyszałaś o wariatce albo o dziwce.

Mamy siebie. Ja i dzieci. Mamy dom

I mimo że on nie płaci alimentów, szantażuje, rzuca wyzwiskami, to zaczynam uśmiechać się do siebie w lustrze. I odkryłam, że jestem piękna w oszałamiająco wielkim rozmiarze 36. Ścięłam włosy. Wyrzuciłam wszystkie ubrania, które kojarzyły mi się z byciem niewolnicą Oprawcy. Serce jeszcze nadal krwawi, ale patrzę z dumą i godnością na siebie, bo widzę silną kobietę.

Dzieci powiedziały mi o Tobie, Ofiaro. Masz na imię Karolina. I jesteś tak samo młoda jak ja, gdy Go poznałam, chociaż on teraz jest stanowczo więcej starszy od Ciebie. Jesteś już trzecia odkąd się wyprowadziłam. Mam nadzieję, że natrafisz na ten tekst i go przeczytasz. A jeśli nie Ty, to jedna z wielu Tobie podobnych.

12 lat życia z Oprawcą nauczyło mnie, kim jestem

Mimo że sądziłam, iż niektórej agresji nie można pokonać, okazało się, że jednak można. Z każdego upadku powstajemy silniejsze. Oraz że trzeba czynić dobro bez względu na okoliczności. Nie nienawidzę ani Ciebie, ani nawet jego. Jest mi go szkoda. Bo potrzebuje pomocy, ale tego nie dostrzega. Ciebie także mi szkoda, bo naiwnie, jak ja nie sprawdzasz tego, co Ci mówi. Widzisz… Ani ja, ani Wariatka nie wierzyłyśmy, że można wyjść z piekła. Bo życie z Oprawcą takie właśnie jest. Ale jak mawia moja ulubiona postać literacka: „Jeszcze przed śniadaniem wierzę w 6 niemożliwych rzeczy”. „To bardzo dobra praktyka” odpowiadał Kapelusznik. Widzisz jeszcze możesz pokonać Żaberzwłoka, zanim wyrządzi Ci krzywdę. A jeśli już to zrobił, wiedz, że nie przestanie. I prędzej czy później będziesz musiała to zrobić. Tak jak ja. I Wariatka. I wszystkie przed nami.

Proszę, nie pozwól, by twoje życie potoczyło się jak nasze. Nikt nie ma prawa stosować wobec nas żadnego rodzaju agresji. Ani słownej, ani ekonomicznej. Ani fizycznej. Chociaż wiem po latach, że ta fizyczna goi się najszybciej. Przerwij to zanim będziesz musiała sklejać serce i żebra. Chociaż na końcu będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to nie jest jeszcze koniec. Ja jestem już blisko.

Precelek


Lifestyle Psychologia Święta Związek

„Znam kobiety, które straciły ponad 30 mężczyzn ze swojej rodziny podczas tego ludobójstwa”. Nikt nie ucieka z bezpiecznego domu…

Małgorzata Gąsiorowska
Małgorzata Gąsiorowska
20 grudnia 2015
Fot. Archiwum prywatne

Z Eminą Ragipovic, Bośniaczką, muzułmanką, prezeską Fundacji Kultura Bez Granic spotykam się w jej warszawskim mieszkaniu. Prosi o przypilnowanie piekarnika, w którym rumieni się bałkański burek. Coś jeszcze załatwia w locie. Mam chwilę, żeby się rozejrzeć. Pokój tonie w książkach: religioznawstwo, historia, reportaże. Na półkach zdjęcia.  Na jednym uśmiechnięty 12– letni Ali, syn Eminy. Obok stoi portret Tadeusza Mazowieckiego, z którym przez wiele lat współpracowała.

Małgorzata Gąsiorowska: Znasz wiersz Warsany Shire „Dom”?

Emina Ragipovic: Nie, chyba nie…

Przeczytam ci początek: „nikt nie opuszcza domu, chyba że dom jest, jak paszcza rekina”

Rozumiem, bardzo symboliczne. Ja opuściłam swój dom z powodu represji politycznych. Pracowałam na Bałkanach jako koordynatorka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i niezależna dziennikarka w najgorszych okresach reżimu Miloševića. Wspólnie z demokratyczną opozycją serbską walczyliśmy o ochronę praw człowieka licznych mniejszości narodowych zamieszkujących terytorium byłej Jugosławii, m.in.: albańskiej, bośniackiej, węgierskiej, romskiej.  Ale represje się nasilały, zwłaszcza wobec serbskiej opozycji wewnętrznej. Ludzie po prostu znikali bez śladu. Sprawę załatwiały służby specjalne, ręka w rękę z mafią i z błogosławieństwem reżimu. Byłam prześladowana i wielokrotnie zatrzymywana. Gdy stało się to pierwszy raz, nie miałam jeszcze 18. lat. Obserwowałam represje i procesy bośniackich opozycjonistów. Ale walczyłam. Dopiero kiedy sama zostałam matką, i przestałam być odpowiedzialna tylko za swoje bezpieczeństwo, postanowiłam wyjechać do Polski. Ali miał wtedy około roku.

To było już po wojnie, zbrodniarze wojenni zostali skazani …

Tak, góra tak. Zostały całe „doły”. Ci, którzy te rozkazy realizowali, ci którzy strzelali, aresztowali i gwałcili, szczególnie w Bośni. Oni zostali w aparacie urzędniczym, służbach bezpieczeństwa, na wysokich pozycjach w państwie. Dla mnie niewiele się zmieniło. Zresztą, nie wgłębiając się w historię wojny na Bałkanach, nie możemy zapominać, że reżim trwał jeszcze kilka lat po jej zakończeniu, a pogranicze długo pozostawało niespokojne. Mieliśmy z moim zespołem co robić.

Zajmowałaś się jakimś szczególnym obszarem łamania praw człowieka?

Od pewnego momentu tak. Raportowaniem sytuacji kobiet, pomocą ofiarom gwałtów i przemocy wojennej. To Tadeusz Mazowiecki jako specjalny wysłannik UNHCR (Wysoki Komisarz Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców) wywalczył, aby przemoc wojenna i gwałty zostały uznane przez Trybunał w Hadze za zbrodnię wojenną. Premierowi należy się najwyższy szacunek za to co zrobił dla prawdy o Bośni i zbrodniach dokonanych podczas tego konfliktu.

Kobiety są szczególnie narażone w czasie wojen …

Nie tylko w czasie wojen, ale tak. Mężczyzn często nie ma, bo walczą lub zostają wymordowani w pierwszej kolejności, by im tę walkę uniemożliwić. Na kobietach spoczywa ciężar utrzymania i przetrwania rodziny, a co za tym idzie szerzej – przetrwania narodu.

Kobiety są też narażone w czasie wojny na przemoc seksualną?

Kobiety, szczególnie bośniackie muzułmanki były podczas tej wojny gwałcone masowo i większość z nich w sposób zorganizowany. Tworzono nawet specjalne obozy. Aresztowane kobiety były gwałcone przez żołnierzy, przez członków grup paramilitarnych, a nawet przez żołnierzy i dowódców przysłanych tam w ramach misji ONZ.  Wiele kobiet w wyniku tych gwałtów zachodziło w ciąże. Upokarzało je to dodatkowo. „Zobacz, zostawiłem ci ślad na całe życie, ślad w twoim ciele, w krwi, i w domu”. Gwałty i inne akty przemocy oczywiście zdarzały się po wszystkich stronach tego konfliktu. Nie mam co do tego wątpliwości, jednak skala terroru jaka dotknęła bośniackie muzułmanki, była największa. Trybunał w Hadze szacuje, że takich kobiet było ponad 25 tysięcy. Ich dramat ciągnie się długo po odzyskaniu wolności, szczególnie tych, które zdecydowały zatrzymać przy sobie dzieci, owoce tych gwałtów. Niejednokrotnie były odrzucane przez męża, rodzinę czy środowisko.

Kobiety są wobec wojny bezbronne

Bardzo polecam film „Grbavica” z 2006 roku, który dostał nagrodę Złotego Niedźwiedzia w Berlinie. Poruszający. Bohaterka, Esma już po wojnie mierzy się ze wszystkimi demonami. Przed córką utrzymuje, że jej ojciec zginął podczas wojny, bolesna prawda jest inna, co wreszcie wychodzi na jaw przypadkiem. Nie chcę zdradzać fabuły, ale to uniwersalne doświadczenie wielu bośniackich kobiet. Na świecie ten film był przyjęty entuzjastycznie, w Serbii wywołał oburzenie i nie wszedł do dystrybucji. Szczególnie to, że rolę Esmy zagrała Serbka – Mirjana Karanović, która w serbskiej nacionalistycznej  prasie została nazwana zdrajczynią.

Kobiety w czasie wojny muszą też patrzeć na śmierć swoich dzieci …

Takie osierocone matki zorganizowały się wokół Stowarzyszenia Matki Srebrenicy, którego byłam przedstawicielką w Polsce na pogrzebie Premiera Mazowieckiego. To kobiety, które niejednokrotnie straciły wszystkich synów podczas masakry w Srebrenicy. Nie tylko synów zresztą, braci, ojców, mężów. Znam osoby, które straciły ponad 30 męskich członków swojej rodziny podczas tego ludobójstwa.

Po czymś takim można żyć? I jeszcze walczyć?

Można, jak widać. I trzeba. Przy życiu utrzymuje je nadzieja na choćby gram sprawiedliwości w stosunku do sprawców tej zbrodni.

Przecież zostali pojmani i osądzeni….

Owszem, tak jak wcześniej mówiłam, głównie ci na górze, dowódcy, wydający rozkazy. Ci, których rękoma mordowano, często nie. Nadal żyją w swoich środowiskach i często mają się doskonale. Pracują, kłaniają się i uśmiechają do swoich ofiar, których są sąsiadami. Wielu z nich pracuje nadal w  aparacie urzędniczym i służbach bezpieczeństwa, są nietykalni. Matki Srebrenicy walczą o rozliczenie także wykonawców rozkazów, nie tylko mocodawców. Nadzieja na sprawiedliwość utrzymuje te kobiety przy życiu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

W Polsce kontynuujesz swoją pracę w Fundacji Kultura bez Granic?

Pomagam nie tylko kobietom, ale rzeczywiście one potrzebują czasem specyficznej pomocy. Przyjeżdżają tu po strasznych przeżyciach, doświadczały najgorszych form przemocy. Tu spotykają ich kolejne dramaty, bo stykają się z bezduszną machiną urzędniczą i niewydolnym systemem. W ośrodkach nie ma sensownej polityki integracyjnej. Są wspierane przez krótki czas niewielkimi kwotami, które nie wystarczą na życie, wynajęcie mieszkania. Jeśli mają pod opieką dzieci są w jeszcze trudniejszej sytuacji. Mają problemy ze znalezieniem pracy, ze wszystkim.

Nie rozumiem  tego, jesteśmy wśród 30 najbogatszych krajów świata. Jesteśmy najszybciej rozwijającym się krajem w Europie. Argument, że nie ma mieszkań komunalnych dla polskich matek, bo nie ma, nie jest problemem spowodowanym tym, że zabierają je emigrantki. To plama na sumieniu tego systemu. Tego też nie rozumiem w państwie deklarującym ochronę i wspieranie rodziny. W kraju, w którym tak się faworyzuje postać „matki”, a de facto polityka jest antyrodzinna i antyspołeczna.  Te sprawy pozostają głównie w sferze działań organizacji pozarządowych i kościelnych.

Ty nie wyjeżdżałaś w tak dramatycznych okolicznościach jak obserwujemy to teraz podczas kryzysu uchodźczego?

To była trudna decyzja, chociaż nie tak dramatyczna. Ale bardzo trudna. Długo nie mogłam jej podjąć, chciałam walczyć. W pewnym momencie zdawałam sobie już sprawę, że dalekie jest to od normalnego, spokojnego życia. Miałam dobre kontakty z polską ambasadą. Postanowiłam się ubiegać o azyl polityczny. Teraz jestem polską obywatelką.

Gdy patrzysz na tych ludzi w łodziach, teraz i na to jaka atmosfera społeczna wokół uchodźców panuje, co czujesz, co myślisz?

Jestem zła. I widzę ogromną hipokryzję tych, którzy mianują się wyznawcami podstawowy wartości europejskich. Europejskiej solidarności. Tych, którzy tak bardzo podkreślają szacunek i ochronę  każdego życia ludzkiego. Brakuje tej solidarności i na poziomie przywódców i niestety zwykłych ludzi. Myślimy, że gdy coś się dzieje daleko, to nas nie dotyczy. Nie obchodzi nas, że w Syrii ginie 250 tysięcy ludzi, a ucieka 4 miliony. Jesteśmy bezpieczni w naszej potężnej Europie, a że ludzie giną w Somalii, Erytrei i Kongo lub topią się na tych łodziach. Cóż … Z mojego punktu widzenia to europejski kulturowy szowinizm, też się poczuwam, chociaż nie podzielam tych postaw,  jestem Europejką. Do tego dochodzi islamofobia. To teraz główna oś oporu przed pomocą dla tych ludzi.

Skąd to się bierze? Nie mówmy może o Europie, ale w Polsce?

Za tę sytuację najbardziej obwiniam media, które konsekwentnie, od lat budowały obraz muzułmanina terrorysty. Mówiono o Państwie Islamskim, podkreślano wyznanie ludzi dokonujących aktów przemocy, o ile był nim islam. Nie wymienia się wyznania każdego mordercy lub robi się to rzadko. A przez nas, muzułmanów, człowiek, który aktów terroru dokonuje nie jest uważany za muzułmanina, bo godzi w filary naszej wiary. Fundamentem naszej wiary jest jeden z wersetów, który mówi, że kto zabija niewinnego człowieka, zabija cały świat. A kto ocali jednego niewinnego człowieka, ratuje cały świat. Niewiele możemy poradzić na to, że radykałowie wypaczają te prawdy i te zasady. Najwyżsi przywódcy duchowni wydali fatwę – dekret w którym wykluczają takie organizacje, jak ISIS, z grona muzułmanów. Potępili też wszystkie zamachy, w których giną cywile.

Z Syrii uciekają zwykli ludzie, którzy nie mogą normalnie żyć i wychowywać dzieci w chaosie i ciągłym poczuciu zagrożenia. I  ja to doskonale rozumiem, bo sama to przeżyłam, ale wystarczy trochę empatii i zrozumieć jest to w stanie każdy. Bojąc się robimy tylko prezent radykałom, którym zależy na pogłębianiu chaosu i destabilizacji.

A wy jakoś doświadczacie niechęci?  Twój syn Ali jest w szkole dyskryminowany?

W zasadzie nie. Był  może taki moment, co mnie zaskoczyło, bo Ali jest bardzo lubiany w klasie. Ale szybko wspólnie z rodzicami, pedagogiem i wychowawcą opanowaliśmy sytuacje i jest dobrze. Ja chodzę bez chusty, zakładam ją tylko do modlitwy, więc tym bardziej nie widać na pierwszy rzut oka, że jestem muzułmanką. Natomiast dziewczyny pod hidżabami boją się ostatnio nawet wychodzić.

Powszechnie uważa się, że kobieta muzułmanka ma niską pozycję, jest cichutka, skromniutka. Ty burzysz stereotyp.

Tak, my wszystkie burzymy. Szczególnie samodzielne mamy, jaką i ja jestem.

Pozycja kobiet w islamie jest i była zawsze bardzo wysoka. Cieszymy się prawami w niektórych obszarach bardziej postępowymi niż kobiety  innych wyznań. Na przykład mamy prawo do rozwodu. Mamy prawo do dziedziczenia, prawa wyborcze, prawo do edukacji oraz prowadzenia modlitwy, to nasze prawa koraniczne. Miałyśmy je znacznie wcześniej niż inne kobiety.

To, że w niektórych krajach te prawa są łamane wynika z regionalnych uwarunkowań, a nie z religii i tak samo dotyka to muzułmanek jak i na przykład chrześcijanek. To są inne procesy, związane z kulturą patriarchalną, ale nie z religią jako taką. Przed Bogiem i prawem jesteśmy równi, chociaż oczywiście we współczesnym świecie jest to utopia. Tak jak każda religia może być używana do politycznych rozgrywek.

W stosunku do kobiet?

Dokładnie. W niektórych regionach te prawa koraniczne się kobietom odbiera, islam sie  asymiluje do lokalnych tradycji. Te najgorsze rzeczy, kojarzone stereotypowo z islamem, nie mają z religią nic wspólnego. Jak, na przykład, obrzezanie kobiet, kamienowanie (które jest podkreślone w Starym Testamencie). To są okrutne, ale bardzo lokalne „tradycje”.

Nasi religijni przywódcy niejednokrotnie potępiali takie praktyki jako niezgodne z islamem. Przemoc wobec kobiet jak terroryzm, nie ma religii, nie ma narodowości i dotyka nas pod każdą szerokością geograficzną. W Europie nie jest z tym różowo, skala przemocy wobec kobiet jest ogromna, więc zanim zaczniemy zamiatać czyjeś podwórka, warto najpierw zrobić porządek na swoim.


Emina Ragipovic. Bośniaczka, muzułmanka, obywatelka polska. Absolwentka kulturoznawstwa i  literatury południowo-słowiańskiej na Uniwersytecie w Sarajewie. Na Bałkanach pracowała jako niezależna dziennikarka i koordynatorka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Była współpracowniczką Tadeusza Mazowieckiego (od czasu gdy pełnił funkcje specjalnego wysłannika UNHCR na Bałkanach). Dla przyjemności studiuje stosunki międzynarodowe w Collegium Civitas. Była koszykarka. Prezeska Fundacji Kultura Bez Granic, a przede wszystkim mama 12 letniego Alego, młodego sportowca, który idzie w jej ślady i też trenuje koszykówkę.


Zobacz także

Pięć cech, które każdy facet kończący 30 lat powinien posiadać (niestety nie zawsze tak bywa)

Czego lepiej nie podgrzewać w mikrofalówce? Ta wiedza może zaoszczędzić sprzątania lub uchronić przed pożarem

Nie znasz – nie oceniaj, bo możesz się bardzo mocno pomylić