Lifestyle Związek

A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieść się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
29 marca 2016
A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieźć się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie
Fot. iStock / sSplajn
 

Składam pranie. Już wieczór. Pachnie nowym płynem do płukania. Tak świeżo. Cisza w domu, dzieci już śpią, a ja myślę, co jeszcze dzisiaj zrobię. W zamrażarce schowany sorbet malinowy. I książka, którą dostałam na urodziny, ale ostatnio nie miałam czasu nad nią usiąść. Tak, dzisiaj to ma być dzień dla mnie, na przyjemności.

Ukłucie. Nawet nie pomyślałam, że ty też tu jesteś. Obok. Sprawdzasz jeszcze maile. Tylko jakie to ma znaczenie? Pewnie spytasz, czy chcę coś do picia, jak sam sobie będziesz robił herbatę i kanapki na kolację. A ja odpowiem, że tak poproszę malinową. Moją ulubioną. Ale o tym pewnie już dzisiaj nie pamiętasz. A może nigdy nie chciałeś pamiętać.

Jakie to ma teraz znaczenie. Kiedy i tak żyjemy obok siebie. Matko, jaki banał. Samotność w związku. Do wyrzygania banalne i klasyczne. A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieść się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie. Tylko te tworzone w głowie scenariusze jakoś rzadko są realizowane. Pozostaje nam grać w jakieś farsie. Przy wątpliwym talencie aktorskim głównych bohaterów.

Wiesz, ile książek przeczytałam, ile mądrych artykułów? Pamiętam, jak kiedyś mieszając herbatę stałam w kuchni, a ty wyrwałeś mnie jakimś pytaniem z ciszy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że twoja obecność nie ma już dla mnie znaczenia. Że jesteś stałym elementem mieszkania, które nawet rzadko mnie już drażni. Walczyłam. Nie poddaję się tak po prostu, jeśli w coś wierzę. A w nas wierzyłam. Wierzyłam każdą częścią swojego ciała. Przypominałam sobie twój dotyk, twoje słowa, te najlepsze dni, tygodnie. Wracałam do tego chcąc pamiętać, dlaczego jesteśmy razem. I by mieć siłę do walki.

I walczyłam

… kiedy prosiłam cię o uwagę

Mówiłam: „Jestem tutaj, przestałeś mnie zauważać, potrzebuję twoich gestów, słów”. Najpierw krzyczałam, a później tłumaczyłam spokojnie, że tak się nie da, że przecież nie jesteśmy razem tylko po to, żeby mieć się z kim minąć w łazience. Że o miłość trzeba dbać, trzeba ją pielęgnować. Że może dla ciebie kwiaty to żaden gest, ale dla mnie znaczy wiele. Bo pokazuje, że ktoś o tobie pomyślał w ciągu dnia, poświęcił trochę czasu po to, by sprawić ci przyjemność. I dostałam te kwiaty. Na następny dzień. Z „przepraszam”. I wtedy myślałam, że się udało. Że zrozumiałeś. Że jestem dla ciebie nadal ważna. Ale ty myślałeś, że ten jeden gest wystarczy na resztę życia? I na to, co już było?

…kiedy tłumaczyłam ci swoje potrzeby

Czytałam, że trzeba rozmawiać, że trzeba mówić, że nie czekać, aż on się domyśli. Naładowana tą wiedzą sygnalizowałam wprost: „Potrzebuję czułości”, „Potrzebuję, żebyś zabrał mnie do kina”, „Potrzebuję, żebyś mnie zauważał podczas seksu, a nie myślami był jakby nieobecny”. To wtedy się oburzyłeś. Zareagowałeś. Jakbym uderzyła w czuły punkt. Mówiłam: „Przytul mnie”, ale ty nie miałeś czasu, bo musiałeś zadzwonić, albo właśnie byłeś głodny. I zostawiałeś mnie upokorzoną swoimi potrzebami, choć jeszcze próbowałam: „Nie rób tak, nie zachowuj się w ten sposób, krzywdzisz mnie”. A może chciałeś mnie za coś ukarać?

… kiedy mówiłam o zrozumieniu

I o tym, że nic nie zmienimy w naszym życiu, jeśli oboje tego nie będziemy chcieli. Pytałam: „Chcesz”, a ty przytakiwałeś i wlewałeś we mnie kolejne krople nadziei, że się jednak uda. Tłumaczyłam, że oboje jesteśmy ważni, że może powinniśmy zdobyć się na szczerość i powiedzieć sobie otwarcie, co nas niszczy, co sprawia, że się oddalamy. „Nie wiem, o co ci chodzi”, powtarzałeś, a ja pytałam, czy ci w takim układzie jest dobrze? Czy nie tęsknisz za mną? Jeszcze kiedyś przytulałeś chcąc zamknąć mi usta, później już tylko przewracałeś oczami. A ja zastanawiałam się, ile jeszcze mogę znieść. Ile unieść, Co jeszcze mogę zrobić, żebyś się otworzył, żebyś zobaczył to, czego nie chcesz widzieć. Że nas już nie ma. Są dwie osoby żyjące obok siebie. Tworzymy iluzję wspólnego życia, w którą wierzą inni, ale my już nie.

…kiedy pytałam, czego ty oczekujesz

Bo przecież wiedziałam, że nie mogę skupić się tylko na sobie. Zresztą dla ciebie i tak mnie znaczenia, co ja czuję i myślę. Jak walka z wiatrakami. Więc pytałam: „To ty powiedz, co mogę zmienić, żeby było nam lepiej, żebyśmy byli szczęśliwi”. Mówiłam – napisz, pomyśl. Nie naciskałam. Chciałam tylko, żeby to przemyślał, dał mi wskazówkę, w którą stronę powinnam pójść. Usłyszałam: „Kiedyś byłaś inna”. To wszystko na co było cię stać. Obarczenie mnie winą za to co tu i teraz, bo się zmieniłam. „Ale ludzie się zmieniają” – tłumaczyłam. A ty nie chciałeś rozmawiać. Mówiłeś jakieś banały, bez głębszej refleksji, żebym się w końcu odczepiła i dała ci święty spokój, bo jeszcze gazety nie zdążyłeś przeczytać.

… kiedy próbowałam wskrzesić nas

Fizycznie. Sięgnęłam do najprostszej formy walki. Kobiecością, uwodzeniem. Staraniami. Bo może jeśli zbliżymy się fizycznie, wyjdziemy z rutyny, to otworzy nam przestrzeń do rozmów, do śmiechu, do snucia wspólnych planów daleko w przyszłość, kiedy dzieci już wyjdą z domu. Nie masz pojęcia jakie to upokarzające słyszeć: „Jestem zmęczony”. Boli – też fizycznie. Automatyczny seks, to jedyne do czego mnie chyba potrzebowałeś, choć czasami się zastanawiałam czym się różnię od lustra w łazience, przy którym czasami robiłeś sobie dobrze.

Nie wiem, kim dzisiaj jestem. Nie mam już siły. Tak bardzo chciałam. Nasze zdjęcia schowałam głęboko, już nie chcę ich oglądać, czy tobie podsuwać. Niedobrze mi, kiedy myślę, ile rzeczy ci powiedziałam, jak bardzo się otworzyłam, ile byłam gotowa dać z siebie. A ty? Spytałam ostatnio, czy w ogóle mnie kochasz. Spojrzałeś tylko… Chciałam się zapaść pod ziemię, zniknąć, niż znosić przez chwilę to spojrzenie, kiedy ja jeszcze zabiegam o twoją miłość, a czego ty zupełnie nie rozumiesz. Myślę o twoich rodzicach śpiących w dwóch osobnych sypialniach, o tym, jak kiedyś mówiłam ci, że ja tak nie chcę, że takiego życia sobie nie wyobrażam. Widać, można znieść więcej, niż nam się wydaje. Jak długo?

Co jeszcze mogę zrobić, żebyś się otworzył, żebyś zobaczył to, czego nie chcesz widzieć. Że nas już nie ma. Są dwie osoby żyjące obok siebie.

Fot. iStock / sSplajn


Lifestyle Związek

Czasami tak cholernie tęsknię. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 kwietnia 2016
Czasami tak cholernie tęsknię. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności
Fot. iStock / chesterf
 

Czasami mam znowu 23 lata. Pamiętam zapach tamtych czasów. Dużo wspomnień to tylko zapachy. Skóra pachnąca słońcem. Świeżo opalona po jakimś pikniku w parku. Zapach jego włosów, dłoni. Zapach wieczornego powietrza pachnącego zbliżającą się wiosną. I intensywność poranków, tych nie do przewidzenia, nie do zaplanowania. Tych, którym daleko było od rutyny – parzenia kawy, budzenia dzieci, robienia kanapek.

Czasami tak cholernie tęsknię za przeszłością. Za jej nie przewidywalnością. Za energią tak naturalną, którą w sobie miała. Kiedy tak mało rzeczy się musiało, a tak wiele mogło. Kiedy jeszcze nie tworzyliśmy sobie ograniczeń. Ze wszystkim można było się uporać, wszystkiemu sprostać, a nawet jak się nie udało, to jakie to miało znaczenie. Łapało się kolejną rzecz i za nią szło.

Czasami tak bardzo mi smutno, że to już nie wróci. Że to szaleństwo, te głupoty, to śpiewanie w nocy, bieganie po deszczu, tańczenie do rana, dreszcz, który dotykał karku, kiedy nie chciało się myśleć co się powinno, a czego nie, że to już tylko było. Że nawet jak wraca to tylko na chwilę. Na moment i wtedy tę stratę odczuwam z potrójną siłą, wtedy do niej wracam. Bo na co dzień mam swoją rzeczywistość. Zamkniętą obowiązkami. Czasem, który toczy się mniej lub bardzie utartym rytmem. I na co dzień dobrze mi z tym, nie zauważam starty, nie tkwię w żałobie za tym, co minęło.

Czasami tylko płaczę do tych wspomnień. Do tych zapachów. Zwłaszcza, gdy wracają na chwilę, przez przypadkowe mniej lub bardziej spotkania. Kiedy przez chwilę znowu tam jestem. I kiedy nie chcę stamtąd wracać. Kiedy chcę być znowu tamtą dziewczyną. Bez ograniczeń. Z wirującą duszą, która nie ma zamiaru się zatrzymać. Z sercem bijącym mocniej i bardziej bolącym, bardziej czującym – bo więcej i mocniej, z głodem emocji, doznań i doświadczeń. Bez racjonalizmu, rzeczywistego oglądu sytuacji.

Czasami tak bardzo chciałbym tam uciec. Pogrążyć się w tym, co było i nie wracać do tego co tutaj. Czasami. Chciałabym tam zostać. Nie być tutaj wciśnięta między obiad a kolację. Ilość lekcji i tydzień wyznaczony zajęciami dzieci. Czasami chciałabym wrócić, żeby spróbować jeszcze raz. Żeby tym razem podjąć inne decyzje.

Czasami świadomość, że tylko raz mamy szansę boli tak, że nie mogę złapać oddechu. Budzę się z lękiem. Z tysiącem wątpliwości. I z pragnieniem powrotu do siebie z wtedy. Do tej wiary i energii, do pewności, że wszystko zależy tylko ode mnie, że za nikogo nie jestem choć przez chwilę odpowiedzialna. Tylko za siebie, za swoje wybory. Że decydując jestem szczera tylko wobec siebie i tylko o sobie mogę pomyśleć. Że nie muszę kalkulować, kogo skrzywdzę, ile osób mam przy sobie, czyje życie też zmienię lub nie zmienię wcale.

Czasami tak bardzo się boję, że już nic się nie wydarzy, że już nic się nie stanie. Że będę tylko smutno uśmiechać się do siebie z wtedy. Do tych zapachów. Do tych obrazów, dotyków. Że pozostało mi tylko być tu i teraz. I patrzeć do przodu z marną nadzieją zamiast pewności.

Czasami jestem tak bardzo zmęczona. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności. Tak bardzo się boję, że coś przegapię. Że utknę w tym co dzisiaj, co jutro. W tym zaplanowaniu, kontrolowaniu. W tej potrzebie ogarnięcia wszystkiego i wszystkich. W tym poczuciu obowiązku. W rutynie. Że obudzę się pewnego dnia i nie znajdę już radości. Że rozejrzę się wokół i okaże się, że tkwię w szarości, w smutnym dniu, gdzie niewiele rzeczy ma dla mnie większe znaczenie.

Czasami wpadam w panikę, że źle zadecydowałam, że źle wybrałam. Że pewnym rzeczom i ludziom powinnam pozwolić odejść, a innym się zbliżyć. Że nie dostrzegę szansy, albo że tak bardzo będę się bała jej wykorzystać, że sparaliżuje mnie strach i przekonanie, że właściwie to nie powinnam. I że przyjdzie kolejne „czasami”, które zaleje mnie łzami nad tym, co mogłam stracić, a czego nawet nie spróbowałam.

Czasami jeszcze pytam, czy zawiodłam samą siebie. Czy mając 23 lata polubiłbym siebie, gdybyśmy spotkały się przypadkiem. Boję się tego przeglądania. Tej szczerości, tego lekkiego skrzywienia, że może za mało we mnie odwagi, a za dużo ograniczeń. Tego krzyku 23-latki, że przecież wszystko możesz, że przecież wiesz, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Czasami tak bardzo chciałabym spróbować jeszcze raz. To „czasami” jest zamknięte w dzisiejszym dniu. W niepokoju, w wątpliwościach. To „czasami” przychodzi bardzo rzadko. Znam je. Kiedyś się bałam, uciekałam. Nie chciałam zmierzyć się z przyjrzeniem się sobie z tamtej perspektywy. I choć tak bardzo wiele boli, choć znowu tak wiele pytań stawiam sobie, to kocham to „czasami”, bo ono jest zawsze zapowiedzią nowego. Jest zapowiedzią zmiany. Jest przypomnieniem, że drugiej szansy już nie będzie. Że to ja wiem, gdzie chcę być. I że nadal – pomimo ograniczenia tej cholernej dojrzałości wszystko jest możliwe. Że warto o to walczyć. O szczęście. O siebie.


Lifestyle Związek

Wspólnego śniadania nie będzie, czyli historia pewnej znajomości

Z życia kobiety
Z życia kobiety
24 marca 2016
Wspólnego śniadania nie będzie
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain

„Gdzieś ty przepadła” – pyta przyjaciółka. „Zakochałam się” – odpisuję rozemocjonowana. „No to już wiem, ale trochę czasu minęło, my go nie poznaliśmy, a ty przepadłaś zupełnie”.

Hmm no tak, prawda. Spotykam się z W. od dwóch miesięcy, a w sumie nie było kiedy umówić się ze znajomymi. „Wiesz, jak to jest, jak się człowiek zakocha. Właściwie nie wychodzimy z łóżka” – piszę na usprawiedliwienie. I twardo postanawiam zainicjować spotkanie.

Tyle, że nie okazuje się to wcale takie proste. Bo W. właściwie wpada do mnie wieczorami, zawsze na ostatnią chwilę. Dawno nie czułam się tak pożądana, taka piękna i tak seksowna.

– Umówmy się z moimi znajomymi – zagaduję po kolejnym świetnym seksie, kiedy on już prawie zasypia. – Ale po co? – pyta. – Tak nie jest dobrze? I już śpi. A ja zostaję z lekkim szokiem w głowie. Halo. Hej. Kobieto – otwórz oczy. Czy tu nie chodzi tylko o seks?

No, ale przecież ten seks na początku jest na pierwszym planie, ta namiętność, ten głód za swoimi ciałami – jakby się chciało nasycić na zapas. I przecież on mi mówi, że jestem piękna, że wyjątkowa. Że kocha. Choć to „kocha” zawsze pada na początku, zwłaszcza gdy mówię – że zrobiłam kolację, że może do kina byśmy wyskoczyli. Tym „kocham” zatrzymuje mnie w domu i w łóżku.

Analizuję.

Zawsze dzwoni, że za chwilę wpadnie

I to „za chwilę” jest tu znaczące. Nigdy nie umawia się z wyprzedzeniem. Na moje SMS-y odpowiada lakonicznie: „Zobaczę”, „Jestem w pracy”, „Odezwę się później”, a ja nie chcę się narzucać, w końcu to początek naszego związku, wiec po co mam go odstraszyć osaczaniem. A jak już wpadnie, to tak się cieszę, że właściwie zapominam o tym, że nie umówił się wcześniej.

Nigdzie nie wychodzimy

Napisałam mu kiedyś, że zarezerwowałam bilety do kina. Tak spontanicznie i czy pójdziemy. „Dzisiaj nie mogę” – odpisał. Owszem było mi przykro. Ale przyjechał chyba po 22:00. „Mam nadzieję, że nie jesteś smutna”, rzucił w drzwiach. Jak mogłam być.

Nie poznałam jego znajomych

Ani on moich. Właściwie nasze spotkania ograniczają się do jego wizyt u mnie. On długo pracuje, nigdy nie wie, kiedy skończy, więc trudno mu się ze mną umówić w tygodniu u niego. Łatwiej, gdy po prostu wpada do mnie. Czasami weekend spędzamy u niego, ale w łóżku – to zrozumiałe, w końcu początki pełne namiętności

Spotykamy się wieczorami

Zazwyczaj jest już bardzo późno, gdy się widzimy. Nie wyszliśmy nigdy na kolację, bo o 21:00 żadne z nas nie ma już siły. Poza tym szkoda czasu na ceregiele, jak za chwilę i tak jestem rozebrana. Potrafi przyjechać po północy. I wymknąć się nad ranem. Takie romantyczne i takie… bezpieczne dla niego – teraz tak myślę.

Nie zostaje na śniadanie

Rano – jeśli w ogóle do rana zostaje, zrywa się szybko. Zawsze jakby się paliło. „Poczekaj, zrobię śniadanie, zjemy razem. Nawet nie wiesz, jak dobą jajecznicę robię” – próbuję go zatrzymać. A on tylko w pośpiechu wypija kawę tłumacząc się, że musi się jeszcze przebrać, jechać do siebie, że ważne zebranie, że miał maile wysłać jeszcze z domu w nocy, a zasnął. I… już go nie ma.

Właściwie niewiele o nim wiem

Jak zaczynam się nad tym zastanawiać, to dochodzę do wniosku, że właściwie to wiem, w jakie firmie pracuje. Ale na jakim stanowisku, czym się zajmuje? Nie mam pojęcia. Nie wiem, nawet czy ma rodzeństwo, czy jego rodzice żyją, gdzie mieszkają. Czy pochodzi z Wrocławia, czy nie? Kurczę. A co wiem? Że jest boski w łóżku. Że ma zniewalający uśmiech i ten głos, nim uwodzi mnie za każdym razem. I na pewno uprawia jakiś sport, to widać po jego ciele. Może po dwóch miesiącach nie muszę wiedzieć więcej?

Nie interesuje go, co u mnie

Właściwie nie pyta, jak minął mi dzień, co robiłam. Pyta na co ma ochotę, czy chcę, by we mnie wszedł, czy tęskniłam za nim – jego zainteresowanie moją osobą kręci się wokół seksu. Szczerze to nawet nie mam mu kiedy opowiedzieć co u mnie, bo kiedy? Między jednym orgazmem a drugim? Nim on zaśnie, albo wyjdzie? Nie rozmawiamy o niczym poza seksem.

Patrzę na zegarek. To już pierwsza w nocy. On śpi. Albo zostanie do rana – na szybki numerek w łazience i kawę pitą już w drzwiach, albo wymknie się wczesnym rankiem. Jak to jest, że my intuicyjnie czujemy, że to nie jest ten facet, a jednak tak bardzo chcemy w to wierzyć. Bolesna ta analiza. Bo to oczywiste, że jemu chodzi tylko o seks. Spytać wprost, pobawić się jeszcze trochę na jego zasadach, czy liczyć, że może jednak się mylę. Tak, to głupie, wiem. „Jutro wino” – piszę w środku nocy do przyjaciółki. „I to rozumiem” – odpisuje i jestem jej wdzięczna, że o nic nie pyta.