Psychologia Związek

5 rzeczy, które zniszczą każdą relację.  Nie tylko miłość

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
24 lutego 2016
Fot. iStock / Peter Zelei
 

Psują związki, przyjaźnie, miłości. Są jak trucizna. Niestety, większość z nas reaguje instynktownie i nie wie, że wystarczyłoby popracować NAD SOBĄ, żeby cokolwiek zmienić. Tylko 5 rzeczy. Pozbądźmy się chociaż jednej. Zmieniajmy powoli resztę. My, nie ktoś.

GNIEW

Z jednej strony gniew jest naturalny. Odczuwamy go wszyscy. Jest po prostu sygnałem, że zostaliśmy zranieni, ktoś zrobił nam przykrość, jakaś nasza potrzeba nie została niezaspokojona. Nie chodzi o to, żeby go nie odczuwać, ale każdy gniew, którego nie opanowujemy, nie przeżyjemy mądrze – niszczy. Często myślimy, że gniew jest tylko wtedy, gdy ktoś jest wściekły, roznosi wszystko. Ale to jest tylko jedna z form niekonstruktywnej złości. Inną jest sarkazm, który potrafi ranić dużo mocniej niż furia, czy milczenie, które jest niczym innym tylko agresją bierną. Bliska osoba się wściekła, ty też się wściekasz albo reagujesz sarkastycznie (hahahaha, doprawdy, po co te emocje). Albo wycofujesz się z kontaktu – ups. Konflikt eskaluje. Jesteście w spirali niezrozumienia.

Jak zlikwidować tego zabójcę?

Po pierwsze: przyznaj się przed sobą, że jesteś zła. Nie wmawiaj sobie, że milczenie jest dystansem, a sarkazm nie jest sarkazmem. Po drugie: daj innym prawo do przeżywania gniewu. Pozwól też komuś go okazać, ale sama nie reaguj. Nie myl tego z milczeniem. Lepiej powiedzieć: „Przykro mi, że czujesz się zraniona, że jesteś zła, zły. Czy mogę coś zrobić, żebyś poczuła się lepiej?” Albo: „Ja też czuję się zła, odczekajmy aż emocje miną, bo teraz nie jestem w stanie rozmawiać”. Zachowując się w ten sposób, niczego nie eskalujesz. Po trzecie: skoro gniew jest wynikiem niespełnionych oczekiwań, a tak jest, należy po prostu zmniejszyć oczekiwania wobec drugiej osoby. Nie ma nadmiernych oczekiwań, nie ma złości.

OBWINIANIE

Uwielbiamy to robić. A wszyscy, którzy zajmują się rozwojem osobistym mówią: „Zmieniajcie ty na ja”. Co to znaczy? Nie mów o tym, co ktoś zrobił źle, tylko o swoich emocjach z tym związanych. Jeśli po słowie „ty” padają oskarżenia to mówimy właśnie o obwinianiu. A gdy zaczynamy rozmowę z kimś od „bo ty”– to on nie wysłucha żadnego naszego słowa, które potem następuje. Myśli tylko o tym, żeby się bronić– podobnie jak każdy oskarżony.

„Bo ty masz problem z kontrolowaniem gniewu”, „Bo na tobie nie można polegać” (oskarżenie). „Na mnie nie można polegać? Wybacz, ale ty …..” (samoobrona, która polega na ataku.

Według Johna Hoovera autora książki „Trudni ludzie” w przypadku ludzi, którzy mają potrzebę bycia doskonałymi, oskarżanie może być narzędziem przetrwania. Oni są perfekcyjni… Za to inni.

Jak zlikwidować tego zabójcę?

Nigdy nikomu nic nie wytykaj. Gdy ktoś to robi, wycofaj się z walki. Nie rób jednak tego w milczeniu, bo to jest tylko pasywno–agresywne zachowanie, które zaognia konflikt. Powiedz, że wrócisz do rozmowy jak tylko znajdziesz rozwiązanie. Potem zastanów się co możecie oboje zrobić, żeby znów czuć się dobrze. „Czułam się zawiedziona, gdy nie dotrzymałeś/ dotrzymałaś słowa. Czy mogę zrobić coś, pomóc ci, żeby więcej nie dochodziło do takich sytuacji?” ( komunikat „ja”, mówienie tylko o swoich emocjach. Zobacz, nie ma tu żadnego oskarżenia).

KRYTYKOWANIE

Krytykowanie to najczęściej tzw.  „dobre rady”. Nie chcemy ich, a i tak je dostajemy. „Robię to dla twojego dobra” mówi często krytykujący. Akurat. Mówi to, bo uważa, że wiesz lepiej, jest mądrzejszy, to daje mu poczucie kontroli. Krytykowanie, jeśli ma być pozytywne, musi być tylko informacją zwrotną i to na prośbę zainteresowanego. „Powiedz, jak oceniasz moją pracę”, „Naprawdę uważasz, że to nie jest facet dla mnie? Dlaczego?” Za każdym innym krytykowaniem kryje się pogarda, która– według badań– jest najwyżej notowana na liście zachowań, które skutecznie niszczą relacje między ludźmi.

Jak zlikwidować tego zabójcę?

Zrozum, że nie da się kontrolować myślenia i zachowania innych ludzi (a na to liczymy krytykując kogoś). Zanim cokolwiek komuś powiesz, zastanów się jak twoja wiadomość zostanie odebrana. Okej, udzielając rad przez chwilę czujesz się mądra i lepsza, ale ludzie czują się źle. Jedynym zawsze rozwiązaniem jest akceptacja i słuchanie. W ten sposób otwieramy drogę do komunikacji. Jeśli będziesz chciała komuś doradzić, po prosty zapytaj czy możesz to zrobić. Tego samego masz prawo oczekiwać od innych. Nie musisz godzić się słuchanie rad, których nie chcesz.

ZAPRZECZANIE

Na pewnych etapach życia, w mniejszym lub większym stopniu, każdy żyje w zaprzeczeniu. Co to znaczy? Udaje, że jego życie jest lepsza, konflikty mniejsze, żali nie ma, on jest też fajniejszy. To pomaga nam w miarę spokojnie egzystować w trudniejszych momentach. Jednak zaprzeczanie, które staje się sposobem na życie utrudnia budowanie dobrych relacji. „Ja jestem zła? Żartujesz”. „Ale widzę, że jest nie w porządku”, „Wszystko jest w porządku” powtarzasz nawet jeśli jesteś urażona, zraniona, zła, smutna, rozczarowana. „My mamy problem? To bzdura”.

Jak zlikwidować tego zabójcę?

Najczęściej zaprzeczamy, żeby a.) kogoś nie rozczarować, b. ) nie rozczarować siebie, że nasza relacja nie wygląda jakbyśmy chciały, c. ) nie chcemy przyznać, że MY też mamy jakieś cechy charakteru, które utrudniają życie innym ludziom. Ale to wyklucza komunikację i porozumienia. John Hoover radzi: zwróć uwagę, jak często kłamiesz. Zaakceptuj to kim jesteś i w jakiej jesteś sytuacji, zaakceptuj to, kim są inni. Zaakceptuj waszą relację. Ona się może zmienić na lepsze (to tylko kwestia decyzji i chęci), ale nie zmieni się jeśli nie zobaczysz co naprawdę nie gra,

TRZYMANIE URAZY

Uraza rodzi się z poczucia krzywdy i niesprawiedliwości– niesprawiedliwości wyrządzonej względem nas– prawdziwej bądź wyimaginowanej. Mimo, że uraza tkwi wewnątrz nas, to z jej powodu nieswojo czują się osoby, które nas otaczają. Uraza jest najczęściej wynikiem stłumionego i niewyrażonego gniewu, skutkiem tego, że nie potrafimy rozmawiać wprost.

Jak zlikwidować tego zabójcę?

Po prostu. Pozbądź się tego ciężaru. Jeśli nosisz w sobie ileś uraz– stajesz się nieznośna dla innych. Męcząca, złośliwa, agresywna. Po co to? Ofiary nie są szczęśliwymi ludźmi. Zamiast myśleć, ilu ludzi nie spełniło twoich oczekiwań, ilu rzeczy nie spełnia osoba, z którą jesteś w relacji, pomyśl o rzeczach, które dla ciebie robi. Albo za które ty możesz być jej wdzięczna. I poczujesz ulgę. I zobaczysz ile czasu zmarnowałaś na pamiętanie krzywd. ( rozczarowań)


Psychologia Związek

„Źle, nie tak, zostaw – sama to zrobię!”. Jak skutecznie radzić sobie z wiecznie krytykującymi ludźmi

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 lutego 2016
Fot. Snapwire/ / blake bronstad / CC0 Public Domain
 

„Zrób to tak. Nie, źle pokażę ci. Nie, odejdź najlepiej będzie jak ja zrobię. Tutaj mogłoby być jeszcze lepiej. Popraw.”. Znacie czepialskich? Szukając dziury w całym i komentując wszystko potrafią naprawdę uprzykrzyć nam życie. W najlepszym wypadku udzielą ci jedynie (setny raz) „niezbędnej”  w ich mniemaniu rady. W najgorszym, swoimi uwagami doprowadzą do białej gorączki i sprowokują karczemną awanturę. Jak z nimi postępować? Cierpliwie i z dystansem, nie dać wyprowadzić się z równowagi. Przed wami krótki poradnik obsługi czepialskich.

Czego nie robić:

Nie bierz tego co mówią do siebie

Bo to nic osobistego, ani wymierzonego w ciebie. Czepialscy często cierpią z powodu perfekcjonizmu lub innej manii (pamiętasz detektywa Monka?). Zachowują się tak w stosunku do każdego. To w nich jest problem, to oni zawsze widzą szklankę w połowie pustą. Weź więc kilka głębokich wdechów i spójrz na sprawę nie jak na konflikt między wami, ale powód do współczucia dla Czepialskiego.

Nie staraj się ich zmienić

To wyzwanie dla specjalisty. Zauważ, że tacy „trudni” we współpracy i życiu ludzie zazwyczaj swoim zachowaniem próbują zwrócić na siebie uwagę i poczuć się ważni. Skoncentruj się na sobie.

Nie daj sobie wejść na głowę

Czepialski szef, czy współpracownik to naprawdę nieduży problem w porównaniu z Czepialskim członkiem rodziny. Jego nie zmienisz i nie unikniesz spotkań z nim. Ustal granice. Ucinaj próby niczym nieuzasadnionej krytyki, nie musisz takiego zachowania tolerować tylko dlatego, że łączą was więzy krwi.

Zdanie – klucz dla ciebie: „Twoje uwagi nie wnoszą nic pozytywnego, przepraszam, ale nie mam na to czasu”.

Nie użalaj się nad sobą

Dlaczego akurat ciebie „to” spotkało? Daj spokój, świat jest pełny czepialskich, prawdopodobieństwo, że będziesz musiał poradzić sobie z tak „trudną” osobą choć raz w życiu jest naprawdę ogromne. Potraktuj to jako lekcję i ćwicz na Czepialskim twoje umiejętności interpersonalne.

Nie przydzielaj Czepialskiemu ważnych funkcji

Tutaj rzecz do dyskusji – kwestia indywidualna, zależy od stopnia zaangażowania czepialstwa oraz stopnia kontaktu z rzeczywistością. Czepialscy mogą są świetnymi inspektorami na budowie, przy weryfikacji warunków BHP i innych obszarach wymagających precyzji i dokładności. Z drugiej strony znam Czepialskich, którzy potrafią długo blokować projekty, żądając co chwila innych poprawek, które i tak ich nie zadowalają. Dodatkowo nie potrafią pozytywnie zmotywować pracowników.

Nie dyskutuj

Nie dawaj się wplątać w słowne przepychanki. Użyj zdania – klucza. Czepialscy potrafią zamęczyć innych roztrząsając sprawę z każdej możliwej perspektywy i drążyć, wracając do tematu co chwila. Taką już mają naturę, że rzadko kiedy osiągają stan niczym niezmąconego spokoju.

Co robić:

Skoncentruj się na sobie

Na tym co masz osiągnąć i rób to tak, żeby być z siebie zadowolonym. Negatywne, a nie konstruktywne uwagi jedynie oddalają cię od wyznaczonego celu. Staraj się myśleć pozytywnie i nie pozwól Czepialskiemu zasiać w twojej głowie wątpliwości. Jeśli swoje obowiązki wykonujesz dobrze, bądź tego pewny.

Naucz się szczerej komunikacji

I odpowiedz na „zaczepki” Czepialskiego zgodnie z twoimi przekonaniami. Skoro uważasz, że nie ma racji, nie bój się tego powiedzieć: taktownie ale wyraźnie. Daj do zrozumienia, że nie lekceważysz osoby Czepialskiego, ani nie bagatelizujesz jego uwag, ale się z nimi nie zgadzasz i najchętniej zmienisz temat.

Świeć przykładem

Czyli pozytywnym podejściem. Czepialski czepia się z jakiegoś, sobie znanego (lub jeszcze nieuświadomionego) powodu. Rzadko kiedy jest w pełni szczęśliwy. Niestety, również rzadko kiedy słucha innych. Często bywa przekonany o tym, że jest niezastąpiony. Spróbuj zarazić go swoim optymistycznym podejściem do sprawy, nie daj pociągnąć się w dół.

Czepialskiego nie zadowolisz. Koncentruj się więc na sobie i staraj się zawsze dobrze wykonywać swoje obowiązki. Wiedząc, że nie masz sobie nic do zarzucenia, łatwiej ci będzie poradzić sobie z Czepialskim. A tak życiowo  – staraj się otaczać pozytywnymi ludźmi, to kula dobrej energii!


Psychologia Związek

Mam przerzuty na trzustkę… Wiesz, piszę listy do Boga i proszę, by odpisał. Od siedmiu lat wspinam się i upadam, czasem bardzo nisko

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 lutego 2016
Katarzyna Kowalczyk/Facebook

– Z wynikami pojechałam do monopolowego. Kupiłam dużo wina i whisky, i papierosy, choć nigdy nie paliłam. Powiedziałam wszystkim wokół, że właśnie wyjeżdżam na wakacje do Turcji i zamknęłam się w mieszkaniu. Moje życie się skończyło. Nie wiedziałam nic o raku, tylko, że się na niego umiera. Przez cztery dni piłam. Siedziałam pod prysznicem, piłam, paliłam, wymiotowałam, gryzłam ręce. Byłam nieprzytomna. Kiedy dzwonił mój mąż, a ja byłam w stanie odebrać – mówiłam: „Nie mogę rozmawiać, jestem na budowie” – akurat wtedy wykańczaliśmy dom.

Ile w stanie jest człowiek znieść? Nie wiem, nie odpowiem ci. Ja mam siły bardzo bardzo dużo aż w końcu upadam tak, że niżej już zupełnie się nie da. Teraz akurat upadam, ale pewnie za chwilę znów znajdę skądś siłę i będę wstawiać zdjęcia na Facebooka i mówić, że życie jest piękne i pewnie znowu upadnę. I tak w kółko. Moje ostatnie siedem lat życia to takie upadanie i wstawanie.

Katarzyna Kowalczyk. Lat za chwilę 33. Żona, córka, siostra, przyjaciółka. Pisze o sobie: „Cholera, która się nie poddaje”, ale czasami upada… bardzo nisko.

Upadam pierwszy raz: „Ja tu widzę jakiś nowotwór, może raka kości”

Źle się czułam. W mojej rodzinie są problemy kardiologiczne, więc postanowiłam się przebadać. Miałam 26 lat. Trafiłam na rezonans magnetyczny, kiedy wszystkie wcześniejsze badania nic nie wykazały. Po dwóch godzinach badania weszła do mnie wypindrowana pani doktor i powiedziała: „Po co się pani bada pod kątem kardiologicznym. Ja tu widzę jakiś nowotwór, może raka kości. Za dwa tygodnie proszę się zgłosić po wyniki”. Powiedziała to z taką złośliwością i zawiścią, nie wiem dlaczego… Zostawiła mnie z tą informacją. Nie bardzo wiedziałam, co się przed chwilą wydarzyło. Jednego byłam pewna – jestem chora.

Po czterech dniach od wyników obudziła się we mnie wola walki. Najpierw obejrzałam film o kobiecie, która chorowała na raka piersi i urodziła syna. Pomyślałam wtedy: „Może nie wszystko stracone”. Od lekarza usłyszałam: „Chce się pani leczyć szybko za granicą, czy wolno w Polsce”. „Co znaczy szybko – że zaraz będę zdrowa?”. „To nie takie proste”.

Wstaję: „Przecież ja muszę dla niego zrobić ten dom”

Facebook/Katarzyna Kowalczyk

Facebook/Katarzyna Kowalczyk

Wolę do walki uwolniło we mnie wykończenie domu, który chwilę przed badaniami zdążyliśmy kupić. Myślałam: „Weź się w garść, musisz wykończyć dom, przecież jak umrzesz, Marcin musi gdzieś mieszkać, może kogoś pozna, rodzina będzie do niego przyjeżdżać”. Przecież ja muszę dla niego zrobić ten dom.

Na budowie miałam łóżko. Z kartonów i płyt. Z chemii wracałam prosto na budowę. Ciągle myślałam, że umrę. Nie mogłam mieć przeszczepu ze względu na serce. Dostawałam chemię – dobijała mnie, a lekarze nie wiedzieli, czy dożyję następnego dnia. Byłam jak cyborg. Kiedy odwiedzali mnie najbliżsi – byłam wymalowana, ubrana, w fotelu, z uśmiechem. Wystarczyło, że ja tak cierpię. Chcąc oszczędzić im bólu często nie mówiłam, że jadę do kliniki, albo powtarzałam, że wszystko dobrze, choć jedną nogą byłam po drugiej stronie. A czasami myślałam: „K**wa, czemu ja tak udaję, przecież byłoby mi łatwiej, gdyby ktoś trzymał mnie za rękę”

Przed moimi 27. urodzinami byłam przekonana, że to już moje ostatnie.

Było we mnie dużo złości na ludzi. Niektórzy nie radzili sobie z moją chorobą, inni mówili: „Kaśka – mąż piłkarz, ma pieniądze, ma wszystko”, a to takie błędne myślenie… Wiesz, wszystko bym oddała, by usłyszeć, że jutro obudzę się zdrowa. Że będę mogła mieć dziecko. Że to już koniec. Wszystko oddałabym też komuś, komu pomogłoby to wyzdrowieć. Kiedyś siedziałam na szpitalnym korytarzu z dziewczyną, 18-latką. Czekała na decyzję, czy zakwalifikuje się do chemii. Kiedy od pielęgniarki usłyszała, że nie tym razem, pobiegłam do bankomatu: „Dziewczyno masz tu kasę na trzy chemie, walcz o swoje życie”. Dziś jest zdrowa, mamy cały czas kontakt. Żyję takimi chwilami. Wszystko bym oddała…

Upadam po raz drugi: „Ciociu mam do ciebie prośbę, przywieź mi z tych wakacji trochę piasku, bo ja nigdy nie byłam nad morzem”

Kiedy zachorowałam na białaczkę poznałam Julcię i jej brata Wojtusia. Julka miała osiem lat, była już wtedy po przeszczepie. Ja byłam taką ciocią Kasią. Bardzo się z Julką i jej rodzicami zaprzyjaźniłam. Pamiętam, to był taki czas, kiedy marzyłam o wakacjach, o oderwaniu się od szpitalnych korytarzy, od zapachu leków, od dźwięku maszyn stojących przy łóżkach. Dostałam zgodę, a Julka wtedy powiedziała: „Ciociu, mam do ciebie prośbę, przywieź mi z tych wakacji trochę piasku, bo ja nigdy nie byłam nad morzem. I dla Wojtusia też, bo on przeze mnie nic nie ma, bo wszystkie pieniądze idą na moje leczenie”. Myślałam, że umrę.

Wracając zabrałam piasek, nazbierałam muszelek, nakupowałam prezentów. Prosto z lotniska jechałam do szpitala. Kiedy weszłam i zobaczyłam pielęgniarki – panią Basię, Danusię – już wiedziałam. Julcia, dzień po tym, jak wyjechałam, dostała wysokiej gorączki. Zmarła. Pojechałam z jej mamą na cmentarz, zakopałam przy jej grobie te wszystkie rzeczy, które dla niej przywiozłam. Przed wyjazdem obiecałam jej, że jak wrócę, a ona wyzdrowieje, to wykupię dla niej i jej rodziny wakacje gdziekolwiek na świcie będzie chciała. Powiedziała: „Ciocia, ja nie chcę gdzieś na świecie ja chcę nad nasze morze, bo nigdy go nie wiedziałam”. Chciałam dotrzymać tej obietnicy, choć rodzice odmawiali, nie chcieli. Aż Julcia przyśniła się swojej mamie:  „Mamo, ciocia Kasia ma dla was prezent”.

Wiesz, to jest najtrudniejsze. Myślałam – czemu nie ja, czemu mnie Bóg nie zabrał. Ja już dużo widziałam, w wielu miejscach byłam, poznałam smaki, uczucia. Wiem, czym jest miłość, radość, cierpienie, smutek. A ona? Ona nie widziała nawet morza.  Z tym nie umiem się pogodzić. Z tą niesprawiedliwością, gdy umierają dzieci.

I wstaję: „Muszę coś ze sobą zrobić, jak taka gruba będę wyglądać w trumnie”

To jest ciągła walka. Po tej białaczce, którą uznano za uśpioną, pomyślałam przez chwilę, że wszystko już będzie dobrze. Dostaliśmy zgodę na dziecko. Przeszłam cztery in vitro – cztery nieudane. Każde było trudne. Po ostatnim razie powiedziałam: „Już dość, ja już nie mam siły”. Znowu naiwnie myślałam, że to takie proste:  idziesz do kliniki, a po kilku tygodniach dowiadujesz się, że jesteś w ciąży…

Po chemiach tyłam i chudłam. W końcu pewnego dnia pomyślałam: „Muszę coś ze sobą zrobić, jak taka gruba będę wyglądać w trumnie”. Siłownia stała się dla mnie drugim domem. Zaczęłam zdrowo się odżywiać. Dbać o siebie. Wiesz, taka iluzja, że masz kontrolę nad swoim zdrowiem. Że ono tylko od ciebie zależy. Jeśli będziesz o nie dbać, to już nic złego się nie wydarzy.

Upadam po raz trzeci: „Błagam, tylko piersi mi nie zabierajcie. Niech chociaż cycki mi zostaną”

Myślałam, że nadwyrężyłam się na siłowni. Wyczułam guz. Jak chorujesz już długo, to wszędzie masz drzwi otwarte. USG piersi. Biopsja. Nowotwór złośliwy. Jechałam do kliniki myśląc: „Błagam, tylko piersi mi nie zabierajcie. Niech chociaż cycki mi zostaną”. Okazało się, że rak zaatakował dwie piersi, dzięki sutkowej metodzie usuwania guza udało się je uratować. Była chemia. I znowu raz lepiej, raz gorzej, Za słaba, mocniejsza Nie mogłam przyjmować chemii wlewowej, bo moje żyły pękały. Więc brałam chemię w tabletkach. Mój żołądek był tak rozwalony, wymioty, biegunka, skóra ci schodzi z całego ciała. Coś okropnego.

Ludzie mają mylne przeświadczenie, że dostaną chemię i już wszystko będzie dobrze. A chemia to największe świństwo, to trucizna. Ma zabić wszystko co w nas jest najgorsze, ale zabija też to, co jest najlepsze. Dużo zależy od nas, czy będziemy się bronić z całych sił, cała swoją nadzieją, wszystkimi swoimi myślami, żeby organizm wyprodukował w nocy choć jedną zdrową komórkę.

Wiesz, wszyscy mamy raka, pytanie, kiedy i czy w ogóle się ujawni. Na każdym etapie naszego życia ta cholera może wyjść. Ja nazywam go swoim przyjacielem. Usłyszałam ostatnio, jak starszy pan powiedział: „Zachorowałem na raka i czuję się jak wrak, ale to ja zadecyduję, czy wygra wrak czy rak”. Bo to my decydujemy. Ale wiesz, to tak naprawdę oszukiwanie samego siebie, ale musimy tak myśleć. Nie mamy innego wyjścia.

Mam przerzuty na trzustkę.

I po raz czwarty: „Boże ile ja jeszcze mogę znieść, czemu to wszystko spotyka właśnie mnie, czy ja naprawdę jestem takim złym człowiekiem?”

Przez pierwsze dwa lata nie pytałam dlaczego ja, bo w odpowiedzi mogłam usłyszeć: „A dlaczego nie ty? Wskaż kogoś, to przeniosę na niego twoje cierpienie”.  Nikomu tego nie życzę.

Facebook/Katarzyna Kowalczyk

Facebook/Katarzyna Kowalczyk

Później przyszedł okres buntu: „Boże ile ja jeszcze mogę znieść, czemu to wszystko spotyka właśnie mnie, czy ja naprawdę jestem takim złym człowiekiem? Czym sobie na to zasłużyłam? Jak długo jeszcze?”.

Wiesz, mam takie wrażenie, że mam do pokonania takie schody hiszpańskie. Ciągle się po nich wspinam. Cholernie wysokie są dla mnie, bardzo ciężko mi po nich wejść…

Mówiłam: „Skończę z tym wszystkim”, głośno powtarzałam, że już nie mam siły. Nawet moi znajomi się przestraszyli, bo ja jestem raczej fajterką, a nie laską, która popełni samobójstwo. Bo pomyśl: chora na raka, a popełniła samobójstwo. Siedem lat walczyła i wzięła się powiesiła. No ktoś by pomyślał: „Jeb**ta laska”.

Wstaję: „…przyszedł strach, że jestem sama w tej chorobie”

Ale ja naprawdę myślałam, że już nie dam rady. Wezmę tabletki i niech to wszystko się skończy. Mogłam to zrobić, kiedy i gdzie chciałam. Dlaczego? Bo poczułam się bardzo samotna. Może dlatego, że jestem cyborgiem i myślałam, że sobie sama poradzę, a w efekcie przyszedł strach, że jestem sama w tej chorobie. Że nikt mnie nie rozumie, kiedy jestem słabsza, kiedy upadam, kiedy źle się czuję.

Wzięłam garść tabletek. Dzień przed sylwestrem wypiłam lampkę wina i tak płakałam, jakby wylewało się ze mnie te siedem lat bólu, strachu, dotykania śmierci, widzenia jej w oczach innych. Jakbym pierwszy raz sama przed sobą z siebie to wszystko wyrzuciła.

Stałam z tymi psychotropami w ręce… Prosiłam: „Daj mi jakiś znak”… To był impuls. Odwróciłam się i wyrzuciłam tabletki. Najlepszy dzień w moim życiu od siedmiu lat.

I wiesz, znowu jest we mnie ta stara Kaśka, ta Kaśka, za którą tęskniłam, która sama decyduje o swoim życiu, o swoich decyzjach, nie daje się manipulować, nie jest takim ciapem, który każdemu przytaknie otumaniona lekami. Odzyskałam swoje życie. Nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku.

Nawet teraz jadąc do szpitala wiedziałam, co mnie czeka – wózek, winda, piąte piętro, izolatka, szklane pomieszczenie, maska, kroplówki, odcięcie od świata. Ale dziś jestem już w domu i myślę, że jakoś to będzie.

Jak jesteś chora to myślisz o wszystkim, i o wszystkich. Masz dużo czasu. W czasie białaczki napisałam pięć długich listów do najbliższych osób w moim życiu. Ostatnio dopisałam jeszcze dwa. Te listy są schowane głęboko i jedna osoba wie, gdzie one są i kiedy je rozdać.

Trzy tygodnie temu przeszłam cichy zawał. Boję się zasypiać, bo nie wiem, czy się obudzę. Moje serce jest osłabione. Jestem nerwusem.  Nadwrażliwcem. Wiesz, piszę listy do Boga, zaczynam zawsze: „Kochany Panie Boże, piszę do Ciebie, bo… „, i proszę, by odpisał, żebym czekała z wiarą, że wszystkie moje dolegliwości są po coś, że to wszystko buduje i stwarza mnie na nowo dla świata.


Zobacz także

Są dwa typy cierpienia – jedno, które boli, drugie, które zmienia. Jak przekuć ból na motywację

Chorobliwa zazdrość, paranoje? Poznaj 16 zaburzeń, w wyniku których człowiek traci kontakt z rzeczywistością

W co dziś gramy? Co najczęściej usłyszysz podczas małżeńskiej kłótni?