Lifestyle Zdrowie

Żyjemy w koncepcji uciekającego czasu i zachwianych priorytetów… na wiecznym, cukrowym głodzie

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
9 lipca 2016
Oto człowiek współczesny. Pełen zdrowotnych problemów, ważący tonę ale niedożywiony i do tego na wiecznym, cukrowym głodzie.
Fot. iStock / knape
 

Nie należę do tych, które gotowanie z mlekiem matki wyssały. Jakieś inne to mleko było i do gotowania nigdy pasji nie wykazywałam. Jeść jadłam, ale jak mi ktoś smacznie ugotował. Nawet chłopaka raz sobie takiego dobrałam, żeby to on balety w kuchni wyczyniał. Ja wolałam pokój pomalować. Jak facet gotować nie chciał, czy zwyczajnie nie umiał, do restauracji chadzałam na obiady i kolacje. No i wstyd się przyznać ale obiady od mamy też zwoziłam w weekendy. Do zamrażalki i było co jeść przez prawie tydzień! Zupki, pierogi, mięsko w wekach… wystarczyło sałatę i pomidor kupić, a jedzenie było domowe i prawie gourmet! Do tego przekąski. Co się nawinęło bo akurat taki był smaczek. Drożdżówki, banan, kawałek kabanosa. Podjadałam sobie w przerwach. A że nie tyłam od tego wszystkiego (z jakiś niewyjaśnionych powodów, zwłaszcza że cukru to ja jadłam na kopy) to i jadłam sobie jak chciałam i na co mi akurat ochota przyszła.

Potem wyjechałam do Ameryki. I nagle jak mi 15 kilo nie przybyło w mgnieniu oka! Drugi podbródek prawie zaczął mi się kształtować, o spodniach, spódnicach i kieckach nie wspomnę, że się jakieś takie ciasne zrobiły. Co do podbródka, to ignorowałam go przez chwilę. Co do ciuchów, z radością pomknęłam na zakupy. Aż zobaczyłam to zdjęcie z Sylwestra i pomyślałam… w dobrym kierunku to wcale nie zmierza. Ruchu mi trzeba bo się w amerykański przypadek otyłości zamienię. O jedzeniu nie pomyślałam. Dalej restauracje, kupowanie na zamówienie, jak zrobiłam sałatę to miałam poczucie, że bardzo zdrowo jem.

Aż dopadł mnie rak. Rak piersi z serii masakra. Poszłam pod nóż i na chemię rzecz jasna. Wróciłam do wagi sprzed 10 lat, po pierwsze ze strachu, po drugie dlatego, że choroba zmusiła mnie do zweryfikowania diety. Z początku ciężko było, bo przecież przyzwyczaił się człowiek. Do jedzenia gotowego, szybkiego, pełnego smaku nie wiadomo skąd. No i do słodkości wszelakich. Coca colę, Sprite i inne sody też się nieraz spożywało, nie powiem. Nowa dieta tymczasem o tyle straszna mi się wydała, że do kuchni zaprosiła mnie w głębokim ukłonie. Obszar niezbadany, obcy, wrogi. Weszłam jednak, choć nieśmiało, a tam sprzęty science fiction! Piec, piekarnik, wyciskarki, blendery, przyprawy z piekła rodem, chyba! Lodówka, do tej pory przyjazna, nagle wypełniła się jedzeniem żywym niemalże! Kurczaki bez hormonów, z hodowli przyjaznej dla ptaka, jajka biologiczne, warzywa z organicznych certyfikowanych farm z całą bandą około towarzyszących ślimaków z tzw. symbiozy. Owoce też przestały być idealne w swych kształtach, w jabłkach odżyły robale z czasów kiedy dzieckiem u babci będąc, z drzewa zajadałam zielone guguły.

Wyzwanie największe to jak to wszystko do kupy poskładać, żeby posiłek jakiś logiczny wyszedł i żeby, błagam Cię dobry Boże, obiad smak jakiś miał. Straszny to był początek. Zupki na wodzie i na warzywach, zero Knorra, vegetty, glutaminianu sodu. Jak na patelnię rzucałam, to na olej kokosowy albo ten z awokado, bo każdy inny albo wydzielał jakąś tam śmierć albo temperatury nadmiernej nie znosił. Tak mędrcy mówili, więc ich słuchałam. Soli niewiele, chyba że morska była. Ale i tej morskiej też tyle co kot napłakał. Warzyw za to aż po horyzont, owoców równie wiele, przypraw ile dusza zapragnie, a wszytko świeże, pachnące, wibrujące kolorem, smakiem, soczystością zachwycającą. Bo tak się złożyło, że oto nagle, jedzenie prawdziwe, takie z natury wytargane, jak tęcza się rozwinęło paletą smaków i zapachów. Tak oto zaczęłam gotować. Zaczęłam oswajać kosmiczny ten statek kuchenny i powolutku Kuchenna Moja Odyseja zamieniła mi się w Samych Swoich. Alleluja, dzięki ci Panie.

Rozpisuję się na ten temat całkiem nie bez powodu. Jedzenie bowiem, to wielka część naszego codziennego żywota i zdaje się, że jako takie winno mieć jakieś tam poważanie. Tymczasem, większość ludkości je byle jak. Je byle gdzie. Je jak chwilę czasu skradnie, a i wtedy je na szybko i najlepiej w okolicznym fast foodzie. Także w domu wielu wcale w podróż kulinarną nie wyrusza, zamiast tego przeprocesowane pseudo żarcie wrzuca do mikrofali. Bez zastanowienia i bez jednej myśli o konsekwencjach, jakie za tym wszystkim idą. A idą.

Coraz częściej niestety przestajemy traktować posiłek jako swoisty rytuał. Żyjemy w koncepcji uciekającego czasu i zachwianych priorytetów. Wydaje nam się, że milion rzeczy nie może zaczekać, więc gonimy własny ogon jak zwariowane szczenię. Jedzenia w żadnym razie nie uważamy za sprawę ważną. Raczej wrzucamy w siebie cokolwiek i tak zaspakajamy głód. Kuchenne rytuały babek i prababek są nam prawie nieznane, wspominamy je jak  te sprawy z przeszłości, lekką melancholią podszyte. Ach te pierogi babci Marii, mówimy, zajadając pizzę z kolą. A tak po prawdzie, to wcale nie pamiętamy, ani smaku, ani zapachu, nie tylko pierogów, ale i całej sztuki ich robienia. Tak umiera tradycja. Przez pośpiech, wieczne zmęczenie i znużenie. Razem z nią zmienia się nasz smak.

Fot. iStock / HultonArchive

Fot. iStock / HultonArchive

Nasze kubki smakowe zapominają jak smakowało jedzenie przygotowane z prawdziwych i pożywnych składników. W ich miejsce wchodzi chemia. Pyszna, bo tak zaprojektowana, przez zainteresowane w zyskach korporacje. Zajadamy więc chipsy, mrożonki i hamburgery, na deser lukrowane ciastka i szklanka słodkiej jak diabli sody. Do tego kawa i energetyki, bo energię przecież mieć musimy. Zamiast energii jednak, lądujemy w szpitalu. Z rakiem, z cukrzycą, cholesterolem albo z ciśnieniem jak w samowarze. Oto człowiek współczesny. Pełen zdrowotnych problemów, ważący tonę ale niedożywiony i do tego na wiecznym, cukrowym głodzie.

Na szczęście dla tego człowieka, świat jakby powoli zaczyna się orientować. W sklepach obok żywności wysoko procesowanej, pojawiają się produkty w swojej postaci oryginalnej. Niektórzy idą jeszcze dalej zwracając uwagę na pochodzenie tychże produktów z upraw zdrowych, świadomych i organicznych. Ogarnięcie takiego pożywienia to właśnie owa sztuka. To rytuał, poniekąd właściwy człowiekowi przecież, który praktykowany z pasją i swoistą czułością, objawia się niebem w gębie. Takim, jakiego żadne sztucznie przetworzone pożywienie nie jest w stanie się pochwalić.

Fot. iStock / sestovic

Fot. iStock / sestovic


Lifestyle Zdrowie

Kiedy rodzina (nie) wspiera…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 lipca 2016
Fot. iStock / fcscafeine
 

Jesteś z nimi od zawsze. Czasem czujesz ogromną więź, czasem dorastasz i nie chcesz o nich pamiętać. Bywa, że odchodzisz na dłużej, by wrócić i wybaczyć, pojednać się, ale dalej iść swoją drogą. Bywa, że nie umiesz odejść, ale nie potrafisz też przy nich trwać. Rodzina. Bliscy, którzy potrafią krzywdzić jak obcy. Podcinają skrzydła, nie potrafią wspierać. Jak ułożyć sobie z nimi relacje? Czy to w ogóle możliwe?

Kasia ma 35 lat, jest analitykiem finansowym. Ma własne mieszkanie, stać ją na wiele rzeczy, na które jej dawne i obecne znajome muszą wciąż oszczędzać. Jest samotna. Mówi, że z wyboru, ale nie swojego. Relacje z rodzicami określa słowami „zabójcza zażyłość”. Chwalą się jej osiągnięciami przed znajomymi. Z dumą opowiadają o jej zarobkach, o pracowitości Kasi, ale na każdym kroku zaznaczają, że gdyby nie oni, byłaby nikim. W jej obecności również. Jak jest naprawdę?

Kariera

Kierowali nią i szykowali od dzieciństwa. Starannie dobierali Kasi znajomych – „ z tą dziewczynką nie musisz się przyjaźnić” – mówili kiedy uznali, że to nie jest odpowiednie towarzystwo dla ich córki. Wymagali bezwzględnego posłuszeństwa i chcieli tłumić każdą próbę buntu w zarodku. Zupełnie niepotrzebnie. Kasia nigdy nie była typem „buntowniczki”. Była spokojną, cichą i bardzo pracowitą uczennicą o olbrzymich zdolnościach plastycznych. Jej nauczyciele zauważali ten talent i pasję do tworzenia – na przykład – pacynek. Raz Kasia wygrała nawet duży konkurs zorganizowany przez teatr lalkarski, a jej lalki występowały przez kilka sezonów w przedstawieniu dla dzieci.  Rodzice, zamiast zachęcać do rozwijania umiejętności, komentowali uszczypliwie. – Pieniędzy to z tego nie będzie – powtarzali. – Kiedy się chce, to można naprawdę dużo osiągnąć – próbowała ich przekonać. – W Berlinie jest świetna szkoła dla lalkarzy. – Ode mnie na to pieniędzy nie dostaniesz – odpowiadał ojciec.

Kasia skończyła liceum i poszła na studia. Ekonomiczne. Jej dusza rwała się w stronę teatru, palce tworzyły wieczorami małe cuda, które po kryjoma zanosiła do pobliskiego domu kultury, paniom prowadzącym z dziećmi zajęcia teatralne. Rodzice patrzyli na to z pobłażaniem, jak na niegroźne szaleństwo. – Nigdy nie powiedzieli mi, że moje prace im się podobają, nigdy nie skomentowali ich inaczej niż „te twoje zabawki” – Kasia z żalem poprawia jasne pasmo grubych, pięknych włosów.  – Jedno jest pewne, dzięki jej drugiej miłości – dzięki matematyce i studiom ekonomicznym zyskała pracę, która dała jej finansową niezależność. I tu mogłaby się zacząć jej wolność, zmiany. Kasia mogłaby zacząć spełniać marzenia, odciąć się, przynajmniej częściowo, od relacji, która do tej pory, psychicznie ciągnęła ją w dół. Tylko, że… nie umie. Wdzięczność?

– Nie mam za co być wdzięczna. Nigdy nie otrzymałam od nich wsparcia. Do wszystkiego, co osiągnęłam dotarłam sama. Mogę powiedzieć, że gdy próbowałam się rozwijać, raczej podcinano mi skrzydła niż zachęcano do pracy nad sobą.

Miłość

Na studiach pojawił się on – Piotrek. Szybko stał się dla niej upragnionym oparciem, otwierał jej oczy na wiele spraw. Kochał bezwarunkowo, ale nie chciał stawać między Kasią a rodzicami. A w pewnym momencie po prostu zaistniała taka właśnie potrzeba. Na początku nic nie wskazywało na katastrofę. Mama Kasi przyjmowała Piotrka obiadem, tata coraz częściej wypytywał ich o dalsze plany. Odpowiadali – z godnie z prawdą – że chcą ze sobą zamieszkać, że może za kilka lat wezmą ślub. Piotrek został zaakceptowany i …to był początek końca. Rodzice Kasi zaczęli ingerować w życie młodych. Otwarcie krytykowali ich decyzje, obrażali się, kiedy Piotrek odrzucał ich zaproszenia na wspólnie spędzane weekendy. Nie podobało im się, że za jego namową Kasia rozpoczęła kurs dla lalkarzy. – On cię nam zabiera – mówili i podkopywali jej wiarę w ten związek.

Coraz częstsze telefony, wyrzuty i zarzuty powodowały coraz więcej napięć miedzy zakochanymi. Po trzech latach związku Piotrek odszedł, a Kasia go nie zatrzymała. Wszystko wróciło do „normy”.

Przecież tak ci pomogliśmy…

– Jesteś dorosła – powiedziała kiedyś Kasi przyjaciółka. – Dlaczego po prostu nie zerwiesz z nimi kontaktu, dlaczego pozwalasz by nadal kierowali twoim życiem, uniemożliwiali ci założenie rodziny, albo w ogóle jakiś normalny związek? Dlaczego nie przedstawisz im swoich warunków?!

Kasia nie umie odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Odpowiada na nie całym swoim dotychczasowym życiem. ONI zawsze traktowali ją jak swoją własność. I mimo wypracowanej pozycji zawodowej (Kasia jest wysoko cenionym przez szefów swojej firmy specjalistą), jej pozycja w rodzinie nie zmienia się od dzieciństwa. Kiedy przekracza próg mieszkania rodziców jest znów cichą, szarą myszką, małą dziewczynką z kucykami i przestraszoną miną. – Nigdy w życiu – mówi – nigdy nie poczułam się w tym domu swobodnie. Oddycham kiedy wracam do siebie. I co rok, 1 stycznia obiecuję sobie, że to koniec, że nie dam im dłużej ingerować w swoje życie. Ale nie umiem zrobić tego „tak od razu”. Problem w tym, że to takie błędne koło.

To prawda. Rodzice nauczyli ją szacunku i miłości „na pamięć”. Tę miłość i ten szacunek dla nich ma w sobie głęboko, tej miłości i szacunku dla siebie dostrzec nie może. Ale tym roku coś w niej pękło. Chciała odnowić kontakt z Piotrkiem, pokazać mu, że walczy o siebie, że mogłaby walczyć o nich. Okazało się, że założył już rodzinę, jest szczęśliwy. Ta wiadomość nią wstrząsnęła. Ale czy na tyle, by zacząć żyć po swojemu?


Lifestyle Zdrowie

Przyjaciel może być bliżej niż myślimy. Zostań nim, od dziś na zawsze. Akcja „Prawdziwa przyjaźń”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 lipca 2016
Fot. iStock / nullplus

Jest sobota, weekend przed nami. To doskonały moment, żeby zrobić coś razem. Zaplanujecie wspólny dzień i popielęgnujcie swoją przyjaźń – tę niezwykłą, między dzieckiem a rodzicem. Wybierzcie się do kina, poczytajcie razem, idźcie na lody, pograjcie w piłkę w parku i po prostu pogapcie się w chmury. Bądźcie razem – to dzisiejsze zadanie! Przyjmujecie wyzwanie – zero wymówek, telefonów, maili? Dziś liczy się to, co między wami.

Nie oszczędzajcie czasu, tego który poświęcacie dziecku – zawsze warto!

Napiszcie w komentarzach, jak spędziliście ten dzień. Najfajniejsze komentarze nagrodzimy.

Akcja „Prawdziwa przyjaźń rodzi się w dzieciństwie”

Prawdziwe przyjaźnie rodzą się często w dziecięcych głowach, jeszcze na długo przed tym, gdy zmaterializują się w przedszkolu czy szkolnej ławce. Bądźcie z nami, od dziś będziemy wspierać was i wasze dzieci w poszukiwaniach prawdziwej przyjaźni w bardzo miłym towarzystwie BFG, czyli Bardzo Fajnego Giganta. Bo to właśnie tacy bohaterowie jak Sophie i BFG, zamieszkują w naszej wyobraźni, gdy jesteśmy mali i prowadzą nas trochę jak przyjaciel, trochę jak przewodnik do dorosłości. Sprawmy, by ta była wypełniona szczęściem – nie goryczą!

Co trzeba zrobić?

Trzy razy w tygodniu bedziemy przygotowywać dla was mapę naszej przyjacielskiej podróży, bądźcie z nami – piszcie w komentarzach do artykułów, jak udało wam się wspólnie pokonać kolejny jej odcinek! Jak szukacie z dzieckiem prawdziwej przyjaźni. Opowiedz nam, jak z wprowadzasz dziecko w świat przyjaźni. Najfajniejsze komentarze nagrodzimy.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Nagrody:

3 x razy zestaw 6 książek autorstwa Roalda Dahla, z urodzinowj edycji

Fot. Materiały prasowe

linia 2px

BFG – Najnowszy film od ludziołków, którzy stworzyli E.T. oraz od autora Charliego i fabryki czekolady i Matyldy. Bardzo Fajny Gigant nie jest takim sobie zwykłym olbrzymem. On jest aż nadto miły i w dodatku mocno zakręcony. Sophie doprawdy ma szczęście. Gdyby w środku nocy porwał ją inny gigant, szybko zostałaby jego śniadaniem. Gdy Sophie dowiaduje się, że olbrzymy knują niecny wypad, razem z BFG postanawiają raz na zawsze położyć temu kres.

Akcja trwa od 01.07.2016 – 14.07.2016 roku. Wyniki zostaną opublikowane do dnia 26.07.2016 roku.


Zobacz także

Syndrom Rebeki. Gdy zazdrość o byłą partnerkę mężczyzny nie pozwala normalnie żyć

50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób 1 – POZNAJ SIEBIE

Jak często żyjemy nie naszym życiem? Ania zawalczyła o siebie, o swoje szczęście. Dziś realizuje swoje marzenia!