Zdrowie

NFZ skierowania do specjalistów, szpitala i sanatorium. Ta wiedza się przydaje

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
28 stycznia 2020
NFZ skierowania
Fot. iStock – NFZ skierowania do sanatorium, szpitala, okulisty, dermatologa, psychiatry
 

Skierowania NFZ do sanatorium, szpitala i lekarzy wydają się być tematem, który pasjonuje głównie starsze osoby. Jednak także młode oraz zdrowe osoby szukają informacji, jak umówić się na konsultację lekarską. Warto więc wiedzieć, jak uzyskać i ile jest ważne skierowanie do sanatorium, szpitala i lekarza specjalisty.

Konsultacje lekarskie i leczenie na NFZ (narodowy Fundusz Zdrowia) co prawda kojarzą się z kolejkami i odległymi terminami przyjęć, ale chętnych na nie nadal nie brakuje. Podpowiadamy, jak załatwić poszczególne skierowania NFZ.

NFZ skierowania do sanatorium – kto może skorzystać?

Skierowania na NFZ do sanatorium wystawia lekarz POZ (podstawowej opieki zdrowotnej) lub specjalista na podstawie oceny stanu zdrowia, jeśli nie istnieją przeciwwskazania do tego, i pacjent w ciągu ostatniego roku nie korzystał z tego rodzaju leczenia. Skierowania NFZ do sanatorium, jakie wystawia lekarz, nie oznaczają gwarancji dla wyjazdu pacjenta. Dopiero po potwierdzeniu jego słuszności przez oddział wojewódzki NFZ, wniosek można zrealizować. Skierowanie do NFZ przesyła lekarz kierujący lub pacjent w terminie 30 dni od dnia jego wystawienia – po tym czasie traci ono ważność. Natomiast gdy wniosek z NFZ skierowania do sanatorium zostanie odrzucony, wraca do lekarza, a pacjent dostaje pisemne uzasadnienie decyzji. W takim przypadku nie praktykuje się odwołań od decyzji podjętej przez specjalistów Narodowego Funduszu Zdrowia. Warto wiedzieć, że skierowanie NFZ do sanatorium po jego zatwierdzeniu podlega weryfikacji po upływie 18 miesięcy od dnia jego wystawienia.

NFZ skierowania do sanatorium – kolejka, ile wynosi średni czas oczekiwania?

Jeśli nie ma wolnych miejsc od razu, pacjent musi poczekać na swoją kolej. Zainteresowany turnusem może być na bieżąco w sprawach postępu kolejki, dzięki informacjom ze strony https://skierowania.nfz.gov.pl . Tam, po wpisaniu numeru skierowania można sprawdzić, jak długo jeszcze trzeba zaczekać na swoją kolej. Obliczono, że średni czas oczekiwania na wyjazd i kolejka ze skierowania NFZ do sanatorium, wynosi średnio 2 lata.

NFZ skierowania do sanatorium – zwroty

Skierowania NFZ do sanatorium to także zwroty, gdy ktoś rezygnuje ze swojego terminu wyjazdu do sanatorium. Oznaczają one, że do sanatorium NFZ może wysłać pacjenta wcześniej, niż wskazuje jego miejsce w kolejce. W takim przypadku zajmuje się miejsce zwolnione przez kogoś, kto zrezygnował. To jednak dotyczy wyłącznie turnusów, które rozpoczynają się w ciągu 14 najbliższych dni.

Jeśli chodzi o NFZ skierowania do sanatorium i zwroty, po takie informacje należy zgłosić się osobiście lub telefonicznie do lokalnego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia.

Skierowanie do szpitala i szpitala psychiatrycznego – ile jest ważne i jak je uzyskać?

Skierowania na NFZ do szpitala potrzebujemy nie tylko po to, by poddać się leczeniu, ale także by wykonać konieczne badania diagnostyczne. Skierowanie do szpitala wystawia lekarz POZ lub specjalista. Ile jest ważne skierowanie do szpitala? Termin jego ważności nie jest ściśle określony, ale jeśli pacjent zwleka zbyt długi czas ze zgłoszeniem się na wskazany oddział, lekarz może zdecydować o zweryfikowaniu powodu skierowania i zaktualizowaniu informacji o stanie zdrowia pacjenta. Warto zaznaczyć, że oryginał skierowania należy dostarczyć do szpitala w terminie 14 dni roboczych od dnia dokonania wpisu na listę oczekujących. W innym przypadku pacjent może zostać skreślony z tej listy.

Natomiast skierowanie do szpitala psychiatrycznego wydawane jest w dniu badania, a jego ważność kończy się po upływie 14 dni. W nagłych przypadkach pacjent z zaburzeniami psychicznymi może zostać przyjęty do szpitala psychiatrycznego po badaniu przez lekarza izby przyjęć, bez skierowania.

Skierowanie do lekarza medycyny pracy, dermatologa, okulisty – ile jest ważne?

Skierowanie do lekarza medycyny pracy 

Każdy pracownik przez rozpoczęciem pracy i w trakcie jej wykonywania ma obowiązek zgłosić się na określone badania lekarskie. Takie badania są obowiązkowe i mają ma na celu potwierdzenie braku przeciwwskazań do wykonywania obowiązków na danym stanowisku. Skierowanie do lekarza medycyny pracy wystawia pracodawca, który także pokrywa ich możliwe koszty.

Ile jest ważne skierowanie skierowanie do lekarza medycyny pracy? Przepisy tego nie określają, a to oznacza, że można je wystawić dowolny czas przed upływem terminu ważności poprzedniego badania. Najczęściej jednak praktykuje się kierowanie pracownika na badania 30 dni przed upływem ważności poprzedniego.

Skierowanie do dermatologa i okulisty

NFZ skierowania do poradni dermatologicznej i okulistycznej ważne są do chwili realizacji, lub tracą ważność z chwilą ustania przyczyny kierowania. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, skierowanie do dermatologa i okulisty wystawia lekarz rodzinny.

Do jakiego specjalisty dostaniemy się bez skierowania?

Skierowanie nie jest potrzebne do skorzystania ze świadczeń specjalistycznych:


źródło: www.nfz.gov.pl 

Zdrowie

Każdy może mieć dzieci, ale nie każdy może być ojcem

Redakcja
Redakcja
28 stycznia 2020
Fot. iStock/Peopleimages
 

Każdy mężczyzna może być ojcem, ale nie każdy potrafi być prawdziwym tatą, aktywnie uczestniczyć w wychowywaniu i pielęgnowaniu dziecka. Umiejętność utrzymania rodziny, zapewnienia jej materialnego bytu to bardzo dużo, ale to nie wszystko. Wielu panów zapomina o tym, żyjąc jakby „obok” swoich bliskich. Wydaje im się, że zasobne konto bankowe i piękny dom rekompensują brak czasu spędzonego z dzieckiem na zabawie, rozmowie, czy wspólnych spacerach. „Coś za coś” – mówią . Często tak właśnie jest po prostu łatwiej.  Wszystkimi sprawami związanymi z wychowywaniem i codziennymi problemami dziecka zajmuje się matka. Do autorytetu ojca odwołuje się w sytuacjach krytycznych i wtedy okazuje się, że ten autorytet po prostu… nie istnieje.

Jak może być inaczej, jeśli nie ma szans na wytworzenie prawdziwej relacji między dzieckiem a jego tatą?.

Wierzę, że kochasz, bo ciężko pracujesz na to, żeby dać dzieciom wszystko, o czy marzą, żeby zapewnić im najlepsze wykształcenie i drogie kursy językowe. Na to, żeby zapłacić za ich wakacje i obozy letnie. Na to, żeby nauczyły się jeździć na nartach i mogły rozwijać swoje pasje. Ale to wszystko nie starczy, żeby twoje dzieci były naprawdę szczęśliwe, jeśli nie będzie cię obok.

Nie mów, że nie umiesz, że nikt cię tego nie nauczył, że nie ma takiej szkoły, ani takiego kursu. Spójrz na ich matkę – ona częściej kieruje się intuicją, sercem. Nie ucieka.

Prawdziwy tata to ktoś, kto zawsze znajdzie czas dla swojej rodziny, bez względu na to, jak bardzo byłby zajęty. Ilekroć jego partnerka lub jego dzieci są w potrzebie, daje im do zrozumienia, że ​​mogą na nim polegać. Zrobi wszystko, co w jego mocy, aby dać swojej rodzinie siłę i pewność, że dadzą radę stawić czoła problemom. Jest facetem, który nigdy nie porzuci swojej rodziny, gdy pojawi się prawdziwy kryzys. To prawda, że ​​żaden człowiek nie jest doskonały, że nie zawsze wszystko uda się tak, jak byśmy chcieli.  Ale najważniejsze to być obecnym, starać się,  dać swój czas, uczucie. Pokazać „jestem tutaj”, wysłuchać.

Prawdziwy tata pokazuje jak kochać. Jest uważny na potrzeby swojego dziecka – te emocjonalne. Zna jego lęki i podpowiada jak sobie z nimi poradzić. Prawdziwy tata wie, co lubi jego dziecko i czym się interesuje. Akceptuje to, że dziecko jest inne niż on. Wspiera je w dążeniu do celu i pomaga uczyć się na błędach.

Prawdziwy ojciec uczy szacunku. I tego, że sami również zasługujemy na szacunek. Pokazuje jak rozwiązywać konflikty i jak cieszyć się tym, co mamy. Prawdziwy ojciec jest obok, kiedy jego dziecko go potrzebuje. Pewnie nie raz się myli, błądzi. Ale zależy mu, szuka rozwiązań. Jest odpowiedzialny za najbliższych.

Nie jest ważne, ile masz. Ważne, czym tak naprawdę możesz się ze swoim dzieckiem podzielić: twoje doświadczenie, twoja wspomnienia, twój czas. Ważne są wszystkie te wspólne chwile, które twoje dziecko zapamięta i o których będzie mogło myśleć, wspominając dzieciństwo.

Tatą nie wystarczy zostać. Trzeba jeszcze umieć nim być.


Zdrowie

Monice było wszystko jedno: „Gazety i tak napiszą, że było cudownie…”. Fragment książki Basen

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Fot. iStock

Warszawa, Łazienki Królewskie,

sobota 15 sierpnia 2015 

3.

 

– O rety, ale gorąco – powiedziała Paula, wachlując się programem weselnym (kolacja, pierwszy taniec, pokaz fajerwerków). – Tu nie ma klimatyzacji?

– To zabytkowe wnętrze – odparł jej mąż, Marek, spoglądając na sufit, na sztukaterie i pyzate aniołki przy okiennych wykuszach. – Pewnie nie mogli jej zainstalować…

– Ja tu nie wytrzymam – desperacko rzuciła Paula. – Możemy wyjść na zewnątrz?

– Tam wcale nie jest lepiej…

Monika postanowiła wyjść za mąż w najgorętszy dzień roku. Wszystko płynęło, łącznie z jej ślubnym makijażem, chociaż wizażystka obiecywała, że będzie się trzymał. W pałacowej restauracji nie było klimy, wiekowe wnętrza nie zapewniały naturalnego przewiewu. Okrągła sala balowa z wielkim żyrandolem miała przynajmniej dwoje drzwi po przeciwnych stronach, dzięki którym dawało się wywołać nikły przeciąg, ale sala jadalna, z wysokimi oknami tylko na jednej ścianie, była duszną, choć elegancką klatką. Tańce jeszcze się nie rozpoczęły, od paru godzin kisiliśmy się przy stołach i z utęsknieniem wyczekiwaliśmy zachodu morderczego słońca, licząc, że po zmroku zrobi się chłodniej.

Sama Monika była zachwycona i się tym nie przejmowała. Wydawało się, że dosłownie unosi się w powietrzu. Fruwała między ocierającymi pot z czoła gośćmi, którzy w ten nieziemski upał raczyli się kremem z białych warzyw, łososiem, stekiem au poivre i deserem o nazwie „Imię róży”, popijanym ogromną ilością wina, whisky i staropolskiej nalewki na kwiatach czarnego bzu.

– Sądziłam, że będzie jakoś bardziej niezwykle – stwierdziła Paula, nabierając na widelec różowy kęsek łososia.

Siedziałam przy stole razem z nią i Kaśką w rogu sali, gdzie nie dochodził najlżejszy nawet powiew wiatru. Stołów było dziesięć, Monika i Rémy siedzieli daleko od nas, razem z najbliższą rodziną.

– No wiecie, kawior zamrażany ciekłym azotem czy coś w tym stylu. A tu taka niespodzianka.

Faktycznie, zamiast kawioru był tatar ze śledzia, konfitura z pigwy i całe mnóstwo staropolskich przysmaków na zimno w rodzaju gruszek w occie i wędzonych śliwek. Menu wydawało się zbyt ciężkie jak na taką temperaturę i porę roku, trochę wybrane na chybił trafił. Może i tak było, pomyślałam, przypominając sobie obojętność Moniki w kwestii sukni ślubnej.

Zresztą Monika w ostatniej chwili zrezygnowała z ekstrawaganckiej kreacji wybranej przez stylistkę, która chciała ją ubrać w czarne pióra i namalować szachownicę na policzku, i włożyła bardzo prostą, klasyczną sukienkę „od nikogo”. Wyglądała olśniewająco, świeżo, jak rusałka, która  wyszła z wodnego oczka. Rémy miał na sobie biały smoking, w którym przypominał któregoś ze sławnych raperów, i uśmiechał się od ucha do ucha. Nikt już nie wspominał o katastrofalnym wieczorze sprzed tygodnia. Monika promieniała.

Ceremonia ślubna odbyła się pod gołym niebem. Była szybka i skromna. Trzeba się było spieszyć, by goście nie spalili się w piekielnym słońcu. Nad młodymi rozpięto baldachim, używany zwykle w przypadku deszczu, ale ta odrobina cienia, jaką zapewniał, i tak nie wystarczała. Gości było nieco ponad pół setki (kolejne zaskoczenie, zaproszonych miało być chyba dużo więcej) i miałam wrażenie, że nad tłumkiem unosi się mokry zapach potu zamaskowanego obfitą dawką perfum. Ja miałam na sobie sukienkę przed kolano i bez rękawów, a i tak czułam, jak materiał lepi mi się do ciała. Niech to szlag.

Chłopak z urzędu stanu cywilnego, młody blondyn z dołeczkami w policzkach, ocierał pot z czoła, nieustannie się uśmiechał i nie potrafił ukryć rozbawienia. Monika też podśmiewała się bez przerwy i ogólny nastrój wesołości udzielił się wszystkim. Przysięga została złożona wśród chichotów, ostatecznie po angielsku, chociaż Rémy pilnie uczył się polskiego, żeby poradzić sobie z deklinacją i zabójczymi końcówkami. Monika, w wianku na głowie i tej skromnej sukieneczce, wyglądała jak zakochany na zabój podlotek i wydawało się, że mroczne cienie Toskanii są tylko nikłym wspomnieniem, które rozpłynie się w tym upale bez śladu.

Stałyśmy z Kaśką i Paulą w pierwszym rzędzie, jako – jak to określiła Monika – jej druhny. Zamierzchły plan zakładał, że ubierzemy się tak samo i Monika zamówiła dla nas identyczne sukienki. Za nic w świecie nie mogłyśmy się jednak zgodzić co do koloru. Monika kazała krawcowej uszyć koralowe, na co stanowczo zaprotestowała Paula. Twierdziła, że przy jej bladej skórze będzie to bardzo nietwarzowy kolor i w końcu przyszła w cytrynowej kiecce o fatalnym dla niej kroju: za długiej i słabo ukrywającej pociążowy brzuszek. Kaśka włożyła sukienkę w kolorze fuksji z dekoltem w serduszko oraz, jak zawsze, niebotyczne szpilki. Ja jako jedyna miałam na sobie ów koral, bo kolor mi bardzo pasował, a po wydarzeniach ostatnich tygodni nie miałam ochoty poświęcać wyborowi kiecki zbyt wiele czasu.

Monice było wszystko jedno: „Gazety i tak napiszą, że było cudownie, pieniądze z sesji idą na toalety dla dziewczynek w Indiach”. Motywem przewodnim wesela mogłoby być „wszystko jedno”. Nic tu do siebie nie pasowało, wszystko było przypadkowe, nawet buty Moniki (czerwone pantofelki rodem z Krainy Oz). Najważniejsze było jednak to, że państwo młodzi bawili się doskonale.

Jerzy Kasperowicz i Dagmara przyszli, ale jak zwykle byli trochę wycofani. Eleganccy, stonowani, oboje kryli się za ciemnymi okularami. Zauważyłam siedzącą na wózku babcię Moniki, pokręconą staruszkę, którą kiedyś odwiedziłyśmy w mieszkaniu pełnym antyków, obrazów i starych mebli. Opowiedziała nam wtedy, jak walczyła w powstaniu warszawskim, która to opowieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Było też kilka dziewczyn z Londynu, koleżanek Moniki ze studiów: głośnych, wulgarnych Brytyjek o bladych i grubych łydkach, ćmiących papierosy w cieniu wybujałych cisów. Miały na imię Kat, Lisa i Suzie albo jakoś tak, nie pamiętam. Ich twarze były nalane i spuchnięte od alkoholu, tankowanego zapewne odkąd tylko wsiadły do samolotu. Okazały się jednak całkiem wesołe, zwłaszcza gdy urządziły zawody w piciu wódki na czas.

Było trochę osób z rodziny, bliższej i dalszej, których nie znałam. Widziałam też dwie asystentki Moniki (szybko się ulotniły) i jej fotografa, który tutaj był raczej zawodowo niż prywatnie. Była też jakaś śliczna Francuzka o piegowatych ramionach w błękitnej sukience bez przerwy spadającej jej z mizernego biustu. Nie widziałam za to chyba nikogo z rodziny Rémy’ego. Było paru jakichś poważnie wyglądających mężczyzn o wąskich oczach, z natapirowanymi żonami u boku. Być może jego kumple od gry albo interesów. Nie wiedziałam, czy jego przybrani rodzice wiedzieli, że się żeni. Nie było też nikogo z amerykańskiej rodziny Moniki. Kasperowiczowie za to zaprosili swoich gości: przyjaciół i znajomych, tak że odnosiłam chwilami wrażenie, że cała impreza jest bardziej dla nich niż dla nowożeńców. Monika wspominała kiedyś, że chciała skromnej ceremonii, dwudziestki gości i obiadu w wiejskiej karczmie, ale pod naciskiem ojca musiała wpisać na listę wskazane przez niego osoby. Widać było jednak, że Kasperowicz nie jest zachwycony, a może nawet zdezorientowany tym, co się dzieje.

Młodzi wymienili obrączki i pocałowali się, a w górę wystrzeliły płatki róż. Upał obezwładniał. Dyskretnie napiłam się wody z butelki i zamarzyłam o powrocie do domu, rozciągnięciu się na materacu w towarzystwie wiatraka i dzbanka mrożonej herbaty. Obok mnie stała Kaśka, która zdawała się wcale nie odczuwać gorąca i z wysuniętym językiem spijała każde słowo wypowiadane przez młodych, a na końcu popłakała się, rozmazując sobie oko. Wszystkie wiedziałyśmy, że wyjście za mąż jest największym marzeniem Kaśki, jedynym problemem było to, że nie miała z kim go zrealizować. Na ślub przyszła wprawdzie z barczystym brunetem większym od niej dobre dwa razy, twierdziła jednak, że to jakaś świeża sprawa i nie wiadomo, czy cokolwiek z tego będzie. Niedźwiedziowaty brunet miał na imię Bartek.

Ja byłam sama. Zastanawiałam się, czy nie zaprosić Rafała, ale uznałam, że nie chcę stawiać go w niezręcznej sytuacji. Mimo jawnych, choć delikatnych zalotów, był moim wspólnikiem, do tego miał nie do końca uporządkowaną sytuację rodzinną i dwoje dzieci. Nie czułam się źle sama. Wprost przeciwnie, towarzystwo Kaśki i Pauli w zupełności mi wystarczało, nie zamierzałam też zostawać na weselu zbyt długo. Przyszłam tu w końcu tylko z jakiegoś głupiego poczucia przyzwoitości wobec Moniki, nie chcąc psuć jej najważniejszego dnia życia. Pod przykrywką obojętności nadal nosiłam w sobie cały pakiet sprzecznych emocji, od nienawiści, zazdrości i rozczarowania po tęsknotę i – co było najtrudniej ukryć – sympatię. Monika naprawdę była osobą, której nie dało się nie lubić. Choć powtarzałam sobie, że wykorzystała mnie, a potem bezwstydnie zrobiła awanturę o nic, teraz nie mogłam przestać patrzeć, jak w najzwyklejszej na świecie kiecce, ze strużkami potu na skroniach, tańczy z Rémym ich pierwszy taniec.

– O Jezuniu, czy oni nie są piękni? Bartuś, no sam powiedz – jęknęła Kaśka, nie odrywając od Moniki zachwyconych oczu.

– Niezła dupa ta twoja kumpela.

– Bartosz! Weź się zachowuj? Przynajmniej przy ludziach.

– Nie szczekaj, kochanie, bo ci się coś stanie.

– Masz ci los. I co ja mam z nim zrobić, z takim gburem? – pożaliła się Kaśka i dolała sobie wina. – No same powiedzcie.

Paula tylko wielkopańsko się uśmiechnęła. Ja wzruszyłam ramionami. Kaśka plotła dalej.

– Już nawet mi nie przeszkadza, że on jest czarny. Najważniejsze, że są szczęśliwi, prawda? Powiem wam, że ona naprawdę dobrze wygląda. Jak świeżynka. A ten wieczór panieński, och, przecież w końcu nic się takiego nie stało, prawda? Mnie też odbija po wódzie.

– I to jak…

– Bartek! Ja cię proszę!

– Wyluzuj, maleńka, zjedz mięska – powiedział i podał jej przez stół widelec z kawałkiem steka. – Mięsko jest dobre na wszystko.

– Wyjdę zapalić – rzuciła nagle, chociaż w tym piekielnym powietrzu papieros był ostatnim, na co miałam ochotę. – Ktoś się przyłączy?

– Może ja – nieoczekiwanie odparła Paula. – Muszę stąd wyjść.

– Od kiedy palisz?

– Chyba mogę, co? – żachnęła się Paula, klepiąc swojego męża, Marka, po ramieniu. – Piersią już nie karmię, Bogu dzięki, a poza tym, muszę stąd na chwilę wyjść, bo zaraz ugotuję się na miękko. Kaśka, idziesz?

– My zaraz idziemy tańczyć – oznajmiła Kaśka, dopiła wino i natychmiast nalała sobie następny kieliszek. – Prawda, Bartoszku?

– Nie mów tak do mnie, kobieto, bo nie ręczę za siebie.

Zostawiłyśmy ich radosne przekomarzanki i wyszłyśmy z Pałacu. Powietrze było ciężkie jak ołów. Zaciekawieni spacerowicze przyglądali się nam zza drzew. Stanęłyśmy z boku, gdzie ustawiono wysoką popielniczkę. Była przepełniona. Wyciągnęłam cienkiego Vogue’a i poczęstowałam Paulę. Sama nie paliłam od tygodni, nawet w Toskanii, a teraz, przez upał i przeziębienie było to ostatnie, na co miałam ochotę.

– Słuchaj – Paula od razu przeszła do rzeczy – żeby było jasne. Nie mówiłam Kaśce o tym, co się stało tydzień temu. Nie chcę, żeby mieliła jęzorem na prawo i lewo. Moi rodzice przyjaźnią się z Kasperowiczami, poza tym nie wiem, czy by nie polazła do prasy. Na szczęście udało nam się wszystko utrzymać w tajemnicy, ta Aga czy tam Ania to bardzo przyzwoita dziewczyna.

– Kaśka raczej by nikomu nie powiedziała – odparłam. – Nie jest taka.

– Może i nie, ale nie chciałabyś zobaczyć w gazecie tych zdjęć.

– Naprawdę wyglądało to aż tak źle?

– Wyglądało koszmarnie. Nigdy w życiu bym tego nie wymyśliła.

– A jak weszłyście do mieszkania?

– Było otwarte. Inaczej nie wiem, pewnie bym po policję dzwoniła. Ona była kompletnie ześwirowana. W Toskanii też się tak zachowywała? Co?

– No wiesz. – Za żadne skarby świata nie przyznałabym się Pauli, co robiłyśmy w Toskanii, a paplaninę Kaśki o „chłoptasiu” Moniki zbywałam pobłażliwym uśmiechem. – Raczej normalnie.

– Dużo piła? Bo tutaj to wyglądało, jakby osuszyła pół barku. To było okropne. Wszystko zachlapane krwią, szlafrok, kafelki. Była kompletnie nieprzytomna. I cały czas powtarzała: „Nie wyjdę za mąż, nie wyjdę za mąż”. O co mogło chodzić?

– Nie mam pojęcia – odparłam szczerze. – Może naprawdę nie chciała?

– No to popatrz! – Paula machnęła ręką w stronę sali balowej, gdzie widać było Monikę prowadzącą „pociąg” pełen ciotek i wujków. – Myślisz, że udaje? Że to jest jakaś pieprzona farsa?

– Nie wiem – powiedziałam bezradnie. – Paula, ja… nie mam do niej klucza. Nie przyszłam na panieński nie dlatego, że byłam chora. Nie wiem już, co z nią robić. Jak postępować.

– Wiem. Kochanie, nie chcę się mieszać, ale ona cały czas o tym mówiła. Że się zawiodła. Że ona dla ciebie tyle zrobiła, a ty jej się tak odpłacasz.

– Chodziło o zupełny drobiazg. Powiedziałam jej, że wolałabym jechać do Stanów sama. A ona zareagowała, jakbym zrobiła nie wiadomo co.

– Dostała histerii, musiałyśmy ją wsadzić pod zimny prysznic. Ta Aga czy tam Ania przemówiła jej w końcu do rozsądku. Co za mądra dziewczyna. Sama nigdy bym na to nie wpadła.

Zaczęłam mieć złe przeczucia.

– Na co?

– Monika miała w domu kokainę. To podobno stawia na nogi. Nie wiem, jak jest, ale ją postawiło.

– Żartujesz?

– Nie.

Ze świstem wciągnęłam gorące, drażniące płuca powietrze.

– Myślisz, że to jest na pokaz? Ten ślub? – spytałam.

– Nie wiem, co myślę. Może chce zagrać ojcu na nosie. Może to się skończy rozwodem i to szybkim. Nie wiem. Wiem za to, że zaraz uświerknę na tym gorącu. Czy tam za tobą to fontanna?

Fragment książki „Basen”

Fot. Materiały prasowe


Zobacz także

5 rzeczy, które musisz wiedzieć o diecie Sirtfood

Dbasz o figurę? Unikaj 7 „tuczących” owoców

Piersi, to coś więcej niż rozmiar miseczek. 8 rzeczy, których mogłaś o nich nie wiedzieć