Zdrowie

„Boli k***wsko, nic nie pomaga. Atakuje, włazi, gdzie jej wygodnie. I nie chce wyjść”

Poli Ann
Poli Ann
19 lipca 2022
fot. Oleg Ivanov/Unsplash
 

Dziewczyny cierpią katusze, mdleją, mają wyjęte po kilka dni w miesiącu i słyszą, że „taka ich uroda”, „musi boleć”. Endometrioza boli. Boli kurewsko. I nic nie pomaga. Żadne tabletki, masaże, kąpiele. Endo jest podstępna, atakuje jak popadnie. Jajniki, jelita, wątrobę, płuca. Włazi gdzie jej wygodnie. I nie chce wyjść. Endodziewczyny nie mogą zajść w ciążę, mają trudności z donoszeniem. Cierpią okrutnie. I fizycznie i psychicznie. I żadne słowa pocieszenia nie pomogą. Trudno jest być kobietą. Trudno funkcjonować, gdy ból jest tak silny, że ledwo się oddycha.

Ania, lat 39

Przyszedł nocą. Był tak silny, że zwinięta w kłębek nie była w stanie krzyknąć. Otulił mnie, obezwładnił, a ja leżałam nieruchomo. Czasem tylko kwiliłam. On mi nie opuszczał. Co jakiś czas luzował objęcie, bym mogła złapać oddech, a po chwili obejmował mnie tak mocno, że brakował mi tchu. Byłam bezbronna, bezwładna i szalenie samotna w starciu z nim. Z bólem tak silnym, że marzy się jakiejkolwiek metodzie usunięcia go, nawet jeśli byłaby to śmierć.

Tak wyglądało kilkadziesiąt godzin mojego życia. W nocy ból był tak przeszywający, że nie byłam w stanie zrobić nic. W dzień nieco zelżał, do lekarza szłam zgięta w pół. Nigdy nic tak mnie nie bolało. Diagnoza? Najprawdopodobniej wyrostek. Zażądałam badania USG na cito, pobrano krew. Byłam pewna, że za chwilę wyląduję na stole operacyjnym. To nie wyrostek. To była torbiel, żeby było śmieszniej o jakże wdzięcznej nazwie – czekoladowa. Spora, do usunięcia, bo wchłonąć raczej by się nie dała. Słowa lekarza? – Ma pani endometriozę.

Dla mnie szok! Ale jak, skoro wszystko u mnie działa jak w zegarku, jestem mamą i nigdy nie miałam ani bolesnych ani obfitych miesiączek?
– Niech się Pani cieszy – usłyszałam, dostając skierowanie na operację. U mnie poszło szybko. Zabieg w ciągu kilku tygodni. Ból nie powrócił. Badam się regularnie. Ponownie torbiel jest, ale póki co do obserwacji. Zoperowano mnie dwa lata temu. Myślałam, że po laparoskopii będę fikać jak kozica, a mnie dosłownie ścięło. Przez dwa tygodnie chodziłam zgięta w tempie ślimaka. Po miesiącu na szczęście już wsiadłam na rower. Funkcjonuję bez bólu, miesiączka nie utrudnia mi życia, ale…

Dziewczyny cierpią katusze, mdleją, mają wyjęte po kilka dni w miesiącu i słyszą, że „taka ich uroda”, „musi boleć”. Endometrioza boli. Boli kurewsko (tak wiem, mocne słowo, ono zawiera w sobie i bezmiar bólu cierpiącej i jej złość). I nic nie pomaga. Żadne tabletki,  masaże, kąpiele. Endo jest podstępna, atakuje jak popadnie. Jajniki, jelita, wątrobę, płuca. Włazi gdzie jej wygodnie. I nie chce wyjść. To nowotwór, który panoszy się w ciele i wciąż jest niezbadany. Wycięcie torbieli nie gwarantuje, że nowe się nie pojawią. Endodziewczyny nie mogą zajść w ciążę, mają trudności z donoszeniem. Cierpią okrutnie. I fizycznie i psychicznie. I żadne słowa pocieszenia nie pomogą. Trudno jest być kobietą. Trudno funkcjonować, gdy ból jest tak silny, że ledwo się oddycha.

Agnieszka, lat 28

Zawsze bolało. Od pierwszego razu. Zwijałam się z bólu, mama dawała mi jakiś proszek przeciwbólowy i kazała się nie przejmować. – Taka twoja uroda – powtarzała w kółko, a ja patrzyłam się na nią z niedowierzaniem. Jak coś, co czyni mnie zgiętą w pół, z grymasem na twarzy może czynić mnie urodziwą? Co miesiąc koszmar, kilka dni wyjętych z życia. Wymioty, biegunki i miesiączki tak obfite, że wiecznie miałam anemię. I do tego ten ból. Masz rację, kurewski. A najbardziej bolał brak zrozumienia. Mama dopiero po jakimś czasie mi uwierzyła. Wcześniej myślała, że migam się od szkoły. Potem brała wolne z pracy i była przy mnie, gdy leżałam zwinięta w kłębek. Zasłaniała mi zasłony w pokoju, w kółko nagrzewała termofor, robiła gorące kąpiele, które dawały chwile ukojenia. To ona znalazła tego ginekologa, który nie zbył mnie utartą formułką, że miesiączka musi boleć. To on nazwał ten ból, to wtedy poznałam moją „przyjaciółkę”, z którą spędzam w czułych objęciach kilka dni w miesiącu. Tabletki antykoncepcyjne nie zdały u mnie egzaminu i nie uśmierzają bólu.

Miałam już trzy laparoskopie, torbiele robią się na jajnikach, macica już jest zajęta przez endo. Wątroba też i jelita. O ciąży nie myślę. Nie mam nawet chłopaka. Wszyscy traktowali mnie jak hipochondryczkę, nie rozumieli bólu. Myśleli, że wymyślam, że chcę być w centrum
uwagi, a ja po prostu cierpiałam. Póki co walczę o komfortowe życie. Może zdecyduję się na hormony, które wprowadzą mnie w sztuczną menopauzę. Mimo że nie mam trzydziestu lat jestem coraz bardziej zdeterminowana, by to zrobić. Niewykluczone, że będę chciała też po
prostu wszystko usunąć, ale nie wiem czy jakiś lekarz się podejmie skoro nie rodziłam. Dużo zniosę, by wydostać się z objęć endometriozy.

 

Joanna, lat 33

Endometrioza uaktywniła się u mnie po drugiej ciąży. Zawsze miałam obfite miesiączki. Ból był różny, ale ten endometrialny jest faktycznie kurewski. Prawie nie oddycham, biorę wolne w pracy. Dopiero teraz mam wyrozumiałą szefową, jej córka ma podejrzenie tej choroby, też zwija się z bólu, a ma dopiero siedemnaście lat i niestety dzięki temu ktoś rozumie moje położenie.

Moja endometrioza jest zaawansowana. Urodziłam dzieci, na szczęście dwóch synów, którzy nie będą musieli tak cierpieć. Kobiety naprawdę mają przegwizdane. Moi chłopcy widzieli mnie w malignie, szanują kobiety, nie będą śmiali się z dolegliwości swoich przyszłych partnerek. To jedyne za co jestem wdzięczna tej chorobie. Ja nie chcę już cierpieć. Jestem jeszcze młoda, chcę uśmiechać się każdego dnia, a nie
bać się, że ból zjawi się nieproszony. Nie znoszę gnoja. Zamierzam poddać się operacji usunięcia macicy bez jajników, dodatkowo częściowej resekcji pęcherza i będę miała założone stenty na moczowodach. Nie mam stuprocentowej gwarancji, że po odbytej operacji to świństwo nie wróci, mimo chwycę się każdej możliwości, by żyć normalnie.

Beata, lat 38

Moim szczęściem w tym całym nieszczęściu jest to, że pierwsza miesiączka przyszła dopiero, gdy kończyłam ósmą klasę. Jak ja się cieszyłam, że już wiem, o co chodzi. Kobiecość jednak nie była dla mnie łaskawa – na początku obfite krwawienia i po jakimś roku zaczął się hardcore. Koszmarny ból, mdłości, omdlenia… i nikt mi nie wierzył! Przeszłam naprawdę wiele. Wiele bólu, pobytów w szpitalu, upokorzenia i trudnych sytuacji, które nie powinny mieć miejsca. To cud, że jestem mamą!

Przewinęłam się przez gabinety wielu różnych lekarzy, straciłam dużo pieniędzy i zdrowia psychicznego. Po drodze miałam laparoskopię w małym powiatowym miasteczku, która oprócz bólu i traumy nic mi nie dała. Niezliczoną ilość „stanów zapalnych”, które były leczone między innymi w czasie pobytów w szpitalach, cesarskie cięcia, histeroskopie, usuwane polipy z szyjki. Przez te wszystkie lata nigdy nie miałam dobrego wyniku cytologii, zawsze przewlekły stan zapalny, który trzeba było leczyć.

Ostatnie lata z miesiąca na miesiąc pojawia się coraz większy ból. Tak masz rację,  kurewski. Wiele czasu upłynęło zanim trafiłam na TEGO lekarza, który mi uwierzył, choć na moim USG niewiele było widać. Ze względu na to, że choruję na inne choroby i wydałam dużo pieniędzy na lekarzy innych specjalności nie zrobiłam polecanego rezonansu pod kątem endo. Jednak moja desperacja sięgnęła zenitu i prosiłam mojego lekarza o radykalną operację. Nie był taki chętny skoro obraz jamy brzusznej nie był tragiczny. Ból jednak był tak koszmarny, że nie byłam w stanie robić nic. Milion razy myślałam, że mam jakieś urojenia, że może mi się wydaje, że może tak naprawdę nic mnie nie boli. Na całe moje szczęście doktor zawsze rozwiewał moje wątpliwości i mówił, że to nie są żadne urojenia, że jeśli mnie boli to znaczy, że jest tego jakiś powód. I był.

Moja operacja okazała się totalnym zaskoczeniem dla lekarzy. Po włożeniu kamery do brzucha, kiedy doktor powinien zobaczyć narządy rodne nie widział nic oprócz litych zrostów. Musiał się mocno napracować, żeby dotrzeć do macicy, jajników i całej reszty. Później następna niespodzianka. W jednym ze zrostów zrobił się „zbiorniczek wypełniony krwią”. Najprawdopodobniej co miesiąc skąpy okres na zewnątrz, a w środku krwawienie wewnętrzne. Macica, jajniki, pęcherz, wszystko zrośnięte w jedną całość. Jajniki usiane w ogniskach endometriozy.
Lekarze mówili, że moją operację mogą porównać do ciężkiej operacji onkologicznej, że na sali operacyjnej byli w szoku i na własne oczy zobaczyli, dlaczego tak bardzo bolało.

A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mój psychiatra, który zna mnie od  bardzo dawna czekał razem ze mną wiele lat na potwierdzenie, że choruję na endometriozę. To nie były urojenia, fochy, niski próg bólu. To były realne tortury. Nie wiem co będzie dalej, wiem jednak, że nic mi się nie wydawało, że to ta cholerna endometrioza, choroba tak namieszała w moim życiu i wiem, że trzeba o tym mówić, bo to nie jest taka nasza uroda.


Zdrowie

Nie radzi sobie, prowadząc podwójne życie. Nie potrafi zrezygnować z jednej, by być z drugą

Poli Ann
Poli Ann
25 lipca 2022
fot. Ethan Sykes/Unsplash
 

Siedzieli przy kawie jak to mieli w swoim zwyczaju. Krzysiek lubił tak spędzać czas z siostrą. Często wyskakiwali do małej kawiarni na uboczu, gdzieś w centrum miasta, gdzie każdy miał dobry dojazd. Mała godzinka, kawa, ciacho i wracali do obowiązków. Kaśka była starsza, bardzo szczera, po przejściach i brat to jej zawsze się zwierzał. Ich mama zmarła na raka, gdy chłopak miał dwanaście lat. Siostra poniekąd mu matkowała. Tata pracował dużo, by utrzymać rodzinę. Na rozmowy nie miał czasu. Kaśka była więc powiernikiem Krzyśka, dobra duszą, która wspierała, chwaliła, a gdy trzeba było dawała przysłowiowego kopa w zad.


Dziś spotkanie było inne. Krzysiek milczący, smutny, rozedrgany. Kaśka czekała aż zacznie mówić. Zaczął i przyznał się, że ma romans i że sprawa jest bardziej skomplikowana niż by mogło się wydawać. Powiedział to tak prosto z mostu, na jednym wdechu, nie mogąc już wytrzymać, że kocha dwie kobiety jednocześnie. Naprawdę. I nie jest mu z tego powodu do śmiechu. Wiele razy zastanawiał się czy to,
co czuje jest prawdziwe. I jest. Kocha dwie. Dlaczego? Myśli, analizuje i nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Marzena – jego żona to taka świetna babka. Jego wielka miłość, którą poślubił, bo chciał stworzyć z nią rodzinę i ani razu tego nie żałował. Jest piękna, mądra, zaradna, życiowo go wspiera i choć mają inne zainteresowania, żyje im się dobrze. Piękny dom, przyjaciele, ustabilizowane już jakoś życie. To naprawdę fajna para. Poznali się w liceum i od tej pory się kochają i są nierozłączni. Lubią swoje towarzystwo, znają się jak łyse konie. Marzena zawsze mu imponowała i zawsze powtarzał, że mając taką żonę jest szczęściarzem.

To z nią wszystko działo się pierwszy raz. Ale jak się okazuje, nie ostatni. Kiedy kumple mieli kochanki, Krzysiek ich nie rozumiał.  Pukał się w czoło myśląc, że są idiotami. No cóż. Los z niego zakpił.

Asię poznał na konferencji. Usiadła obok i zabawnie komentowała wykład. Nie flirtowała, widziała obrączkę na jego palcu. Był po prostu kumplem z branży. Na bankiecie kiedy inni się obściskiwali, oni siedzieli przy winie i gadali o życiu. Mieli tyle wspólnego. Te same filmy, sport, muzykę no i zawód. Praca ich połączyła i choć Aśka nigdy nie przekroczyła linii Krzysztof zorientował się, że coś do niej czuje,
jednocześnie kochając swoją żonę. Absurd? Nie do końca. Asia jest, gdy on jej potrzebuje, to przyjaciel, pokrewna dusza. Wspaniała osoba, którą pokochał całym sercem. Ona go rozumie, na nic nie naciska, a on marzy, by z nią też pójść na kolację bez obawy, że ktoś ich zobaczy i by po seksie nie mieć takich wyrzutów sumienia.

  • – Jestem w potrzasku – mówi smutno patrząc na siostrę. Ta nie komentuje. On twierdzi, że żonę kocha za przeszłość, za wspólne życie i codzienność. Asię za teraźniejszość i przyszłość. Nie radzi sobie, prowadząc od jakiegoś czasu podwójne życie. Nie potrafi zrezygnować z jednej, by być z drugą. Kocha każdą i żałuje, że w kulturze europejskiej jest zakaz posiadania oficjalnie i legalnie więcej niż jednej żony.

Przecież te jego kobiety są wartościowe, dobre, wspaniałe, ale wychowane w takiej a nie innej rzeczywistości nie będą się tolerować wzajemnie. Każdego dnia więc Krzysiek zadaje sobie pytanie: Jak tu normalnie i uczciwie żyć? Kto powiedział, że człowiek potrafi kochać tylko jedną osobę jednocześnie?  Dlaczego to, co inni tolerują u nas jest zabronione?

Jest przekonany, że uszczęśliwiłby je obie. Z drugiej strony jednak zna polską mentalność. Asia mu ostatnio powiedziała: Pamiętaj, kobiety nie lubią się dzielić, dając mu do zrozumienia, że chyba czas najwyższy zdecydować. Problem w tym, że on nie wie którą. Och taki banał prawda? Krzysiek każda komórka ciała czuje, że ten potrzask stawia go przed irracjonalnym wyborem, który zawsze  będzie jakąś porażką, bo któraś ważna dla niego kobieta będzie cierpieć, zawsze jego „kocham cię” wtedy nie będzie prawdziwe.

– Jak zostawić żonę,  z którą tyle mnie łączy? Jak wyrzucić z życia przyjaciółkę, która tyle dla mnie znaczy? – pyta siostry nawet nie upiwszy łyka kawy. Kaśka nie mówi nic. Patrzy tylko na brata, nie ocenia. Nie musi w sumie nic mówić. On wie. Sytuacja jest beznadziejna. On jest kowalem swojego losu, projektantem swojego życia i to o musi zdecydować, czy żyje jak do tej pory czy jednak coś zmieni, zamknie jedne
drzwi i otworzy drugie…


Na rynku dostępna już jest książka Ani Bałuty (Poli Ann) „Moja droga I…” – to druga część „Listów do Emki” o perypetiach Ilony, nakreślającej zmaganie się z HCV. Inspirująca opowieść o poszukiwaniu terapii, prowadzącej do wyleczenia.

Polecamy!

 


Zdrowie

„Na żadnego z mężów przyjaciółek nie spojrzałam jak na kochanka. A one potraktowały mnie jak rywalkę”

Poli Ann
Poli Ann
20 czerwca 2022
fot. raw/iStock

Gdy się rozwodziłam moje przyjaciółki były przy mnie. Wspierały mnie, biadoliły ze mną, płakały i bluźniły na mojego eks. Miał sporo za uszami, toteż trochę epitetów pod jego adresem zostało kreatywnie utworzonych. Piłyśmy wino, wymyślając niewybredne określenia. Ja, łykając łzy, śmiałam się razem z nimi, tłumacząc sobie, że dam radę iść przez życie bez niego. I póki trwałam przy nim, moje dziewczyny były tuż obok. Wspierały mnie na każdym kroku. Nawet w sądzie były się razem ze mną, podczas gdy mój jeszcze małżonek zjawił się na rozprawie ze swoją „kobietą”, odstrzeloną jak na imprezę. Ja natomiast zestresowana, wychudzona w garsonce sprzed kilku lat wyglądałam jak cień samego siebie. Przyjaciółki stały za mną murem.


Agata – znamy się jeszcze z liceum, Lidka – studiowałyśmy razem i Gośka – razem dorastałyśmy. Zgrałyśmy się we czwórkę i tak szłyśmy przez życie. Każda z nas miała wzloty i upadki. Reszta zawsze była obok, dopingowała, tuliła, a gdy trzeba było ustawiała do pionu. Z nimi było po prostu łatwiej.

Po rozprawie, na której z mojego męża śmiała się nawet sędzina, przyjaciółki zabrały mnie do restauracji, gdzie nie byłam w stanie niczego zjeść, a pijąc czułam się, jakbym właśnie przegrała swoje życie. Wyłam i piłam z rozmazanym makijażem, w tej staromodnej garsonce, uskarżając się na siebie i swój podły los. Kac następnego dnia był nie do przeżycia. Moje dziewczyny były jednak nadal. Gośka przyniosła mi swój popisowy rosół, Agata wpadła, by ogarnąć mi mieszkanie, z którego były mąż wyniósł połowę rzeczy. Lidka zaś zrobiła zakupy chyba na cały miesiąc i zabrała moją córkę do siebie na kilka dni, bym ja mogła wyć w spokoju.

Płakałam nieustannie. Czułam się stara, choć nie miałam jeszcze czterdziestu lat. W lustrze widziałam zmęczoną, szarą twarz z sińcami do połowy polika. Schudłam dziesięć kilo w ciągu kilku miesięcy, nie mogłam spać, w pracy wykonywałam swoje obowiązki jak robot. W takim marazmie tkwiłam kilka miesięcy, jedynie dziecko trzymało mnie w pionie.

Gdy córka wyjechała na obóz, okazało się, że mam czas dla siebie, że mogę pójść na spacer, poczytać książkę, ugotować coś pysznego. Zaczęłam odzyskiwać siebie małymi krokami, uspokoiłam się, przypomniałam sobie, co to uśmiech. Były wakacje, humor lepszy, były mąż gdzieś zniknął, przesyłał jakieś śmieszne alimenty, do córki pisał tylko smsy. Dziewczyny moje rozjechały się w różne strony.

Raz męża Gośki spotkałam w galerii handlowej, akurat piłam kawę, dosiadł się i tak przegadaliśmy ze dwie godziny. Jak kumple, serdecznie. Innym razem miałam problem z cieknącym kranem. Mąż Lidki, złota rączka, przyjechał po pracy i naprawił mi to w mig. Akurat upiekłam szarlotkę, nie chciał pieniędzy za fatygę, więc go poczęstowałam i duży kawałek dałam dla Lidki i ich syna. O obu sytuacjach z mężami
moich przyjaciółek szybko zapomniałam.

Wakacje się skończyły, każdy był zabiegany. Dziewczyny zaglądały rzadziej, ja radziłam sobie lepiej. Nie płakałam, przytyłam, ponoć wyglądałam lepiej. Byłam spokojniejsza, a kąciki ust częściej unosiły się ku górze. Życie gnało. Pewnego dnia córka Agaty zapomniała kluczy i wróciła z moją Zosią do nas do domu. Zrobiły lekcje, bawiły się fajnie. Agata pobiegła na fitness, więc Karol, jej mąż, przyjechał po Maję. Nasmażyłam dziewczynkom górę naleśników, Karol się załapał i został chwilę, bo tak mu smakowały. Wyszedł z Mają po dwudziestej drugiej, bo dziewczyny nie chciały się rozstać. Ledwo wyszedł, a dostałam od Agaty wiadomość na Messengerze – miała pretensje, że przetrzymuję jej męża. Zdębiałam. Chciał chłopak zjeść kilka naleśników, dziewczynki przednio się bawiły, nie widziałam problemu.

Oliwy do ognia dolała awaria kaloryfera w moim mieszkaniu. Znów zadzwoniłam po męża Lidki, nieświadoma, jaką burzę to wywoła. Wojtek walczył z kaloryferem kilka godzin, na siłę wcisnęłam mu dwie stówy, zrobiłam obiad, którego część zapakowałam w podzięce dla jego rodziny.

Wtedy wybuchła bomba. Tym razem to Lidka miała żal, że absorbuję jej męża. Napisała to na naszej grupie z dziewczynami. Agata dołożyła swoje (te nieszczęsne naleśniki), a Gośka wypaliła, że po cichu chadzam z jej ślubnym na kawę. Ktoś nas podobno widział i doniósł jej uprzejmie. Dziewczyny wylewały jad, a ja nie wierzyłam własnym oczom. Każdy z tych mężczyzn był dla mnie jak brat czy kumpel, nigdy nie spojrzałam na nich jak na kandydatów na kochanka. Szczerze mówiąc związek z moim mężem tak mnie „przeczołgał” emocjonalnie, że żadne amory nie były mi w głowie. Prosiłam o pomoc przyjaciół, kawę piłam z kumplem, zawsze byłam chętna do pomocy, akurat znalazłam się w takim momencie życia, że to ją częściej potrzebowałam wsparcia.

Drugi raz poczułam się zdradzona. Zabolały oskarżenia dziewczyn, z którymi tyle lat byłam blisko. Do żywego dotknęło, że mogły nawet tak pomyśleć, że zniknęły, gdy stanęłam na nogi, że potraktowały jak rywalkę. Nasze relacje od tamtej ostrej wymiany zdań znacznie się ochłodziły. Nie wiem, czy uda się nam je odbudować.

Widać, że przyjaciół niekoniecznie poznajemy w biedzie, lecz wtedy gdy w naszym życiu po burzy wychodzi słońce…

ZOBACZ TEŻ: Nie spodziewała się, że mąż przekupi recepcjonistkę i spokojnym krokiem wejdzie, gdy akurat mieli dziki seks