Listy do redakcji Psychologia

„Tak wiele razy odchodziłeś tato, że dziś trudno mi uwierzyć, że tym razem odchodzisz już na zawsze”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 października 2015
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
 

Wyobrażałam sobie to nieraz. No wiesz, wyobrażałam sobie twoje odchodzenie. Moje życie utkane jest z wyobrażeń o tobie. Między miłością, złością, niezrozumieniem, prośbą. O–D–CH–O–DZ–E–N–I–E.

Pierwszy raz odchodziłeś, gdy miałam dwa lata

Zakochałeś się w Tamtej. Zobacz, nie wiedziałam. Mama wypełniła mnie obrazami wiele lat później. Gdy to już sama kochałam, zauroczałam się i zdradzałam. „Jesteś jak ojciec” mruknęła zrezygnowana.

Wróciłeś wtedy z wyjazdu. Był maj, w ogródku pachniał bez, mówiłeś mamie, że ją kochasz, mnie kochasz. Że tęskniłeś. Potem poszedłeś się kąpać. A ona rozpakowując ciebie znalazła listy do Tamtej. „Kocham”, „śnię”, „wciąż myślę” pisałeś. Może dlatego do tej pory nienawidzę słów, za dużo w nich banału, tak można oszukać nimi każdego.

Drugi raz odchodziłeś po tym, jak mnie pobiłeś

Bo źle chodzę po górach i nie umiem jeździć na rowerze. Widzisz, niewiele pamiętam. Moja głowa jest jak sito, wypływają z niej myśli, wypływają wspomnienia, z którymi zrobić nie mam za bardzo co… Podobno mówiłam o tym tej psycholog. Tej do której trafiłam w monologu: „Nie mogę kochać, nie chcę, nie umiem”. Ale podobno biłeś mnie długo, i mocno. Aż ktoś, z kim byliśmy, wtargnął do pokoju i powiedział: „Już za dużo”. Ciekawe czym się mierzy „za dużo”. I dlaczego nikt nie obronił mnie wcześniej. Wtedy sobie wyobrażałam, że odchodzisz. Zostawiasz mnie i mamę. Widzę nawet tę walizkę do której pakujesz ubrania, twoje plecy widzę i słowa słyszę. Oddycham.

No, ale cóż, nie odszedłeś.

Trzeci raz odchodziłeś, gdy byłam w liceum

 A ty wciąż dostawałeś szału. Że jestem za gruba, że kiepska z matematyki, że za dużo ludzi do mnie przychodzi, za często się całuje i za często kupuje ubrania. „On cię tak kocha” mówiła matka. Znalazłam więc miarę miłości. Wrzuciłam do niej kilka emocji: zazdrość, upokorzenie, ból, zranienie. I wyobrażałam, że ciebie już z nami nie ma. Że jesteś z tą swoją miłością do mnie, do niej daleko. I że już nas nie ranisz. Oddycham.

Czwarty raz odszedłeś, gdy rozwiodłeś się z mamą

Wtedy to było bardziej realne. Obca kobieta w naszym domu, jej ślady w ogrodzie, gdzie kiedyś kwitły bzy. Byłeś trochę smutny, bezradny, płakałeś. Mówiłeś do mnie: jesteś moją ukochaną kobietą. Choć przecież „ukochana” mościła sobie miejsce w szafkach mamy, suszyła sobie włosy przed jej lustrem i stopami stawała w wannie, którą godzinami szorowała mama, bo lubiłeś czystość. Kiepsko oddychałam.

Potem przestałeś odchodzić. Bo w końcu odeszłam ja

 Karmiłam się złością do ciebie, pielęgnowałam nienawiść. Nadałam jej nawet specjalnie imię: wolność.  Uwielbiałam mówić do ciebie; s p i e r d a l a j. I: s k o ń c z. Wychodzić trzaskając ostentacyjnie drzwiami twojego ekskluzywnego mieszkania w bardzo ekskluzywnej dzielnicy.  Nie widywać cię miesiącami. Tak, kiedyś zabił byś mnie za to. Ale przecież uwolniłam się od ciebie, od twoich pieniędzy, opieki, trzymała nas tylko ta dziwna miłość. Byłam kobietą podobną do tych, w których zawsze się kochałeś. Byłam ideałem. „Ależ ty masz piękną córkę” mówili twoi przyjaciele. Rosłeś. „Ależ ty masz córkę mądrą” mówili. Rosłeś. W buncie przeciwko tobie odnajdywałam seksualność. Uczyłam się, że moje za szerokie biodra doprowadzają do szału, uczyłam się, że rytm moich słów brzmi jak zaklęcie. Uczyłam się rozkochiwać, bo kochać  sama nie za bardzo umiałam. Przecież przy którymś twoim odejściu przysięgałam: nigdy kochać nie będę. Będę miała język, by czarować słowa, ręce, by dotykać, nogi, by uciekać, instynkt, by być czujniejsza niż matka. Będę lodem i niepokojem.

Ale widzisz, spotkałam Jego. Mężczyznę, który powinien mieć miliony córek, by kochać je i uczyć je dobrej miłości. By dawać im moc i siłę. By uczyć je, że ciało jest tylko obrazem, a każdą głowę da się wypełnić dobrymi myślami. Mężczyznę, który stworzyłby kobietę szczęśliwą, bo wolną. Jaka szkoda, że mamy tylko syna.

To on nauczył mnie kochać ciebie, zabrać wspomnienia złe i okrutne. Przyciągnąć te dobre. Tak, były dobre. Nauczyłeś mnie pływać, robić zadania z matematyki, i z fizyki, mówić po angielsku, walczyć o swoje, w górach oddawałeś mi ostatni kawałek czekolady, a kiedy dostałam pierwszy raz okres powiedziałeś, że to wspaniałe. Wysyłałeś mi pieniądze, przyjeżdżałeś, gdy płakałam w słuchawkę, a na moim ślubie przysięgałeś, że nigdy mnie nie opuścisz, a nasz pokój w hotelu obsypałeś kwiatami. Teatralna bywała twoja miłość, ty taki przystojny. „Boże, ale ty masz ojca” mówiła piękna stylistka, która tańczyła na moim weselu.

Widzisz historia twojej i mojej miłości jest tak samo straszna jak i piękna. Mogę odnaleźć się w historiach o ojcach potwornych. I w ojcach wspaniałych też się odnajduję. Sam rozumiesz, trudno utkać mi z tych opowieści prawdziwą siebie.

Trudno mi utkać prawdziwą siebie w twojej chorobie. Gdy moje wyobrażenia o twoim odchodzeniu zamieniają się w rzeczywistość. Gdy w bardzo strasznym szpitalu, w mieście K. siedzimy na fotelach. Snujemy historie codzienności. A ja patrzę na twoją pomarszczoną szyję, pomarszczone ręce, które kiedyś tak mnie kochały, ale też tak raniły. Gdy widzę twoje przemijanie, a moją siłę. Gdy pan szalony chyba krzyczy za ścianą o umieraniu, a ty już nie masz w sobie żadnej złości tylko kochasz tę młodą salową, bo tak czule, tak po ludzku jako jedyna uspokaja ból tego pana, który być może jest też twoim bólem. I bólem każdego samotnego człowieka w szpitalu.

Bo jesteś już trochę po tamtej stronie, a ja gdzieś pomiędzy. Z miłością, której nie miałeś, a którą ja mam, bo jestem dobra, czuła, delikatna. A w moim domu nikt za wiele nie krzyczy, nikt nikogo nie bije, ale przede wszystkim nikt się nie boi.

Jesteśmy na szpitalnym korytarzu bardzo idealnym obrazkiem. Mam blond włosy i delikatne rysy twarzy, trzymam cię pod rękę, obejmuje, śmieję się do ciebie, przytulam, i przynoszę kawę. Mój mężczyzna jest idealnym zięciem, taszczy gazety, głos ma mocny i spokojny. Głosem cię pociesza, podsuwa nazwiska kolejnych lekarzy.  Mój syn wtula się w twoje kolano. Walczymy. Wiem, że to czujesz. I jesteś szczęśliwy, bo podobno to właśnie bliscy liczą się w umieraniu, w odchodzeniu, w chorowaniu.

Jestem taką dobrą córką.

Czasem tylko budzą mnie sny. Że umierasz. A ja się cieszę. Że tańczę. Że oddycham. I już nie ma żadnego bólu w moim kochaniu.

PS. Drogi mężczyzno, zanim zostaniesz złym ojcem, przeczytaj ten list milion razy. Tak żebyś nie musiał przepraszać, czuć się winny. Żebyś wiedział, że każdy twój błąd ją rani…


Listy do redakcji Psychologia

O sile i pięknie „brzydkiego” ciała – historia Lizzy Velasquez

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 października 2015
Fot. Screen z YouTube / Lizzie Velasquez
 

Żyjemy w okrutnych czasach. A może to nie czasy, w których żyjemy są okrutne, tylko my staliśmy się potworami. Lub po prostu, pozostaliśmy głusi na wpajaną w dzieciństwie prawdę, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Nie ma w tym nic dziwnego skoro w większości bajek, które nam opowiadano wszystkie królewny są najpiękniejsze. Dziś naturalnym jest, że odmienny wygląd, szpetotę czy wszelkie widoczne ułomności piętnujemy bezlitośnie i wyśmiewamy (najczęściej anonimowo). Nasz humanizm umarł, a kult idealnie pięknego ciała ograniczył nasze ludzkie odruchy.

IMG_20151027_144634

Fot. Screen z YouTube / Lizzie Velasquez

Czy znacie historię Lizzy Velasquez? To najpiękniejszy człowiek wśród najbrzydszych ludzi. Nie, nie tylko najbrzydszych. Inspiracja. Kiedy Lizzie przyszła na świat, lekarze przewidywali, że dziecko nigdy nie będzie mówić ani chodzić. Tymczasem dziewczynka wyrosła na inteligentną, sprawną intelektualnie i fizycznie kobietę. Jednak niezwykle rzadka choroba (atakująca serce, oczy i kości) zdeformowała jej twarz – pierwszą „wizytówkę” w kontaktach społecznych – i sprawiła, że Amerykanka jest nienaturalnie chuda (schorzenie nie pozwala jej przytyć). Z powodu swojego wyglądu, Lizzy była od dziecka wyszydzana i obrażana przez rówieśników.

Cierpiała słuchając o tym, że nie powinna się nigdy urodzić, że ma twarz potwora, że nie przypomina ludzkiej istoty. W dorosłym życiu koszmar trwa nadal. W jednym z wywiadów Lizzy Velasquez opowiadała jak czytając kilka tysięcy komentarzy pod filmikiem ze swoim udziałem (rzadka choroba Lizzy to atrakcyjny kąsek dla naukowców), nie znalazła ani jednego słowa otuchy, czy wsparcia. Anonimowi hejterzy skupili się jedynie na jej ułomności. Obecnie 26-latka promuje film dokumentalny oparty na historii jej życia: „Odważne serce: Historia Lizzie Velasquez”. Zdecydowała się na ten projekt, by opowiedzieć o problemie dręczenia i prześladowania ludzi o odmiennym wyglądzie, tych „brzydkich”.

IMG_20151027_145217

Fot. Screen z YouTube / CharlesBurton

A „brzydkie” jest dziś wszystko to, co odstaje od ogólnie przyjętego (tylko przez kogo?!) kanonu piękna. To, co w dzisiejszym postrzeganiu świata jest oznaką jakiejkolwiek słabości. Czy powiedzielibyście, że ciało matki to ciało kobiety słabej, nieudolnej?… Przecież wydało na świat drugiego człowieka, uprzednio hołubiąc go, karmiąc i dopieszczając przez całe dziewięć miesięcy. Jednak nie wzbudzi ono zachwytu, większość z nas nie nazwie go pięknym. Bo cóż pięknego może być w kobiecych rozstępach, w zaokrąglonym brzuchu, w rozciągniętej skórze i obwisłych, obolałych piersiach?Altruizm? Poświęcenie?

Ciało matki jak publiczna własność poddawane jest ocenie „życzliwych”. Zachwyt wzbudzają celebrytki gotowe wrócić do pracy w nienagannej formie już kilka tygodni po porodzie. Chyba jednak powoli coś w nas pęka, skoro projekt Jade Beall, która odważyła się przełamać tabu i pokazać portrety tych doskonale niedoskonałych ciał matek zdobywa coraz większy rozgłos i uważa się go za bardzo potrzebny.

Znana fotografka portretuje ciała kobiet po mastektomii. Może się wydawać, że to nie jest „łatwy i przyjemny dla oka” obiekt. Te ciała są zmęczone chorobą. Zamiast piersi, wyznacznika kobiecości, seksualności zobaczycie blizny. Czy nazwiecie ten widok brzydkim? Odwrócicie wzrok z odrazą? Czy ciało kobiety chorej na nowotwór – nieidealne, takie, na którym zapisała się jej choroba- już nigdy nie będzie piękne? Dokąd zaprowadzi nas takie pojmowanie piękna? Ilu z nas może ono zniszczyć, złamać?

– Użyj negatywnych rzeczy, których doświadczasz w życiu do tego, żeby zwyciężyć. Przekształć je na swoją korzyść. Odwaga zaczyna się w sercu. – powiedziała Lizzy Velasquez, która nie jest piękną kobietą. A jednak jej uroda jest dla wielu nieosiągalna. Patrzę na zdjęcia Lizzy. Z fotografii spogląda na mnie uśmiechnięta, pewna siebie kobieta. Mimo fizycznej kruchości, emanuje siłą. Twarz Lizzy jest twarzą kobiety pewnej swej wartości i pogodzonej ze sobą, nad wyraz dojrzałej jak na tak młody wiek. Twarz, którą nazwano „potworną” jest o wiele bardziej ludzka niż puste twarze idealnie pięknych ludzi.

Lizzy nie stała się urodziwa decydując się mówić o cierpieniu i krzywdzie, których doświadczyła. Ona była piękna zawsze.


Listy do redakcji Psychologia

Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy… Ślad po nich zaginął

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
27 października 2015
Fot, iStock/KristinaJovanovic

Idąc przez miasto, rozglądam się po ludziach i widzę chłopców pięknych, wypachnionych, zaczesanych, wyprasowanych. Dosłownie – widzę chłopców, a nie rasowych mężczyzn, typowych rycerzy, co za swoją księżniczką na białym koniu za siedem gór i rzek zawędrują. Trochę to smutne, bo nawet ci, którzy bujnym zarostem twarz zdobią, nie traktują go jak atrybut męskości, ale look, który idealnie pasuje do koszuli w kratę. Powoli jawi mi się obraz prawdziwego mężczyzny jako gatunku umierającego. Nie tylko ze względu na coraz delikatniejszy wygląd. Ugrzecznieni, wycofani, z nosem w elektronicznych urządzeniach, płaczą z bólu nad złamanym paznokciem lub plamą na sweterku w romby. Przesadzam? Trochę, ale mam powody, by narzekać na formę dzisiejszej „męskości”.

Hej, mała, bzykasz się?

Kobiety noszą spodnie, uderzają pięścią w stół, częściej rządzą mężczyznami w świecie polityki. W sumie to nie najgorzej, bo właśnie o to walczyły feministki, chcąc porzucenia jarzma kobiety udomowionej i zdominowanej. Przejmują stery w wielu dziedzinach życia uniezależniając się i odsuwając od często niezdecydowanych facetów. Przez przypadek odbierają im szansę nie tylko bycia równoprawnym partnerem, ale i bohaterem. Kiedyś obowiązywał rycerzy kodeks honorowy, którym posługiwali się jeszcze panowie – dżentelmeni – w okresie dwudziestolecia międzywojennego. A teraz?– „Hej mała, bzykasz się, czy trzeba z tobą chodzić?”. Zmieniają się czasy, zmieniają i ludzie, nie zawsze na lepsze. Coraz mniej w młodym pokoleniu tych dżentelmenów, coraz więcej podziału na „macho prostaków” lub tych, co w obawie o własną gębę, nie odważą stanąć w obronie zaczepianej kobiety.  

Kobieta mnie bije!

Nie będę skupiać się dosłownie na kwestii przemocy. Chodzi o coś innego, co rozkłada mnie totalnie na łopatki. Na przystanku w centrum miasta siedziała grupa chłopaczków w wieku gimnazjalnym siedziała zaprowadzając własne „porządki”. Rozrzucali butelki, pluli pod nogi innym ludziom łuskami po słoneczniku. Obok stała grupka dorosłych „mężczyzn”– zero reakcji. Zwyczajnie ręce mi opadły, bo ja będąc kobietą zareagowałam. Oni patrzyli niepewnie. Zrobić coś, czy nie zrobić? Takich mamy obecnie wielu facetów, bez odwagi cywilnej, bezradnych. I także oni dają przykład i przyzwolenie na zachowania, które kiedyś były nie do pomyślenia.

Kobieto, zdejmij spodnie, pozwól wykazać się mężczyźnie

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Rozmawiałam jakiś czas temu z terapeutką o małżeństwach i owa psycholożka powiedziała coś, co mnie uderzyło: „A jak dzisiaj chłopcy mogą stać się mężczyznami, skoro to kobiety noszą spodnie? Kobietom tylko wydaje się, że robią to dla siebie, budują własną siłę, a to nie prawda. Dążąc do samowystarczalności, z pominięciem silnego męskiego ramienia działają na swoją niekorzyść, bo nie tylko pozbawiają się wsparcia, ale i zdzierają z facetów spodnie zwalniając ich z odpowiedzialności za swoją postawę”.

Przed oczami stanęło mi moje małżeństwo. Zrobiłam dokładnie to samo, co robią dziesiątki innych kobiet – zaczęłam pozbawiać mojego faceta męskości. I nie ja jedna dziwiłam się później, że wszystko muszę sama, on jest taki niedomyślny, leniwy i zupełnie do kitu. Nieprawda! A kobiety zapędzają się i dalej– nie tylko redukują męskość swoich facetów, ale robią to także swoim synom.

Ucz syna być mężczyzną!

Tak, w kwestii wychowania moich synów jestem staroświecka. „Dzień dobry, przepraszam, kobieta przodem” – to jedynie niektóre z haseł, które funkcjonują w naszym życiu na co dzień. Nauczę synów odsuwania krzesła, pomocy przy wkładaniu wierzchniego odzienia, kupowania kwiatów. Apeluję o to samo do innych matek – wymagajcie od dzieci. Może wtedy, w czasach deficytu dobrych wartości, zacznie się coś zmieniać na lepsze. Mężczyzna będzie mężczyzną z wychowania i z zachowania, bez względu na to, czy służy w armii, czy pracuje w księgowości. Synów nauczę o wiele więcej rzeczy, tak, by ich dziewczyny czuły się nie tylko bezpieczne, ale i kochane. Jako matka, nie chcę wstydzić się za mężczyzn, których wychowam.

PS: Jeśli znajdą się urażeni tym tekstem mężczyźni, powiedzcie mi o tym. Z radością przyjmę, że tych „prawdziwych mężczyzn” jest więcej, niż sądzę, tylko nie miałam szczęścia ich spotkać.


Zobacz także

Każdy ma swój niewysłany list. „Dlaczego na to pozwoliłaś?”

Byłam przecież nie taka, jakiej chciałeś. Tak mówiłeś, pamiętasz? Życie jednak pisze szczęśliwe zakończenia

Jak otworzyć się na drugiego człowieka. 7 kroków do uważności