Psychologia

Syndrom DDA lub DDD: dziedzictwo wzrastania w dysfunkcyjnej rodzinie

Redakcja
Redakcja
24 marca 2021
Fot. iStock/Grandfailure
 

Z uwagi na bardzo duże rozpowszechnienie choroby alkoholowej, jest bardzo wiele osób określanych jako dorosłe dzieci alkoholików (DDA). Ale rodzin dysfunkcyjnych było i jest więcej niż te z problemem uzależnienia. Anna Sternik, psychoterapeutka i specjalistka terapii uzależnienia z Centrum Terapii Dialog wyjaśnia, czy zawsze dorosłe dzieci z takich rodzin muszą udać się na terapię, co może utrudniać im życie i jak sobie z trudnym dziedzictwem radzić.

Co to jest syndrom DDA?

Zacznę od tego czym nie jest – nie jest chorobą ani żadną jednostką chorobową wpisaną w klasyfikację chorób i w tym sensie nie jest też diagnozą. DDA to opis pewnych stanów, uczuć i zachowań, postaw, schematów, które pojawiają się na podstawie określonych doświadczeń z dzieciństwa. To określenie wywodzi się z lat 70-tych, kiedy zaobserwowano, że uzależnienie w rodzinie ma wpływ na dzieci i później te dzieci przejawiają pewien zespół cech, z którymi borykają się w dorosłym życiu. W Polsce o tym syndromie zaczął mówić w latach 80. prof. Jerzy Mellibruda, a później też inni, związani z Instytutem Psychologii Zdrowia. Dziś sporo już wiemy na ten temat. Zrozumienie, że uzależnienie wprowadza rozmaite dysfunkcje, otworzyło „furtkę” do pomagania i do oferty psychoterapeutycznej dla tych osób.

O jakich cechach mówimy mając na myśli DDA?

Taką listę cech stworzyła Janet G. Woititz autorka książki „Dorosłe dzieci alkoholików”. Ale to nie jest tak, że jeśli rozpoznamy u siebie kilka z tych cech to jesteśmy DDA, a jak nie – to nie jesteśmy. Właściwie każdy z nas boryka się z jakimiś problemami i znajdzie na tej liście cechy, które pasują do niego. Osoby z DDA mają zazwyczaj większość z nich, choć nie wszystkie, bo każdy ma swoją mapę doświadczeń z dzieciństwa. Te najbardziej charakterystyczne to m.in. bezlitosne ocenianie siebie samego, zastanawianie się, czy moje zachowanie jest normalnie, trudność z przeprowadzaniem zamiarów od początku do końca – np. osoba kończy studia, ale nie pisze pracy magisterskiej. Niektórzy mają problem z odprężaniem się, zrelaksowaniem i przeżywaniem radości, żyją w ciągłym napięciu i traktują siebie bardzo poważnie. Trudno im nawiązywać bądź pogłębiać relacje, co przeszkadza w osiąganiu satysfakcji życiowej. Dorosłe dzieci alkoholików przesadnie reagują na zmiany, na które nie mają wpływu. Unikają zmian i robią wszystko co możliwe, żeby różne rzeczy się nie zmieniały, dlatego często są w pewnym zatrzymaniu, czyli trwają w sytuacji, która im nie odpowiada, np. w pracy czy pozostają w związku, który ich nie satysfakcjonuje. Boją się zmian, bo to kojarzy im się z czymś złym. W rodzinie z problemem uzależnienia największą wartością jest utrzymanie rodziny i w związku z tym dorosłe dzieci alkoholików nieustannie poszukują aprobaty, uznania, potwierdzenia, tego by ktoś cały czas mówił, że są w porządku.

Osoby z syndromem DDA często myślą o sobie, że się różnią od innych, ale w negatywny sposób. Słyszę od nich: jestem dziwakiem, dziwolągiem. W tym sensie zetknięcie się z tą listą cech może dawać rodzaj ulgi. Bo nagle widzę: „O, to jest opisane, to znaczy, że są inni, którzy czują i myślą tak jak ja. Może jest dla mnie nadzieja, może jest dla mnie szansa”. Wielu osobom robi się lżej, kiedy widzą, że to nie jest tylko ich osobliwy wewnętrzny świat, lecz inni też przeżywają podobne stany.

Trzeba jednak wiedzieć, że jeżeli ktoś spotkał się z listą cech DDA i rozpozna w niej siebie, to bardzo ważnym krokiem jest niedefiniowanie siebie przez ten syndrom.

Co to znaczy?

Chodzi o znalezienie swojej tożsamości i siebie w tym wszystkim. Powiedzenie sobie: „To jestem ja, mam takie i takie cechy, dziś jestem już dorosłą osobą, pracownikiem, matką i żoną”. Dopiero gdzieś tam dalej jest fakt, że wyrosłam z takiej rodziny. Chodzi o to, żeby nie przykleić sobie etykiety: „Jestem DDA”. Taka etykieta niesie ze sobą dużo więcej strat niż korzyści, może prowadzić do zanurzenia się w poczuciu krzywdy i bycia gorszym.

Z tego właśnie powodu jakiś czas temu syndrom DDA zaczął być środowisku psychologów krytykowany. Zaczęto zwracać uwagę na to, że tak naprawdę każda inna dysfunkcja może wyzwalać takie cechy. Na przykład nadmierna odpowiedzialność czy branie na siebie obowiązków za inne osoby zdarza się także osobom bez syndromu DDA. Powstaje więc pytanie: po co to tak naprawdę nazywać? Może po prostu jest szeroka grupa osób wywodząca się z rodzin dysfunkcyjnych lub z problemami emocjonalnymi, która ma określone cechy i tyle.

Jednak warto mieć na uwadze, że niektórym osobom pomaga nazwanie problemu, chcą wiedzieć co im jest i kiedy znajdują wyjaśnienie swoich reakcji i zachowań mogą powiedzieć: „Aha, ja tak mam nie dlatego, że jestem jakaś dziwna czy głupia, tylko dlatego, że spotkało mnie pewne doświadczenie”.

I nie ma w tym nic złego, trzeba tylko zadbać – a to już najczęściej praca dla terapeutów – żeby pójść dalej, nie zostać w etykiecie DDA. Bo uświadomienie sobie tego na początku odciąża, ale później może ciążyć. Dlatego tak ważne jest znalezienie swojej tożsamości, wyodrębnienie się, myśleć o tym: to jest element mojej historii, ale to nie kieruje moim życiem, nie myślę o tym cały czas. Dzięki temu, że rozumiem, co się ze mną dzieje, lepiej radzę sobie ze swoimi schematami.

Da się wyjść całkowicie z DDA?

To nie jest jednostka chorobowa, więc w tym sensie nie. Powiedziałabym, że chodzi raczej o to, żeby rozeznać, na ile różne doświadczenia, które mnie spotkały, wpłynęły na mnie i sprawić, by podświadomie mną nie kierowały. Rozpoznanie schematów postępowania pozwoli nam przejąć kontrolę nad swoim życiem, nie wchodzić w szkodliwe sytuacje. Na przykład: nie angażuję się w relację, w której nie czuję się komfortowo, odmawiam, stawiam granicę, nie staram się być za wszelką cenę lojalna wobec osoby, która wobec mnie zachowuje się nie w porządku, nie daję się wykorzystywać w pracy. Innymi słowy: zauważam, że mam taki problem i nie powielam go.

Czy konieczna jest do tego terapia, czy można to przepracować samemu? 

Jestem przekonana, że jest wiele osób, które radzą sobie z tym same, nawet po rozpoznaniu problemu. Gdyby było inaczej, wszystkie poradnie na świecie pękałyby w szwach. Niektórzy mają takie zewnętrzne punkty oparcia, że są w stanie to zrobić. Część osób radzi sobie z różnymi schematami, natomiast mimo wszystko nie umie się z nich wyzwolić. W kółko potyka się o tę samą trudność: „Mam nową pracę, a znowu wszyscy weszli mi na głowę”, „Mam nowy związek, a znowu wszystko robię sama”.

Coś, co sprowadza pacjentów z DDA do gabinetu psychoterapeuty, to powtarzalność takich sytuacji. Psychoterapia pomaga to zauważyć, zrozumieć, uczy, jak właściwie reagować. Samodzielne pomaganie sobie jest możliwe, z pewnością pewne rzeczy można sobie samemu uporządkować, jest wiele książek do pracy nad sobą. Gdyby jednak to wszystkim wystarczało, psychoterapia nie miałaby racji bytu. Poza tym w psychoterapii znajdziemy coś, czego nie dostaniemy w pracy z książką czy podręcznikiem – bliskość, wsparcie, leczącą relację terapeutyczną oraz bezpieczne warunki do uporania się z problemami.

Psychoterapia dorosłych dzieci alkoholików to często terapia zaburzeń emocjonalnych, czasem dochodzą do tego choroby psychiczne, np. depresja, stany lękowe czy zaburzenia osobowości.

Czym się różni syndrom dorosłego dziecka alkoholika od syndromu dorosłego dziecka wywodzącego się z domu trzeźwego, ale dysfunkcyjnego? 

Tak na prawdę niczym albo jednym: tym, że tę dysfunkcję wprowadza uzależnienie rodzica.

Jednym z problemów osób z DDA jest lęk przed bliskością. Co zrobić, by go pokonać?

Nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Po kilkunastu latach zajmowania się psychoterapią mogę powiedzieć, że bezpieczne relacja terapeutyczna sprawia, że ludzie otwierają się na tę bliskość, na coś, co dotychczas uważali za zagrażające. To się dzieje w psychoterapii, ale też może się dziać w innych dobrych relacjach, na przykład ktoś spotyka na studiach otwarte osoby, z kimś się zaprzyjaźnia i zaznaje bliskości, która może mieć leczący wpływ.

Nie warto jednak zwlekać z terapią, bo z wiekiem ten lęk może być coraz trudniej pokonać – jeśli powtarzają nam się doświadczenia trudności w bliskości, w pogłębieniu relacji, czerpania satysfakcji, w zaufaniu, to te doświadczenia wzmacniają stary schemat, który mówi: nie warto wchodzić w zależność, to może mnie zranić. Tak wzmacnia się schemat dystansowania się.

Czy zawsze tak jest, że wchodzimy w schemat: ojciec alkoholik to i mąż alkoholik?

Jestem daleka od kategorycznych odpowiedzi, choć obserwacje kliniczne faktycznie pokazują taką powtarzalność. Jedna z pacjentek powiedziała mi kiedyś: „Tak bardzo pilnowałam, żeby nie wybrać sobie pijącego partnera, a po latach okazało się, że on też nadużywa”. Przypomina mi to książkę „Jak żyć w rodzinie i przetrwać” autorstwa psychiatry Robina Skynnera oraz komika Johnego Cleese’a.

Jest tam mowa o ćwiczeniu terapeutycznym, które Skynner przeprowadza na początku terapii grupowej, gdy osoby jeszcze się nie znają – prosi ich, żeby dobrali się w pary, a później te pary w czwórki i żeby posługując się tylko swoją intuicją przypisali sobie role: mamy, taty, brata, siostry. Kiedy już poznają swoje historie i przyglądają się tym „swoim rodzinom” okazuje się, że zadziałała tzw. „ślepa siła”, tak jakby wybór odbywał się poza ich wolą. To znaczy, że podświadomie dobieramy się albo na zasadzie podobieństwa (zbliżamy się do osoby, która kogoś nam bardzo przypomina) albo odwrotnie: szukamy kogoś, kogo bardzo nam brakowało.

Czasem nasz wybór jest kontra wyborem, czyli wybieram kogoś dokładnie odwrotnego, ale nadal pozostajemy w uwikłaniu, bo punkt odniesienia jest ten sam – wzór czy antywzór, awers czy rewers to wciąż ta sama moneta, a chodzi o dokonywanie własnych wyborów.

Czy agresja może być jedną z cech osób z DDA?

Agresja często wynika z nieumiejętności regulacji emocjonalnej. To z jednej strony mogą być emocje, których dana osoba nie jest w stanie w inny sposób wyrazić, lub poradzić sobie z nimi inaczej niż poprzez agresywne zachowania wobec partnera, a z drugiej strony może to też być czynnik środowiskowy związany z przekazanym nam w dzieciństwie określonym modelem ekspresji, emocji czy też stylem komunikacyjnym (krzyki, wyzwiska). Mamy tu do czynienia z dwoma aspektami: z jednej strony destrukcyjny model komunikacji w związku, a z drugiej – uszkodzony mechanizm regulacji emocji, kłopot z kontrolą impulsu.

Przyczyny mogą być różne, np. przeciążenie pracą odreagowywane w domu, sfrustrowane potrzeby (na przykład nie mam dla siebie czasu), brak umiejętności zrelaksowania się i odprężania. Żeby to zmienić, trzeba się zastanowić jaka jest tego przyczyna.

Czy w rodzinie, w której to nie rodzic, ale dziadek lub babcia byli alkoholikami także możemy mówić o syndromie DDA?

Jeżeli dziecko mieszkało z takimi osobami pod jednym dachem, a rodzice byli w jakimś sensie nieobecni, bo np. dużo pracowali i jeżeli u danej osoby wykształciły się pewne cechy, jak na przykład trudność w nazywaniu swoich potrzeb, w wyrażaniu uczuć, stawianiu granic, kłopoty w relacjach – to można mówić, że osoba ma cechy syndrom dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej. Sporo tu zależy od rodziców – jeżeli są w stanie ochronić swoje dzieci, to jest szansa, że cechy się nie rozwiną. Natomiast jeżeli dziadkowie byli ważnymi osobami, choćby ze względu na nieobecność rodziców, to pewne cechy mogą się wykształcić.

Czy  dzieci mogą odziedziczyć cechy DDA po swoich rodzicach? 

Nie ma dziedziczenia DDA. To nie jest choroba. W tym przypadku możemy myśleć raczej o problemie parentyfikacji – odwrócenia ról, czyli sytuacji gdy dziecko opiekuje się swoim rodzicem i odbywa się to kosztem jego potrzeb emocjonalnych, przekracza jego możliwości rozwojowe i w dodatku jest utrwalone, bo trwa długo. To może odbywać się poprzez długotrwałą obserwację i modelowanie postaw.

Spotkałam się z dylematem, czy osoba DDA powinna planować rodzinę. Co pani sądzi na ten temat?

W tym dylemacie widzę lęk. Ważne jest to, by jeśli taka osoba zauważa problem, coś z nim próbowała zrobić – czytała publikacje na ten temat, zdecydowała się na terapię, znalazła grupę wsparcia. W takim działaniu chodzi o to, by rozeznać swoje deficyty. Bo jeśli nauczy się je rozpoznawać, zaspokajać, wyrażać uczucia, to one nie będą wpływały na jej dzieci. Poprzez nieradzenie sobie ze swoimi uczuciami, na przykład ze złością, będzie podświadomie tłumić w dzieciach te uczucia – w tym przypadku złość. Działa to wtedy jak w zabawie „podaj dalej”, czyli pewne postawy są przekazywane. To nie dzieje się na poziomie genów, lecz poprzez reakcję na uczucia, na to że dziecko ma swoje potrzeby i wyraża je, a my to respektujemy, uznajemy, że ma takie prawo, jesteśmy wrażliwi na jego potrzeby. Ale żeby tak się stało, najpierw musimy być wrażliwi na swoje potrzeby i umieć je nazwać.

U DDA zdarza się też tzw. schemat samopoświęcenia, który polega na tym, że  osoba zaspokaja wszystkie potrzeby dziecka na żądanie, niezależnie od jego wieku, zapominając o swoich potrzebach. Takie doświadczenie nadmiaru, nadopiekuńczości też może być urazowe. Kiedyś jeden z pacjentów powiedział mi, że jego dramatem jest to, że wszystko otrzymał, o nic nie musiał walczyć, niczego nie musiał zdobywać, przez co nie mógł poczuć się dorosły, nie mógł poczuć się mężczyzną.

Niektóre osoby z DDA często używają tej informacji do usprawiedliwiania swoich reakcji i zachowań… 

To negatywna konsekwencja życia z etykietą, co czasem skutkuje roszczeniową postawą: więcej należy mi się od życia, od innych, od systemu, od życia, bo w dzieciństwie zostałem skrzywdzony. Takim „metacelem” w pracy z osobami DDA jest praca z krzywdą, rozprawienie się z nią. Używam czasem takiego porównania, że życie z tym syndromem to jakby w małym przedpokoju mieć wielkie pudło, przez które codziennie wychodząc do pracy trzeba przeskoczyć. Ono mi cały czas przeszkadza, czasem się o nie potykam, ale ciągle nie mam siły i czasu żeby do niego zajrzeć i poskładać te rzeczy. Proces psychoterapii jest zatrzymaniem się na tym wielkim pudłem, zajrzeniem do tego, co jest w środku, obejrzeniem tych rzeczy, zdecydowaniem, co zostawiamy, a co wyrzucamy, i włożeniem uporządkowanego pudła na pawlacz. Ono nie znika zupełnie, wiem, że tam jest – bo to część mojej tożsamości, ale już się o nie nie potykam, na co dzień zapominam o tych rzeczach z pudełka.

Czy bycie DDA przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu, w pracy?

To zależy, jaki sposób na przetrwanie w takim dysfunkcyjnym domu wybrało dziecko, albo do jakiej roli zostało przypisane. Może to być rola rodzinnego bohatera, kozła ofiarnego, maskotki, niewidzialnego dziecka. W rozumieniu parentyfikacji dziecko może pełnić rolę opiekuna rodzica, bufora emocjonalnego, terapeuty.

Na przykład rola bohatera rodzinnego, takiej pozytywnej wizytówki rodziny, może objawiać się poprzez bycie najlepszym uczniem, tym najgrzeczniejszym w rodzinie, chwalonym, podziwianym przez sąsiadów. Wyrastają z nich superpracownicy, którzy zawsze biorą na siebie odpowiedzialność, zawsze wywiązują się ze swoich obowiązków, natomiast ponoszą ogromne osobiste koszty nadmiaru obowiązków, poczucia odpowiedzialności, dociążania siebie, niestawiania granic, robienia trzech fakultetów i dbania o idealną rodzinę. Dla pracodawcy to wymarzony pracownik, ale dla niego samego to ryzyko chorób somatycznych, zawałów, stanów lękowych.

Osoba, której przypadnie rola maskotki, to ktoś kto zawsze będzie rozładowywać atmosferę, będzie trochę błaznem, żartownisiem, wbrew swoim prawdziwym uczuciom napięcia i lęku. Wiele zależy więc od tego, jaki sposób na przetrwanie w tej trudnej sytuacji, jaką jest wychowywanie się w rodzinie z problemem uzależnienia, wybrało dziecko albo jaka rola została mu przypisana, jednak tak czy inaczej to zawsze jest urazowe doświadczenie.

Czy odejście od męża alkoholika pozwoli uchronić dzieci przed syndromem DDA?

Tym, co chroni przed rozwojem większego natężenia negatywnych cech jest dobra relacja, tzw. dobra figura w dzieciństwie. Czasem to ciepła, opiekuńcza babcia, czasem trener, którego można podziwiać. Jeśli jeden z rodziców jest świadomy zagrożenia i stara się być uważny na uczucia i potrzeby dzieci, jeżeli granice i wymagania są adekwatne, jeśli pilnuje, żeby nie doszło do procesu parentyfikacji, czyli dzieci nie starają się zajmować uczuciami rodziców, a rodzic dba, by miały swój własny dziecięcy świat – to jest to możliwe.

Samo uzależnienie nie daje automatycznie objawów u dziecka. Ważne są relacje, w których dziecko ma oparcie. Bo to, czego najczęściej doświadczają w dzieciństwie dzieci alkoholików, to właśnie brak oparcia i odrzucenie oraz nieprzewidywalność zdarzeń i reakcji. Nigdy nie wiadomo, co mnie spotka w domu: czy ten uzależniony rodzic będzie pod wpływem alkoholu, czy będzie w porządku. Czy nieuzależniony będzie napięty, czekając na powrót uzależnionego, czy może będzie rozluźniony. Chwiejność zasad i norm wpływa na to, że wykształcają się pewne cechy i to w dwie strony: albo w sztywny porządek, zachowania zero-jedynkowe, albo że wszystko jest płynne i nie ma żadnych zasad i norm.

Jak przekonałaby pani osobę niezdecydowaną, aby poszła na terapię?

Warto sięgać po wsparcie. Ja jestem zwolenniczką psychoterapii, bo widzę, że działa, bardzo lubię swoją pracę, wiem, że jakoś trzeba przejść przez trud otwierania się, mówienia o rzeczach trudnych, ale na końcu jest nagroda. To wzruszające uczestniczyć w takim procesie, patrzeć jak w trakcie terapii poprawia się jakość życia pacjenta. Kiedyś jedna z pacjentek użyła takiego porównania, że terapia jest jak poród: krew, pot i łzy, ale rodzi się nowe życie. To porównanie bardzo mnie poruszyło, bo coś w nim jest.

Trzeba jednak mieć też świadomość, że to nie jest tak, że po terapii wszystko się zmieni, że będę tylko szczęśliwym człowiekiem. Natomiast można lepiej sobie radzić, szybciej zatrzymywać szkodliwe dla mnie schematy. Warto też liczyć się z tym, że w terapii będą trudne momenty, może zweryfikują się niektóre relacje, bo zaczniemy stawiać granice, dbać o siebie i nagle się okaże, że ktoś, kogo odbieraliśmy jako bliską osobę, zacznie się wycofywać, bo zmienia się nasz sposób bycia z drugim człowiekiem. Jednocześnie większość osób zaczyna wtedy rozwijać nowe relacje, poznawać nowe osoby i w tym sensie zmienia się jakość jego życia. Nie jestem innym człowiekiem, ale lepiej mi się ze mną żyje, lepiej siebie znam, dzięki czemu mogę kierować swoim życiem i czuć się w nim w miarę dobrze.


Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Korzystałam z webinaru zorganizowanego 2 marca przez Centrum Terapii Dialog pt. „Gdy byłam/em mała/y moi rodzice pili alkohol – jak doświadczenia z dzieciństwa wpływają na nasze dorosłe życie”.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Psychologia

Skończysz z paleniem? Będziesz mieć lepszy nastrój!

Redakcja
Redakcja
24 marca 2021
Fot. iStock
 

O szkodliwość palenia każdy palacz przekonuje się codziennie – patrząc na swoją wysuszoną skórę czy kaszląc o poranku. Po dłuższym stażu palenia wielu uzależnionych od nikotyny musi się leczyć z powodu chorób krążenia, układu oddechowego czy onkologicznych. Rozstanie się z nałogiem pozwala na zmniejszenie ryzyka tych chorób, a i wygląd, i stan płuc poprawia się w sposób zauważalny już po tygodniu. Okazuje się, że zyskać można także poprawę nastroju.

Takie są przynajmniej wnioski z przeglądowego badania prowadzonego przez zespół dr Gemmy Taylor z grupy ds. uzależnień i zdrowia psychicznego na Uniwersytecie w Bath i opublikowanego przez The Cochrane Library. Naukowcy wykazali w nim, że zmniejszenie objawów lęku i depresji wśród osób, które rzuciły palenie, jest co najmniej takie samo, jak u osób przyjmujących leki przeciwdepresyjne. Badacze twierdzą też, że relacje społeczne palaczy raczej nie ucierpią, jeśli przestaną oni palić.

Palacze często wierzą, że papierosy są oparciem, którego potrzebują, kiedy czują się słabo, ale jest dobry powód, by sądzić, że palenie faktycznie powoduje, iż czują się gorzej. Codzienny cykl budzenia się z chęcią, aby zapalić, zaspokajanie głodu przez palenie tylko po to, by w ciągu kilku godzin wrócić do chęci na kolejnego papierosa, ma zrozumiały wpływ na samopoczucie ludzi. Ale pokonaj głód, który wielu palaczy odczuwa po rzuceniu palenia, a poczujesz się lepiej” – mówi dr Gemma Taylor.

Badanie przeglądowe, które podsumowuje dane ze 102 badań obserwacyjnych z udziałem prawie 170 000 osób wykazało, że osoby które rzuciły palenie przez co najmniej 6 tygodni, doświadczały mniej depresji, lęku i stresu niż osoby, które nadal paliły. Osoby, które rzuciły palenie doświadczały również bardziej pozytywnych uczuć i miały lepsze samopoczucie. Rzucenie palenia nie miało wpływu na jakość relacji społecznych między ludźmi. Niewykluczone nawet, że zaprzestanie palenia może wiązać się z niewielką poprawą w tej sferze życia.


jw, zdrowie.pap.pl

Źródło: Strona Uniwersytetu w Bath

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Psychologia

Nowe warianty koronawirusa – co warto o nich wiedzieć

Redakcja
Redakcja
24 marca 2021
Fot. iStock

Czy szybko rozprzestrzeniający się w Polsce wariant brytyjski wirusa SARS-CoV-2 rzeczywiście jest dużo bardziej zakaźny i groźny dla zdrowia niż jego podstawowa wersja? Jak można się przed nim skutecznie chronić? Sprawdź, co naukowcy wiedzą już na temat tego oraz innych, budzących największe obawy nowych wariantów koronawirusa.

Czy szybko rozprzestrzeniający się w Polsce wariant brytyjski wirusa SARS-CoV-2 rzeczywiście jest dużo bardziej zakaźny i groźny dla zdrowia niż jego podstawowa wersja? Jak można się przed nim skutecznie chronić? Sprawdź, co naukowcy wiedzą już na temat tego oraz innych, budzących największe obawy nowych wariantów koronawirusa.

– Wariant brytyjski B.1.1.7, południowoafrykański B.1.351 i brazylijski P.1 wirusa SARS-CoV-2 uznawane są obecnie za tzw. warianty alarmowe (variants of concern). Trwa dyskusja, czy niektóre z kolejnych, wykrytych w USA wariantów, np. kalifornijski lub nowojorski, także należy zaliczyć do tego grona. To określenie stosuje się, gdy dana wersja wirusa, kumulująca określone mutacje, może być bardziej zakaźna, mieć wpływ na kliniczny przebieg infekcji, zwiększać ryzyko reinfekcji lub znosić do pewnego stopnia skuteczność opracowanych szczepionek. Jeżeli istnieje podejrzenie, że przynajmniej jeden z tych warunków jest spełniany przez dany wariant to zyskuje on status alarmowego i podlega intensywnym badaniom, zarówno epidemiologicznym, molekularnym, jak i eksperymentalnym – mówi dr hab. Piotr Rzymski, biolog medyczny z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Według eksperta świat nauki dysponuje już znaczącą ilością danych dotyczących wspomnianych trzech wariantów.

– Z obserwacji epidemiologicznych wiemy, że wariant brytyjski jest bardziej transmisyjny, przynajmniej o około 30 proc. Wiemy też, że ta zakaźność jest u niego wyższa, m.in. dlatego, że posiada on mutację N501Y w genie kodującym białko kolca, która umożliwia temu białku bardziej ścisłe przyleganie do receptora na powierzchni komórek człowieka. Prawdopodobnie dzięki temu potrzeba niższej dawki infekcyjnej (mniejszej liczby cząstek wirusa), aby do zakażenia doszło. Potwierdza się to wszędzie tam, gdzie pojawia się wariant brytyjski – szybko się rozprzestrzenia i zaczyna dominować. Podobnie dzieje się w Polsce – tłumaczy dr hab. Piotr Rzymski.

Wariant brytyjski a przebieg COVID-19 i ryzyko zgonu  

Biolog zaznacza jednak, że wciąż nie ma pewności co do tego, czy i jak wariant brytyjski wpływa na przebieg kliniczny zakażenia.

– Dane na ten temat wciąż nie są jednoznaczne. Niedawno ukazała się analiza w British Medical Journal, z której wynika, że zakażenie wariantem brytyjskim może potencjalnie wiązać się ze znacząco wyższym ryzykiem zgonu, w porównaniu do wcześniej występujących wariantów. Stwierdzono jednak, że ta różnica w śmiertelności, wynosząca 64 proc., występuje dopiero po upływie dwóch tygodni od zachorowania, czyli we wcześniejszym okresie choroby, przez pierwsze dwa tygodnie od momentu pojawienia się pierwszych objawów zakażenia, istotnych różnic pod tym względem nie ma. Obserwacja ta wymaga dalszych pogłębionych badań, m.in. w kierunku ustalenia przyczyn wyższej śmiertelności – mówi dr hab. Piotr Rzymski.

Wciąż nie ma bowiem pewności, czy wyższa śmiertelność, o ile rzeczywiście mamy z nią do czynienia, wynika np. z tego, że wariant brytyjski szybciej się namnaża i doprowadza do wyższego poziomu wiremii, czy też może raczej dlatego, że istotnie zwiększa ryzyko wystąpienia incydentów zatorowo-zakrzepowych, które są bardzo groźnym powikłaniem i jak wiadomo nierzadko występują w przebiegu COVID-19. Być może jednak przyczyna tego jest jeszcze inna.

– Ponieważ dane o wyższej śmiertelności powodowanej przez wariant brytyjski pochodzą na razie tylko z badań obserwacyjnych, to powinny stać się one podstawą do przeprowadzenia m.in. specjalnie zaplanowanych badań eksperymentalnych, które potwierdziłyby ich wyniki. Chodzi o testy, w których zwierzęta wrażliwe na koronawirusa, np. fretki, byłyby zakażane wariantem brytyjskim i wcześniejszymi wariantami niealarmowymi, aby sprawdzić, czy rzeczywiście występują istotne różnice w śmiertelności oraz czym one są spowodowane, m.in. na podstawie badań histopatologicznych i biochemicznych. Na podstawie samych tylko obserwacji epidemiologicznych trudno uznać otrzymane wyniki dotyczące różnic w śmiertelności, ale także i zakaźności za ostateczne i wiążące. Mogły bowiem w tych badaniach wystąpić zmienne tzw. wikłające, nie uwzględnione w badaniu, które istotnie wpłynęły na końcowy wynik. Do ustalenia jakiejś definitywnej konkluzji w tym zakresie potrzebne są również wyniki podobnych badań obserwacyjnych z innych krajów. Na ich wyniki niecierpliwie czekamy – podkreśla naukowiec.

Wariant brytyjski a szczepienia i DDM

Na bazie aktualnego stanu wiedzy o wariancie brytyjskim wiadomo już, że nie można go lekceważyć, jednak naukowcy mają też na jego temat i dobre wiadomości.

– Nie panikujmy, ale niech każdy z nas zrobi, co może, by utrudnić mu rozprzestrzenianie się. Z obserwacji w Wielkiej Brytanii wiemy, że rozwiązanie ostateczne w postaci lockdownu, zmniejsza jego transmisyjność. Ostatecznie i tak powinniśmy go pokonać, bo wszystkie autoryzowane w Unii Europejskiej szczepionki przeciw COVID-19 zachowują wysoki stopień skuteczności wobec niego. Trzeba po prostu wyszczepić odpowiedni wysoki poziom populacji – mówi dr hab. Piotr Rzymski.

– Praktyka wskazuje, że szybkość rozprzestrzeniania się koronawirusa w danym regionie, niezależnie od jego wariantu, w największym stopniu nadal zależy od dwóch rzeczy, które są od nas zależne, a więc tzw. ruchliwości społecznej oraz stosowania się do podstawowych zasad profilaktyki przeciwzakaźnej (DDMW), w tym zwłaszcza noszenia maseczek. Zatem doniesienia o potencjalnej, większej zakaźności tego czy innego wariantu nie zmieniają sposobu obrony przed zakażaniem i związanych z tym ogólnych zaleceń dla społeczeństwa. Tak naprawdę więc my sami najbardziej wpływamy na to, że jakiś nowy wariant zawleczony do Polski zaczyna u nas dominować – dodaje prof. Włodzimierz Gut z Zakładu Wirusologii NIZP-PZH.

Na razie w Polsce trudno jest precyzyjnie określić udział wariantu brytyjskiego w ogólnej liczbie zakażeń, gdyż dopiero rozwijana jest sieć monitorowania wariantów. Jednak wszystko wskazuje na to, że odpowiada on już za ponad połowę zakażeń w naszym kraju.

– Wariant południowoafrykański został stwierdzony w Polsce w lutym tego roku. Wariant brazylijski nie został u nas jeszcze stwierdzony, ale do Europy dotarł. Ten pierwszy budzi niepokój m.in. dlatego, że potrafi do pewnego stopnia znosić działanie przeciwciał neutralizujących wirusa, zarówno u ozdrowieńców, jak i osób zaszczepionych. Stwierdzono jednak, że lepiej pod tym względem wypadają osoby zaszczepione, u których siła działania przeciwciał neutralizujących obniża się w znacznie mniejszym stopniu – informuje dr hab. Piotr Rzymski.

Biolog wyjaśnia, że wariant południowoafrykański, podobnie jak brazylijski, jest nosicielem m.in. mutacji E484K, zaliczanej do tzw. mutacji ucieczki, ponieważ umożliwia ona wirusowi częściowe omijanie oddziaływania przeciwciał neutralizujących, które atakują jego białko S, za pomocą którego zakaża on ludzkie komórki.

– W efekcie, wspomnianym wariantom łatwiej jest pokonać pierwszą linię obrony jaką stawia wirusowi nasz układ immunologiczny. Warto jednak pamiętać, że działanie swoistej odpowiedzi układu odporności nie opiera się tylko o przeciwciała neutralizujące. Po pierwsze są przeciwciała nieneutralizujące, które choć nie uniemożliwiają wirusowi zakażenia komórki, to odgrywają rolę w takich mechanizmach, jak zależna od przeciwciał cytotoksyczność i fagocytoza. Po drugie, jest jeszcze odpowiedź komórkowa. Zatem nawet jeżeli wirus zdoła ominąć działanie przeciwciał i zakazić komórkę, to zostaną one przez układ immunologiczny zidentyfikowane i zniszczone, m.in. przez cytotoksyczne limfocyty. Nie ma żadnych dowodów, by jakikolwiek wariant alarmowy koronawirusa, był w stanie skutecznie uciekać przed tym mechanizmem – zapewnia dr hab. Piotr Rzymski.

W związku z tym, nawet jeśli u osoby zaszczepionej czy ozdrowieńca dojdzie do infekcji lub reinfekcji z udziałem wariantu południowoafrykańskiego, to należy się spodziewać, że przebieg zakażenia będzie łagodny, a czas przeżycia wirusa w organizmie – krótszy.

– Możliwe, że taka infekcja w ogóle nie zostanie odnotowana, bo przypominać będzie przeziębienie. Żaden z wariantów alarmowych nie znosi więc sensu szczepień. Wręcz przeciwnie, to obecnie najskuteczniejsze narzędzie służące do zapobiegania ciężkiemu przebiegowi choroby, hospitalizacjom i zgonom z jej powodu. To jest właśnie obecny cel walki z pandemią. Wątpliwe natomiast, by udało się ludzkości całkowicie doprowadzić do eradykacji koronawirusa. Ale jeżeli już ma z nami zostać, to niech będzie klinicznie nieistotnym patogenem – podsumowuje dr hab. Piotr Rzymski.

Naukowiec zwraca jeszcze w tym kontekście uwagę na wstępne wyniki badań, które wskazują, że w przypadku ozdrowieńców, satysfakcjonujący poziom ochrony przed reinfekcją, również wariantem południowoafrykańskim, można uzyskać nawet przy zaszczepieniu ich tylko jedną dawką szczepionki. Jeśli zatem rezultaty tych obserwacji się potwierdzą, będzie to mieć duże praktyczne znaczenie dla walki z pandemią i gospodarowania zasobami szczepionek.
Mutacje w świecie wirusów to norma

– Warto wiedzieć, że na całym świecie naliczono już blisko 50 tys. mutacji nowego koronawirusa SARS-CoV-2. To normalny i spodziewany rozwój wypadków. Wirusy tak po prostu mają, że ciągle mutują, dzięki czemu mogą się rozwijać i rozprzestrzeniać. Dopóki jednak mutacje te nie zmieniają zasadniczo  budowy i sposobu działania tego wirusa, a dotychczasowe mutacje tego jakoś radykalnie nie zmieniły, to wirus w gruncie rzeczy pozostaje cały czas zbliżony do wersji podstawowej, dzięki czemu w mniejszym lub większym stopniu skuteczne są cały czas wobec tych nowych wariantów dotychczas opracowane szczepionki – dodaje prof. Włodzimierz Gut.

Wirusolog podkreśla też, że wirus poza organizmem człowieka szybko ginie, jeśli nie znajduje się w środowisku o odpowiedniej wilgotności (czyli musi być odpowiednio nawilżony, aby przetrwał).

– Zatem w praktyce nie tak łatwo się nim zakazić dotykając tylko jakieś przedmioty czy też nawet przebywając w pobliżu osoby zakażonej, jeśli oczywiście stosujemy barierę fizyczną, zatrzymującą bioaerozol, w którym znajdują się cząsteczki wirusa. Maseczki materiałowe i chirurgiczne dość skutecznie blokują rozprzestrzenianie się i przenikanie do organizmu dużych i średnich kropelek aerozolu z powietrza. Jeśli chodzi o najmniejsze kropelki, to najbardziej skuteczne w ich powstrzymywaniu są maseczki o wyższych parametrach filtrowania, czyli FFP2 i FFP3 – mówi prof. Włodzimierz Gut.

Według wirusologa, nadal średnio dla wszystkich wariantów szczepu koronawirusa powodującego chorobę COVID-19 śmiertelność wśród osób zakażonych oscyluje wokół 3 proc.


Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Zobacz także

Depresja utajona - jak ją rozpoznać? 5 naturalnych metod, które mogą skutecznie wesprzeć walkę z depresją

5 rzeczy, które pomogą ci przezwyciężyć „wielki smutek”

Samowystarczalne. Współczesne, silne kobiety najbardziej boją się zależności w związku

Jak odzyskać równowagę emocjonalną, czyli co robić gdy nic nie idzie tak, jak trzeba