Psychologia

Lęk przed ciążą: jak sobie z nim poradzić?

Redakcja
Redakcja
16 maja 2022
Lęk przed ciążą
 

Zazwyczaj przyszłe mamy odczuwają mniejszy lub większy niepokój przed porodem, zwłaszcza jeśli nigdy go nie doświadczyły lub wcześniej wystąpiły jakieś komplikacje. Niektóre kobiety cierpią jednak na tokofobię, czyli paniczny lęk przed ciążą i rozwiązaniem. Warto wówczas skonsultować się ze specjalistą, który znajdzie przyczynę problemu i pomoże pokonać strach.

Czym jest tokofobia i jakie są jej przyczyny?

Mianem tokofobii określamy uporczywy, paniczny lęk przed ciążą i porodem. Wspomniane zaburzenie lękowe może mieć charakter pierwotny lub wtórny. Pierwszy przypadek dotyczy kobiet, które nigdy nie były w ciąży. Zjawisko ma zazwyczaj podłoże nerwicowe. Niejednokrotnie obserwuje się je u ofiar gwałtu lub molestowania seksualnego. Z drugiej strony skrajny lęk przed ciążą może pojawić się u kobiet, które słyszały dramatyczne historie o poronieniach lub sytuacjach na sali porodowej.

Utożsamianie się z traumatycznymi, ale cudzymi, doświadczeniami, przyczynia się do asocjacji. Wspomniane zjawisko rozpoznaje się wówczas, gdy osoba zmaga się z samoistnie nasuwającymi się obrazami lub skojarzeniami myślowymi z tendencją do eskalacji. Natomiast tokofobię wtórną stwierdza się u kobiet, które doświadczyły wielkiego szoku związanego z ciążą lub cierpią na poporodowy zespół stresu pourazowego.

Specjaliści podkreślają, że zaburzenie lękowe może wystąpić zarówno po prawidłowym porodzie naturalnym, jak i po przedwczesnym zakończeniu ciąży lub urodzeniu martwego dziecka. Zazwyczaj objawy nasilają się wraz z wiekiem ciąży, przy czym największe natężenie można zaobserwować w trzecim trymestrze. Specjaliści przypominają, że tokofobia zwiększa ryzyko rozwoju depresji poporodowej.

Jak oswoić lęk przed ciążą?

Aby pokonać strach przed ciążą i porodem, warto skonsultować się z psychologiem lub psychiatrą. Specjalista ustali przyczyny tokofobii, a następnie zaproponuje najlepsze sposoby rozwiązania problemu. W ten sposób można zminimalizować ryzyko depresji lub stanów lękowych.

Badania pokazują, że udzielanie wsparcia ciężarnym, które zmagają się z tokofobią, skutecznie łagodzi objawy zaburzenia. Sama świadomość, że istnieją ludzie skłonni do pomocy, sprawia, że kobieta lepiej sobie radzi z koszmarami sennymi, niepokojem, drażliwością, natrętnymi, katastroficznymi myślami czy bólem głowy i brzucha. Takie wsparcie zmniejsza również liczbę planowanych cesarskich cięć. Jeśli nie możemy liczyć na pomoc rodziny i znajomych, warto porozmawiać z ginekologiem, położną czy psychologiem. Poszukaj również wsparcia ze strony kobiet, które już rodziły, a narodziny dziecka wzbudzają u nich pozytywne emocje. W ten sposób nie będą podsycały strachu u ciężarnej.

Jak przezwyciężyć strach przed porodem?

Z dotychczas przeprowadzonych badań wynika, że psychoterapia i terapia poznawczo-behawioralna łagodzą strach przed porodem i ciążą. Proponowane metody przynoszą świetne efekty w krótkim czasie. Podczas wizyt pacjentki uczą się rozpoznawać i nazywać swoje emocje. Dodatkowo poznają różne ćwiczenia relaksacji i wizualizacji, które pomagają poradzić sobie z lękiem. Specjalista pokazuje, jak oswoić i przezwyciężyć paraliżujący strach.

Aby złagodzić lęk, postaraj się jak najlepiej przygotować do rozwiązania. Zapisz się do szkoły rodzenia, w której instruktorzy przekażą zarówno wiedzę teoretyczną, jak i praktyczną. Możesz skorzystać z indywidualnej opieki położnej, a także z jej pomocą wypełnić plan porodu. We wspomnianym dokumencie określisz swoje potrzeby i wymagania. Zanim zdecydujesz się na poród w danym szpitalu, dowiedz się, jakie metody uśmierzania bólu proponuje dany ośrodek. Zastanów się, czy chcesz, aby partner, siostra lub przyjaciółka towarzyszyli Ci przy porodzie.

Materiał partnera


Psychologia

Niesłusznie oskarżony o morderstwo żony safanduła, czy kłamca i psychopata, który wykorzystywał rodzinę do swoich celów?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
17 maja 2022
 

„Schody” nowy majstersztyk na HBO MAX. To doskonałe studium rodziny patchworkowej i siły jednej kobiety, która ją spaja. Serial oparto na prawdziwej historii. Chodzi o głośny proces amerykańskiego pisarza oskarżonego o morderstwo żony, która spadła ze schodów i wykrwawiła się. Na głowie miała aż siedem ran, a ściany wokół schodów były całe pokryte krwią od jej wymiocin. Pomieszczenie wyglądało jak po jakiejś masakrze. I tu pada pytanie: czy to oby na pewno była śmierć naturalna?

Patchworkowy ideał

Ale cofnijmy się w czasie… Wyobraźmy sobie dwóch synów z pierwszego małżeństwa faceta, do tego córka z pierwszego małżeństwa kobiety i jeszcze dwie adoptowane córki. Siedzą przy jednym stole, odrobinę się waśnią, są o siebie zazdrośni. Ale gdy ona wznosi toast, milkną. Mają zwyczaj siadanie do uroczystych obiadów i mówienia, za co i komu są wdzięczni. Miło tego się słucha. Trochę sielanka, ale bez przesady.

Na pierwszy rzut oka widać, że siłą tej rodziny jest ona – Kathleen Peterson (w tej roli absolutnie genialna Toni Collette). Ona jednoczy piątkę dzieciaków, dyscyplinuje, mówi prawdę w oczy, dba, potrafi być czuła, rozumiejąca, empatyczna. Ale już kolejne sceny pokazują, jak bardzo jest tym wszystkim zmęczona. Bo zapomniała odebrać garnituru z pralni dla męża, bo w pracy musiała kogoś zwolnić i nie należało to do przyjemności, bo podwiozła syna, który zawsze się spóźnia, bo…, bo… Kathleen bez ustanku musi wybierać i żonglować swoim czasem: czy jechać do córki na uczelnię na ważną dla niej uroczystość, czy też pomóc mężowi w przedwyborczej zbiórce charytatywnej. Oczywiście do tego pracuje. Nie, nie jest idealna. Gdy ją boli szyja, łyka przeciwbólowe proszki i dalej walczy jak lwica o tę patchworkową rodzinę. Pije alkohol jak smok, chodzi non stop na rauszu. Ale wszystkie dzieci mają do niej szacunek. Kochają ją.

Kto zabił Kathleen Peterson

Kiedy Kathleen umiera, ojciec rodziny Michael Peterson (grany znakomicie przez Colina Firth’a) cierpi, ale niektórzy twierdzą, że jednak wygląda jak kłamca. Zrobił to? Czy zabił z jakiegoś niezrozumiałego powodu swoją żonę, którą na oczach dzieci zasypywał komplementami i zawsze podkreślał, że swój sukces zawdzięcza jej ciężkiej pracy i pomocy? Na początku dzieci stoją za nim murem, tulą się do niego i tęsknią. Jednak zagadek z odcinka na odcinek przybywa. Każdy ma swoje sekrety i nie jest postacią papierową. Dlatego, kiedy na jaw zaczynają wychodzić głęboko skrywane krępujące tajemnice, rodzina pomału… rozpada się. Okazuje się, że więzy krwi są tu jednak najważniejsze.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez HBO Max (@hbomax)

W dodatku pytania, kim jest Michel Peterson, mnożą się z minuty na minutę. Czy to cierpiący, niesłusznie oskarżony ojciec, trochę safanduła, a trochę zwykły przerażony facet? A może wybuchowy i wulgarny oraz apodyktyczny narcyz? Może nawet psychopata, który bezwzględnie wykorzystuje emocje dzieci, by osiągnąć swoje cele?

Odpowiedź poznacie na końcu. Polecamy wszystkim wielbicielom mrocznych zakątków ludzkich dusz oraz rozkminiaczom natury ludzkiej psychiki. Uwaga, serial zawiera wyjątkowo drastyczne sceny.


Psychologia

Zostawcie w spokoju Margaret, mnie i moją córkę. Co z tego, że schudła! Jej sprawa

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
16 maja 2022
Margaret/ Instagram

Na początek kilka zdań z internetu: „OMG, dziewczyno, nie przesadzaj z utratą ciała… za moment będziesz na podobieństwo Twiggy, „Co się z tobą stało, piękna dziewczyno?”, „Piersi jakieś oklapnięte”, „Jestem na nie, to już nie wygląda zdrowo”, „Strasznie”, piszą ludzie pod ostatnio opublikowanym przez Małgorzatę Jamroży na Instagramie zdjęciem. Portale dają tytuł: ”Margaret bardzo schudła. Fani martwią się o wokalistkę”. To się teraz klika! A ile w tym fałszu – myślę sobie.

Faktycznie martwimy się o Margaret? Serio? Nie udawajmy! Raczej prześwietlamy, powiększamy sobie jej zdjęcia i doszukujmy się zazdrośnie choroby, depresji, szaleństwa artystki. Internet daje nam pole do popisu. Nie potrafimy się powstrzymać i niepytani – oceniamy. Jak niewiele się teraz pisze o tym, że Margaret wydała genialny singiel, aż nogi rwą się do tańca: „Cry in my Gucci”. Myślę sobie, że ta dziewczyna jako jedyna ma teraz w Polsce szanse na karierę międzynarodową. Powinniśmy być dumni!

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Maggie (@margaret_official)

Margaret schudła. I co z tego?

Margaret była ostatnio gościem programu „Onet.Rano” i w rozmowie z Beatą Tadlą została zapytana o komentarze fanów, którzy „martwią się o jej zdrowie”.

„Bawi mnie ta figura stylistyczna, że 'fani się martwią’. W tym jest dużo agresji”, powiedziała słusznie!

Zaznaczyła, że jest zdrowa, a jej utrata wagi wiąże się tylko ze zmianą stylu życia. Powiedziała, że robi sobie stosowne badania i sporo biega.

„Właśnie w ramach tego, że się badam, schudłam. Zaczęłam się odpowiednio odżywiać i ogarnęłam pewne hormonalne sytuacje, które się wyrównały. This is me. Sorry, guys”, zakończyła temat.

A mnie zrobiło się smutno, że ona, choć tak świetnie śpiewa, musi się tłumaczyć, dlaczego schudła!

Myślę sobie, że Margaret ma rację. W takich słowach oceniających sylwetkę pod płaszczykiem troski ukryta jest po prostu agresja. Najsmutniejsze jest to, że te zabiegi stosują głównie kobiety. Jakim cudem kobieta kobiecie może to robić? Wszystkim nam zależy przecież na dobrym wyglądzie! Dlaczego więc tak bezceremonialnie sobie – dokuczamy?

Opowiem wam też moją historię

Odwiedziła mnie wczoraj ulubiona ciocia. Serio ulubiona, bo uważam, że jest w niej wiele dobra i życzliwości. Przyniosła mi fajne ubrania, w których nie chodzi i książki, które lubi. Naprawdę ucieszyłam się, że tak spontanicznie wpadła.

Ale do rzeczy, chwilę przed jej wizytą siedziałyśmy sobie z córką przy stole i piłyśmy herbatę. Była to niedzielna miła rodzinna chwila. Córka pokazywała mi nowe ubrania, które kupiła sobie na siłownię. A ja byłam tymi stylówkami absolutnie zachwycona. Córka wyglądała świetnie! Chwilę rozmawiałyśmy o kobiecych sprawach. Ona powiedziała, że udało się jej przytyć półtora kilograma. Mówiła mi, że liczy sobie kalorie, że stara się jeść obecnie 2600 kcal dziennie i że boli ją od tego szczęka. Śmiałyśmy się z tego. Ja natomiast zwierzyłam się jej, że podczas tygodniowych wakacji udało mi się schudnąć kilogram, że kiedy korzystałam ze słońca i wieczornych rozmów z przyjaciółką, w ogóle nie chciało mi się jeść. Mówiłam, że cieszę się z tego kilograma na minusie i zamierzam odchudzać się dalej.

Nagle dzwonek. Przychodzi ciocia. Widzi moją córkę w bardzo obcisłym stroju na siłownię i od razu mówi: „Boże, jaka ty jesteś chuda”. Ja natychmiast staję w obronie i mówię dumna i waleczna jak lwica: ”Przestań, ona właśnie teraz przytyła i chodzi trzy razy w tygodniu na siłownię”. A ciotka, co w głowie, to na języku: „A nie śmieją się z ciebie na tej siłowni?”.

Jezu, co to jest za cholerny ping-pong – pomyślałam. W pewnym momencie ciocia odpuszcza, bo przymierzamy ciuchy, które przyniosła i rozmawiamy o ulubionych książkach, więc robi się fajnie. Ale po chwili ciotka wchodzi na mój temat: ”A ty zamierzasz o siebie zbadać?”. Trochę mówi to z nieśmiałością i czujnością, bo ona wie, że mogę się odpalić. Ale ja postanawiam tego nie robić, bo dziś jestem szczęśliwa i w dobrym humorze. Dlatego stawiam na cierpliwość.

Miarka niebezpiecznie przebiera się jednak, gdy ciocia widzi, że moja córka je pizzę. Prosi ją najpierw, by odkroiła jej maleńki kawałeczek. Po chwili zaczyna komentować, że ser jest słabej jakości i że nie ma sensu jeść takiej prostej pizzy tylko z serem i sosem pomidorowym. Zaczyna więc nieproszona udzielać porad: ”Powinnaś sobie kochana położyć tu salami, rukolkę, może jakieś oliwki”. W mojej głowie już zaczynają się mnożyć zdania obronne, że ser to mozzarella i jest dobry…

Ale nie zdążyłam. Usłyszałam, jak moja nastoletnia córka mówi spokojnie: „Ale ja właśnie taką pizzę margheritę lubię najbardziej”. W tym momencie moje serce się rozświetliło, bo ona rzadko się sprzeciwia, a szczególnie osobom starszym. Jest z tych grzecznych i miłych za bardzo. Więc pomyślałam sobie: „Brawo! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Maggie (@margaret_official)

Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe

Trochę mi smutno, że tak wiele kobiet kompletnie nie ma wglądu, że słowa na temat sylwetki ranią. Peplacie i bleblacie, choć same się zmagacie ze swoim ciałem i kilogramami. A gdybyście tak nauczyli się trzymać język za zębami? Bo te wszystkie „Przytyłaś”, „Schudłaś” są niedelikatne. To pasywna agresja, która boli. Moja córka powiedziała mi dziś rano, że choć ma dystans i śmiałyśmy się trochę z cioci po jej wyjściu, to jednak cytuję: „takie słowa wgrywają się gdzieś pod czaszkę”. Rozbolała ją głową, a dziś rano mówi mi, że najbardziej zapamiętała: ”Czy ludzie nie śmieją się z ciebie na siłowni?”. Więc proszę, ogarnijcie się dokuczacze. To jest agresja! Kobiety, nie róbmy sobie tego nawzajem”. Proszę, zostawcie w spokoju Margaret, mnie i moją córkę!

Tekst opublikowałam za zgodą mojej córki. Kochanie, głowa do góry! Trzymaj się tego, czego cię nauczyłam: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Kropka!


Zobacz także

„Wiesz, kiepsko wyglądasz w tej sukience”. Jak sobie radzić z destrukcyjną krytyką

8 rzeczy, które komplikują ci życie. Czas się ich pozbyć raz na zawsze

Dlaczego mężczyźni zawsze myślą o seksie, a kobiety nie...

Dlaczego mężczyźni zawsze myślą o seksie, a kobiety nie…