Psychologia

To Ty jesteś ekspertem od tego, czego Ci potrzeba

Magda Jarzębowska psychodietetycznie
Magda Jarzębowska psychodietetycznie
28 września 2016
Fot. iStock/vladans
 

Stałam przed ścianą poradników na temat zdrowego odżywiana się i stylu życia i czułam, że kręci mi się w głowie. Wszystkie książki pięknie wydane, kuszące, wiele z nich zawiera wartościową treść. Pomyślałam, że Internet też pęka w szwach od stron inspirujących do zdrowego odżywiania, fantastycznych przepisów kulinarnych i osób które motywują do zmian.

Jak to możliwe, że w zalewie tak wielkiej ilości porad, tak trudno mi znaleźć taką, która zainspiruje do działania, zmiany na lepsze – nie na chwilę, ale już na zawsze.

Być może odpowiedź kryje się w tym, że nie wsłuchuję się w swoje osobiste potrzeby, tylko patrzę na to, co powinnam robić  i jak. Płynę z prądem, który niesie mnie poprzez mody i chwilowe trendy. Jeśli mówią, że gluten jest zły przestaję go jeść, nawet jeśli mi nie szkodzi. Jeśli wszyscy ćwiczą z Chodakowską mimo, że nie znoszę takich ćwiczeń – ćwiczę i ja. I sadzę zioła na balkonie mimo, że mieszkam przy ruchliwej ulicy – bo przecież swoje najzdrowsze.

Może zamiast skupiać się na tym, co mogę wybrać z setki oferowanych pomysłów na siebie, powinnam skupić się na tym czego, tak naprawdę potrzebuję, co jest dla mnie ważne. Choć przez głowę przebiega myśl, że ja nie wiem, co jest dla mnie ważne – bo ta informacja zawsze przychodziła z zewnątrz ( najpierw od rodziców, potem od rówieśników, mediów itd) zaczynam się nad tym głęboko zastanawiać.

Mam 40 lat, rodzinę, niezależność zawodową, niezłe zdrowie, ciągle nowe pomysły – może trochę mało czasu na ich realizację, ale mam do nich dystans. Mam przyjaciół na których mogę liczyć w trudnych chwilach.

Czego mi potrzeba? Kilku nowych ciuchów i nowej fryzury, by poczuć się atrakcyjne, trochę spokojnych chwil, niezakłócanych krzykami dzieci i ich naglącymi potrzebami. Może więcej uwagi męża, goniącego za pracą i pieniędzmi. Większej odporności na jesienne chłody. Ale nie potrzebuję spektakularnych zmian, nie chcę robić przemeblowania w moim życiu. Bo nawet jeśli jest w nim rutyna, to ja tę rutynę lubię, czuję się w niej bezpiecznie, z niej czerpie siły do działania. Lubię  co rano usiąść z kubkiem kawy w ręku i zastanowić się na tym, co czeka mnie dnia dzisiejszego, jakie mam plany. I nie oddałabym tej mojej niezależności za żadne obietnice sukcesu, jeśli wiązałyby się z jej utratą. Potrzeba mi jeszcze równowagi w stosunku mieć do być. Aby przestać zależeć tak bardzo od rzeczy. To pewnie znak mijającego czasu i naturalnej ewolucji w stronę duchowości. Potrzeba mi jeszcze troski o własną przestrzeń, gdy ktoś próbuje ją naruszyć, poprzez narzucenie mi swojej woli, krytykę, pretensję czy wymuszenie na mnie opowiedzenia się po jakiejś stronie. Chcę mieć prawo do nieposiadania zdania lub zachowania go dla siebie. To są dla mnie rzeczy ważne, teraz to czuję. Im dłużej myślę czego  mi potrzeba – tym więcej emocji pojawia się we mnie i zaczynam, nie tylko rozumem ale i sercem je wszystkie obejmować. To nie są złe emocje, nie ma w nich złości czy lęku. Czasem tylko pojawi się smutek, że zbyt rzadko ze sobą rozmawiam. Robi się tego coraz więcej, napływają nowe myśli – ale nie zmącone niczym płyną swobodnie.

Kiedy kończę zbieram je wszystkie i już wiem, za co chciałabym się zabrać, w pierwszej kolejności, aby zacząć realizować swoje potrzeby, także te dotyczące odżywiania. Bo to, co jem wypływa z tego, jaki mam do siebie stosunek. To co jem, jest manifestacją tego, co wiem o sobie i swoich potrzebach.

A czy TY wiesz czego potrzebujesz, czy znasz swoje prawdziwe myśli i emocje. Kiedy ostatni raz odbyłaś szczerą rozmowę z samą sobą. Im więcej o sobie wiesz,  tym łatwiej odnajdziesz się w gąszczu proponowanych stylów życia, porad –  bo czujesz, które są dla Ciebie, z których warto czerpać inspirację. Nie zwrócisz,  więc uwagi na Pana, który wie lepiej czego ci potrzeba, nawet jeśli najpiękniej uśmiecha się z okładki książki i najszybciej na świecie odchudza swoich klientów.

Nie uwierzysz niebieskookiej blondynce, że tylko taki rodzaj śniadań jest wartościowy – bo wiesz po jakim pokarmie czujesz się najlepiej, co daje ci moc na resztę dnia.

Chyba, ze tego nie wiesz. Wróć zatem do początku i zacznij od pytania –  czego ci tak na prawdę potrzeba.


Psychologia

Jeść czy nie jeść, czyli świąteczny ból głowy

Magda Jarzębowska psychodietetycznie
Magda Jarzębowska psychodietetycznie
14 kwietnia 2017
Fot. iStock / M_a_y_a
 

Przed nami czas świątecznych dni, który nierozerwalnie łączy się z suto zastawionym stołem. I choć tę tradycje tu i ówdzie, ci i owi starają się przełamać, trzyma się ona mocno.

A zatem, świętowanie to synonim siedzenia przy stole i zaspokajania potrzeb podniebienia. Ci, którzy do tej pory próbowali się ograniczać, walcząc z nadmiarem kilogramów przeżywają prawdziwe katusze stając przed dylematem – jeść czy nie jeść.

Większość w końcu ulega rzucając do kąta swoje postanowienia. Kąt musi być koniecznie ciasny, żeby z niego te postanowienia nie wyszły, powodując dyskomfort podczas delektowania się smakołykami.

Wcześniej czy później jednak pojawia się refleksja, która pociąga za sobą sznur utkany z poczucia winy. Poczucie winy, niczym kokon owija szczelnie winowajcę, aby ten przypadkiem nie próbował się wymigać od odpowiedzialności.

Skoro dał się ponieść poezji smaku, musi teraz zejść do piekła wyrzutów sumienia. I tak kończy się świąteczna idylla.

Czy to Święta Zmartwychwstania, Bożego Narodzenia, czy po prostu imieniny cioci Heli, weekend majowy lub wesele Tomka – wszystkie one psują szyki odchudzającym się. Wszystko było by prostsze, ( czytaj odchudzanie) gdyby nie ten świąteczny czas.

Kiedy podejmujemy postanowienie o zmianie nawyków żywieniowych, optymistycznie zakładamy, że oto trwać będziemy w nałożonych przez siebie ramach, bez względu na okoliczności. Założenie to z gruntu jest fałszywe i faktycznie krzywdzące osobę, która takie założenie przyjmuje.

Zamykając się na świąteczny czas, unikając go, bojąc się go – najczęściej tylko wzmagamy pragnienie, przeżywamy poczucie niesprawiedliwości ( inni mogą, ja nie), czujemy się wyalienowani, co gorsza niezasługujący na oddech od codzienności ( nawet jeśli to oddech z pełnym żołądkiem). A czas świąt przecież, to zatrzymanie się, chwila inna od powszedniości, zazwyczaj uroczysta i połączona wiecznym węzłem z celebracją pożywienia.

Skoro tak jest, dlaczego nie włączyć tego czasu do planu swojej zmiany ( lub odchudzania – jeśli ktoś woli), czy dobre nawyki żywieniowe oznaczają wieczny post.

Nic bardziej błędnego – tu tak, jak wszędzie obowiązuje zasada równowagi. Samokontrola,w tym także wola, będzie miała łatwiej, jeśli święta będziemy traktować jak święta.

I słyszę już te głosy, że przyzwolenie na jedzenie uruchomi lawinę. A czy lawiny nie uruchomi zakaz ? Skoro i tak, większość się złamie i przy tym stole zasiądzie, tyle że z poczuciem wstydu i winy.

W takiej sytuacji łatwiej stracić panowanie nad sobą, ponieważ gdy już zaczniemy jeść, nie chcemy pamiętać o tym, co do tej pory przed jedzeniem nas powstrzymywało. A te wszystkie oskarżenia pod swoim adresem, w czymś po fakcie pomogą? Raczej chyba tylko w pogorszeniu samooceny.

Dlatego nie dziwcie się, że jestem zwolenniczką świętowania, bez wyrzutów sumienia, bez względu na etap zmiany nawyków. Bo przecież świętowanie nie oznacza brak hamulców w jedzeniu ( te najczęściej zawodzą, jeśli stawiamy sobie zakazy) – oznacza przyzwolenie na radość, by potem z nabytą siłą, powrócić na obraną drogę. Zauważcie na koniec, jak powraca się po porażce ( „miałam nie jeść a najadłam się, jestem do niczego”), a jak po mile spędzonym czasie – chyba z większą ochotę i siłą


Psychologia

Otyłość problem zasługujący na poważne traktowanie

Magda Jarzębowska psychodietetycznie
Magda Jarzębowska psychodietetycznie
27 września 2016
Fot. iStock / evgenyatamanenko

Jakiś czas temu  jedna z moich klientek (on-line, bo tak też pracuje) powiedziała mi, że jest zaskoczona, że tak na poważnie podeszłam do jej problemu.

Moje zaskoczenie na to, co usłyszałam, było równie duże jak jej. A w jaki sposób miałam podejść, niepoważny? – pomyślałam.  Poważna sprawa wymaga poważnego podejścia.

Potem, kiedy emocje minęły, uświadomiłam sobie, że ona miała prawo czuć się zaskoczona. Ponieważ problem nadwagi lub otyłości mimo, iż skomplikowany i poważny, często traktowany jest w dość frywolny (choć nie wiem, czy to dobre słowo w tym miejscu) sposób.

Media donoszą o coraz to nowych, łatwiejszych sposobach na zrzucenie zbędnych kilogramów, bez udziału tej wstrętnej woli, która nie chce być silna.

Lekarze bagatelizują skalę problemu, sprowadzając go do zalecenia – proszę schudnąć.

Na wielu stronach www można nabyć  „zindywidualizowane” plany dietetyczne , których zastosowanie ma gwarantować sukces. A przynosi zazwyczaj efekt jo -jo, po jakimś czasie mimo, że plan miał gwarantować jego brak.

Współcześnie skoncentrowaliśmy się na szukaniu szybkich i prostych rozwiązań skoncentrowanych na spektakularnych efektach. Prześciganie się kto schudł więcej, ładniej, pokazywanie zdjęć przed, po –  wydaje mi się śmieszne i smutne zarazem. Ponieważ jedyną miarą sukcesu wydaje się ilość zrzuconych kilogramów. Jeśli to właśnie kilogramy przyjmiemy za punkt odniesienia, wówczas łatwo skusić się na szybkie tricki, które wagę obniżą wyrządzając po drodze wiele innych szkód. Smutne jest , że dzieje się to czasem w towarzystwie tych, co mieli pomóc. Na poważnie. Nie po to, by umieścić na swojej witrynie schudniętą  25 kg Panią Krysię i czekać na kolejnego, skuszonego obietnicą szczupłości klienta. Ale po to, by Pani Krysia, Kasia lub Ania mając wsparcie specjalisty odzyskała wiarę w to, że wszystko czego potrzebuje do zmiany jest w niej. Wystarczy po to sięgnąć i rozpocząć proces. Proces długi, trudny, wymagający wysiłku ( jak to nie marketingowo brzmi), ale także przynoszący satysfakcję, poszerzający samoświadomość, w końcu dający szansę na długotrwały sukces.

Znam wiele osób, które uwierzyły, że można szybko i spektakularnie. Odniosły nawet taki połowiczny sukces. Cieszyły się nim, jednak tylko przez chwilę, by po czasie chwały zacząć osuwać się w przepaść. Odzyskując to, co straciły ( kilogramy), traciły także sztucznie napompowane poczucie wartości ale i siły oraz chęci do ponownego uwierzenia w to, że może być dobrze – tylko nie tędy droga.

Z jakim podejściem do problemu nadwagi spotkała się do tej pory moja klientka – nie wiem.

Może z infantylnie przedstawionymi związkami psychologii  z problemem otyłości, kiedy na podstawie testu „psychologicznego” dobierana jest dieta. A może z inną formą pustych, ale miło brzmiących obietnic. Obietnicą motywacji, która sprowadza się do słów weź głęboki oddech i działaj lub wierzę w Ciebie dasz radę. Tego nie wiem, nie pytałam.

W końcu słowa mojej klientki  wyzwoliły we mnie inną jeszcze refleksję. A może ona wystraszyła się tego, że ja tak na poważnie będę chciała proponować jej zmianę nawyków. I ona będzie musiała na poważnie się nią zająć. Bo przecież przyjemniej jest myśleć o tym,  że coś się robi – robiąc w gruncie rzeczy nie wiele. Łatwo ulec iluzji, że wystarczy dobrze dobrana dieta i zaklęcie rzucone przez psychologa, dietetyka, coacha itd.

I może mylę się upatrując szansę na odzyskanie kontroli nad własnym ciałem, jedynie w pracy nad sobą z udziałem świadomości. Bo im dłużej pracuję z klientami nad  problemem otyłości, tym mam mniej pewności, co tak naprawdę jest skutecznym narzędziem w walce z tym, jakże trudnym problemem.