Psychologia

Każdy powód jest dobry, by żyletka „popieściła jej ciało”. Moja córka znika…

Poli Ann
Poli Ann
26 maja 2022
fot. Boyloso/iStock
 

Lidia, mama czternastoletniej Zuzi, wygląda jak cień samej siebie. Nie śpi po nocach, nasłuchuje, czuwa. Czasem zaśnie na kwadrans, by potem znów być w gotowości. Zuzia już dwa targnęła się na swoje życie. Powód mógłby się wydawać błahy, odrzucił ją chłopak, w którym się zakochała i na głos skomentował w klasie, że Zuzia jest za gruba.

Dla dziewczyny to był cios, podwójny, bo nie dość, że jej uczucie nie zostało odwzajemnione, to słowa lekko rzucone na forum, pewnie dla poklasku, wryły się w jej głowie na tyle, by z dnia na dzień praktycznie przestać jeść. Gdy schudła kilka kilo i koleżanki z klasy zaczęły ją chwalić, kontynuowała głodówki. Lidka najpierw tłumaczyła sobie, że pewnie to przez stres, że siódma klasa, tyle sprawdzianów, zawirowania w szkole. Zuzia świetnie się kryła, udawała, że je, jedzenie chowała po kieszeniach, w chusteczki, w stanik.

Choć była niewątpliwie smuklejsza, Bartek nadal nie zwracał na nią uwagi. To wtedy zaczęła się ciąć. Gdy ostrze lekko sunęło po skórze, a krew ciepłą strużką płynęła po przedramieniu, dziewczyna poczuła błogi spokój. Odkryła zatem „uspokajacz”. Blizny po spotkaniach z żyletką ukrywała pod bluzą, na w-f nie ćwiczyła, Lidka pisała jej usprawiedliwienia, nie chcąc, by córka niepotrzebnie spalała kalorie.

Do łazienki dziewczyna nikogo nie wpuszczała i gdyby nie to, że przez przypadek nie zamknęła drzwi, a Lidka nie weszła tam niosąc pranie, pewnie nawet by nie wiedziała, że Zuźka się tnie. Zszokowana matka rozmawiała z córką całą noc, razem wtulone w siebie płakały. Lidia miała nadzieję, że to było tylko kilka incydentów i że przy szybkiej reakcji dziewczyna przestanie się okaleczać.

Ruszyła machina, spotkania z psychologiem, szukanie terapii, kontrole córki na każdym kroku – gdy je (o ile w ogóle), gdy korzysta z toalety, gdy bierze prysznic, gdy idzie do szkoły, gdy z niej wraca. Matka przejrzała wszystkie rozmowy córki z koleżankami. Wtedy zyskała jasny obraz tego, co ta czuje i myśli.

Dziewczyna jednak, choć sprawdzana na niemal każdym kroku, w chwili nieuwagi Lidki podcięła sobie żyły. Gdyby ta w sklepie była dłużej, córki pewnie by już nie miała. Kobieta nie zapomni wycia karetki pod domem, radiowozu który przyjechał wnet po niej i skupiska gapiów, których interesowało, czemu to pogotowie i policję akurat tu wzywają. Zuzia wylądowała w psychiatryku z automatu. Przy próbach samobójczych wszystko ma pewien schemat, dostaje się kuratora, robi się wgląd w rodzinę, dziecko trzeba poobserwować, zaleca się psychoterapię.

Lidia w pewnym momencie ucieszyła się nawet, że Zuzia w końcu tam trafiła. Nie miała fizycznie już siły bez przerw czuwać przy córce. Nie przejmowała się plotkami ze strony sąsiadów i znajomych, najważniejsze było zdrowie i życie jej dziecka. Zuzia w szpitalu spędziła miesiąc, nieco przytyła, uspokoiła się, rokowała dobrze. Wróciła do domu i do szkoły, po tygodniu znów zaczęła się ciąć. Robiła to, gdy wyczerpana matka przysypiała na kwadrans. Tabletki zaś wzięła, gdy ta pojechała na godzinę do pracy. Musiała, mieli ważny audyt. Miała bardzo wyrozumiałą szefową, która rozumiała jej problemy, jednak w tym dniu na godzinę potrzebowała swojej pracownicy na miejscu. Gdy Lidka wracała do domu czuła, ze coś jest nie tak.

Gdy zobaczyła karetkę i radiowóz pod domem wiedziała, że Zuzia znów targnęła się na swoje życie. Dziewczyna sama była może dwadzieścia minut. Nieprzytomną znalazł ją tata, z którym Lidia się wymieniała dyżurami przy córce. I znów, ratowanie dziecka, pobyt w szpitalu, terapia za terapią, powrót do domu po kilku tygodniach i czuwanie przy Zuzi. Lekarze już nie spieszą się z dobrymi rokowaniami, nie wykluczają pobytu dziewczynki w zamkniętym ośrodku. Zuzia jest póki co wyciszona przez leki, znów nieco przybrała na wadze, ale odgrodziła się od świata. Rodziców nienawidzi, a matki już najbardziej. Jest labilna jeśli chodzi o współpracę, nigdy nie wiadomo w jakim będzie nastroju, czy coś zje, czy nie zrobi sobie krzywdy. Lidka odchodzi od zmysłów, schudła kilka kilo, zauważyła siwe włosy na swojej głowie, żyje w permanentnym stresie. Jest totalnie bezsilna, widząc, że jej córka znika, zabija siebie kawałek po kawałku, nienawidzi wszystkich dookoła.

Odwiedzając córkę na oddziale poznała matki innych dziewczynek. Kobiety są w kontakcie, wspierają się w ratowaniu swoich córek dokładnie tak jak ich córki udzielają sobie rad, jak schować jedzenie, jak bezszelestnie zwymiotować, które leki brać, gdzie się ciąć, by nikt nie zauważył. Matki natomiast w jaki sposób funkcjonować w domu, by nie dawać dziewczynom szans na tak drastyczne działania. Lidka jest tylko jedną z setek tysięcy matek walczących o swoje znikające córki.

Karoliny piętnastolatka pali papierosy i pije alkohol do nieprzytomności. Dzięki temu została zauważona w klasie. Córka Magdy, lat szesnaście, uprawia seks dla zabawy i ogłasza to na potajemnie założonym koncie na Instagramie. Ilość odbytych stosunków wyliczała twierdząc, że bycie dziewicą to porażka. Gdy ktoś nagrał jej poczynania na Tik-Toku dziewczyna wzięła leki. Natalka Renaty tnie się po całym ciele. Każdy powód jest dobry, by żyletka „popieściła jej ciało” (jak dziewczyna napisała w pamiętniku). Liwia, uczennica klasy ósmej, głodzi się już kilka miesięcy. Waży trzydzieści siedem kilo. Jej rodzice starają się o przyjęcie dziewczynki do prywatnego ośrodka. Koszt bagatela – kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Trzynastoletnia córka Eweliny objada się kompulsywnie, nie radzi sobie ze stresem. Szesnastoletnia Oliwia ucieka z domu. Zawsze znajdzie sposób, by się wymknąć, choć jej matka zrezygnowała z pracy, by jej pilnować. Córka Małgosi kilka razy próbowała sobie odebrać życie. Za piątym razem się jej udało. W liście pożegnalnym przeprosiła za to, że jest taka słaba i nie ma siły żyć.

Moja córka znika – może powiedzieć jeszcze tyle matek i ojców, walczących o swoje córki każdego dnia. To nie dziewczyny z patologicznych rodzin. To dzieci kochane, niekoniecznie pozostawione same sobie, ambitne, zdolne, inteligentne. To młodzież, którą przerasta rzeczywistość – pandemia, wizerunek człowieka w social media, wojna tuż obok.

Dla rodziców to walka, bardzo nierówna, bo w jakimś momencie nie ma się wpływu na własne dziecko. Nie działają kary ani nagrody, ani straszenie sądem, szpitalem, poprawczakiem czy cmentarzem. Czasem nie działa już nic. Człowiek wyje z bezradności w poduszkę, wali głową w mur, szukając pomocy gdziekolwiek. A tej jest za mało. Polska psychiatria dziecięca nie jest wydolna, nie jest traktowana poważnie. Rodzice odbijają się od drzwi skomląc o miejsce. To dramat wielu polskich rodzin, zwykłych, normalnych. Nie nam oceniać co poszło nie tak. Ja sama zawarłabym pakt z samym diabłem widząc, że moja córka znika…


Psychologia

Najbardziej bolało, gdy wyczuła guzek w piersi, a Adam zbagatelizował ten fakt. Powiedział, że ma dużo pracy

Poli Ann
Poli Ann
7 czerwca 2022
fot. m-gucci/iStock
 

– Dobra książka – zagadnął ją w pociągu, gdy akurat zatopiła się w lekturze.  Był mniej więcej w jej wieku, między trzydziestką a czterdziestką. Jasne włosy, niedbale uczesane, pewnie na szybko jednym ruchem dłoni. Duże niebieskie oczy śmiejące się bardziej niż jego kąciki ust. Milena przyglądała mu się przez moment, niezbyt zadowolona, że jej przeszkadza.


– Owszem, niezła – ucięła szybko mając nadzieję, że da jej czytać. Uśmiechnął się szeroko pokazując lekko krzywe dwójki, które tylko dodawały mu uroku. Chyba zrozumiał, że kobieta nie ma ochoty na pogawędkę. Miała za sobą ciężki dzień. Musiała zamknąć sprawy po śmierci babci. Dużo biegania po urzędach, spółdzielniach mieszkaniowych, bankach. Była zmęczona. Marzyła, by szybko wrócić do swojej mikroskopijnej wynajmowanej kawalerki.

Nieznajomy przyglądał się jej. Ładna buzia, podkrążone oczy pewnie ze zmęczenia. Włosy zaplecione w luźny warkocz na boku, dżinsy, trampki. Widać ceni wygodę. No i ta książka.

Z rozważań na temat współpasażerki wyrwał go dzwonek telefonu. Odebrał. Telefon od kumpla ze Stanów, którego poznał kilka lat temu za czasów studiów. Nie wiedzieć czemu przyjął, że dziewczyna siedzącą naprzeciwko nie zna angielskiego. Albo może liczył, że właśnie zna i zrozumie, jak mu o niej opowiada? Zrozumiała. Wszystko, co do joty. Słyszała również rozmówcę mężczyzny. Ich rozmowa była luźna i żartobliwa, nie chybiła jej w niczym, ale jednak jej dotyczyła, bo dowiedziała się właśnie, że jest śliczna, gdy marszczy nos czytając tę książkę. Mimowolnie uśmiechnęła się.

– Jak lektura? – zapytał.
– Dobra.
– Nie wątpię,  czytałem ją niedawno.
– Wciąga, pozwoli pan, że nadal pomarszczę nos – odparła lekko spojrzawszy na niego odczuwając satysfakcję.
Zaśmiał się w głos.
– To baran ze mnie – znów wyszczerzył zęby.
– Wygląda mi pan bardziej na lwa – nie wiedzieć czemu ta konwersacja zaczęła ją
bawić.
– W takim razie gamoń ze mnie,  a lwem jestem faktycznie. Skąd pani wiedziała?
– Poznałam po marszczeniu nosa.
– Nic nie poradzę, że robi to pani tak uroczo. A angielski widzę nie jest pani obcy.
– Nie jest, choć im bardziej go umiem, tym większe odnoszę wrażenie, że go nie znam.
– Haha, fakt – intrygowała go. – Miewam podobne odczucia.
– Może lwy tak mają?
– Czyli siedzi przede mną lwica?
– Poznał swój swego – uśmiechnęła się.

Nawet nie wiedziała, kiedy minęła jej podróż. Rozmawiali cały czas, wysiadł z nią na tej samej stacji, odprowadził na tramwaj. Nie poprosił o numer. Z całej ich rozmowy pozbierał okruchy informacji o niej, gdy wyciągała bilet w pociągu do kontroli zauważył jej imię i nazwisko i uznał wtedy, że ją znajdzie. Po tygodniu już wiedział, że uczy angielskiego i w której szkole. Więc pewnego dnia czekał na nią pod jej pracą z książką pod pachą. Tym razem nie zmarszczyła nosa, lecz szeroko otworzyła oczy, po czym się uśmiechnęła. Poszli na kawę, która trwała do wieczora. Nadal nie poprosił o jej numer, po prostu zjawiał się pod szkołą i zabierał ją na spacer lub na obiad.

Po miesiącu Milena była zakochana po uszy. W końcu życie zaczęło się jej układać. Śmierć babci bardzo przeżyła, tym bardziej, że jej odejście znaczyło, że dziewczyna zostaje zupełnie sama. Rodzice zginęli dawno w wypadku samochodowym. Babcia Helenka była zatem mamą, tatą i
babcią w jednym. Milena, po jej odejściu, musiała  radzić sobie sama. Poznanie Adama sprawiało, że poczuła się jakoś lżej. Był obok, sprawiał, że się uśmiecha, że odzyskuje radość życia. Po kilku miesiącach zamieszkali razem. Adam wynajął większe mieszkanie. Było pięknie i tak normalnie. Razem budowali swój świat.

Myśleli o kredycie, ale że mama Adama miała duży dom, to zaproponował, żeby zamieszkać z nią. Mieliby swoją niezależną część, a jednocześnie byliby blisko. Milena mamę Adama lubiła i uznała, że to nie jest głupi pomysł. Po co brać kredyt? Zrobią mały remont i można żyć. Tak się stało. Mieszkało się dobrze, szczególnie gdy Milena zaszła w ciążę i musiała leżeć. Mama Adama się nią opiekowała, gotowała, sprzątała. Potem pomagała, gdy urodziła się Lenka. Życie biegło swoim torem. Rutyna weszła nieproszona. Milena i Adam nie czytali już razem książek, on nie mówił jej, że pięknie marszczy nos. Dużo pracował, wychodził z kolegami, w domu był ciągle poirytowany, krzyczał na Lenkę. Nie pomagały żadne rozmowy, prośby.

Najbardziej bolało, gdy Milena wyczuła guzek w piersi, a Adam zbagatelizował ten fakt. Powiedział, że ma dużo pracy. Milena sama chodziła po lekarzach, robiła badania. Na szczęście okazało się, że był to nowotwór łagodny. Wtedy Milena uznała, że żyje w klatce, że Adam jej nie wspiera, że nie czuje się szczęśliwa i że nie ma siły już walczyć o ten związek. Chciałaby odejść jednak nie jest to takie proste. Ze swojej nauczycielskiej pensji nie utrzyma siebie i dziecka. Dorabianie korepetycjami tylko w niewielkiej części reperuje budżet. Pandemia zatrzymała ją w domu, część zajęć dodatkowych prowadziła online, odłożyła niewielką kwotę, ale to nie jest rozwiązanie problemu. Obecna sytuacja jeszcze bardziej ją miażdży. Przy takich cenach jej pensja starczy ledwo na wynajęcie mieszkania i opłaty. A gdzie życie, wakacje, leki, ubrania?

Kobieta liczyła to tysiąc razy. Sama nie udźwignie finansowo utrzymania siebie i dziecka. Adam zmienił się nie do poznania. Chyba kogoś ma. Nie wraca na noc, jest opryskliwy, nie słucha nawet swojej matki, a Milenie śmieje się w twarz. Sytuacja patowa. Jej nie bawią memy o czereśniach ani o podrywie dziewczyn na prąd. Każdego miesiąca oszczędza, ile się da jednak pieniądze topnieją w zastraszającym tempie. Wystarczy, że Lena zachoruje i już trzeba sięgnąć do rezerw. Adam się nie interesuje, skąd Milena ma na leki i tak uważa, że daje jej dach nad głową i tym samym spełnia swój obowiązek. Jego matka trzyma się z boku. A Milena każdego dnia liczy, czy jej uda się jej cokolwiek odłożyć, by odzyskać siebie.


Psychologia

Tą trzecią już nie chce być. Upadek zawsze jest zbyt bolesny

Poli Ann
Poli Ann
14 maja 2022
fot. kupicoo/iStock

Gdy Marcin napisał do niej, uśmiechnęła się. Nie spodziewała się, że znów będą w kontakcie. Tyle lat milczenia, a byli przecież nierozłączni.

W podstawówce pierwsza para, wzór dla wszystkich. W liceum niczym stare, dobre małżeństwo, szalejący za sobą i próbujący dorosłości razem pierwszy raz. Wszystko tak dobrze im smakowało. Kochała go. On zresztą też dałby się za nią pokroić. Gdy dostali się na studia do innych miast, nie widzieli w tym problemu. Przecież będą się widywać co weekend. Dadzą radę.

Nie dali. Nie zawsze byli w rodzinnym mieście w tym samym czasie, poznawali nowych ludzi, wszystko smakowało tak nowo, inaczej. Nigdy ze sobą oficjalnie kie zerwali. Po prostu kontakt się urwał i nikt nie był w stanie powiedzieć, kto nie odpisał. Oboje wsiąkli w swoje uczelniane klimaty. Kalina zaczęła się z kimś spotykać, Marcin ponoć zmieniał panny jak rękawiczki. Plotkom nie było końca, a dwadzieścia lat temu nie każdy miał komórkę, o internecie nie wspominając.

Gdy kilka lat temu założyła w końcu konto na fejsie, nie spodziewając się, jaki social media mają zasięg. W ciągu tygodnia odnowiła znajomości z ludźmi ze starego życia. Na profil Marcina nie miała odwagi wejść. Nie musiała. Sam napisał. Zwykła gadka szmatka, co słychać. I znów okazało się, że mają ze sobą o czym rozmawiać, że pisać mogą całymi dniami. Marcin niczego nie ukrywał. Żonaty, jedno dziecko, niezła praca w korporacji, nowy dom. Stwierdził, że bywa szczęśliwy. Kalina, aktywna zawodowo, na własnej działalności, właśnie po rozstaniu. Spełniona zawodowo,  prywatnie niekoniecznie. Pisanie z Marcinem działało jak balsam. Było przyjemnie, chwilowo mogła oderwać się od rzeczywistości. O to jej chodziło.

Nie od razu zorientowała się, że na wiadomości od niego po prostu czeka, że zaczyna podglądać jego życie na fejsie, że porównuje się z jego żoną i zastanawia się, jaka ona jest. Był moment, że chciała uciąć ten kontakt, ale Marcin akurat napisał, że ma w jej mieście nowy kontrakt, że będzie tu cztery, pięć dni w tygodniu i że może uda im się wyskoczyć czasem na kawę. Kalinie nie starczyło odwagi, by zamilknąć. Była cholernie ciekawa, jaki jest na żywo. Na kawę wyskoczyli szybko i już wtedy wszystko odżyło. Tamte szczenięce uczucia, ukryte pożądanie, może i ciekawość. Kawę zakończyli w jego wynajmowanym mieszkaniu, przypominając sobie smak swojego ciała.

Kalina odleciała. Nie potrafiła zrozumieć, czemu tak na niego reaguje. Fakt, był bardziej męski, z lekkim zarostem, idealnie prostymi zębami i tymi brązowymi oczami, w których utonęła tyle lat temu. On chwalił jej nową krótką fryzurę i spory tatuaż na udzie i nadal zachwycał się tym pieprzykiem na jej brzuchu. W tygodniu należał do niej, w weekend wracał do żony i córeczki, jak przykładny mąż i tatuś. Małą kochał ponad wszystko, zawsze to podkreślał. O żonie nigdy nie mówił źle, ale w jego oczach nie było widać tego żaru, kiedy o niej wspominał, a jaki Kalina widziała, gdy był obok niej, spędzając z nią popołudnia, wieczory i ranki.

Kalinie żona Marcina, Joasia, przestała przeszkadzać, bo w domu bywał przecież tylko na weekendy, a prawdziwe życie prowadził z nią. Nawet się nie kryli. Nikt go nie znał w jej mieście, ich wspólni znajomi byli gdzie indziej. Oni sami nie afiszowali się na fejsie, cieszyli się sobą. Kalinie trudno jednak było na święta, w urodziny czy na imprezach u jej rodziny, na których pojawiała się sama i musiała odpędzać się od wścibskich pytań wrednych ciotek. Póki Marcin miał obrączkę, nie mogła go ze sobą nigdzie zabierać. To bolało  najbardziej.

Tłumaczyła sobie, że nie można mieć wszystkiego, że on ma córkę, że nie powinien zostawiać żony. Najważniejsze, że to ją kochał. Mówił jej to tyle razy. To z nią przeżywał, smakował, czuł. Z Joasią po prostu wegetował, był od tatą i mężem, dla Kaliny był mężczyzną.

Ten kontrakt to były piękne, intensywne, szalone dwa lata. Byli nierozłączni, nawet pojawiła się myśl, że on odejdzie od żony, że na weekendy będzie zabierał Marysię i to z Kaliną ułoży sobie życie. Gdy zaszła w ciążę, ten plan zdawał się być bardzo realny. Gdy ją straciła Marcin był obok, pocieszał, wspierał, nawet został na weekend, by nie zostawiać jej samej. Kalina zrozumiała, że on zawsze był mężczyzną jej życia, że to z nim chce być przez wielkie „B”. Pasowali do siebie, dojrzeli, było im dobrze.

Jednak po zakończeniu kontraktu Marcin wrócił do rodziny jak gdyby nigdy nic. Kalina spalała się, tęskniła, nie wykonywała projektów na czas, traciła klientów. Czuła, że umyka jej grunt pod nogami. Wydawało się jej, że bez Marcina nie jest w stanie oddychać. Ileż razy chciała jechać do jego miasta, do tej Joasi, przy której on ponoć tak się męczył i nudził.

Walczyła ze sobą każdego dnia, tęskniła, wyła, a on nie odbierał telefonów. Raz tylko napisał, że to już koniec, że ma rodzinę i że nie może dłużej zdradzać żony, bo ona na to nie zasługuje. Kalinę zatkało, wbiło w przysłowiowy fotel i gdyby nie sąsiadka, która od jakiegoś czasu jej się bacznie przyglądała pewnie leżałaby w łóżku jeszcze wiele tygodni.

Agnieszka przyniosła jakiś list, który u niej dla Kaliny zostawił listonosz. Kalina otworzyła jej ostatkiem sił. Nie jadła, tylko piła niewielkie ilości, tak aby przetrwać, ale nie żyć. Blada, szczuplejsza, z sińcami pod oczami, z oczami tak smutnymi, że chciało się ją od razu przytulić wyciągnęła rękę do Agnieszki po list. Już miała znikać w swoim mieszkaniu, gdy ta zapytała o sól i nie wiedzieć czemu Kalina odpowiedziała twierdząco, cofnęła się po tę sól, a Agnieszka stojąc w przedpokoju zdążyła zauważyć rozłożone łóżko w salonie, zaciągnięte rolety i kilka pustych butelek po winie. Gdy zapytała „może w czymś pomóc” Kalina tylko spojrzała na nią, nie mając nawet siły powiedzi, w czym potrzebuje pomocy. A ta konieczna była wszędzie. Kalina nie odpisywała na maile, nie odbierała telefonów, nie płaciła rachunków. Zamknęła się w swojej jaskini i cierpiała. Katowała się zdjęciami Joasi na fejsie chcąc milion razy do niej napisać.

Agnieszka zaproponowała, że zrobi herbaty. O dziwo Kalina miała jeszcze jej kilka torebek i nie wyprosiła sąsiadki. Siedziały w milczeniu. Agnieszka zapowiedziała się na kolejny dzień. Przyszła w południe z naleśnikami. Kalina wcisnęła w siebie jeden. Aga opowiadała o pracy, ogarnęła Kalinie kuchnię. Kalina odzywała się mało, ale najważniejsze, że otwierała Agnieszce drzwi. A ta przychodziła codziennie. Dopiero za którymś razem przyznała, że widziała tu Marcina, że domyśla się co mogło się stać. Wtedy Kalina pękła.

Agnieszka całą noc słuchała jej historii, nie wierząc, że można być w tak złym stanie po rozstaniu. Kalina stała nad przepaścią zdrowotnie, finansowo, emocjonalnie. Gdyby nie Aga pewnie jej depresja by się pogłębiła, dziewczyna mogłaby wpaść w długi, stracić dobre imię w branży. Sąsiadka ją zmobilizowała, po prostu będąc obok. Przyniosła coś do jedzenia, pomogła posprzątać, wyciągnęła na spacer. Razem z Kaliną pisała maile do firm pełne przeprosin. Na szczęście część z nich nie zrezygnowało i ponowiło współpracę z dziewczyną. Ta mając dużo zaległych zleceń i jasny cel przed sobą, skupiła się na pracy. Powoli wracała do siebie.

Gdy  Agnieszka złamała nogę, mogła się odwdzięczyć. Czuła lekki podmuch wiatru żaglach, zablokowała konto na fejsie, zajęła się tym, co tu i teraz, adoptowała psa ze schroniska. Z Agnieszką się zaprzyjaźniła, a gdy Marcin odezwał się smsem po kilku miesiącach kajając, miała siłę by nie odpisać na wiadomość i zablokować jego numer. Na razie zamknęła się na jakiekolwiek relacje, na przytyki ciotek nie zwraca uwagi, przyjaźni się z Agnieszką, rozwija swoją firmę i już wie, że tą trzecią nigdy nie będzie chciała by być. Nawet za te wszystkie uniesienia i fruwanie kilka centymetrów nad ziemią. Upadek po tym zawsze jest zbyt bolesny, a wyrzuty sumienia przygniatają tak, że nie ma się siły wstać. A na ponowne leżenie Kalina już nie ma ochoty.