Psychologia

Jesteśmy w związkach po 10 lat, a tu się okazuje, że nie jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą paru dni. Dlaczego tak jest?

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
1 października 2021
fot. swissmediavision/iStock
 

– Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że żyjemy obok obcej osoby. Zostaliśmy też skonfrontowani z pytaniem, czy możemy żyć ze sobą więcej nić 10 godzin? Co jest zabawne, bo przecież jesteśmy w związkach po 10 lat, a tu się okazuje, że w ciągłości czasu nie jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą paru dni. Ale dlaczego tak jest? Bo sami nie jesteśmy szczerzy ze sobą, mamy różne wzorce z dzieciństwa, z domu, z rodu – mówi Andrea Bnin-Bnińska, terapeutka.

Andrea Bnin – Bnińska jest certyfikowanym Facylitatorem metody Recall Healing i Totalnej Biologii. Prowadzi własny gabinet terapeutyczny oraz stronę Via Metanoja – Konsultacje Recall Healing i Totalnej Biologii, gdzie dzieli się z czytelnikami oraz klientami wiedzą i doświadczeniem. Ukończyła Międzynarodowy Instytut Recall Healing w Instytucie Wiedzy Waleologicznej u twórcy tej metody – dr Gilberta Renauld. Na co dzień prowadzi sesje oraz warsztaty z zakresu wiedzy o Totalnej Biologii; o relacjach międzyludzkich, o trudnych emocjach ukrytych w ciele i zachowaniu oraz o różnorodnych przyczynach chorób. Totalna Biologia i Recall Healing to nie tylko jej zawód, ale też jej pasja.

Co to jest totalna biologia i jak to się stało, że z politologa stałaś się lekarzem duszy i ciała?

Dla mnie jest to innowacyjne spojrzenie na kwestie zdrowia i życia. Totalna biologia i Reacall Healing daje możliwość zobaczenia tego, co na co dzień jest dla nas niewidoczne, gdzieś głęboko ukryte, a co wpływa na naszą rzeczywistość. Jedni nazywają to uzdrawianiem poprzez świadomość, a dla mnie najważniejsze jest to, że jest to powrót do zdrowia poprzez przepracowanie tego, co w sobie nosimy, z czym często walczymy, niejednokrotnie wypieramy. Z czasem w takiej pracy uświadamiamy sobie przy pomocy konsultanta, który przeprowadza nas przez taki proces, co się wydarzyło w naszym życiu i dlaczego chorujemy.

Czy wiele jest w Polsce osób, które mają kwalifikacje do przeprowadzania tego procesu?

Jeśli spojrzeć z punktu widzenia mojego otoczenia, to jest nas mnóstwo, ale jak z kimkolwiek rozmawiasz, z kimś na przysłowiowej ulicy, to wiedza ta jest znikoma. Z całą pewnością staje się coraz bardziej popularna, ale nadal jest mały odsetek ludzi, którzy rozumieją tę metodę.

Podstawą jest odnalezienie i przetworzenie urazu emocjonalnego, który jest źródłem choroby. My zawsze patrzymy na chorobę jak na coś co nam się przydarzyło, jak na koniec świata…

… tak i trzeba od razu do lekarza i po antybiotyki. Przejść chorobę w biegu, bo nie ma czasu na zajęcie się sobą.

Właśnie. Ja zawsze pytam moich słuchaczy: a gdyby popatrzeć na chorobę jak na wskazówkę? Jak na małe światełko, która chce zwrócić na coś uwagę? Choroba to informacja, to ładunek emocjonalny, który ją wywołał. Naszym celem jest dotarcie do niego. I to właśnie, odnalezienie i dotarcie do źródła, często opłakanie, wykrzyczenie, wybaczenie, odpuszczenie komuś lub sobie prowadzi do uzdrowienia. Z tej perspektywy patrząc, jest to faktycznie uzdrawianie poprzez świadomość, przy czym czasami następują „samouzdrowienia” na zasadzie pracy warsztatowej, czyli gdy ktoś słyszy jakąś historię, widzi z boku jak to przebiegało u danej osoby i tym samym uruchamia się w nim również cały proces, który go odblokowuje.

Powrócę do pytania jeszcze raz, bo mnie to bardzo interesuje. Jak się stało, że z politologa przeszłaś do tej formy pomocy ludziom, stałaś się facylitatorem?

Dosyć banalnie. Sama w życiu bardzo chorowałam i to na różne choroby. Chorowali też poważnie członkowie mojej rodziny. Ja mierzyłam się z Hashimoto, z niedoczynnością tarczycy, z niedokrwistością, z anemią oraz migrenami. Przeszłam dwa razy poważne zapalenie płuc czy mononukleozę. Obecnie odpukać od lat nie choruję. Nawet jak raz na jakiś czas się przeziębię lub coś mnie boli, to od razu szukam, co jest przyczyną i jakie emocje we mnie wywołały dany ból. Nie waham się wtedy skorzystać z doświadczenia moich koleżanek terapeutek, ponieważ to jest normalne, że czasami sobie z czymś nie radzimy i warto jest, aby na naszą historię spojrzał ktoś z boku obiektywnie, a następnie przeprowadził przez cały ten proces.

W moim przypadku lekarze rozkładali wielokrotnie ręce i nie mogli znaleźć przyczyny, dlaczego ja choruję, a także moja rodzina. Ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest przyczyną? Totalna biologia, gdy ją poznałam, stała się przewodnikiem i źródłem odpowiedzi na pytania, na które nigdzie nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Pojechałam na kursy i szkolenia po to, aby zrozumieć: DLACZEGO?

Po pierwszym tygodniu pracy warsztatowo-szkoleniowej już chciałam wiedzieć wszystko na ten temat i tak oto stałam się konsultantem. Dziś prowadzę z moją koleżanką terapeutką małe grupy warsztatowe, gdzie jest zaufanie i poufność informacji. Walorem jest słuchanie siebie wzajemnie, zadawanie pytań i wchodzenie we własne procesy: myśli, słowa, emocje, zdarzenia. Uruchamiają się pewne klatki filmowe np. miałam 15 lat i wtedy wydarzyło się to i tamto. My przeprowadzamy przez ten proces. Często, aby coś uwolnić.

Jacy ludzie i kiedy się do Ciebie zgłaszają, wybierając tę metodę uleczenia? Wtedy, kiedy medycyna konwencjonalna zawiodła? Czy nie jest za późno?

Moich klientów można podzielić na trzy grupy: tych którzy zachorowali i chcą coś zmienić w życiu, druga grupa to ludzie z polecenia moich klientów, i co zabawniejsze oni nieraz nie wiedzą, o co chodzi w tej metodzie pracy, ale wiedzą, że jest skuteczna. Trzecia grupa to ci, którzy byli już u wszystkich lekarzy i medycyna konwencjonalna już nie ma rozwiązań i nie jest w stanie im pomóc. Ostatecznie trafiają do mnie.

Pytasz, czy nie jest za późno. Na szczęście nie miałam takich przypadków, aczkolwiek nigdy nie jest za późno, aby rozpocząć proces. Trafiają do mnie ludzie, którzy mają groźby nawrotu choroby, tak jak np. miałam kobietę z glejakiem mózgu. Była trzykrotnie operowana i było podejrzenie nawrotu. Przyszła do mnie i rozpoczęłyśmy wspólną pracę. Co się działo u niej operacyjnie, co w historii życia, w dzieciństwie, w rodzie? Tacy ludzie już chcą uniknąć kolejnej operacji, kolejnej chemii, leczenia, męki chorowania i decydują się, aby przepracować swoje konflikty wewnętrzne, po prostu, by wyzdrowieć w pełni.

Wiem, że jesteś ogromnie zajęta po ostatniej fali COVIDU, powiedz co wyszło z Twojej pracy z klientami? Skąd u nich COVID i tak często bardzo poważny proces przechodzenia przez chorobę. Co COVID uruchomił w ludziach?

Jeśli chodzi o to, co się dzieje od półtora roku wokół nas, to nie COVID jest problemem, a wszystko to, co się wokół niego dzieje. Decyzja o odizolowaniu ludzi od siebie, ciągłe życie w strachu, sposób, w jaki został potraktowany COVID: rozporządzenia, nakazy, zakazy. Chodzi o to, że zmieniono nam gwałtownie życie, z ciągłego biegu na stagnację, zamknięcie w domu i samotność. Komunikatami o śmierci ludzi, niebezpieczeństwie, czającym się na każdym rogu, zachowywaniu dystansu, wprowadzono nas w pandemię strachu i lęku. W niepewność jutra, bo zaczęliśmy martwić się o pracę i środki na życie i o naszych najbliższych. Czy przeżyją i czy się jeszcze zobaczymy żywi?

To wszystko sprawiło, że u ludzi wystąpiły wszystkie lęki, przed którymi w życiu uciekali, czy to w używki, czy w codzienny bieg życia. Społeczeństwo zostało skonfrontowane z iluzją, z którą żyło przez lata. Utraciliśmy pozorną pewność życia i planowania przyszłości. Pokazały się rozliczne braki, strach i lęki. Człowiek stał się zagrożeniem dla drugiego człowieka. Odnosi się to także do naszych znajomych, z którymi relacje zostały zweryfikowane, czy na pewno są dla nas właściwymi ludźmi. Bo w sytuacji zagrożenia ludzie zaczęli się odcinać i odgradzać od innych. A z drugiej strony uświadomiliśmy sobie, jak ważny jest kontakt z drugim człowiekiem, bliskość i prawdziwe rozmowy. Ale nie te przez komunikator, a codzienna, bliska i szczera rozmowa z człowiekiem. Bycie szczerym w relacji.

Pandemia pokazała, jaki mamy bałagan w naszym życiu, co jest ważne i z czym sobie nie radzimy przez lata. Dla mnie rozmowy o COVIDZIE są bardzo niepoważnie prowadzone. Nie ma żadnej dyskusji i kampanii społecznej na temat tego jak dbać o swoje zdrowie, jak utrzymywać układ odpornościowy w zdrowiu. Od półtora roku nie słyszymy w mediach o tym, jak pracować ze stresem, jak się zdrowo odżywiać. Tylko cały czas słyszymy komunikaty, które wywołują stres i strach.

Nigdzie nie ma tego, jak radzić sobie ze stresem i lękiem, z najbliższymi relacjami. Ja zawsze mówię tak: pokaż mi pięć osób z twojego najbliższego otoczenia, to powiem ci, jak radzisz sobie z lękiem i stresem, chorobami. Jeżeli nie radzimy sobie z konsekwencjami tego stanu, to tym bardziej jesteśmy podatni. Stres wywołuje choroby. Jeśli patrzymy na to co jest diagnozowane jako COVID, to trzeba popatrzeć na takie choroby w nas jak: depresja, strach, lęk, przeziębienia, grypy, zapalenia płuc, a także uruchamianie w sobie syndromu ofiary i poczucia winy. Każda z tych chorób ma określoną ilość konfliktów emocjonalnych, które za nimi stoją.

Depresja mówi o głębokim poczuciu winy, zapalenie płuc o potwornym lęku przed śmiercią swoją lub swoich bliskich, grypa powie o konflikcie na swoim terytorium najbliższym, przy kim się czujemy źle, co nam się nie podoba, czego nie czujemy. Z tym wszystkim można pracować.

Fakt, zapędzono nas w strach i poczucie niepewności jutra, czyli zarządzanie ludźmi przez strach.

Tak. Jeszcze nie wiemy, jakie będą konsekwencje psychiczne i biologiczne tego, co się wydarzyło w związku z pandemią. Jeśli popatrzymy z punktu widzenia totalnej biologii, to konflikt separacji, czyli oddzielenia od drugiej osoby, może wywołać u nas choroby skórne, alergie. Przy czym zależy wszystko od tego, jak to odczuwaliśmy, jak to przeżyliśmy. Dlatego chcę pracować z dziennikarzami, ludźmi którzy mogą głosić i szerzyć tę wiedzę, z pedagogami i nauczycielami, aby dzieci zrozumiały, jak ważne jest pracowanie nad sobą. Im więcej jest tej wiedzy na rynku, tym większej grupie ludzi możemy pomóc.

Pandemia spowodowała, że ludzie nie wytrzymywali ze sobą. Jakie schorzenia mogły się pojawić?

Żołądek odpowiada za konflikt bycia niezrozumiałym: w pracy, w domu. Właśnie w domu starliśmy się z rzeczami, o których nie mieliśmy pojęcia, ponieważ przez lata były zamiatane pod dywan. Powiem tak: ważne było to, co się nam pojawiło w trakcie pandemii. Bo na pewno na pierwszym miejscu w związkach wyszedł brak szczerości ze swoimi bliskimi, ale też z samym sobą. Każdego dnia przymykaliśmy na coś oko i to na własne życzenie. Pomijaliśmy i nie przywiązywaliśmy wagi do działań i słów, które były w naszej codzienności, a które w byciu ze sobą non stop, okazały się nie do zaakceptowania.

Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że żyjemy obok obcej osoby. Zostaliśmy też skonfrontowani z pytaniem, czy możemy żyć ze sobą więcej nić 10 godzin? Co jest zabawne, bo przecież jesteśmy w związkach po 10 lat, a tu się okazuje, że w ciągłości czasu nie jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą paru dni. Ale dlaczego tak jest? Bo sami nie jesteśmy szczerzy ze sobą, mamy różne wzorce z dzieciństwa, z domu, z rodu.

Czyli na przykład kobieta boi się powiedzieć mężczyźnie wprost o czymś, bo ma w głowie taki program pt.: „niebezpiecznie jest być kobietą”, „niebezpiecznie jest mówić co się myśli i mieć swoje zdanie”, „rozmowa nic nie daje”, itd. Ale o tym mogłabym tu mówić i mówić… Przede wszystkim lockdown przetasował nasze relacje i zwrócił uwagę na to jak właściwie chcemy aby wyglądało nasze życie, co jest ważne? Niemniej jednak pojawiły się dodatkowo lęki pt.: „boję się śmierci”, „boję się samotności”, „boję się wyrażać swoje zdanie” – dla zaciekawionych ten trzeci przypadek to najczęstszy konflikt przy problemach z tarczycą.

Mam dla Ciebie teścik. Moja znajoma spotykała się z chłopakiem. Byli w bardzo bliskiej relacji i pewnego dnia przyjechała do niego. Było miło, kochali się, ale kątem oka zauważyła rzeczy innej kobiety. Na drugi dzień dostała ostrego zapalenia pęcherza. Nie pytam o ten pęcherz przypadkowo, bo to częsta, nasza, kobieca przypadłość. I powiedz o co chodzi?

Zapalenie pęcherza mówi o tym, że nie mogę oznaczyć swojego terytorium. Najłatwiej jest obserwować zwierzęta i ich zwyczaje. Niby pierwotne. Gdy kot, pies przychodzi na nowe terytorium to od razu oznacza teren. Poprzez oddanie moczu. Tak jest i z ludźmi. Trójkąty w przyrodzie nie istnieją. Więc analizując: po pierwsze pojawiła się druga kobieta – czyli nie jestem tu jedyną królową na tym terytorium. Po drugie są to drogi intymne, czyli ból, który się pojawił w tym miejscu wyklucza zbliżenie z partnerem.

Często jest to też informacja, że coś z tym facetem jest nie tak i ciało nie chce go dopuścić do siebie. Automatycznie jest to wymówka i pretekst aby nie kochać się z nim, mimo że paradoksalnie pragnie się tego. Organizm mówi: hej, popatrz sama siebie oszukujesz, trzeba rozwiązać tę sytuację, wyjaśnić.
Zdałam test?

Tak. Perfekt! Powiedz czy to, co się dzieje w naszym dzieciństwie często projektujemy na naszych partnerów w związkach? Czy to powoduje, że coraz częściej unikamy związków i wybieramy samotność?

I tak i nie. Unikamy związków, bo są w nas jakieś lęki jak: przed odrzuceniem, przed krytyką, odkryciem siebie przed drugą osobą. Do tego trzeba dodać cały szereg programów, które wywodzą się z naszego domu, albo z dzieciństwa, całego rodu. Trzeba rozróżnić czy ktoś jest samotny przez chwilę, czy przez cały czas. Też można być samotnym będąc z kimś. Ale to dlatego, że nie jest w stanie otworzyć się na drugą osobę. Czyli dlaczego jesteśmy samotni i to nawet w związkach? Bo jest coś w tej drugiej osobie co nas odpycha, a my nawet przez lata, potrafimy przymykać oczy na pewne rzeczy.

Należy też w takich przypadkach sprawdzić czy nie ma ukrytej pod pozornym uśmiechem depresji. Na początku związku widzimy, że coś jest w związku nie tak. Że albo za dużo pije, albo wypowiada się na tematy, na które nie powinien się wypowiadać w taki czy inny sposób. Albo źle traktuje matkę lub siostrę. Jednak nie zwracamy na to uwagi, bo jesteśmy zakochane, z resztą tak samo jest z mężczyznami. Nie chcemy widzieć i być świadomi różnych sytuacji, a po pewnym czasie okazuje się, że jesteśmy nie z tą osobą z którą powinniśmy być, lub że okazała się ona inna niż była.

Z drugiej strony my też budowaliśmy inny obraz siebie niż jesteśmy, czyli idealizowaliśmy siebie i partnera. Idę na randkę, na kolację i nie powiem, że lubię jeść, lubię frytki, że lubię do późna spać, że ćwiczę raz na rok. Już nie mówię o tym jaki obraz siebie budujemy w mediach społecznościowych, w szczególności choćby na Instagramie. Robimy to wszystko aby pokazać partnerowi jakie jesteśmy świetne i żeby nas nie odrzucił, nie zobaczył w negatywnym świetle, nie ocenił. Ale konsekwencją tego jest to, że druga osoba po latach uświadamia sobie, że chyba siebie nawzajem oszukujemy. Nie dość, że oszukujemy siebie i drugą osobę, to ranimy sami siebie. Pretensje będziemy mieli tylko do siebie, choć na początku oczywiście winę zwalimy całą na partnera.

Dlatego to, co ostatnio zyskaliśmy dzięki pandemii to to, że zostaliśmy zmuszeni przez życie do przetasowania swoich znajomości i do tego aby wyrażać swoje zdanie i być prawdziwym bez masek. Ludzie zaczęli szukać prawdy i autentyczności. Jak to mówią „prawda nas wyzwoli”. Albo postawimy na prawdę i na szacunek do siebie i do drugiego człowieka, albo choroba lub przypadłość postawi nas pod ścianą, aby w końcu coś ze sobą zrobić.

Jeszcze a propos związków, to taki prosty przykład: dlaczego kobiety czasami nie są w stanie osiągnąć orgazmu? Bo jest tu ukryty lęk przed oddaniem całkowitej kontroli nad sobą. „Boję się zatracić siebie, boję się aby ktoś mnie posiadł całą i ciałem, i zmysłami”. To się bierze stąd, że ktoś mógł być pernamentnie kontrolowalny, albo seks był niebezpieczny. Anorgazmia powie nam o tym, że kobieta nie czuje się w jakiejś sferze życia bezpieczna przy swoim partnerze, a przede wszystkim to, że nie uważa swojego mężczyzny za samca alfa. Itd., itd. 🙂

Czym różni się Twoja praca od ustawień Berta Hellingera? Bo obie metody są podstawą do wglądów rodowych.

Nie jestem specjalistą od ustawień Hellingera, czytałam jego książki i mogę powiedzieć jak ja pracuję. Moim zadaniem jest znalezienie przyczyny dlaczego człowiek w danym momencie swojego życia zachorował i dlaczego? I jak zareagował na daną diagnozę? Bo ludzie bardzo często umierają nie na schorzenie, a na informację o zagrożeniu ich życia przez chorobę. Wyzwala się cała fala emocji i myśli z tym związanych, które warunkują to, co się usłyszy od lekarza. To jest to magiczne 30 sek do 50 minut, które zaczyna być tragedią życiową. Potem zapominamy o tym co usłyszeliśmy. Wypieramy to z siebie, ale mózg wszystko koduje.

Dlatego tak ważny jest Facylitator, konsultant, terapeuta, który przy pomocy odpowiednio dobranych pytań i słów dotrze do głównej informacji w nas. Pracujemy na okresie prenatalnym, czyli kiedy się pojawialiśmy, na psychogenealogii co faktycznie może mieć zbieżność totalnej biologii z ustawieniami hellingerowskimi. Jest wiele tematów wspólnych w obu metodach, jak np.: temat relacji z matką i ojcem, i jak to wpływa na nasze życie i choroby. Aczkolwiek są to dwa różne narzędzia, natomiast wielu terapeutów łączy obie metody w jedną. Zastanawiałam się nad tym, jednak tak lubię totalną biologię i recall healing, że skoncentrowałam się tylko na tej metodzie pracy. Na sesjach z klientami układamy puzzle z wielu różnych elementów i skupiamy się na tym aby dotrzeć do odczutego newralgicznego momentu w jego życiu i przetworzenia tego urazu.

Jak długi i wymagający jest ten proces? Możesz opowiedzieć o przypadkach, które najbardziej Cię poruszyły?

Każdy klient to jest wyjątkowa osoba i osobna historia. Czas potrzebny to czasem jedna sesja, a czasem cykl sesji. Każdy z nas jest inny i czego innego doświadczył. Nie jestem w stanie wybrać jaką historię wybrać do opowiedzenia. Mogę powiedzieć, że codziennie jestem napełniona pięknym ładunkiem energetycznym, słysząc od pacjentów, że mogłam im pomóc w uzdrowieniu siebie.

Korzystając z okazji chciałabym podkreślić, że totalna biologia nie neguje diagnozy i sposobu leczenia medycyny konwencjonalnej i często jest tak, że z lekarzami wymieniamy się wzajemnie spostrzeżeniami i diagnozami odnośnie klientów. Lekarze pytają się mnie o mój punkt widzenia w przypadku różnych pacjentów i działa to także w drugą stronę. I kiedy mam klientkę, która przez lata jest pod opieką lekarza ginekologa i w ostateczności zmuszona jest zdecydować się na operację, to przed samą operacją ją badają, aby w jej wyniku usunąć narządy. Nagle lekarz informuje pacjentkę, że operacji nie będzie. Bo nie ma co operować. Chociaż wcześniej była diagnoza i zakwalifikowanie do operacji. Po wspólnej pracy jaką wykonujemy z totalną biologią okazuje się, że operacja nie jest potrzebna, a klientka zdrowa. To dla takich momentów chce się żyć i jeszcze więcej pomagać innym.

Przychodzą do mnie kobiety w ciąży i słyszę, że maluszek się nie rusza, albo one przeżywają jakieś choroby, stresy, lęki, problemy w związkach. Rozpoczynamy pracę. To, kiedy potem dostaję zdjęcia uśmiechniętych mam i zdrowych, ślicznych dzieci, to jest to najpiękniejszy moment dla mnie. Serce rośnie. Klienci mogą dzwonić lub pisać do mnie na komunikatorze, bo każdy z klientów jest pod moją stałą opieką i w ciągłym kontakcie. Ponadto otrzymują ode mnie zadania domowe, których nie odrobienie dyskwalifikuje ich z udziału w kolejnych sesjach. Dlaczego? Bo to praca obustronna. Nie wystarczy analiza na sesji. Potrzebna jest praca ciągła, nad zmianami zachowań i nad świadomością tego co się zrobiło i robi. Klienci muszą też być przekonani i chcieć wyzdrowieć. Bo ja się namęczę i nic z tego nie będzie. To jest praca wspólna. I klienta i moja, dlatego ważne jest tutaj zdyscyplinowanie i uważność. Wtedy są efekty, jak ten, gdy słyszę od pacjentów że guz czy torbiel zniknęły lub inna choroba.

Pewien chłopak miał 27 lat i chciał dostać się do zawodowego wojska. Okazało się w trakcie badań, że miał wirusowe zapalenie wątroby. Po jednej sesji ze mną zrobił ponownie badania i … wyniki były negatywne. Zapalenie zniknęło. No i co teraz? Na komisji wojskowej pytają się, czy to oni się pomylili przy pierwszych badaniach? Czy chłopak rzeczywiście wyzdrowiał? Ja się wtedy śmieję. Fajnie widzieć jak ludzie mogą żyć i spełniać marzenia. Jeśli nawet nie pełne wyzdrowienie to na pewno zredukowanie objawów. To też pozytywny objaw. Piękne jest w tej pracy to, że kiedy ludzie mówią: przestałam się bać, czuję że żyję, w końcu czuję że mnie nie boli, zrzuciłam olbrzymi ciężar, w końcu się czuję kobietą, mój mąż zaczął się do mnie odzywać, mamy lepszy seks, mam niższe TSH, a do tego człowiek zaczyna sobie radzić sam ze swoimi emocjami, to oznacza, że sobie radzić z emocjami wokół siebie. Zaczyna się cieszyć życiem i z niego świadomie korzystać. I to jest najważniejsza praca jaką się wykonuje w tym zawodzie.

Co proponujesz swoim klientom i jakich efektów można się spodziewać po pracy z Tobą i totalną biologią? Jaką wartość chciałabyś przekazać na swoich grupach w Inkubatorze?

Jak wspominałam, do każdej osoby podchodzę indywidualnie. Nie ma szablonu. Każda osoba jest inna. Mamy dany katalog, encyklopedię chorób, emocji, lęków, ale przede wszystkim „wczuwamy się” w drugą osobę, aby wyciągnąć sedno problemu. Ludzie piszą w ankietach, że chcą pracować nad niedoczynnością tarczycy, mięśniakami, wypadającymi włosami. Po czym przychodzą na sesje i pytam się o to samo „z czym chcesz pracować?” a oni odpowiadają: z problemami w pracy, z nieradzeniem sobie z emocjami, że partner ich wkurza, że boją się wychodzić z domu.

Wtedy szukamy dlaczego ta sytuacja pojawiła się w jego życiu i co on czuje i dlaczego w jej następstwie są właśnie takie schorzenia jak: wypadanie włosów, mięśniaki, problemy z tarczycą. Klientowi daję zrozumienie, poczucie zaufania, brak oceny. Daję mu możliwość zobaczenia co się zdarzyło w jego życiu i dlaczego jest w to uwikłany? Jakie są jego historie z przeszłości, też z jego rodu, z relacji z rodzicami, byłymi partnerami? W Inkubatorze chciałabym propagować wiedzę o tym, aby ludzie otworzyli się na zrozumienie, że nic w ich życiu nie dzieje się bez przyczyny, a zwłaszcza w organizmie. Aby otworzyli się na proces swojej wewnętrznej transformacji i aby byli gotowi na zmiany, bo to jedyna stała rzecz w naszym życiu. Ludzie bardzo często tkwią w nieudanych związkach, niefajnej pracy której nie lubią, tkwią w chorobach i boją się zmian, mówiąc „lepsza stara bida niż nowa bida”. Chodzi o to, aby to przetransformować, zmienić. Jeśli cokolwiek się w trakcie takiej pracy w Inkubatorze zmieni u ludzi, to będzie to już ogromny sukces.


Psychologia

„Jeśli mnie kochasz, to…” Przecież to zaprzeczenie tego, czym jest miłość!

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
8 października 2021
fot. valentinrussanov/iStock
 

Z Pawłem Wittichem już parę tygodni temu rozpoczęłam rozmowę o duszy. Skąd jest i gdzie jest w nas, no i czego pragnie. A dzisiaj chcę kontynuować tyle, że o tym czy dusza kocha, jakiej miłości pragnie i kogo chce pokochać?

Paweł, czy dusza zawsze chce kochać? Co to znaczy kochać?

Opiekować się, dbać o kogoś, wspierać, realizować zadania za kogoś, oddawać mu się fizycznie czy duchowo, płacić, żyć jego życiem, wielbić, być mu wdzięcznym? Możemy powiedzieć, że wszystko po trochu, tak? Czyżby? A co zrobiłabyś gdym powiedział żebyś kochała pijaczynę pod sklepem, który śpi w śmietniku? Które z tych działań podjęłabyś?

6 trucizn duszy. Większość nas unieszczęśliwiają te same rzeczy

Czuję delikatną złośliwość. Choć z drugiej strony to przecież miłość bezwarunkowa. Poświęcenie, którego uczą nas w kościele.

No właśnie. Wbite zostało nam do głowy, że miłość oznacza poświęcenie, cierpienie, oddanie, itp. A czemu ma to służyć? Przecież kiedy odrzucimy te wszystkie określenia związane z jakimkolwiek działaniem i skupimy się na miłości, to zostanie nam tylko jedno, pozwolić drugiemu być! Tak po prostu być, pozwolić drugiemu człowiekowi, na pełną swobodę, wolność, prawo do decydowania o sobie, prawo do dokonywania wolnego wyboru. Z miłością wiąże się jeszcze jeden ważny czynnik, wg mnie nieodłączny, akceptacja, bezwarunkowa akceptacja, ale w rozumieniu wolności wyboru.

Podczas pracy prawie zawsze spotykam się z kompletnym zaniedbaniem przez osoby szukające pomocy, w realizacji tego zadania. Wystarczy zapytać dowolnego człowieka: Kogo kochasz najbardziej na Ziemi? Niebywale rzadko słyszę odpowiedź: siebie! Jak można kochać kogokolwiek jeśli nie kocha się siebie samego? Jeśli czegoś nie potrafię zrobić w stosunku do siebie samego to jak mam to zrobić w stosunku do kogoś innego?

Miłość jest czymś wyniosłym, jest stanem ponad stanami, a nie działaniem w stosunku do innej osoby! Miłość we współczesnym świecie sprowadzana jest do działania, poświęcania się, cierpienia. Miłość jest wykorzystywana do sprawowania władzy i kontroli nad drugim człowiekiem. Jak często padają słowa „jeśli mnie kochasz to…” Przecież to zaprzeczenie tego co oznacza miłość!

Lubimy szantażować, manipulować, wystawiać czyjeś uczucia na próbę, trzymać w szachu, zobaczyć na ile ktoś się dla nas poświęci. Ale też umartwiać się w miłości, cierpieć, zaniedbywać siebie i swoje potrzeby. To jest miłość!

Ja właśnie o tym. Zwróć uwagę, jak wielu ludzi jest nieszczęśliwych z powodu miłości. Często się słyszy: „nie zostawię męża pijaka, bo go kocham, jeśli go zostawię to zapije się na śmierć, a mimo wszystko mi na nim zależy” lub „muszę siedzieć przy mężu mimo, iż mnie i dzieci bije ale ja go kocham”, bądź „muszę być posłuszna rodzicom, bo mi dali życie i kocham ich.”

Patrząc na te przykłady mówimy o miłości czy o swoistym masochizmie? Niby takie proste, a jak skomplikowane. Z miłością związany jest jeszcze jeden czynnik, uczciwość. Mam na myśli uczciwość wobec siebie i tych co nas otaczają. Jeśli naprawdę zależy nam na drugim człowieku i w istocie kochamy go, to bądźmy uczciwi. Kiedy ktoś ma partnera, który jest alkoholikiem, to powiedzmy wyraźnie jemu o tym, że nie akceptujemy jego wyboru życiowego dotyczącego alkoholu i postawmy sprawę jasno. Alkohol albo związek. Bądźmy uczciwi w swoich słowach i czynach. Bądźmy uczciwi przede wszystkim wobec siebie i kochajmy w pierwszej kolejności siebie. Jeśli tak jest, to nie będzie problemu z podjęciem decyzji o rozstaniu, jeśli nasz partner wybierze alkohol. Decyzja ta wskazywać będzie na wielką miłość, akceptację i uczciwość w stosunku do samego siebie, ale również w stosunku do naszego partnera. Tam gdzie osoby zdecydowały się na takie kroki, to okazywało się po kilku dniach, a czasem tygodniach, że osoba z problemem alkoholowym podejmowała leczenie i w efekcie miłość do siebie i partnera ratowała mu życie i związek przed pełną destrukcją. W niektórych przypadkach, decyzja o rozstaniu, była przysłowiową kroplą przelewającą czarę i partner zapijał się na śmierć.

Bez podjęcia decyzji trwamy, przerabiamy zadanie, mielimy je nieustannie i nic z tego nie wynika.
Patrząc na to w ten sposób, podejmowanie działań, nawet czasem błędnych jest wg mnie lepsze niż stanie w miejscu. Kiedy podejmujemy działania i szukamy rozwiązania, to rozwijamy się pod warunkiem wyciągania wniosków. Jeśli zaś stale odraczamy podjęcie decyzji nic z tego nie wynika. Marnujemy czas!

Czy to stawianie granic, to potrzeby naszego serca i duszy?

Potrzeby duszy z jednej strony są dość przejrzyste, zwłaszcza dla osoby, która przygląda się z boku i wie o co w tym wszystkim chodzi, a dla osoby której to dotyczy nie zawsze wszystko jest takie oczywiste, zwłaszcza wtedy kiedy górę biorą emocje. Powodują one ślepotę i uniemożliwiają logiczne myślenie.

Każdy z nas rodzi się w klatce, którą tworzą nasi rodzice, opiekunowie. To oni w pierwszej kolejności nakładają na nas różnorodne ograniczenia związane z ich światopoglądem. Ich uwarunkowania stają się dla nas swoistym ogranicznikiem, tworzą wyimaginowaną klatkę jak dla zwierzęcia w zoo. Przez ich lęki, obawy, programy oraz różne inklinacje rodowe stajemy się bezmyślni w naśladowaniu naszych najbliższych. Wzorce środowiskowe, społeczne, kulturowe również nakazują nam trwać w tym przekonaniu i pełnym podporządkowaniu się zależnościom jakim poddani byli i są nasi rodzice czy opiekunowie.

Przecież nasi rodzice, opiekunowie robią to z miłości i troski o nasze bezpieczeństwo i dobro, nawet kiedy ta miłość jest patologiczna i naznaczona uzależnieniami, to oni nie potrafią inaczej, bo nie znają innych wzorców. Gdy my je poznajemy to zaczyna nam się wydawać, że taka jest właściwa droga. Rodzice są pierwszymi autorytetami. Zgodzisz w tym ze mną?

Powiem tak. Rodzi się dziecko w rodzinie patologicznej, gdzie ojciec to alkoholik, a matka trwa przy nim narażając siebie i dzieci. Więzieniem dla tego dziecka jest nałóg ojca i ich następstwa, z którymi mierzy się od początku. Upraszczając ma dwie drogi przed sobą. Może poddać się im i w efekcie skończyć jak któryś z rodziców lub może skupić na opuszczeniu tego swoistego więzienia, skupiając się na nauce. Jeśli wybierze pierwszą drogę to najprawdopodobniej pozostanie w tym więzieniu do końca swych dni, jeśli jednak wybierze swoją drogę, poprzez naukę do wolności, to ma szansę odciąć się od tych ograniczeń. Jeśli jednak wybierze drogę, określmy ją jako taką pół na pół, to w wieku dorosłym stanie ponownie przed koniecznością podjęcia decyzji dotyczącej wejścia do więzienia jakim jest nałóg. Wygląda to w ten sposób, że albo sam popadnie w alkoholizm albo wybierze sobie za partnera alkoholika i będzie o niego walczył. Zadanie będzie realizowane zamiast być zrealizowane.

Problemem jest to, że poprzez wszystkie te wzorce, które otrzymujemy w procesie naszego rozwoju, tkwimy w miejscu. Nie potrafimy, nie chcemy wyjść z tych znanych nam uwarunkowań, nikt o tym nie mówi i nie uczy nas, że życie należy do nas i to od nas zależy jak ono będzie wyglądać. Naciska się na nas abyśmy byli ambitni i uparci to osiągniemy cel. Po co? Upartość i ambicja to głupota! Dlaczego? Upartość zmusza nas do powtarzania tego samego bez możliwości analizy, nie pozwala myśleć. A ambicja wykorzystuje świadomość bycia dalekim od doskonałości do udowadniania naszej przydatności, zaradności i umiejętności. Są to jedne z najbardziej pożądanych cech w korporacjach. Zwróć uwagę, że człowiek uparty i ambitny zrobi za trzech, a dostanie wynagrodzenie jeden raz, zaś myślący i sprytny zrobi raz a dostanie wynagrodzenie trzy razy.

Wracając do pytania. Potrzeby naszej duszy objawiają się nam w zasadzie na każdym kroku. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na nasze życie z odpowiedniej perspektywy, dystansu, tak jak byśmy patrzyli na życie kogoś innego. Odsunąć wszystkie emocje i z zimną krwią, przeanalizować co w naszym życiu powtarza się. Jakie są to sytuacje. Nie są ważni ludzie, miejsca czy okoliczności. Ważny jest pewien schemat, który powtarza się. Na przykład: w okresie dzieciństwa kiedy wygłupialiśmy się byliśmy w centrum uwagi, w szkole staraliśmy się zawsze wszystkich rozbawić, na studiach udawaliśmy luzaka, a wewnątrz cierpieliśmy z powodu słabych ocen. W pracy udowadniamy, że jesteśmy zdolni, pokazujemy że potrafimy. Ambicją wspomagamy wszystkich, jesteśmy dla każdego, jak trzeba kogoś zastąpić w pracy to podejmujemy się tego.

Pracujemy więcej niż nasi współpracownicy i do tego omijają nas awanse. Cały czas chcemy być zauważeni, zaakceptowani i podziwiani ale nic nam z tego nie wychodzi. Wystarczy się zatrzymać i odpowiedzieć sobie na proste pytanie: dla kogo żyję? Dla siebie czy dla innych? Kiedy przestanie zależeć nam na tym żeby dogodzić innym i postawimy na siebie i to, co dla mnie jest ważne, czyli zaczniemy kochać siebie samych. Wówczas zrobimy pierwszy krok w kierunku świadomego przepracowania naszej potrzeby.

Wszyscy dookoła nas pokazują nam jak należy żyć, jak należy wybierać? Co i kto jest ważny w życiu? Tylko my tego nie widzimy. Wystarczy zatrzymać się i otworzyć oczy. Czas zacząć działać dla siebie. Nie oznacza to, że mamy robić innym krzywdę. Jeśli ktoś ma jakąś wątpliwość wystarczy pytać samego siebie przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji: jaką mam z tego korzyść? Lub jakie korzyści mi to przyniesie? W ten sposób będziemy realizowali potrzeby duszy.

Czy dusza szuka w obecnym życiu takich samych partnerów jak z przeszłości? Czy wybiera sobie rodziców, partnerów i dlaczego takich a nie innych?

Dusza przez cały okres swojego doskonalenia poszukuje możliwości sprawdzenia się w coraz to bardziej skomplikowanych sytuacjach. Paradoksalnie jest tak, że im bardziej skomplikowana sytuacja tym łatwiejsze jest wyjście. Dla wielu jest to wyjście nie do przyjęcia, ponieważ wiąże się z porzuceniem, zmianą dotychczasowego stylu życia, miejsca zamieszkania, pracy, partnera, upodobań i wielu zależności w jakich tkwimy. Dusza, oczywiście pod postacią człowieka, zanim zejdzie na Ziemię przygotowuje się do tego wyzwania. Możemy powiedzieć, że ćwiczy najważniejsze wg niej sytuacje i decyzje jakie będzie miała podjąć w najbliższym życiu fizycznym. Warto zwrócić uwagę w tym miejscu, na to co spotyka nas nowego, nowa sytuacja, nowa znajomość, nowe wyzwanie. Zatrzymajmy się chwilkę przy znajomości, a w zasadzie przy pierwszym kontakcie z nowo poznaną osobą. Poznajemy kogoś, świeża znajomość, odpowiedzmy sobie sami: co czujemy? Jakie są nasze pierwsze wrażenia odnośnie tej osoby? Nie oceniajmy tej osoby a skupmy się na własnych doznaniach. Występują trzy podstawowe stany:

  1. Ciepło, spokój, zaufanie, brak wątpliwości, brak agresji, łatwość w konwersacji, wzajemny szacunek, uwaga, możemy powiedzieć że coś zaklikało.
  2. Nic, kompletna obojętność, brak sympatii ale i antypatii, nic nie odczuwamy. Osoba taka nie wzbudza u nas żadnych odczuć.
  3. Chłód, poddenerwowanie, obawa, niechęć, trudność w konwersacji, mamy ochotę jak najszybciej oddalić się od takiej nowej znajomości.

Przyjrzyjmy się punktowi 3. Skąd nasze odczucia skoro pierwszy raz mamy kontakt z tą osobą? Z reguły jest to związane z przeżyciami jakie mieliśmy w poprzednich naszych życiach związanych z tą osobą. Możemy na podstawie naszych odczuć fizycznych powiedzieć, że z tą osobą mieliśmy trudne doświadczenia i te kiepskie doświadczenia mocno zapisały się w naszej pamięci emocjonalnej. Skąd się to wzięło? Nie odrobiliśmy zadań w poprzednim wcieleniu i trwaliśmy w żalu i emocjach do końca naszych dni.

Punkt 2. Nie mieliśmy kontaktu jeszcze z tą duszą, możemy powiedzieć, że licznik nie zanotował żadnych wychyleń.

Punkt 1. Najczęściej wiąże się to z planami na to konkretne życie lub nasze doświadczenia z poprzednich wcieleń było z tą osobą bardzo korzystne.

Szukanie partnerów z przeszłości może czasem wyglądać tak jak punkt 3 lub 1. :-)?

Już Ci mówię. To czy nasz obecny partner jest tym samym, który był poprzednio, zależy od wielu czynników. W zależności od poziomu rozwoju duszy, jeżeli dusza jest młoda to często ma miejsce pewnego rodzaju mieszanie się dusz. Możemy to porównać do grupy osób, która wspólnie realizuje jakieś przedstawienia teatralne. W zależności od okoliczności i możliwości danej sztuki teatralnej raz jedna dusza może być dzieckiem, a innym razem matką bądź dziadkiem. Raz kobietą a raz mężczyzną. W ten sposób może każda dusza w tej grupie doświadczać tego samego będąc różnym biorcą i dawcą tych samych doświadczeń.

W ten dość bezpieczny sposób, w zaufanym gronie można przerobić i trudne, i łatwe zadania duszy. Być sprawcą i biorcą radości, smutku, cierpienia. Można w taki sposób przerobić miłość rodzicielską, partnerską, braterską.

Kiedy dusza jest bardziej zaawansowana w rozwoju, to zaczyna skupiać się na szukaniu innych wyzwań: na wychodzeniu, uwalnianiu się z trudnych ograniczeń, wychowaniu bez rodziców. Taka dusza, można powiedzieć, że szuka na tamtym świecie kandydatur wśród dusz do wykonania poszczególnych zadań. Musi znaleźć rodziców, którzy porzucą dziecko, znaleźć opiekunów, którzy dadzą ograniczenia zgodne z potrzebami duszy, znaleźć partnera, który pomoże jej realizować dalsze kroki w rozwoju.

Dla bardzo dojrzałych dusz priorytetem stają się inne kwestie i nie muszą być one związane z partnerstwem. Podsumowując, dusza nie szuka takich samych partnerów jak w przeszłości, ponieważ taki partner nic nie wniesie nowego w zdobyciu wiedzy i doświadczenia, chyba że występuje pewna zależność tak, jak w porównaniu do grupy teatralnej.

O wyborze rodziców już wcześniej mówiliśmy. Odbywa się to właśnie TAM. Z reguły, kiedy mówimy o rozwoju, nasi rodzice są niejako słabiej rozwinięci od nas, ich potencjał jest mniejszy niż nasz. Dlatego tak się dzieje żeby mogli wypełnić naszą przestrzeń fizyczną właściwymi, odpowiednio trudnymi dla nas wzorcami, z których my mamy się wyzwolić. Ich zadanie jest związane z nakładaniem na nas ograniczeń a nasze zadanie umieć z nich wyjść. My jako rodzice w stosunku do naszych dzieci też jesteśmy słabiej rozwinięci, potencjał naszych dzieci jest większy niż nasz :-). Dzięki temu mamy możliwość rozwoju.

W takim razie jak być w kontakcie z naszą duszą i jak jej słuchać, aby ustrzec się bólu i rozczarowań? Jak przyjąć „trudne” sytuacje jakie pojawiają się w naszym życiu, jako te dla nas dobre?

Super pytanie! Nauczyć się żyć bez emocji 🙂 Okay, wiem że trudne żeby nie powiedzieć, że nie możliwe a przynajmniej nauczyć się je ograniczać do minimum. Na czym to polega? Kiedy dzieje się coś co wywołuje w nas emocje, musimy nauczyć się, aby nie podejmować żadnych wiążących decyzji pod ich wpływem. Nauczyć się, bez względu na to co się dzieje, że powinniśmy wstrzymać się od decyzji. Kiedy pokłócimy się z kimś bliskim, to nie mówmy że to koniec, nie zrywajmy znajomości, przyjaźni czy miłości. Wstrzymajmy się dzień, dwa a jeśli trzeba to i tydzień. Kiedy emocje opadną, ze spokojną głową możemy wrócić do tego zagadnienia i spróbować je rozwiązać. Emocje powodują, że nie jesteśmy w stanie racjonalnie podejmować decyzji, a do tego większość decyzji podejmowanych w stanie największych emocji z reguły są błędne, a skutki dalekosiężne.

Musimy nauczyć się obserwować wszystko to co dzieje się z nami – w czym my bierzemy udział i nasze otoczenie – jakie wywołają w nas skutki działań. Już to podejście spowoduje, że będziemy mieli dużo lepszy wgląd w wydarzenia, których jesteśmy bezpośrednią częścią. Zamiast zakładać i oczekiwać, pytajmy. Starajmy się robić wszystko czego się podejmujemy jak najlepiej. Nie bierzmy udziału w czymś z czego nie mamy korzyści. Mówmy i żyjmy w prawdzie. Niech nasze życie będzie naszym życiem, a nie że my mamy stanowić dodatek do czyjegoś życia. Nie krzywdźmy innych.

Każdy z nas, nasza dusza układa sobie pewien plan na każde życie. W tym planie znajdują się najczęściej określone wyzwania jakie są ważne dla rozwoju nas. Oprócz wyzwań, znajdują się tam również te rzeczy, których zadaniem będzie wzmacniać nas przed kolejnymi wyzwaniami. W planie znajduje się czas na pracę, czas na zabawę i czas na relaks. Oprócz tych podstawowych zadań jest wiele miejsca na realizację potrzeb wynikających z codzienności fizycznej. Plan określa nasze główne kierunki rozwoju pozostawiając dużo przestrzeni do zabawy, radości z posiadania ciała. Mimo iż życie w fizyczności niesie ze sobą mnóstwo ograniczeń, to jest przecież na ziemi wiele fantastycznych rzeczy do zrobienia, takich choćby jak tworzenie. Co to może być? Np.: gotowanie, pieczenie, szycie, zakładanie i pielęgnowanie ogrodów, zwiedzanie i podziwianie świata, organizowanie wyjazdów, i wiele innych możliwości. Każdy może coś tu znaleźć fajnego, wystarczy tylko chcieć.

Jeśli dzieje się coś w naszym życiu, to dzieje się to z określonego powodu. Nie po to żeby działa się nam krzywda. Jeśli najważniejsze rzeczy sami zaplanowaliśmy i najważniejsze wyzwania postawiliśmy sami przed sobą, to nawet jeśli to, co dzieje się nie jest fajne i miłe, to nie róbmy z tego tragedii. Przecież nie jesteśmy sadystami, którzy sami sobie chcą sprawić przykrość i ból. Nikt z nas nie jest idiotą żeby robić sobie krzywdę. Wszystko skierowane jest na zdobywanie wiedzy i doświadczenia. Kiedy w moim życiu dzieją się kiepskie rzeczy, zamiast złościć się i psioczyć, nauczyłem się pytać: dlaczego? Co ma mi to dać? Czego mam się nauczyć? Jakie da mi to korzyści z przepracowania tej sytuacji?

Wszystko co sobie zaplanujemy na tamtym świecie możemy to zrealizować tu na ziemi. Musimy tylko podchodzić do tego z rozsądkiem. Przecież, nie kupujemy sobie samochodu żeby nim jeździć zanim nie nauczymy się jak się go obsługuje. Tak samo jest ze wszystkim innym. Jeśli coś nam nie udaje się to nie dlatego żeby zrobić nam na złość, a dlatego że trzeba coś jeszcze zrobić po drodze do tego celu. Kiedy para stara się o potomstwo, a ciąża leci jedna za drugą, to zamiast próbować dalej, to może warto jest na chwilę się zatrzymać i zastanowić co jest nie tak? Proponuje się takiej parze aby pomyśleli o adopcji, a para wyklucza taką możliwość. Pojawia się tu wg mnie rozsądne pytanie, czy chcą mieć dziecko czy koniecznie je spłodzić? Być może właśnie TAM ustalili, że nie będą mieli swoich dzieci dopóki nie zaadoptują dziecka, które ktoś porzucił. Kiedy to zrobią, dadzą dom takiemu dziecku, nauczą się kochać to wtedy będą gotowi na przyjście ich własnego dziecka? To jest właśnie umiejętność słuchania swojej duszy i uwzględniania jej potrzeb, które przecież są potrzebami człowieka.

Nie bójmy się stawiać sobie celów i ich realizować. Napoleon Hill w jednej ze swoich książek zadał fantastyczne pytanie czytelnikowi: ile jesteś gotów zapłacić za realizację celu? Nie chodzi tu o wymiar finansowy, a o całkowity wkład wszystkich środków, które miałyby zapewnić realizację tego celu. Ci którzy stawiają cele przed sobą są wielokrotnie bardziej szczęśliwi niż ci, którzy żyją planami. Ludzie, którzy stawiają sobie cele i dążą do ich realizacji zawsze są gotowi do działania, dużo dłużej zachowują sprawność intelektualną i fizyczną. Ludzie bez celu stają się trupami za życia. Bawmy się każdą chwilą i wyciągajmy z tego wszystkiego co jest wokół nas na maksimum radości. Kiedy już wyznaczymy cele to realizujmy je i uważajmy żeby nie wpaść w pułapkę. Do realizacji każdego celu prowadzi wiele dróg. Niektóre odcinki są proste, a inne zawiłe i nierówne. Skupienie uwagi na drodze do celu może spowodować, że cel zniknie nam z oczu. Wiele osób miało fajne cele ale już dawno o nich zapomniało tylko dlatego, że całą uwagę skupili na przeszkodach jakie znalazły się na drodze do celu.

Pamiętajmy: cel jest miejscem w którym będziemy szczęśliwi. Wyznaczajmy i osiągajmy cele. A jeśli z różnych powodów cel zdezaktualizuje się to wyznaczmy nowy i ruszajmy w kolejną podróż. Każda z tych podróży jest odkrywaniem siebie i swojej duszy na nowo. Uczmy się od dzieci! Bycia bezpośrednimi, entuzjastycznymi i spontaniczni w działaniu! Tego nam wszystkim życzę!

To już tak na koniec😊 Jak doświadczanie naszej duszy można przełożyć na życie codzienne? My uwielbiamy oczekiwać, czy dusza też oczekuje?

Życie codzienne wymaga od nas olbrzymiego zaangażowania, rozwiązywania mnóstwa spraw, podejmowania niezliczonych decyzji. Opierania się informacjom, których celem jest skupienie naszej uwagi na sprawach, które nie są dla nas istotne, zaspokajaniu różnorodnych potrzeb własnych i naszych bliskich. Zaczynamy udowadniać, walczyć o przetrwanie, o życie, niemalże o każdy oddech. Krótko mówiąc ganiamy z wywieszonym językiem. Po co? Jaki jest w tym wszystkim cel? Wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że padamy albo tak rozemocjonowani, że nie możemy zasnąć a do tego zastanawiamy się na różnorodnymi ocenami, jak wypadliśmy, czy dobrze zrobiliśmy, etc.

Do czego nam jest to wszystko potrzebne? Przecież wszystko to co już się wydarzyło nie odstanie się, a myślenie o jutrze co przyniesie, co zrobimy, układanie scenariuszy i tak nie działa, bo i tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich okoliczności i zależności. W obecnych czasach wielu z nas to mistrzowie założeń. Zakładamy, że jeśli to będzie tak, to my zrobimy tak, albo jeśli ona, on zrobi tak to ja zrobię tak, jeśli on ona powie tak, to ja powiem tak. Co nam to daje? Nic! Do czego prowadzi? Do niczego. W ten sposób nie robimy żadnego kroku do przodu. Jest takie przysłowie: „indor myślał o niedzieli a w sobotę łeb mu ścięli”.

Doświadczona dusza ma to gdzieś wewnątrz siebie już zapisane, że jedyną rzeczą, jaka jest pewna to to, że nasze życie kiedyś się skończy a jeśli jutro będzie koniec świata to i tak nie ma to wszystko żadnego znaczenia co wydarzy się po tym. Nie czyni żadnych założeń i nie oczekuje. Działa kiedy jest przestrzeń do działania, ale nie robi tego bezmyślnie. Gdzieś wewnątrz niej zawsze jest taki głos spokoju, który pyta: jakie masz z tego korzyści, do czego to jest ci potrzebne, co chcesz osiągnąć i jak wpłynie to na ciebie?
Warto szukać takich osób w naszym otoczeniu, takich które niczego nie udowadniają, takich, które niczego od nas nie chcą, takich które świadomie liczą na siebie, takich co swoje sprawy załatwiają swoimi rękami. Warto brać przykład z takich osób, ich dusza bez wątpienia wyrobiła w sobie pewną stabilność i spokój.

Gdyby wszyscy ludzie skupili się tylko na sobie i realizacji swoich potrzeb bez krzywdzenia innych to na Ziemi zapanowałby pokój i dobrobyt.

Zamykając ten wątek zacytuję dwa przysłowia:

Lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.
Rozmowa z głupim przypomina grę w szachy z gołębiem, nie dość że rozrzuci wszystkie figury po szachownicy to na koniec jeszcze na nią nasra.

I tym akcentem dziękuję Ci za rozmowę.


Psychologia

Nie lekceważ nawet najcichszego głosu w głowie, który mówi ci, że coś jest nie tak. Że ktoś cię źle traktuje

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
21 września 2021
fot. ljubaphoto/iStock

Marzena Fijak jest pasjonatką tańca współczesnego i życia. Bycia w tu i teraz. Słowa, które ją opisują, to spokój, ugruntowanie, ucieleśnienie, przepływ. Każde doświadczenie życiowe transformuje w ruch i w ruchu wyraża. Łączy bujanie w obłokach ze stąpaniem po ziemi. Uwielbia marzyć i spełniać te marzenia. Żyje w zgodzie z własnym sercem i z przestrzenią otwartego serca. Przyjmuje z wdzięcznością dar istnienia. Zawodowo jest pedagogiem i psychoterapeutką. 20 lat pracowała z osobami w kryzysach życiowych w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Bielsku-Białej. Równolegle w stworzonej przez siebie Przestrzeni Duchowo- Ruchowej, pracuje z kobietami używając technik tańca terapeutycznego w takich obszarach jak poczucie własnej Mocy, Kobiecości i Prawdy. Obecnie dla Inkubatora Twojego Sukcesu prowadzi kursy o kobiecości i powrotu kobiet do swojej mocy. Dzisiaj będziemy rozmawiać o stawianiu granic w komunikacji z najbliższymi, ale też i w pracy.


Marzena, mówi się, żeby „stawiać granice”.  Co to właściwie znaczy ? I chyba nie chodzi o drut kolczasty na granicy z Białorusią 😊?

No ubawiłam się bardzo myśląc o tym i widząc ten drut kolczasty na granicy z Białorusią. Bo on jest z jednej strony symbolem takiego ostrego stawiania granic, mówiącego „nie wpuszczę cię na swoje terytorium, bo jeśli tu wejdziesz to grozi ci nawet śmierć”. Nie, bo nie. To taki bardzo restrykcyjny i ostry sposób stawiania granic i myślę, że możemy korzystać z tego w sytuacjach zagrożenia życia. Co prawda nie rezygnowałabym z takiego sposobu, bo jest on w repertuarze naszym stawiania granic od czasów człowieka prehistorycznego, kiedy ten musiał stawiać granice, aby go coś nie zjadło, czy nie pożarło, czy też jakieś inne nieszczęście, które mogłoby go spotkać. Jest to radykalny sposób stawiania granic. W życiu codziennym bardziej chodzi o takie granice, które są wewnątrz nas. I one się bardziej odnoszą do granic naszego ciała. Kiedy my wiemy gdzie się kończymy. Czyli w naszym poczuciu granic cielesnych. Wówczas to próby naruszenia tych granic, wymuszenia ich, są bezpośrednio odbierane i odczuwane. To są granice fizyczne.

Bardziej skomplikowana jest sprawa kiedy naruszane są granice nasze emocjonalne. Czyli jeśli ktoś powie nam coś bardzo nieprzyjemnego i to czujemy czy na poziomie ciała, czy emocji. To jest przekroczenie naszych granic. Osoba, która przekroczy te granice nie poczuje tego, ale osoba która tego doświadczy będzie się źle czuła. Może to boleśnie odczuwać i jego granice mogą poczuć się zagrożone poprzez odczuwanie złości, żalu, lęku, smutku czy innym sposobem poradzenia sobie z sytuacją.

Pracując z tematem granic, czasami można odwołać się metafor zewnętrznych, pomyśleć o nich jako o granicy, murze, płocie. Jakiejś fortyfikacji, która nas oddziela. Wtedy sugeruje nam oddzielenie. Mechanizmy obronne, które mają nas obronić, ochronić. Ja bym się bardziej odniosła do granic subtelnych i bardziej się odnosi do tego jacy jesteśmy, na ile siebie znamy i na ile znając siebie możemy rozpoznawać poczucie własnego dyskomfortu i odnosić się do niego. Na ile możemy rozpoznawać i komunikować. I nie chodzi o to aby być agresywnym, a bardziej używać swojej asertywności, mówiąc w komunikacji „JA” – „ja czuję się bardzo niekomfortowo kiedy ty zwracasz się do mnie w ten sposób.” I to jest opcja, która pozwala na zachowanie własnej autonomii i nie obarczania tym co ktoś inny robi w naszą stronę. Ktoś może przekraczać nasze granice i to jest nagminne, natomiast ważne jest jak my się z tym czujemy.

Mówi się, że gdybyśmy sami umieli stawiać granice i szanować innych, to nie pozwolilibyśmy innym łamać swoich. Niestety nikt nas tego nie uczy. Nie uczą nas rodzice ani nauczyciele w szkole. Przecież pierwszymi osobami, które łamią nasze granice są rodzice i potem z tym brakiem asertywności idziemy w życie, pozwalając na to samo naszemu otoczeniu i partnerom.

Oczywiście że tak. Do momentu jeśli nie poczujemy takiego bólu i cierpienia, to nie wiemy że cokolwiek zostało złamane w nas. Dopiero idąc potem na terapię to zaczynamy czuć te emocje i ból, rozpoznawać je. Uczymy się tego jak szanować siebie i jak dbać o siebie. Też nie ma co się czepiać naszych rodziców, bo oni też nie byli uczeni. Rodzice naszych rodziców, to byli raczej dzieci pokolenia wojennego gdzie tam nawet nikt nie miał głowy do uczenia się tego co to są granice, bo wówczas raczej dbało się o granice w sensie terytorialnym. Wszystko wówczas sprowadzało się do przetrwania. Tamte pokolenia dbały o życie.

Małe dziecko najlepiej wie też czego potrzebuje, np. je ile chce, a my często nakłaniamy i zmuszamy je, wpychamy na siłę. Bo my niby wiemy lepiej. Dziecku jest za gorąco i nie chce wyjść w czapce na zewnątrz, ale my mu wciskamy, bo uważamy że wiemy lepiej niż ono. Więc na tym etapie, kiedy dziecko próbuje się separować we wczesnym wieku, a w wieku dwóch lat poznaje siebie i próbuje używać takich mechanizmów, które jemu pasują. Budują granice, które pasują jego zdrowiu i ciału. A z wiekiem się wędruje przez świat i obserwuje zachowania innych ludzi, także wobec nas.

Zastanawiamy się czy może przykładowa ciocia wie lepiej niż my, a my nie przyjmując jej racji odpychamy, a z czasem się zastanawiamy czy może nie uraziliśmy cioci, bo nie przyjęliśmy tego co ona chciała. Zastanawiamy się czy możemy wytrzymać taki dyskomfort powiedzenia komuś „NIE” narażając się na ostracyzm. Czy też lepiej stosować się do czegoś co nam nie służy, a mieć święty spokój z otoczeniem. A może zdać się na banicję bo jesteśmy dla kogoś niegrzeczne. Bo dziecko jak walczy o siebie i stawia granice, to słyszy że jest niegrzeczne i nie w porządku do innych.

Jak je umiejętnie stawiać aby uzyskać pożądany efekt? Dlaczego tych granic nie uczą nas rodzice? Kto je łamie ?

Myślę sobie tak, że coraz więcej jest świadomych ludzi. Rodzice coraz częściej uczą dzieci jak szanować granice i jak szanować siebie, jak być w zgodzie ze sobą. I też jest wiele dzieci które wiedzą czego chcą lub nie i wiedzą jak to komunikować. Kto łamie nasze granice? Każdy komu na to pozwolimy. Kto ma takie zapędy i nagle już znajduje się na czyimś terytorium. Wtedy albo się orientujemy, że ktoś jest na naszym terytorium, wtedy używamy komunikacji „JA” czyli „ ja proszę, ja chciałabym” czyli wyrażanie własnych potrzeb i taka komunikacja jest nieagresywna. Ale są też takie sytuacje jak w przypadku osobowości zaburzonych, psychopatycznych, narcystycznych, które wiedzą jak wejść na nasze terytorium. Nagle już tam jest. I kobiety się wówczas zastanawiają jak on to zrobił, że przekroczył wszystkie ich granice.

Podobno te granice umiemy sami stawiać jako małe dzieci, tylko potem system jak przedszkola, szkoła je tępi. Jak odzyskać tę werwę stawiania na swoim?

Dlatego tu jest taka praca aby odzyskać werwę tego dziecka, które umiało korzystać z instynktów, czucia tego co dobre dla niego. Dziecko instynktowne unika sytuacji, które są dyskomfortowe i czuje je bo wynikają z ciała. Dlatego ważne jest aby umieć mieć kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Dziecka, które nie zostało jeszcze spacyfikowane i jest pełne werwy, spontaniczności, radości, kreatywności. Odnaleźć połączenie w życiu dorosłym z dzieckiem wewnętrznym. Mówi się o tym, że to jest podobne z odczuwaniem swojej przestrzeni serca. Wówczas bardziej prawdopodobne jest, że odzyskamy ten entuzjazm, czucie siebie i swoich granic. Instynkt nam pomaga. Instynkt, który jest połączony z naszym sercem, cielesnością tak, aby mógł pracować dla nas. Żeby ten instynkt współbrzmiał, współistniał z nami.

Kontakt z naszym ciałem i emocjami pomaga nam zrozumieć, kiedy nasze granice zostają przekroczone, ponieważ odczuwamy to poprzez złe samopoczucie w danym otoczeniu. Zaczynamy mieć bóle gardła, alergię, bóle brzucha. Czujemy, że coś zostało zrobione wbrew nas i to uwiera. To są bardzo ważne sygnały, że coś w nas ma jakiś dyskomfort. Co pokazuje nam, że nasze granice zostały przekroczone lub pojawiają się nam jakieś sytuacje z dzieciństwa, które wówczas zostały zbagatelizowane, bo nie mieliśmy siły, nie wiedząc co z tym zrobić, a tak naprawdę bolą nas do dzisiaj i pojawiają się w naszym dorosłym życiu. Więc to jest fajna praca w tym obszarze aby na nowo ustawić sobie wewnętrzne instancje, które będą nas chronić.

Czy stawianie granic i mówienie czego się chce, to jest męska energia? Czy to można też nazwać egoizmem?

To jest fajne pytanie.

Mówi się, że kobieta powinna być tą uległą, przyjmującą i nie sprzeciwiającą się.

W energii żeńskiej jest bycie w harmonii, w równowadze, a wówczas gdy przekraczane są nasze granice można użyć męskiej energii, jednocześnie pozostając w żeńskiej energii. To jest moje rozumienie tego tematu. Samo stawianie granic jest w męskiej energii, tak jak zarabianie pieniędzy czy zarządzanie interesem. Tak jak bycie w czuciu jest kobiece. Tak jak w jing i jang gdzie przenika się męskość z żeńskością, po to aby być w równowadze.

Skąd płynie w nas energia i poczcie, że gdzieś nasze granice zostały przekroczone ? Czy to odczuwamy na poziomie ciała, czakr?

Słowo „czujemy” jest kluczem. Bo my zazwyczaj nie czujemy. To co się dzieje na przestrzeni życia czasami przestajemy tak dobrze czuć jak w tedy gdy byliśmy dziećmi. Czyli to, że boli mnie głowa w sobotę, to może mieć związek z tym co się zadziało w środę kiedy ktoś przekroczył moją granicę. Zrobił mi coś wbrew. W środę, załóżmy, nie mogłam tego zidentyfikować, a w sobotę moja głowa zaczyna o tym mówić. To może być też, że boli nas żołądek, lub spłycamy oddech i nie możemy o tym mówić. Lub reagujemy alergią. Kobiety w toksycznych związkach tak reagują. Ciało tak odreagowuje i mówi nam że coś się dzieje nie tak. To mogą być choroby, nowotwory. We wszystkim co do nas przychodzi warto zobaczyć czy coś się z nami nie dzieje pod kątem komunikacji w naszym otoczeniu.

 To jak zakomunikować rodzinie, bliskim, partnerowi, że łamią nasze granice?

Jeżeli odnosimy się do konkretnej sytuacji to mówimy: „kiedy powiedziałeś do mnie te konkretne słowa, to poczułam się z tym bardzo źle. I jeśli mogłabym cię prosić, to chciałabym, abyś w przyszłości inaczej się do mnie zwracał”. Lub gdy ktoś przyjeżdża do nas bez zapowiedzi, to mówimy „taka niezapowiedziana wizyta powoduje u mnie spory dyskomfort, dlatego prosiłabym abyś w przyszłości wykonała telefon uprzedzający, abym mogła się przygotować i mieć czas dla ciebie”, bo akurat mamie zachciało się przyjechać wcześniej, bez zapowiedzi😊.

Jest cały zbiór narzędzi do komunikacji swoich uczuć i potrzeb. Jest też taka forma komunikacji „JA” która opiera się na tym, że „Ty jesteś ok i ja jestem ok”. Gdzie nie mówi się, że „hej bo ty zawsze, bo mnie wtedy trafia, wkurza mnie” i jest koniec komunikacji między dwojgiem ludzi. A nawiązujemy wtedy, kiedy: „kiedy ty mówisz to, to ja czuję to, więc proszę cię abyś…”. To jest taki prosty schemat, matematyczny wzór. Można też stawiać granice w swój własny, autentyczny sposób, np.: proszę przestań to robić! Nie jest to asertywne ale jest nasze, bo nie jesteśmy szablonem.

Obrażanie się to też stawianie granic, chociaż taka forma do niczego nie prowadzi. Zachęcam aby komunikować, jak my się czujemy gdy ktoś nam coś mówi, traktuje, zaprasza, a następnie powiedzieć jak byśmy chcieli być traktowani. Można powiedzieć mężowi, że kiedy następny raz zwróci się do nas w ten sposób, to nie zgodzimy się, aby potem pójść razem na kolację, bo w takim nastroju już nie będzie przyjemnie.

Wiele osób uważa, że jeśli będziemy siedzieć cicho i się nie wychylać, to więcej osiągniemy w pracy, w związku. Jesteśmy uczone „pokorne ciele dwie matki ssie”. Jak to widzisz?

W ogóle tego nie widzę. To jest jak strategia przetrwania w ciężkiej sytuacji. To jak w chwili zagrożenia walczyć o siebie, kiedy boi się, lub jest w stresowej sytuacji. Nie wie, że są inne sposoby poradzenia sobie z taką sytuacją. Myślę, że jeśli „dwie matki się ssię”, to może przynosi to jakieś korzyści, ale nie prowadzi do rozwoju. W rozwoju człowiek chciałby wiedzieć: co ssie? Od kogo? I po co? I czy w ogóle ma to jakiś sens? Co mu to daje? Pokora może być tutaj trochę myląca, bo sama pokora jest ważna w rozwoju osobistym i nie rezygnuje się z tego. Ale zastanowić się czym się chce karmić i czym kierować w życiu.

Często jesteśmy wykorzystywani tylko dlatego, że mamy dobre serce, że nie chcemy komuś robić krzywdy, a podobno szczęście sprzyja tym którzy umieją brać i dawać, umieją się upominać o swoje? Stanie w swojej prawdzie.

Pojęcie prawdy jest bardzo ważne. I prawda do której ja się odnoszę, która wydaje mi się bardzo ważna to „stawiaj siebie zawsze na pierwszym miejscu, ale nie krzywdź innych”. Czasem trzeba poszukać takiego złotego środka. Czasem gdy czegoś potrzebuję zastanawiam się co czuję. Ale także czy będąc bardzo empatyczną, czy nie odpuszczam czegoś ważnego dla siebie? Tutaj jest kwestia złożona i trzeba by się bardziej wszechstronnie zastanowić i kiedy? Bycie orędownikiem własnej prawdy jest bardzo potrzebne i na pewno nas to zaprowadzi daleko w naszej ścieżce życiowej, ale prawda ta nie może być mieczem dla kogoś lub przeciwko komuś. Musi się obchodzić z prawdą jak z sacrum, czymś świętym w nas. I wcale nie musimy całemu światu ogłaszać tego, że teraz to ja chcę to i tamto. Nasza prawda może być bardzo cicha i pokorna i wtedy tym bardziej może pracować na rzecz pilnowania i stawiania naszych granic. Robi się przejrzysta przestrzeń na to co w nas. Widzę to metaforycznie.

Nasza prawda służy naszej świadomości. Jeśli widzimy i mamy świadomość, że coś jest nie tak, to już jesteśmy na wygranej. Czy my w ogóle musimy interweniować, czy po prostu możemy lepiej zadbać o siebie niż tworzyć konflikty, co może nam nie służyć. Ważne mieć na oku swoje granice, prawdę i swoją ścieżkę i mieć zaufanie do tego, co się czuje. Nie lekceważyć tego cichego głosu w sobie, który widzi że coś jest robione wobec nas nie tak.