Psychologia

Mama zawsze jest kozłem ofiarnym. To, jakie będą jej dzieci zależy od tego, jak ona je traktuje i jak ją traktują mężczyźni

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
17 sierpnia 2021
fot. Nadezhda1906/iStock
 

Wewnętrzne dziecko dzieli się na: dziecko cienia i dziecko słońca. Im więcej krzywd doznaliśmy w okresie dzieciństwa, tym częściej dziecko cienia dochodzi do głosu w naszym dorosłym życiu. Często ze strachu sabotując nasze działania, utrudniając życie, psując relacje, blokując nas. Dziecko słońca to to szczęśliwe, bezpieczne, beztroskie i uśmiechnięte dziecko. Jeśli czuliśmy się jako dzieci w pełni akceptowani, kochani przez swoich rodziców, to nasze dziecko słońca dominuje. Czyli mamy poczucie wartości na odpowiednim poziomie. Czujemy się bezpiecznie w świecie zewnętrznym. Jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata. Potrafimy ufać innym.

Niestety nawet w pozornie dobrych rodzinach czegoś było za mało lub za dużo. Nie istnieją idealni rodzice, którzy nie popełniają błędów wychowawczych.

Agnieszka W Sioła i Księżycowy Koralik – pogaduchy. Agnieszka: Tę rozmowę już od dłuższego czasu prowadzimy na komunikatorze. O czym? O tym, jak nasze dzieciństwo rzutuje na nasze postrzeganie świata, sytuacji w życiu. Jak wpływa na relacje, związki, nasze reakcje? Jak odbieramy przez ten pryzmat nasze otoczenie? Postanowiłyśmy spisać te przemyślenia dla was wszystkich, bo doszłyśmy do różnych ciekawych wątków i przemyśleń. Być może dla wielu z was będą ważne i zarezonują. Dadzą wam odpowiedź na meczące was wewnętrznie pytania, a być może staną się początkiem procesu zrozumienia i transformacji.

A: Dlaczego kobiety bywają bardziej krytyczne wobec swojej płci? Skąd męski szowinizm? Skąd skrajny feminizm? Skąd brak obiektywizmu w ocenie? Dlaczego tak łatwo nam oceniać innych. Skąd skrajności poglądowe?

K: Ostatnio w myślach zadawałam sobie te pytania. Różne są sytuacje w życiu osobistym i w najbliższym otoczeniu. Zaczyna się zawsze od pytań: dlaczego tak jest? Po co? Czemu ja jestem taka? Czemu on lub ona jest taki? Czemu tak się zachowuję? Czemu tak czuję? Czemu tak myślę? Czemu tak reaguję? Jestem osobą wysoko wrażliwą i analizowanie wszystkiego od zawsze było dla mnie normą. I sprzyjało rozumieniu. Przede wszystkim siebie, ale też i innych, poznawaniu genezy zachowań, reakcji.

Często zastanawiało mnie, dlaczego, kiedy związek dwojga ludzi się rozpada, to ludzie z otoczenia pary próbują szukać winnego? Skoro nie byli z nimi 24h na dobę, to po co to ocenianie? Żeby poczuć się lepiej? Żeby odwrócić uwagę od siebie? Dokładnie wiemy, że można skrzywdzić kogoś złą oceną sytuacji, gdy jesteśmy tylko okazyjnymi obserwatorami, że sytuacja od wewnątrz może zupełnie inaczej wyglądać, niż od zewnątrz. Zwłaszcza, gdy na naszą obserwację jest nakładany filtr uprzedzeń z dzieciństwa, przekonań, żalu, traum nieprzepracowanych. To wszystko sprawia, że ocena jest tylko odzwierciedleniem naszej, często smutnej, rzeczywistości, czasami też skrywanej zazdrości…

A: Ludzie z zewnątrz oceniają nas i doradzają. Każdy z poziomu własnego bólu i często nieprzepracowanych przekonań. Wielu z nas w to idzie. Co powie koleżanka, przyjaciółka? Co radzi? I za tym idziemy, nie słuchając własnego głosu i siebie. Tylko kogoś z zewnątrz. Nasi rodzice też, nie znając nas i naszych partnerów, sytuacji w domu, nie są w stanie nam pomóc. Odpowiedzi są w nas.

Ale ja chcę dzisiaj sięgnąć z Tobą głębiej. My, jako dzieci, oceniamy naszych rodziców. Za to, że się rozstali, oceniamy ich wybory, zachowania, to, jak nas wychowali. Gdzieś w tym wszystkim pojawiają się także nasze fobie, często własna i to bardzo surowa samoocena. Szczególnie kiedy spotykamy w życiu partnera i pewne jego zachowania przypominają nam doświadczenia z dzieciństwa. Jakiś żal lub wkurw, który projektujemy już na partnera w życiu dorosłym, a przecież to nie o niego tu chodzi, a o nasze nieprzepracowane sytuacje, zdarzenia z dzieciństwa.

K: Nasze uprzedzenia do danej płci, to nic innego jak często jakiś nieświadomy żal do ojca lub do matki, czyli: Mama = Kobiety
Tata = Mężczyźni.

Podam kilka przykładów. Dziewczynka ma mamę i tatę. Tata odchodzi, gdy dziewczynka ma 3 lata, a mama wychowuje dziewczynkę samotnie. Wiadomo, wychowanie łatwe nie jest, szczególnie samotne, kiedy nie zawsze jest kolorowo.

Co się dzieje w głowie tej dziewczynki gdy dorasta? Są dwie opcje. Chowa uraz do mężczyzn, bo tata odszedł lub ma ukryty żal do mamy, że tata je zostawił. Że to jej wina, że go nie zatrzymała. Gdy dorasta bez niego, nie wie jaki on by był naprawdę, więc może w myślach go idealizować. Mama jest codziennie i jest tylko człowiekiem pełnym słabości, które dziecko widzi. Lecz zmysł przetrwania każe córce wypierać ten żal, ponieważ jest z mamusią i jest od niej uzależniona. Mama jest jedyną obecną osobą w jej życiu, jest jej potrzebna do przetrwania, do kochania, do przytulania, ale gdzieś głęboko tli się ten żal, że pozwoliła odejść tacie, że rodzina jest niekompletna, że brakuje tatusia w domu. Nadal kocha swoją mamusię, bo dziecko kocha zawsze. Jest nieświadoma swego żalu i zaczyna przelewać go na inne kobiety.

A: Wejdę Ci w słowo. Przelewanie żalu na inne kobiety, bo odebrały jej ukochanego tatusia, na mamę, że nie była dosyć wystarczająca. Zaczyna się hodowanie “programu” zwanego nienawiścią do innych kobiet.

K: Tak, obarczając winą właśnie je: za rozpady związków, za problemy. Jednocześnie usprawiedliwiając mężczyzn. Bo kobieta powinna to, tamto, a mężczyzna jak nie bije, to w sumie zły nie jest. Nie szlaja się, czego w ogóle Ty kobieto chcesz? Poprzewracało Ci się w d…. Więc pewnie kobieta przesadza i wymyśla różne argumenty przeciwko niemu. A facet biedny, nie dziwne że odchodzi, bo nie jest w stanie wytrzymać nagonki na siebie.

A: Tutaj robi się błędne koło. Bo jeśli nasza mama cały czas dogryza ojcu, wini go za wszystkie niepowodzenia w życiu, to sama ma swoje nieprzepracowane traumy i przekłada je na partnera, a naszego ojca.

K: Tak. Matka również podsycała w oczach córki nienawiść do kobiet. Bo tatuś odszedł do innej. Dziewczynka ma nałożony ten cały filtr przekonań. A takich dziewczynek jak ona jest znacznie więcej, więc od tych dziewczynek, które już są kobietami. idzie krytyka, ukryta wrogość, chęć zrzucenia winy. A kto jest winny? Przecież nie facet. Tylko te skrzywdzone dziewczynki – teraz kobiety. Powtórzę, nie da się w ten sposób nikogo ocenić, lecz one to robią i winny jest tu ten nałożony na ich myślenie filtr. Tu życie można porównać do ringu, na którym zawodnikami jesteśmy my, widownia to znajomi bliżsi, dalsi. Często, gdy dochodzi do rozstania, pojedynkujemy się na winę. Kto więcej zawinił? I o wybraniu swojego faworyta, decyduje filtr przekonań oraz uprzedzeń. I nawiązując do tego, o czym mówiłam, dla tych skrzywdzonych dziewczynek na widowni, w pojedynku na winę wygra kobieta.

Ja wyznaję zasadę: nie chcesz być oceniany, nie oceniaj. Bo jaka jest prawda, wiedzą wyłącznie sami zainteresowani. Meblami w ich domu nie jesteśmy. Wszystko, co jest skrajne, jest bardzo często odbiciem zaburzeń, w relacjach z rodzicami i wcale tu nie muszą być zaburzenia patologiczne.

A: W moim domu odszedł tata. Pewnie do innej, ale do dzisiaj tego nie wiem. Robił to, co uważał, że jest dla niego ważne. W tym samym czasie, kiedy rodzice się rozchodzili, bardzo chorowałam. Głównie drogi oddechowe. Dzisiaj totalna biologia mówi o tym, że z powodu dusznej, nie do wytrzymania atmosfery w domu. Abym nie oglądała tego, co się dzieje w domu i też z powodu lekarzy, którzy już nie wiedzieli jak mnie leczyć, mama wywiozła mnie do dziadków. Przestałam chorować. Ale ból utraty dwojga rodziców był nie do wytrzymania. Nie miałam ani mamy, ani taty. Mimo kochających dziadków, czułam się jak sierota. W szkole zazdrościłam wszystkim, że mają mamę przy sobie, a tato był już w ogóle jak złoty Graal. Mama przyjeżdżała do mnie od czasu do czasu, bo musiała pracować, aby nas utrzymać. Czekałam na nią jak na gwiazdkę, jednak traumą dla mnie były jej wyjazdy. Chowałam jej rzeczy, żeby nie wyjeżdżała, buty, rzeczy osobiste. Dla mnie to był dramat nie do opisania. Serce mi pękało, a ona usypiała mnie i w nocy wychodziła.

Do dzisiaj nie mogę sobie dać rady ze sobą, kiedy wyjeżdża mój partner, mimo że wiem, że nie jest to nic złego, ale nie mogę patrzeć jak się pakuje. Wiele z zachowań mojej mamy w stosunku do kobiet i wpajania mi, że kobiety niszczą i zabierają partnerów, wpisałam w siebie. Przez bardzo wiele lat unikałam kobiet, koleżanek, przełożonych kobiet, ciężko było mi znaleźć przyjaciółkę. Nie akceptowałam siebie jako kobiety, bo siebie nie widziałam. Każdą kobietę od razu negatywnie oceniałam i czasami niszczyłam. Każda była z góry dla mnie rywalką. Tak przez lata niszczyłam siebie.

Czułam się bezpieczniej z mężczyznami. Chwalili, podziwiali, byli dobrzy. Z czasem zaczęłam szukać prawdy o moim tacie, dlaczego odszedł? Wiele się dowiedziałam i po czterdziestu latach odnalazłam rodzinę z jego strony, która mnie bardzo serdecznie przyjęła. Natomiast rozpoczął mi się proces oceniania i krytykowania mojej mamy za to, że nie umiała utrzymać związku i doprowadziła do rozwodu. A przecież ten tata chyba nie był taki zły? No i w konsekwencji rozpoczęłam u taty proces jego gloryfikowania. Już po jego śmierci.

K: No właśnie, projektujesz swój dziecięcy strach w dorosłym życiu. Twoje wewnętrzne dziecko zawiesiło swą uwagę na tym, co bolało je najbardziej. Na tych traumatycznych chwilach. Teraz, gdy ktoś bliski wyjeżdża, pakuje się, to zranione wewnętrzne dziecko budzi się i przejmuje kontrolę nad Twoimi reakcjami, uczuciami. Dlatego tak ważna jest praca z wewnętrznym dzieckiem, aby dać mu uwagę, wysłuchać, zrozumieć, przetłumaczyć, że już nie ma się czego bać. Że jesteś Ty i dajesz tej małej Agusi to, czego jej zabrakło. Sama świadomość, że nasze reakcje często są wynikiem nieprzepracowanych traum. Że to nasze wewnętrzne dziecko w sytuacjach stresowych dla nas dochodzi do głosu, a stresowe są też często dlatego, ponieważ kojarzą się z jakimś niemiłym wspomnieniem lub traumą.

Jeśli chodzi o tatę natomiast, to dzieci często mają potrzebę widzieć w rodzicu bohatera. Gorzej jest, gdy bohaterowie stają się tymi, co zadają ból, a to odwrotność bohatera. Bohater broni, ochrania, ratuje. W wypadku, kiedy to obecna przy dziecku mama zadaje ból, a tata jest po prostu nieobecny, to łatwiej go usprawiedliwić, ponieważ nie widzimy jego wad, błędów, które popełnia. Możemy stworzyć w głowie jego wyidealizowany obraz.

Dziecięce serduszko szuka sposobności, by jakoś usprawiedliwić rodzica. Mamy wielką potrzebę miłości. Chcemy czuć przynależność do rodziny. Gdy dostałaś wreszcie taką sposobność, zostałaś ciepło przyjęta przez rodzinę taty i naturalną reakcją była próba usprawiedliwienia ojca w swoich oczach. I to przełożyło się też na Twoje relacje.

Dlatego w mama jest wzorem u nas kobiet, a tata mężczyzn. Mamy taką naturę, że szukamy winnych. Jako dzieci często obwiniami też siebie, później też szukamy winnych poza sobą i pada na mamę. Mama to kozioł ofiarny, a jest nim, bo sama tak została zaprogramowana, że dała Ci tyle, ile sama mogła i miała. My oddajemy innym miłość, którą mamy w sobie, ile mamy, tyle oddamy. Więc w Twojej dorosłości podświadomie winisz ją, jednocześnie usprawiedliwiając tatę. To ma przełożenie na życie osobiste. Boisz się stracić tego tatusia jeszcze raz.

Więc też usuwasz zagrożenia lub jesteś wrogo nastawiona do kobiet, które przyczyniły się do tego, że tego taty nie było. Boisz się, że ta sytuacja się powtórzy, a raczej nie Ty, tylko Twoje wewnętrzne dziecko.

PAMIĘTAJMY! JUŻ SAMA ŚWIADOMOŚĆ TYCH ZALEŻNOŚCI DAJE NASZEMU UMYSŁOWI INFORMACJĘ – „EJ CHYBA NIE JEST JEDNAK TAK GROŹNIE”. Im bardziej jest to utrwalane, tym samym w sytuacjach potencjalnie stresowych dla naszego wewnętrznego dziecka, zaczyna być prowadzony dialog między nami dorosłymi, a wewnętrznym dzieckiem w stylu „chyba przesadzasz troszkę, to nie jest taki dramat jak ci się wydaje, nic złego się nie dzieje, on nigdzie nie ucieknie, nie zostawi cię, on cię przecież kocha, jesteś bezpieczna.” W końcu zaczynamy w to wierzyć.

A: A co z mężczyznami? Dlaczego mężczyźni nienawidzą kobiet?

K: Właśnie. Szowinizm męski. W tym przypadku może tak być, że chłopiec ma ukryty żal do mamy. Kilka dekad temu zupełnie inaczej wyglądało wychowywanie dzieci i nie było tyle świadomości i wiedzy potrzebnej, by wychować człowieka, który będzie miał poczucie własnej wartości na odpowiednim poziomie. Czasy też łatwe nie były, ludzie zastraszeni w trosce o swoje dzieci, często nieświadomie podcinali im skrzydła. Powtarzane były komunikaty w stylu „dzieci i ryby głosu nie mają”. Gdy dziecko było żywe, niesforne i rozbrykane to uważano to za wadę i gaszono zapał, bo było zbyt krnąbrne, a powinno być grzeczne i spokojne. Zamiast zobaczyć potencjał, zamiast zachęcać, mówiono: lepiej tego nie rób, bo się nie uda.

Gdy to mama podcinała wiecznie skrzydła chłopcu i gdy mama do tego była tą chłodniejszą w odbiorze niż ojciec, to chłopiec czuł się gaszony, pomijany i niepotrzebny. Nie dość ważny. Chłopiec ciekawy świata, który chciał się rozwijać, doświadczać życia, szukać pasji, a jego dziecięcy ogień był gaszony właśnie przez mamę, którą kochał. Taki chłopiec kochał ją tak samo, ale była w nim złość na to gaszenie ognia w nim. Na ograniczanie wolności i pomijanie, na traktowanie niepoważnie jego potrzeb, uczuć, bo przecież każdy chce być traktowany poważnie. Czy to dziecko, czy dorosły. W tym układzie to ojciec właśnie jest lepszym partnerem dla synka. Dziecko dorasta z tym żalem nieuświadomionym, poczuciem że kobiety chcą zabierać wolność, że chcą tresować facetów. Że są chłodne, wyrachowane, zaborcze, kastrują innych mężczyzn. Unikają z nimi poważnych rozmów, trudnych rozmów, bo z kobietami nie rozmawia się na poważne tematy. Relacja z mamą jest często przekładana na relacje z kobietami. Mama jest pierwszą kobietą w życiu chłopca. I podkreślę, że mama też robi to w dobrej wierze i z miłości. Mama jest po prostu nieświadoma, jakie mogą być tego konsekwencje, w jego dorosłości.

A: Tyle, że my sami wybieramy sobie takich samych partnerów, jak nasi ojcowie co odeszli lub mamy, które kastrują swoich partnerów i synów.

K: Tak, po pierwsze dlatego, że to dla nas obraz normalności, a dziecko nie wie, że może być inaczej. Odbiera rzeczywistość wokół jako normalność. Myśli, że tak musi być. To jest programowanie. Dlatego ojcowie córek powinni sami siebie obserwować, chcąc dla nich dobrych w przyszłości mężów czy partnerów. Wysoce prawdopodobne, że córeczka będzie szukała w mężczyznach cech swojego ojca. Podobnie jeśli chodzi o synów. Synek będzie nieświadomie szukał mamusiowych cech w przyszłej wybrance serca. Po drugie nasze wewnętrzne dziecko, chce wrócić do przeszłości, by może wreszcie wyżebrać trochę więcej miłości dla siebie, by też odtwarzać dzieciństwo w swoim dorosłym życiu. Paradoksalnie dzieci które doświadczyły niebezpiecznych chwil, będą ich szukać, bo w nich odnajdują bezpieczeństwo. Bo to jedyne co znają.

A: A co z poczuciem wolności w związku? Miłość to wolność. A sami boimy się ją sobie dawać i innym, bo wydaje nam się, że ktoś nam ucieknie lub nas oszuka.

K: Wolność jest dla nas prawie najważniejsza. Gdy chłopiec dorasta z poczuciem, że to właśnie kobiety odpowiadają za zabieranie tej wolności, to jest to tak głęboko zakorzenione, że on nawet nie jest świadomy, że to jest przekonanie fałszywe, oparte na wgranym programie z dzieciństwa. Wiele jest też zależności w obserwacji relacji swoich rodziców, bo nie zawsze za jakąś niechęcią schowany jest żal. Często relacja naszych rodziców jest pozornym wzorem normalności, np.: jeśli ojciec traktuje mamę bez szacunku, to wysoce prawdopodobne będzie, że synek swoje kobiety będzie traktował tak samo, a córka będzie dawać się traktować tak samo, jak tata traktował mamę.

I tu dochodzimy do trzeciego wątku. Skrajny feminizm to też wynik żalu do ojca o to, jak traktował matkę. Projektujemy ten żal na innych mężczyzn. Kobiety tak się boją odtwarzania obrazów z dzieciństwa, wejścia w swoje wewnętrzne dziecko, że z góry za wszystko obwiniają mężczyzn, zanim ci je zranią.

Małe dziecko można porównać do nowego komputera. Rodzice wgrywają oprogramowanie, ale też to oprogramowanie musi być kompatybilne z nami jako dziećmi. Do jednego dziecka przypasuje system taki, a do drugiego inny. Każde dziecko ma inną wrażliwość, inne potrzeby, inaczej widzi świat. Rodzica zadaniem jest obserwacja i dopasowanie oprogramowania do potrzeb malucha. Teraz mamy dużo możliwości, by wychowywać świadomie, a kiedyś to było utrudnione. I tu winnych nie ma, bo każdy miał swoje zaplecze, swoje blokady, swoje programy. Stąd te nasze dziwaczne, czasami irracjonalne zachowania. Teraz możemy świadomie resetować ustawienia fabryczne poprzez baczną obserwację siebie. Podróż w głąb siebie. Podróż w czasie. Zobaczenie tego co nas zblokowało. Zrozumienie tego. Wyrażenie emocji z tym związanych. I odblokowanie.

A: Jeszcze chcę dopytać o rodziców. Istnieje pogląd, że sami sobie wybieramy rodziców, zanim przyjdziemy na świat. Możemy mieć wiele pretensji, co do ich sposobu wychowania, ale nie możemy ich oceniać, bo kierowali się tym, co mieli do dania najlepszego, jakimi dysponowali na ten czas zasobami, aby nas jak najlepiej wychować. Najczęściej też korzystali z „dobrych rad” oraz z własnego czucia i doświadczeń. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wybieramy sobie rodziców takich, jakimi sami nie chcielibyśmy być…

K: To nasza dusza wybiera. My doświadczamy. Mamy swoje lekcje do przepracowania. Z pokolenia na pokolenie jest jednak troszkę lepiej. Ewoluujemy. Mamy coraz więcej świadomości. Rozwijamy się duchowo. Ja w swoim życiu zaliczyłam obie opcje, jeśli chodzi o uprzedzenia. Krytykowałam kobiety przez relację z moją mamą i jej relacje z ojcem. Potem mężczyzn przez to, jaki ojciec był dla mojej mamy. Gdy zrozumiałam wszystko, poczułam, że nie może być tak, że kobieta kobiecie wilkiem, że powinnyśmy się wspierać, jednoczyć, niestety troszkę poszłam z tym w drugą stronę.

Teraz staram się wyzerować. Staram się zrozumieć każdego, bez względu na płeć. Bowiem każdy został jakoś zaprogramowany. Jeśli sobie to uświadomimy, to myślę, że mamy szansę na lepsze życie, reset ustawień fabrycznych. Powrót do Miłości. Bo tym jesteśmy. Miłością. Ale żeby się do niej dokopać, trzeba usunąć wszystkie nałożone na nas toksyczne programy. Pokochać siebie prawdziwie. Zaakceptować siebie. Akceptując siebie, akceptujemy innych. Bez oceniania, krytykowania. Ze zrozumieniem. Kochając siebie, jesteśmy w stanie prawdziwie kochać innych. To jest tzw. powrót do źródła, w którym wszystko się zaczęło, byliśmy światłem. I nadal mamy szansę nim być! Miłość to Światło.

A: Powiedz jeszcze, kim jest wewnętrzne dziecko? Jak je odnaleźć?

K: To jesteś Ty. Mała Aga. Składowa Ciebie. Twórcą teorii wewnętrznego dziecka jest John Bradshaw. Teoria mówi, że urazy i krzywdy z dzieciństwa rzutują na całe nasze życie. I tak faktycznie jest. Wewnętrzne dziecko dzieli się na: dziecko cienia i dziecko słońca. Im więcej krzywd doznaliśmy w okresie dzieciństwie, tym częściej dziecko cienia dochodzi do głosu w naszym dorosłym życiu. Często ze strachu sabotując nasze działania, utrudniając życie, psując relacje, blokując nas. Dziecko słońca to to szczęśliwe, bezpieczne, beztroskie i uśmiechnięte dziecko. Jeśli czuliśmy się jako dzieci w pełni akceptowani, kochani przez swoich rodziców, to nasze dziecko słońca dominuje. Czyli mamy poczucie wartości na odpowiednim poziomie. Czujemy się bezpiecznie w świecie zewnętrznym. Jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata. Potrafimy ufać innym. Niestety w rzeczywistości to nawet w pozornie dobrych rodzinach dzieci doświadczały, że czegoś było za mało, lub za dużo. Nie istnieją bowiem idealni rodzice, którzy nie popełniają błędów wychowawczych.

I już to „za dużo” lub „za mało” może być urazem czy traumą. Wewnętrzne dziecko to suma doświadczeń, które odcisnęły na nas swoje piętno w dzieciństwie. Chodzi o te negatywne, jak i pozytywne. Często nie jesteśmy ich świadomi, lecz one tkwią gdzieś głęboko w podświadomości zakopane. Trzeba je odkopać. Nasze wewnętrzne dziecko robi bardzo dużo, by przeżytych w dzieciństwie złych doświadczeń nie przeżyć znowu. Wewnętrzne dziecko wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości. Brak wiedzy o naszym wewnętrznym dziecku jest źródłem problemów w związkach. Jesteśmy nieświadomi, że w kłótniach najczęściej biorą udział właśnie nasze wewnętrzne dzieci. Mogłabym pisać o tym bez końca. Obszerny to temat.

Polecam dwie książki, które zmieniły moje życie. „Odkryj swoje wewnętrzne dziecko” Stefanie Stahl i „Powrót do swego wewnętrznego domu” Johna Bradshaw. To powinna być lektura obowiązkowa dla każdego. Uświadomienie sobie swoich ran, akceptacja swoich uczuć, w tym złości i żalu. Okazanie zrozumienia sobie. To wszystko ma uzdrawiającą moc zmiany schematów myślowych, uprzedzeń i lęków.

A: Dziękuję Ci za podzielenie się swoją wiedzą. Kochajmy swoje wewnętrzne dziecko, odwiedzajmy je i pytajmy czego potrzebuje!


Psychologia

„To jedyna karma, której nie można przepracować w 100%. Szczególnie popularna w Polsce?”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
26 sierpnia 2021
fot. mikkelwilliam/iStock
 

Coraz więcej ludzi budzi się. Szuka czegoś więcej niż tylko codziennej bieganiny, shoppingu. Nie chce już zamartwiania się o jutro i strachu przed przeszłością, aby ponownie go nie dopadła. Ostatni rok ograniczył nas i wyzwolił myśli, które dotąd skrzętnie ukrywaliśmy pod stołem, dywanem. Chcemy czegoś innego. Innego życia, bardziej tego, co jest nam bliskie, a nie tego, co kreują wszelkie media.

O lęki i karmę pytam znaną numerolożkę Olgę N Stępińską.

Olga, czy nie uważasz, że pandemia wyzwoliła w ludziach lęki, których sobie nie uświadamiali? Że ten czas w odosobnieniu, zdaniu się na siebie i strachu przed innymi ludźmi spowodował nasilenie się naszych fobii? Konfrontację z naszymi wewnętrznymi piekłami? 

Uważam, że COVID zrobił taką robotę, że ludzie zostali zamknięci sami ze sobą i to był czas, aby spojrzeć na siebie, na to, co robią i co się wokół nich dzieje. Wystraszyli się. Szczególnie kiedy skonfrontowali się ze sobą i swoim cieniem.

Bo co się działo przed COVIDEM? Byliśmy ciągle zajęci lub sobie te zajęcia na siłę wyszukiwaliśmy. Nie mieliśmy czasu dla siebie. A tu dom, dzieci, praca, rodzina, zakupy i spać. A teraz przyszedł czas na refleksję, bo zostaliśmy zamknięci w swoich domach. Więc, to był bardzo dobry czas, aby zobaczyć co w nas?

U mnie COVID spowodował, że mam trzy razy więcej klientów i brak czasu dla siebie, bo ludzie zaczęli się budzić i szukać odpowiedzi na swoje życie. Chcą przepracować to, co nie działa, aby być lepszym, zdrowszym, szczęśliwszym.

 A jak można z Tobą pracować z lękiem? Jak się wyzwolić z kołowrotka natrętnych myśli i lęków?

Pracuję dwutorowo. Terapeutycznie na poziomie głowy, gdzie tłumaczymy sobie różne rzeczy. A drugą ścieżką na poziomie energii. Czyli dokładamy sobie medytacje, afirmację. Jednak to co najważniejsze, to uświadomienie sobie tych lęków. Czego się boimy? Najgorzej jest jak ktoś się boi rozpocząć pracę z lękiem. Czyli boi się siebie. Zapewniam, że można się przestać bać i wcale nie trzeba robić tego siłowo. Jest bardzo wiele możliwości, które w delikatny, ale skuteczny sposób zbudują w nas poczucie bezpieczeństwa i spokoju.

Czego się boją Polacy?

Polacy mają dość niskie poczucie własnej wartości. To jest taki worek, nawet puszka Pandory, która powoduje dużo trudności w naszym życiu. Mamy lęki, że jesteśmy nie dość dobrzy, za grubi, za chudzi i że np. nie damy sobie rady. To bardzo nas ogranicza.

A: A po co nam lęk?

O: Lęk jest po to, aby nas uzdrowić, wyzwolić i oczyścić, chronić nas. Tak, są lęki, które nas chronią, np. żebyśmy nie wpadli pod auto, nie poparzyli się, nie stracili wszystkich pieniędzy. Jesteśmy ich uczeni przez rodziców, opiekunów. Racjonalne podejście. Jest to wpisane w nasze życie. Jednak najwięcej jest tych, kiedy się boimy o przyszłość lub o to, aby nie wróciła przeszłość. Więc najważniejsze jest, aby uczyć ludzi skupiać się na tym co tu i teraz. Żyć w teraźniejszości. Dlatego mówi się: proszę się uspokoić i oddychać. Uspakajać się.

Ponadto tak ważne jest, aby umieć nazwać lęk. Bo najbardziej się boimy, że sobie z czymś nie poradzimy. Jak już się nazwie ten lęk, wówczas mamy cały wachlarz narzędzi co można z nim zrobić. Najprostszą formą jest nauka oddychania. Oddech daje nam poczucie w byciu tu i teraz. Jest to odwrócenie uwagi od problemu, bo koncentrujemy się na oddechu, a nie na lęku.

Olga, pracujesz z karmą. Często mówi się, że karma wraca. Co Ty na to? Wraca? Czym jest karma?

Karma to nie kara, a informacja. Wiedza – co mi jest? Powiem tak – jak widzę u kogoś karmę, to mogę mu pomóc w zrozumieniu swoich lęków ukrytych. Lęków, które dana osoba czuje, że się dzieją, ale są nieuświadomione. Ludzie mają tendencję do tego, aby się bać. Nawet gdy nie mają karmy, to też się boją. Ludzie boją się zobaczyć co im jest. Albo mówią, że boją się wszystkiego. Często się pytam jak „zalękniała” cię mama? Bo jeśli jedziesz na kolonię i mama mówi: uważaj, aby nikt cię nie okradł, to uważasz na pieniądze i rzeczy. A kiedy powie: uważaj, bo licho nie śpi, to boisz się wszystkiego. Dlatego, kiedy pracuję z lękiem u ludzi, to punktem zwrotnym jest uświadomienie sobie tego, czego ten człowiek się boi.

Spotykam się często z karmą 26. Szczególnie widzę ją w korporacjach. Czy nie uważasz, że w Polsce ta karma może być szczególnie popularna?

Karma 26 to problemy ze zdrowiem, noszenie czyichś ciężarów. To jest karma ciała i niewolnictwa. Może tak być. Przecież przez wieki Polska była w okresie wojennym i w braku suwerenności. I myślę, że gdy odradzamy się w rodach, które kiedyś były wojownikami, żołnierzami, to dostajemy tę karmę. Często dostajemy ją w nazwisku rodowym. Karma 26 to karma niewolnika, który musi ciężko pracować i nic z tego nie ma, lub żołnierza, który musi wykonywać rozkazy. On ma jako żołnierz wielkie możliwości, bo ma karabin, ale nie może nic sam zrobić, bo jest uzależniony od rozkazów, które musi wykonywać. I jeśli tak podejdziemy, to rzeczywiście wiele osób w Polsce może mieć karmę 26. Ten przysłowiowy żołnierz działał na czyjeś zlecenie i ryzykował sobą i swoim ciałem, mimo że się nie godził w środku na wiele, to jego zdanie w ogóle nie było brane pod uwagę.

Porównuję to do korporacji, dlatego że robimy, co nam każą, bez udziału naszego głosu. Dostajemy często zapłatę, która nie jest satysfakcjonująca. Stres, parcie na wyniki, wysługiwanie się nami, praca po nocach i kosztem naszego zdrowia i rodziny. Karny posłuch. A do tego ciągły strach, że możemy tę pracę stracić. Dla niektórych to jak utrata życia. Tak to widzę. Czy można tę karmę przepracować?

To jest jedyna karma, której nie można przepracować w 100% w tym życiu, bo ona obciąża to konkretne ciało. Ciało takiej osoby jest przede wszystkim bardzo delikatne i wrażliwe. Natomiast z tej karmy można zrobić pożytek.

Wiem, bo w moim portrecie numerologicznym jest także karma 26. Dlatego mam dużą uważność na ciało. Jestem też Mistrzynią Reiki, więc gdy ktoś przychodzi do mnie na zabieg, to potrafię zeskanować jego ciało na siebie. Tak długo pracowałam z ciałem, że dzisiaj jest ono moim przyjacielem. Trzeba uważać na sygnały jakie płyną z ciała, co chce nam powiedzieć. To jest karma, która do końca życia jest z nami. Objawia się poprzez wrażliwe ciało, a także poprzez wchodzenie w pracę niewolniczą. Może być także związana z lekoopornością. Gdy zaczynamy chorować, to mało co nam pomaga, biegamy od lekarza do naturopaty, a czasem i do szamana i nic. Jako dziecko bardzo często chorowałam i lądowałam regularnie w szpitalu, złamania, bóle brzucha. Nikt nie wiedział co mi jest.

Można też przejąć tę karmę wchodząc w związek z osobą o nazwisku z karmą 26. Wówczas może dochodzić nawet do pobić i do przemocy psychicznej. Tutaj taka ciekawostka, że karma 26 może nie dotyczyć bezpośrednio chorego. Weźmy taki przykład: rodzi się nam np. dziecko z Zespołem Aspergera i co ciekawe samo dziecko nie ma tej karmy, ale wszyscy wokół niego w rodzinie mają. Matka, ojciec, brat, a chore dziecko nie. Jaki z tego wniosek? Lekcje karmiczne będą odrabiać całą rodziną.

Wejdę Ci w słowo. Ja także mam karmę 26 i długo nie rozumiałam, dlaczego ludzie się mną wysługują, wykonuję pracę ponad moje siły i często choruję na drogi oddechowe. Standardowe leki na mnie nie działają, nie mam gorączki i zawsze inaczej przechodzę choroby niż inni😊. Dzisiaj wiem, że gdy choruję, to coś się dzieje wbrew mojemu ciału, mojej osobowości. Wtedy zaczynam szukać w sobie, o co chodzi? Powiedz czy są inne karmy?

Tak! Karma to super temat. To informacja o swoim życiu. W portretach numerologicznych wychodzą karmy, czyli informacje, jak pracować z nią, np.: karma 13 dotyczy trudności z pieniędzmi i obfitością, 14 z problemem utrzymania wierności, choć czasem bywa, że człowiek nigdy nie zdradził, a ciągle jest posądzany o zdradę😊. Może być też bardzo zazdrosny.

Właśnie dzisiaj rozmawiałam o takim przypadku, że człowiek ma karmę 14. Nigdy nie zdradził, ale jest bardzo zazdrosny o swoją partnerkę. Wynika to z lęku, że może być zdradzonym, a nie z tego, co zrobił w tym życiu. 16 to karma rodziny. To najtrudniejsza do opisania z karm, bo dzieje się na płaszczyźnie rodziny, czyli wszystko, co się dzieje w naszych relacjach z mamą, tatą czy rodzeństwem. Osoby z tą karmą często czują, że mają coś do przepracowania z energią rodu. Korzystają nie tylko z ustawień Helingera, ale też korzystają z innych metod. Karma 19 to szczególna karma. Karma władzy i mobbingu. Mało kto się do niej przyznaje. Bo albo to robi innym, albo sam na co dzień doświadcza. To jest taka karma zastępcy kierownika, który ma ludzi pod sobą i mają się go słuchać oraz nad sobą, których on musi słuchać. Sam jest wiecznie w konflikcie i frustracji. Generalnie doradza się takim osobom aby unikały sytuacji, w których będą lub mogą czuć się manipulowane. Z mojego doświadczenia wynika, że 13 i 19 można najłatwiej przepracować.

Olga, dlaczego numerologia? Przecież jesteś świetnym matematykiem i nauczycielem, czyli osobą która mierzy świat „szkiełkiem i okiem”, to co Cię do popchnęło do pracy z energią, medytacją?

Przez długi czas nie mogłam schudnąć, chorowałam i nie mogłam dać sobie z tym rady. Dopiero w numerologii zobaczyłam, że jest coś takiego jak karma ciała. Kiedy miałam 20 lat pojechałam do USA, gdzie poznałam mojego pierwszego nauczyciela medytacji. Od zawsze czułam, że jest coś więcej w życiu, jest inny świat niż ten materialny, którego doświadczamy na co dzień. Jako dziecko nie umiałam tego nazwać i określić. Dopiero wyjazd do Stanów i poznanie ludzi, z którymi mogłam o tym porozmawiać i pomedytować, pomogły mi wejść w ten bardziej nieznany świat. Miałam na tyle szczęścia, że mój szef na co dzień pracował z energią i nauczył mnie medytacji. Pokazał mi co to jest energia. Że nie to co widzimy, a to co czujemy. Z pewnością na tamten czas był moim przewodnikiem duchowym. Jeśli mam być szczera, niewiele z tego wtedy rozumiałam. Mimo, że byłam bardzo otwarta, to trzeba było czasu, aby tę wiedzę przyjąć i zrozumieć. Jednak momentem przełomowym w moim życiu, co spowodowało otwarcie się na numerologię i pracę z energią oraz medytacje, było poronienie dziecka. Nie rozumiałam wtedy, co się stało i dlaczego? Tłumaczenia lekarzy w ogóle do mnie nie trafiały, tym bardziej, że już jedno dziecko zdrowe urodziłam. Natomiast chciałam wiedzieć co się we mnie zadziało, że nie doniosłam drugiej ciąży. Wówczas zaczęłam szukać różnych odpowiedzi w sobie poprzez szamanów, medytacje i tak trafiłam na buddyzm i mojego obecnego nauczyciela.

To buddyzm, a numerologia?

Od zawsze liczyłam. Uwielbiałam matematykę, ale nie dlatego, że ktoś mnie jej nauczył, tylko dlatego, że sama ją rozumiałam. Odnajdywałam w niej bezpieczeństwo. W niej jest wynik, albo go nie ma, nie ma półśrodków. Co więcej, gdy byłam na studiach, to tata poszedł na kurs numerologii i zaczął mi o tym opowiadać. W końcu zaczęłam sama szukać szkoły numerologii dla siebie, aż trafiłam na szkołę Bogusławy Andrzejewskiej, która uczy metodą Gladys Lobos i opisuje całą naturę człowieka. Gdy zobaczyłam jak tworzy się portrety numerologiczne, tak zrozumiałam jak można pomóc ludziom.

No właśnie. Numerologia to nie tylko karmy, a przede wszystkim portrety numerologiczne. Wiedza o sobie, po co przyszła dana osoba na świat i jakie ma talenty i moce, jak może się rozwijać z dobrem dla siebie i innych. Ludzie nie rozumieją, że każdy z nas jest wyjątkowy i nie jesteśmy jedną, zbitą i bezkształtną masą, a mamy konkretne cele do realizacji w tym życiu.

Od zawsze wierzyłam w ludzi i w to, że w każdym człowieku jest indywidualny potencjał. Dlatego, od kiedy pamiętam, chciałam uczyć i przekazać ludziom wiedzę, po co dana dusza przyszła tutaj. Każdy portret jest inny i co wspaniałe w nim, to wiedza, po co tu jesteśmy? Że nie ma przypadku. I wszyscy, jeśli sobie na to pozwolimy, możemy odkryć, jaki mamy potencjał, nad którym możemy pracować i uwalniać go. I kiedy robiłam portret pewnej znanej osobie, to ona powiedziała „super, czyli nie trzeba chodzić na rękach, wystarczy na nogach i będzie lepiej, bo bardziej zgodnie z tym, co jest planem duszy”😊.

Dobrze byśmy byli świadomi swoich lekcji i cierpliwie je odrabiali. To trochę jak w szkole. W końcu dany przedmiot się kiedyś skończy. Popatrz, każdy z nas ma inną twarz, inne linie papilarne, wszyscy jesteśmy wyjątkowi i warto znać tę swoją wyjątkowość. Tworzyć swoje życie świadomie.

Uruchamiasz od października szkołę numerologii, wydajesz książkę. Powiesz coś więcej?

Uczyłam numerologii indywidulanie. Pojawiło się coraz więcej zapytań o kursy. Dlatego zorganizowałam w marcu tego roku kurs robienia portretów numerologicznych, który okazał się wielkim sukcesem. Więc zaprosiłam moich przyjaciół do pracy i stworzyliśmy szkołę, gdzie od października będziemy uczyć numerologii. W szkole najbardziej zadbamy o naszych studentów i oprócz numerologii pomożemy im odnaleźć się w świecie biznesu. Stąd zajęcia z marketingu, obsługi klienta, zarządzania, reklamy itd. aby móc tworzyć siebie na nowo. A książka? Redaguje się i okładka wybrana.

Olga serdecznie Ci tego życzę i wszelkich sukcesów i obfitości w nowym roku numerologicznym😊.

Nie lubię słowa obfitość – i ciągle o tym mówię – bo mam wrażenie, że obfitość to duże biodra😉. Ale pozostałe życzenia przyjmuję i z całego serca trzymam kciuki za Twoje projekty, Agnieszko. Dziękuję za rozmowę. Tulę wszystkich, którzy dobrnęli do końca😉.


Psychologia

Jakie kobiety kochają mężczyźni? Światła kierujmy na siebie – to my jesteśmy te wspaniałe!

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
13 sierpnia 2021
fot. LittleBee80/iStock – kobieta, miłość, szczęście

Podobno każdy facet marzy o Ferrari, ale jak dostanie Forda to też go będzie kochał i pieścił. A my cierpimy, bo ogląda się na ulicy za piękną, długonogą blondynką z falującym biustem. I od razu nam się ciśnienie podnosi, że nie jesteśmy takie, że pewnie gdyby mógł, to już by za nią poleciał i na pewno w skrytości marzy o niej. W głowie od razu przechodzimy do własnej krytycznej samooceny nie zostawiając na sobie suchej nitki. Ale też dla lepszego samopoczucia oceniamy „JĄ”.

Tak, w naszym stylu „miała krzywe nogi” lub „na pewno zrobiona” i zaczynamy w sobie hodować „robaka” wewnętrznego, który podpowiada nam różne chore scenariusze. A przy najbliższej okazji naszemu ukochanemu staramy się dogryźć i pokazać, kto tu jest królową w jego życiu, aby już za żadną się nie obejrzał. Błąd. To oddawanie swojej mocy i pokazanie swojej niskiej samooceny.

Facet jest wzrokowcem, obejrzy się i za ładną kobietą i za fajną furką. A jednak to nas wybrał i dla nich to MY jesteśmy tym ideałem. I to, że ogląda inne kobiety na Insta czy na FB nic nie znaczy. Znaczy, że zdrowy i normalny, a nie że nam czegoś brakuje, a już nie daj Boże, że mamy się do tej kobiety upodabniać i przerabiać . Mimo, że my same zawsze sobie coś znajdziemy do poprawienia. Szkoda, że mężczyznom nie przeszkadza u nich samych nic a nic 😉.

Same sobie narzucamy wysoki poziom i wymagania, i katujemy się tym przed lustrem i w myślach. A może zaakceptujmy siebie takimi jakimi jesteśmy? Mężczyzna chce mieć przede wszystkim zadowoloną i szczęśliwą kobietę i chce nam to szczęście dawać. Im się wydaje, że jak jesteśmy zadowolone i radosne to dzięki nim. To niech tak myślą, to część naszego sukcesu. Oczywiście dajmy im się także uszczęśliwiać, ale równie dobrze możemy to dawać sobie same. Być dla siebie. Jeśli zaakceptujemy siebie i swoje ciało, kochamy nasze fałdki i zmarszczki, to oni też pokochają. To, jak oni podejdą do nas i jak będą nas traktować wynika z nas, z naszej mocy, poczucia wewnętrznego spokoju i radości życia.

Mężczyźni uwielbiają zadbane, szczęśliwe i uśmiechnięte kobiety. Miłe, ciepłe i opiekuńcze. Niemamuśkujące. Czyli: zjedz, połóż się, co byś chciał, dlaczego masz taką minę, wypiorę, wyprasuję, polecę po piwko, do tego kontrolujące i sprawdzające. Od tego się ulewa. Chcą kobiecej kobiety w domu – uwaga – też nie rządzącej. Miłej i ciepłej. Idącej w życiu równo z jego krokiem, a nie będącej z tyłu lub przed nim. Umiejętnie dostrajającej się do niego, a on do niej, przy której mogą się zrelaksować. Nie raz jest kobieta w domu z sukcesami zawodowymi, pieniędzmi, ale jest prezesem w domu, a nie partnerką.

Faceci tego nie znoszą, szczególnie ci którzy chcą być tymi prezesami. No a zarząd w domu jak i w firmie ma prezesa i wiceprezesa. Dwóch preziów nie porządzi. Dlatego tak istotna jest równowaga, nie równouprawnienie, a równowaga i uzupełnianie się. Od tej prezes, często wolą kobietę z przysłowiowej Żabki, która będzie skromna, zadowolona z najmniejszej rzeczy i wpatrzona w niego jak w króla. Oni kochają jak się ich docenia, szanuje, widzi, wspiera. Kochają kobiety samowystarczalne, zajmujące się sobą, a nie byciem kulą u nogi. Nie znoszą pokazywania palcem, rozliczania, zadaniowania, oceniania, kontrolowania i jeszcze pouczania. Przywalania im w oczach rodziny i przyjaciół. Uciekają.

Co dalej z tym oglądaniem innych kobiet? No tak mają. Najgorzej, jak zaczniemy im to wypominać i pilnować, zaglądać do telefonu. Wtedy w ogóle się zamkną w sobie. A może lepiej zapytać się jego jaki jest jego ideał kobiety? I tutaj Kochane luz. Większość z nich wybiera na kobietę swojego życia nie ideał. Bo jak żyć z ideałem? Podobno nawet gdyby go mieli, to jak mówią seksuolodzy, mężczyzna tak się spina w łóżku…, że nic z tego nie wychodzi. Obawiają się, że nie zadowolą tak pięknej kobiety.

Tak więc wieczorek przy winku i wspólne oglądanie tego, co się lubi. Co interesuje na mediach społecznościowych obie strony. Bez krytyki i oceniania. Faceci świetnie to wyczuwają. Zaakceptowanie innych kobiet, jakie jesteśmy piękne. Bo krytykowanie kobiet, to walenie sobie samobója do bramki. A tak, przynajmniej wiemy co oni lubią i jak można być na siebie wzajemnie otwartym. Może się to zakończyć fajnym seksem😉

Przeglądanie telefonu partnera. To już jest zbrodnia. To jakby nam ktoś przeglądał torebkę, portfel. Telefon jest osobistą rzeczą i światem każdego z nas. Miałam partnera, który tak mnie zapewniał o szczerości i zaufaniu, że zaproponował abyśmy mieli to samo hasło do naszych telefonów. Bo on nie ma nic do ukrycia przede mną, a ja … mnie to było obojętne. No i tu się zemściło. Owszem kod był ten sam, tyle że to on przeglądał wiecznie mój telefon i rozliczał co piszę i do kogo. Były nieustające awantury i… grzebanie po telefonie. Telefon niech każdy ma swój i zakodowany, i nie przegląda i zagląda do cudzego. Tym bardziej, gdy się wydaje że się ma przeczucia… Jeśli ma się przeczucia, to życie samo nam podrzuci dowód niewierności.

To, co nas jeszcze irytuje i wytrąca z równowagi, to ich podrywanie kelnerek, sprzedawczyń, pań w urzędach itd. Są wtedy tacy „w dupę uprzejmi”. Stroszą te swoje piórka i pawie ogony, zaglądają w oczy, dopytują, proszą o pomoc. Nie raz same jak widzimy takie sceny, zastanawiamy się dlaczego taki dla nas nie jest? Luzik arbuzik. On chce pokazać jaki jest zajebisty i jak kobiety na niego reagują. Nie, że chce nas zostawić. On chce nam pokazać „popatrz jak cudownego mężczyznę masz w domu”.

I jeszcze wypady z kolegami i czas dla siebie. Każdy z nas tego potrzebuje. Są osoby, które potrzebują kilku dni dla siebie. Na swoje myśli, czas w samotności lub wypad z kolegami, lub nasz z koleżankami. Niech jadą i to bez wydzwaniania co parę minut „co robisz?”. Podarowanie im swojego czasu i przestrzeni, poczucia wolności. Uzupełnienie męskiej energii. Sami się odezwą. Każde z nas ma trochę z jaskiniowca, który potrzebuje posiedzieć sam lub w swoim płciowym kręgu. Po to, aby pogadać, naładować się i wrócić z nową energią do domu. Być jeszcze fajniejszym.

Także Kochane, to my jesteśmy wybrankami serca i to my królujemy. Poczucie zazdrości o inne kobiety jest oddaniem naszej mocy. A to nie w naszym stylu. Radary na siebie. Każda z nas jest wyjątkowa.