Macierzyństwo Psychologia

Za co kocham bycie mamą dzieci

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
30 marca 2016
Za co kocham mieć dzieci
Fot. Pexels/skitterphoto.com / CCO
 

To, że kochamy dzieci to oczywiste. To, że czasami chcielibyśmy odpocząć od bycia rodzicem – to naturalne. To, że nasze życie dzieli się na to „przed dziećmi” – którego najczęściej nie pamiętamy, i na „po dzieciach” – to zwykła kolej rzeczy.

Dzieci nas wzruszają i wkurzają, kochamy je i czasami miewamy serdecznie dosyć. Bo sprawdzają granice naszej cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji.

Czasami, zwłaszcza po dniu kiedy moje dzieci dały mi w kość i kiedy mogę poobserwować ich z boku lubię sobie przypomnieć za co kocham mieć dzieci.

Ale kocham być mamą, bo dzięki dzieciom:

Codziennie znajduję powód do uśmiechu

Właściwie nie ma dnia, żeby się nie uśmiechała. Na ich widok, kiedy wracają ze szkoły, na rozmowy przy stole, na opowiedziany żart, czy z dumy po jakimś ich osiągnięciu. Chyba nikt tak, jak one nie potrafi mnie rozśmieszyć do łez.

Przezwyciężam swoje słabości

Trudno powiedzieć, że czegoś mi się nie chce, że na coś nie mam ochoty. Łapię się na tym, że takie myślenie odchodzi w zapomnienie. Czasami myślę, że gdybym nie miała dzieci nie zrobiłabym nawet połowy rzeczy, które robię w ciągu dnia, bo zwyczajnie by mi się nie chciało.

Zrozumiałam, iż żadna wymówka nie jest dobra

Dosłownie żadna. Bo każda jest od razu zbijana. Nawet powiedzenie „za chwilę” bywa ryzykowane, bo ile trwa „chwila”, albo „moment”. Każde „nie chcę” zostaje odbite pytaniem „dlaczego”. A raz usłyszane od dziecka „bo nie” sprawia, że akurat tego argumentu zaczyna unikać się jak ognia. I nagle dochodzisz do wniosku, że faktycznie – wymówki są do niczego, po prostu trzeba coś zrobić, znaleźć czas, wytłumaczyć. I tyle.

Wiem, że nie ma pytań bez odpowiedzi

Kiedyś myślałam tylko, że nie ma głupich pytań. Dzisiaj wiem też, że nie ma pytań pozostawionych bez odpowiedzi. Chwała za internet, który pozwala ciągle i wciąż poszerzać naszą wiedzę. I znajdować odpowiedzi na naprawdę najdziwniejsze pytania.

Mogę bezkarnie oglądać bajki

I z wszystkim nowościami jestem na bieżąco. Do „Króla Lwa” mogę wracać ile razy będę miała ochotę i nikt nie będzie się dziwił. Ile bym fantastycznych bajek przegapiła, gdybym nie miała dzieci. W kinie wybierałabym jakieś dorosłe filmy zmuszające (bądź nie) do refleksji, a z dziećmi bez skrupułów wchodzę na seans bez obawy, że wyjdę rozczarowana.

Mogę wracać do książek z dzieciństwa

Ile razy w dorosłym życiu sięgnęłabym po „Opowieści z Narni” czy „Akademię Pana Kleksa”? Pewnie w życiu nie znalazłabym na to czasu, bo przecież tyle jest książek do przeczytania. A tak, dzięki dzieciom wracam do emocji z dzieciństwa, do historii, które pobudzały moją wyobraźnię, mogę znowu poczuć się dzieckiem czytając „Niekończącą się historię”.

Nie zapominam, że świat jest ciekawy

Przy dzieciach nie przegapię oznak wiosny, bo one zawsze wykrzyczą „bociany”, albo „przebiśniegi”. Cieszę się ze śniegu i możliwości wyjścia na sanki. To one przypominają, jak fascynujący jest świat wokół, jak wiele ciekawych rzeczy się wydarza i dzieje, jak ważne by doceniać to, co nas spotyka każdego dnia. By to przede wszystkim zauważać.

Nie pozwalają się zatracić

Zatrzymują mnie swoim: „Mamo posłuchaj”, „Musze coś ci opowiedzieć”, „Upieczesz ciasto?”. Wtedy muszę zwolnić, rozejrzeć się wokół i przypomnieć sobie, co jest dla mnie najważniejsze. Każdego dnia pozwalają mi znaleźć balans między tym co muszę a tym, co powinnam i co chcę.

Zawsze mam się do kogo przytulić

To cudowne, że gdy mi źle, smutno, ciężko zawsze znajdę chętnego do przytulenia się. A wiadomo, że nic nie działa na duszę tak leczniczo jak przytulanie się. Na dzieci w tej kwestii zawsze mogę liczyć. Kocham te ich ciała wtulone we mnie, takie bezpieczne. Wtedy czuję, że jestem kochaną. I to najbardziej na świecie. I czego chcieć więcej?


Macierzyństwo Psychologia

Kochaj mądrze swoje dziecko

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
18 kwietnia 2016
Kochaj mądrze swoje dziecko
https://www.pexels.com/photo/nature-person-summer-girl-33824/
 

Nieba byśmy im przychylili, zasłonili przed każdym niebezpieczeństwem, ochronili przed najmniejszą porażką. To nasze dzieci mają mieć życie szczęśliwsze niż my. Są naszą nadzieją, że można żyć tak, jak byśmy chcieli, ze można sięgać po marzenia, realizować swoje cele, kochać i być szczęśliwym.

Kochamy te nasze dzieci do szaleństwa. To miłość bezwarunkowa podszyta naszymi lękami, kompleksami i obawami. Bo chcemy, by dla nich świat był lepszy, by życie było przyjaźniejsze, by nigdy nie musiały doświadczać smutku, krzywdy i niesprawiedliwości, których my doświadczamy.

Mój tata mówił: „Ale po co masz się uczyć na swoich błędach, jak możesz na moich?”. Toczyliśmy zażarte dyskusje, ja próbując wyrwać dla siebie wolność i niezależność i on – kochający tak bardzo, że zbudowałby mi klosz, pod którym żadne zło, by mnie nie dosięgnęło. Jednak nigdy takiego klosza nie postawił, choć pewnie bardzo chciał.

Mój tata nauczył mnie kochać mądrze.

Stawiaj granice

Miłość to nie jest słabość, to nie jest pozwalanie na wszystko, to nie jest uleganie. Granice to bezpieczeństwo, to świadomość dziecka, że nam, rodzicom, na nim zależy. Bo jeśli byśmy pozwalali na wszystko, ulegali jego płaczom, krzykom, to gdzie by to dziecko zaprowadziło. Byłoby roszczeniowe, przekonane o swojej racji, skupione na sobie. Wychować takiego człowieka – wątpliwa zasługa. Stawiaj granice mądrze, bez łamania dziecku kręgosłupa. Im starsze, tym bardziej będzie chciało te granice przesuwać. Podążaj za nim, słuchaj, obserwuj i… stawiaj granice, niech ono czuje się kochane i bezpieczne.

Wymagaj

Ta wyjątkowa miłość nie polega na tym, by prowadzić nasze dziecko lekko przez życie, by było ono dla niego łatwe i przyjemne. „Zostaw, ja to za ciebie zrobię” – mówimy. „Daj, pomogę ci” – dodajemy przy innej okazji. Od kochanego dziecka trzeba wymagać, bo tylko tak nauczymy je radzić sobie w życiu. I choć może się buntować, pytać, że po co i dla kogo ma coś zrobić, to kiedyś w przyszłości powie: „Dzięki mama, przez to, że ty wymagałaś ode mnie, nie boję się sprostać wymaganiom innym, jestem silniejszy dzięki temu. Wiem, na co mnie stać”.

Zaufaj

Zaufaj swojemu dziecku. Nie kontroluj na każdym kroku. Jeśli już na coś pozwalasz – wyjście z koleżankami, nocowanie u kolegi, pójście na szkolną zabawę, to nie sprawdzaj dziecka co chwilę. Nie stawiaj setek obostrzeń, że jak nie wróci na czas, to… albo jak się źle zachowa, to… Hej. Puszczasz, bo ufasz, bo wiesz, że nic złego się nie stanie, a przynajmniej masz taką nadzieję. Tak, to prawda, nie jesteś w stanie przewidzieć wszystkiego, ale przecież w końcu musisz zaufać, zaryzykować. Powtarzaj, że twój kredyt zaufania jest bardzo ważny dla ciebie i dla dziecka.

Rozmawiaj

Bo miłość nie jest nam dana tak po prostu przy okazji. Jeśli kochasz – rozmawiaj. To w ten sposób mówisz dziecku: „Kocham cię, interesuję się tym, co u ciebie, chcę cię wysłuchać”. Nasze dziecko z innymi ludźmi będzie tworzyć takie relacje, jaką my tworzymy z nim. Jeśli będziemy rozmawiać, ono też będzie, jeśli otworzymy się na dialog, na wymianę zdań, poglądów, jeśli będziemy rozmawiając tłumaczyć, co w zachowaniu dziecka jest dobre, a co nam się nie podoba, będziemy mówić o naszych emocjach, radościach i lękach – ono będzie robić tak samo. Można dać dziecku większy prezent?

Bądź przykładem

Nie wystarczy powiedzieć: „Chcę, żebyś był taki”. Dziecko zawsze będzie takie, jak my. Nie możesz mówić: „Pamiętaj, dbaj o siebie”, jeśli my o siebie nie potrafimy zadbać. Nie wystarczy powiedzieć: „Bądź ważny dla siebie”, „Kochaj siebie” – jeśli my sami tego nie pokażemy. Mówisz: „Idź do przodu, nie bój się ryzykować”, a tymczasem sam jesteś wycofany, wiecznie wątpiący. Nie licz, że dziecko będzie inne. Nie wysyłajmy sprzecznych komunikatów, bądźmy dla naszych dzieci przykładem. Realnym i prawdziwym przykładem, a nie tylko słowami.

Szanuj

Bo sama miłość nie wystarczy, by nasze dziecko było pewnym siebie człowiekiem, znającym swoją wartość. Jeśli nie będziemy szanować naszego dziecka, ono nie będzie szanować siebie i innych. Będzie gardziło ludźmi ze strachu, będzie poniżać i pozwalać na upokorzenia samego siebie. Nawet jeśli z czymś się nie zgadzasz, gdy coś się tobie nie podoba – szanuj decyzję i wybór, rozmawiaj, dyskutuj, ale z szacunkiem dla uczuć i poglądów twojego dziecka.

Nie lekceważ

Nie mów: „Daj spokój, to nieważne”, „Takimi bzdurami się przejmujesz”, „No i co ryczysz, nic wielkiego się nie stało”. A dla dziecka właśnie zawalił się świat, być może tylko na trzy minuty, ale jednak zawalił. Nie umniejszaj tego, co czuje, bo nie zauważysz, gdy naprawdę stanie się coś, co nie powinno umknąć twojej uwadze. Nie lekceważ swojego dziecka, bo on będzie lekceważyć kiedyś ciebie.

Pozwalaj na samodzielność

Pozwól dziecku być człowiekiem, który sam o sobie może decydować. Choćby w najbardziej błahych sprawach. Nie mów, że wyręczysz, że ty zrobisz coś lepiej. Powiedz: „Zrób to sam” i tego się trzymaj. Tak budujesz w dziecku przekonanie o własnych możliwościach i ograniczeniach, pozwalasz mu się sprawdzać, ćwiczyć i ufać sobie: „Jeśli to potrafię, mogę jeszcze więcej”.

Puść wolno

To największa sztuka tej miłości. Puścić ją. Pozwolić pójść wybraną drogą. Pozwolić na błędy, na porażki. Pozwolić wyciągać konsekwencje swoich wyborów i decyzji, jednocześnie bojąc się, czy dobrze przygotowaliśmy tę naszą miłość do życia. Czy odpowiednio wyposażyliśmy, czy da sobie radę?

Pomimo miliona wątpliwości i obaw – puszczamy wolno, by nasze dziecko mogło przeżyć swoje życie najlepiej, jak będzie potrafiło. My możemy czasami złapać je za ramię, żeby powiedzieć: „Hej, pamiętaj, że tu jestem, zrozumiem, zaakceptuję i pomogę”.


Macierzyństwo Psychologia

My wojną jesteśmy naznaczeni, ale dzisiaj – po Brukseli, boję się o moje dzieci

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
23 marca 2016
Fot. iStock / Mitja Mladkovic

„To jest przegrana walka i trzeba nauczyć się z tym żyć” – napisał ktoś na Facebooku po informacji, o zamachach w Brukseli. Znajoma mieszkająca w Londynie ostrzegała, żeby ograniczyć w najbliższych dniach korzystanie z metra. Ktoś do mnie mówi: „Mają taki wywiad, tyle wiedzą, a oni jeszcze z tymi bombami potrafią się wcisnąć”.

Siedziałam wczoraj i słuchałam, choć chyba bardziej oglądałam to, co wydarzyło się w Brukseli. Przypomniał mi się okrutny poranek z tragedią w Paryżu w tle. Mocniej dotarły do mnie doniesienia o wybuchach, o wojnie, o konfliktach, także tych na Ukrainie.

Staram się nie widzieć świata w czarnych barwach, odsuwam od siebie wizje, które później spędzają mi sen z powiek. Wolę myśleć: „Nam nic się nie stanie, wszystko w końcu zostanie złagodzone, rozwiązane, załatwione”, niż nakręcać w sobie spiralę strachu. Ale znajoma napisała: „Lecę za chwilę do Europy. Szczerze – boję się”.

I pomyślałam, że od tego nie uda się uciec. Siedziałam i  płakałam ze strachu, z bezradności. Z poczucia, że to nie ja będę decydować o szczęściu moich dzieci. Że choćbym stanęła na głowie starając się, by ich życie było szczęśliwe, to nie wiem, w jakim świecie przyjdzie im żyć. Im i ich dzieciom.

I dzisiaj, gdy wychodzili rano do szkoły uśmiechnięci, z tornistrami na plecach, przepychając się w drzwiach stałam i patrzyłam na nich myśląc: „Oby jak najdłużej”. Oby ich życie jak najdłużej składało się z beztroski, ze wspólnych kłótni i przepychanek. Z kolegów, którzy odwiedzą ich po południu i lekcji, których nie chce im się odrabiać.

Dostaję wczoraj maila: „Przepraszam, odezwę się za kilka dni. Mam rodzinę w Brukseli. Przepraszam…”. Czytam, że ktoś zastanawia się, czy puścić swoje dziecko na wycieczkę gdzieś za granicę.

Ten strach jest realny, co więcej on jest namacalny. Jeszcze kiedyś krzyczałabym: „Nie dajmy się zastraszyć, ten strach jest najgorszy. Kiedy się boimy łatwiej nad nami zapanować, łatwiej manipulować i ograniczyć!”.

Ale dzisiaj boję się o moje dzieci. Boję się o to, że ich pokolenie i pokolenie ich dzieci będzie musiało poznać smak wojny. Noszę w sobie paskudne przekonanie, którego nienawidzę, że to się zdarzy. I z tym przekonaniem nie potrafię walczyć, uśmiechać się do tego ironicznie. Bo dziś wiem, że to jest realne.

My wojną jesteśmy naznaczeni, choć jej nie pamiętamy. Często nie pamiętają jej nawet nasi rodzice, ale nosimy ją w sobie. Nie tylko dlatego, że jako Polacy kochamy się w martyrologii, ale lubimy myśleć o sobie, że cierpieliśmy za miliony.

Nie chcę, by kolejne pokolenia niosły w sobie tę iluzję. Że wojna wyzwala, że ginie się w imię wyższej idei. Że nawet ci niewinni zasługują na miano bohaterów.

Nie chcę, by moje dzieci były takimi bohaterami. Nie chcę, by ktoś wykuwał dla nich czy dla ich przyjaciół tabliczki upamiętniające ich kompletnie bezsensowną śmierć.

Nie chcę, by musiały uciekać, by nagrywały telefonem filmiki, które później ktoś złoży w jeden długi film o ich czasach, o czasach życia w strachu, w czasach ucieczki i czającego się wokół zagrożenia.

Nie chcę, by opowiadały swoim dzieciom, jak wychodziły do szkoły z tornistrami przepychając się w drzwiach, jak o czymś, co dzisiaj jest (bynajmniej chwilowo – tak tłumaczyliby swoim dzieciom) niemożliwe.

Nie chcę, by rozsnuwały wizję spokojnego i szczęśliwego świata, który tylko był i który będzie być może kiedyś udziałem ich dzieci i wnuków i ich dzieciństwa, o którym tak rzadko pamiętają w obliczu tego co się dzieje.

Nie chcę myśleć, że ta wojna byłaby inna, bo tocząca się na poziomie gospodarczym, politycznym, w zaciszu gabinetów prezydenckich. Że na pierwszym miejscu stawiany byłby interes najbogatszych.

Nie chcę w ogóle myśleć o tej wojnie, bo boję się irracjonalnie nawet tego, że  to jak samospełniająca się przepowiednia.

Na stronie UNICEF-u czytam: Wojna dotyka pokolenie dzieci i młodych osób, które zostały wyrwane z systemu edukacji. Trauma, której doświadczyły, każe im coraz częściej patrzeć na przyszłość jedynie przez pryzmat przemocy.

I myślę, że nieważne o jakiej wojnie piszą, że nieważne, gdzie ona się toczy. Ważne, że zawsze dotyka ona tych najbardziej bezbronnych, tych pełnych marzeń, szczytnych idei. Którzy tak, jak teraz wcześniej, mówią: „Nie bójmy się”, choć budzą się w nocy zlani potem jeszcze nie wiedząc co ich czeka.

I najbardziej na świecie pragnę właśnie, by nigdy się tego nie dowiedzieli. By nigdy nie poczuli mojego dzisiaj strachu, smutku i miliona obaw. By te emocje nigdy nie stały się ich udziałem. By przemoc pozostawała nadal zamknięta w pytaniu: „Mamo co się dzisiaj stało” i w moim tłumaczeniu, że zginęli niewinni ludzie, że po raz kolejny, ktoś chce zburzyć nasz spokój.  I w przytuleniu się do mnie i w dziecięcym: „Ale nam nic nie grozi? Bo to nie w Polsce?”. Na to nie umiem już  odpowiedzieć… A tak bardzo bym dzisiaj chciała.