Macierzyństwo Zdrowie

„Przepraszam, że moje dziecko zarazi twoje. Nie miałam wyjścia, to nie moja wina”

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
3 października 2017
Fot. iStock/Imgorthand
 

– No ja akurat syropu przeciwgorączkowego w szatni nie podawałam, ale czytałam o takich przypadkach gdzieś w necie. Muszę jednak przyznać, że czasem dawałam przed wyjściem do przedszkola, tak profilaktycznie, gdy widziałam, że Igor jest lekko trafiony, a ja musiałam iść do pracy. Że jakby coś, to do tej 13:00-14:00 przynajmniej ogarnę się trochę z robotą, zanim po mnie zadzwonią – opowiada Ania, mama 3-letniego przedszkolaka. I nie jest jedyna. 

Wraz z rozpoczęciem sezonu jesienno-zimowego na tapetę wraca ten sam problem – co zrobić z chorym dzieckiem? Posyłać czy nie posyłać do przedszkola? Zaraża czy nie zaraża? Ze świecą szukać rodzica, który w ciągu ostatnich kilku tygodni nie zmagał się z gonitwą myśli: „Jakoś niewyraźnie wygląda, ale gorączki przecież nie ma”, „To tylko lekki katar. Po co z tym iść do doktora?”. Podczas gdy jedni wolą nie ryzykować i zostawiają dziecko z pierwszymi objawami przeziębienia lub grypy w domu, inni nie zwracają uwagi na dolegliwości swojej pociechy i odprowadzają ją do placówki.

Przepraszam, nie mam wyjścia

Ania musi samodzielnie wychowywać syna, ponieważ jej mąż pracuje za granicą. Przyjeżdża do domu raz na dwa miesiące i to w dodatku na kilka dni. Mimo to, kokosów nie zarabia. Tak jak z resztą i ona. Pracuje w hurtowni kosmetycznej, oczywiście na umowie śmieciowej. – Rodzice mojego męża nie żyją, moi natomiast mieszkają 400 km od nas. Nie mogę liczyć na ich pomoc, gdy Igor zachowuje. Przez ostatnie pół roku był dość poważnie chory 3 razy. Miał anginę, potem zapalenie ucha, a niedawno jakąś jelitówkę. Za każdym razem musiałam siedzieć z nim w domu. Szef w końcu zagroził, że mnie zwolni, jeśli moje nieobecności w pracy będą tak często się powtarzać. Nie dociera, że przecież nie mam na to wpływu – opowiada.

W podobnej sytuacji jest wielu rodziców. Strach przed utratą pracy powoduje, że zdrowie naszych dzieci schodzi na dalszy plan. Takie smutne czasy. – Powiem tak… katar, kaszel czy lekko podwyższona temperatura nie robią na mnie wrażenia. Zostawiam Igora w domu tylko w trzech sytuacjach: gdy ma bardzo wysoką gorączkę, wymiotuje lub ma biegunkę – zdradza Ania. Cóż, tych objawów nie da się zamaskować. Jej zdaniem kaszel i katar to normalka w okresie jesienno-zimowym nie ma co robić z tego afery. Wystarczy przecież pójść do pierwszego lepszego przedszkola, by się przekonać, że wszystkie dzieci kaszlą, kichają i pociągają nosami. – Czytam te wszystkie nieprzyjemne opinie na temat rodziców takich jak ja, którzy nie mają innego wyjścia i muszą posyłać podziębione dzieci do przedszkola. Co mam powiedzieć? Przepraszam, że moje dziecko zarazi twoje. Wystarczy? – ucina.

Wiele rozumiem, ale tego nie

Marta nie ma litości dla rodziców, którzy tak beztrosko podchodzą do tematu zdrowia. –  Kiedy moją córeczkę rozkłada choroba po prostu zostajemy w domu. Nie jest wówczas łatwo, wiadomo, ale nie wyobrażam sobie, żeby chora szła do przedszkola. I naprawdę nie znajduję usprawiedliwienia dla rodziców, którzy robią to swoim dzieciom. Tysiące wymówek, bo praca na śmieciówce, bo projekt, bo nie mam pomocy – tłumaczy i dodaje, że od początku września jej dziecko było w placówce łącznie 6 dni, poza tym jest albo chore, albo osłabione po chorobie. Wszystko przez kolegów i koleżanki z przedszkola.

– Wiele rozumiem, ale jak można robić taką krzywdę swojemu dziecku? Przecież maluch, który ma gorączkę, potrzebuje ciszy i bliskości, a nie hałasu, wypchanego po kokardę aktywnościami dnia. Nie ma na to siły. Nawet my dorośli nie mamy jak chorujemy. Serio rodzice, zastanówcie się czego potrzebuje wasze dziecko. Pomóżcie mu szybko wrócić do zdrowia zamiast je męczyć! – apeluje Marta, choć przyznaje, że wykonuje pracę zadaniową i mając pod ręką komputer i telefon, może pracować z dowolnego miejsca na świecie.

Nie możemy nad tym zapanować

W regulaminach większości placówek jest jasno napisane, że chore dzieci są odsyłane do domu, a wychowawcy i opiekunowie mają prawo odmówić przyjęcia dziecka w danym dniu, jeśli wygląda na chore. W praktyce nie jest to wcale takie proste. Iza pracuje w jednym z warszawskich przedszkoli niepublicznych. – To duży problem, nad którym nie potrafimy zapanować. Staramy się rozumieć sytuację, w jakiej znajdują się rodzice. Wiemy, że ciężko dziś z pracą, dlatego przymykamy oko na pewne sprawy. Katar to nie choroba i dzieciakom zazwyczaj jedynie utrudnia zabawę. Taki dyskomfort nie niesie za sobą zazwyczaj dramatycznych konsekwencji. Nie mogę natomiast zrozumieć rodziców, którzy faszerują rano dziecko lekami przeciwgorączkowymi i myślą, że my nie widzimy, że z maluchami jest coś nie tak. To sytuacja niezręczna, bo nie możemy zwrócić rodzicowi uwagi, bo przecież dziecko po podaniu leków zazwyczaj nie ma gorączki. Może jednak zarażać inne zdrowe dzieci – opowiada.

Brak wyobraźni czy trudna sytuacja życiowa? Cieżko to zweryfikować, za to łatwo ocenić i osądzić. Trudno sobie wyobrazić rodzica, któremu nie zależy na zdrowiu dziecka. Ale trudno też rzucić kamieniem w kogoś, kto został postawiony pod ścianą. Być może ty też kiedyś będziesz.


Macierzyństwo Zdrowie

Ona była ikoną seksu, on na seksie zarobił miliardy. Miał na jej punkcie obsesję, nawet po śmierci nie dał jej spokoju

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 października 2017
Fot. Screen z Facebooka /New Wave Feminists
 

Marylin Monroe i Hugh Hefner – co mogło połączyć tych dwoje? Choć byli równolatkami i poruszali się w podobnym środowisku, nigdy się nie spotkali, nigdy nawet ze sobą nie rozmawiali. A jednak, Hef w pewnym sensie związał z aktorką swoje życie, a nawet śmierć. Przeczytajcie poruszający wpis blogerki, Sarah Vaughn Patzel.

Warto na chwilę pochylić się nad losem Marylin.

quote szary ohme2„To jest Marilyn Monroe.

Może słyszałeś o niej lub widziałeś inne jej zdjęcia? Była człowiekiem, istotą ludzką.

Urodziła się w tym samym roku, co 91-letni Hugh Hefner, który zmarł w tym tygodniu. Wyszła za mąż w wieku 16 lat, bo nie chciała trafić pod opiekę zastępczą. Kilka lat później, starając się zdobyć zawód modelki i aktorki, pozowała nago do kalendarzy, aby zarobić trochę pieniędzy na jedzenie. Zapłacono jej 50 dolarów, za to, że zdjęła ubranie i uśmiechnęła się do fotografa. Pozując, używała fałszywego nazwiska, żeby łatwiej jej było odciąć się od tych zdjęć.

„Nie wiem właściwie dlaczego, z wyjątkiem tego, że chciałam się jakoś przed tym ochronić, byłam zdenerwowana, zażenowana, nawet wstydziłam się tego, co zrobiłam. Nie chciałam, żeby figurowało tam moje prawdziwe nazwisko” – powie później.

Po kolejnych kilku latach los sprawił jej niespodziankę, zaczęła grać „słodkie dziewczyny” w filmach. Odniosła sukces. Hugh Hefner budował wtedy swoją markę. Kiedy postanowił założyć swój „magazyn dla panów”, nazwisko Marilyn Monroe znaczyło już wiele. Hefner kupił prawa do jej wcześniejszych, nagich zdjęć z kalendarza, za 500 dolarów.

Nie prosząc aktorki o zgodę, umieścił jej nagą fotografię na okładce pierwszego numeru swojego pisma. „Po raz pierwszy, W KOLORZE, słynna Marilyn Monroe NAGO” – ogłosił.

Zapytana o to, Marylin powiedziała tylko tyle:

„Nigdy nawet nie usłyszałam nawet słowa „dziękuję” od wszystkich tych, którzy zarobili miliony na nagiej fotografii Marilyn. Musiałam nawet sama kupić sobie egzemplarz tego magazynu, żeby się w nim zobaczyć”.

(…)Marilyn Monroe zmarła w wieku 36 lat, „strawiona” i wymęczona przez kulturę, której stała się ofiarą.  Zmarła mając pieniądze, ale wcale nie tak wiele, jak byście się spodziewali. Więcej pieniędzy zarobiła po śmierci. (…)

W 1992 roku Hefner wykupił dla siebie miejsce na cmentarzu miejsce obok Marylin, pragnąc spocząć na wieczność w jej towarzystwie.

Marilyn tego nie skomentowała. Nie żyła. Mija właśnie 55 lat od jej śmierci.

Hugh i Marilyn nigdy się nie spotkali.

Aktorka nigdy nie wyraziła zgody na nic, co zrobił Heffner, począwszy od nagich fotografii w Playboy’u  po wieczny spoczynek „kość w kość”.  On nigdy nie zapytał. Nigdy nie powiedzieli sobie nawet „cześć”.

Kobieta, która całe życie szukała dobrej miłości spoczywa obok mężczyzny, który spędził całe życie, wykorzystując inne kobiety(…) Nie wiem, czy można bardziej zasłużyć na miano „dupka”.

Niech moc będzie z Tobą, Norma Jean”.*

(Sarah Vaughn Patzel)

*tłumaczenie własne


Macierzyństwo Zdrowie

Dzisiaj też będzie padać, więc warto wziąć parasolki. „Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 października 2017
Fot. iStock/irontrybex

Rok temu wszystkie czułyśmy ważność tego dnia, każdy mówił o tym, gdzie idzie i o której, umawialiśmy się w różnych miejscach, bo wiedzieliśmy, że stajemy obok siebie w słusznej sprawie, że przekroczono granice naszej wolności, że nie chcemy żyć w państwie, w którym kobietę traktuje się jak obywatela gorszej kategorii, który nie jest w stanie podejmować samodzielnych decyzji, dlatego prawo powinno regulować jego wybory.

Pamiętam, jak rok temu, dwie dziewczyny opowiadały o tym, jak zostały wezwane do dyrektora na dywanik, bo przyszły do szkoły ubrane na czarno, to było liceum katolickie, a one głośno powtarzały, że nie pozwolą sobie na to, by ograniczono wolność ich własnych poglądów. Jedna z nich mówiła: „Mam 17 lat, nie wiem, co mnie w życiu spotka, w ogóle niewiele wiem o życiu, ale jednego jestem pewna, chcę mieć prawo wyboru, chcę by prawo wyboru miały moje koleżanki. By przyjaciółka, która uciekła pijanemu koledze, a którą ten chciał zgwałcić, miała prawo wyboru. Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”. Poruszyła mnie, bo wyraziła wszystkie nasze lęki i obawy.

Bo my już nie jesteśmy kobietami, które zamykały się w domu, które miały wydeptaną ścieżkę między kuchnią, sypialnią a pokojem dzieci. Nie jesteśmy tymi, które zachodziły w ciążę i rodziły dzieci bez możliwości badań, wizyt lekarskich i rozmów w razie jakichkolwiek wątpliwości. Nie jesteśmy kobietami, które chowały na cmentarzu swoje kolejne dzieci, bo nie wiedziały, że noszą pod sercem dziecko z wadą genetyczną. Czasami z wadą, która w porę zoperowana mogła uratować mu życie.

Znam kobiety, które mają po ośmioro dzieci, znam te, które współcześnie mają czwórkę i więcej. Każda decyzja o posiadaniu dziecka była świadomą. Każda wcześniej wzięta tabletka antykoncepcyjna była świadomym ich wyborem.

Znam kobiety, które dzieci mieć nie chcą, a które boją się o tym mówić głośno ze strachu przed stygmatyzacją. A to przecież ich prawo wyboru, ich decyzja, ich znajomość siebie i swoich ograniczeń, ale także i ważnych potrzeb.

Znam kobiety, które długo walczyły o swoje dziecko. Które przez lata faszerowane były lekami, które wydały dziesiątki tysięcy, by usłyszeć: „Jest Pani w ciąży”. Znam kobiety, które do dziś nie mają drzwi w pokojach swojego domu, bo każde pieniądze przeznaczane były na in vitro. Dla wielu takich kobiet pojawiła się nadzieja, nikła szansa, że może spróbują jeszcze raz albo choć ten jedyny raz, kiedy rząd postanowił dofinansować zabiegi in vitro. Obecny rząd wycofał dofinansowanie i poszedł krok dalej – chce karać samorządy, które postanowiły pomóc i ze swoich środków wesprzeć pary starające się o dziecko metodą in vitro.

Rok temu protestowałyśmy. Rok temu głośno krzyczałyśmy, że nie pozwolimy odebrać sobie wolności, że nie będziemy siedzieć cicho w domach zastanawiając się na co wydać przyznane 500 plus, tak jakby pieniądze mogły nam zamknąć buzię, jakbyśmy były łatwo przekupne i sprowadzono by nas do roli tych, którym wystarczy zapłacić, żeby zajęły się swoimi sprawami.

Tyle tylko, że kobiety w Polsce to nie tylko matki, to także mądre, świadome kobiety. To kobiety, które chcą mieć prawo samostanowienia. Które nie chcą, by ktokolwiek narzucał im, co mają robić ze swoim ciałem, jak wychowywać swoje dzieci, jak mówić o seksualności i prawach swoim córkom i synom. Które chcą, by je szanowano. By respektowano to wszystko, co dla nich jest ważne, co dla nich stanowi wartość bez względu na opinie, poglądy i religie.

Rok temu obiecałyśmy, że nie złożymy parasolek. Świętowałyśmy sukces. Dzisiaj Facebook nie huczy od protestu, dzisiaj moi znajomi nie zmieniają swoich zdjęć profilowych w geście solidarności z Czarnym Protestem. Kilka osób wypisuje komentarze pod artykułami dotyczącymi praw kobiet wyzywając feministki od morderczyń dzieci.

Czy naprawdę nadal tak trudno zrozumieć, że tu nie chodzi stricte o prawo do aborcji, że kobiety, które rozkładają czarne parasolki nie chcą mordować dzieci. Że my chcemy prawa wyboru, chcemy poszanowania praw kobiet, które przez ten rok zostały ograniczone i nadal chcą je ograniczać.

Wycofano antykoncepcję awaryjną bez recepty. Minister zdrowia uznał, że my kobiety nie potrafimy mądrze i świadomie korzystać z tabletki EllaOne, więc trzeba dostęp do niej ograniczyć i kontrolować! Do sejmu pewnie lada dzień ponownie złożony zostanie wniosek o zaostrzeniu prawa aborcyjnego, prawa, które będzie nakazywać kobietom rodzić chore dzieci, dzieci z wadami genetycznymi… Kto się tymi dziećmi zajmie, kto wesprze matki? Kto da im finansową i psychologiczną pomoc? Niee, no przecież my świetnie radzimy sobie same ze wszystkim, to z tym też damy radę. Nawet z wycofaniem standardów okołoporodowych, bo ważny jest komfort lekarza, a nie rodzącej kobiety.

Kto z was zajrzał do podręcznika do Wychowania do Życia w Rodzinie? Kto zapisał dziecko na te zajęcia, które okazują się być przedłużeniem koncepcji katechezy w szkole (swoją drogą, moje dzieci mają jedną godzinę historii, a dwie religie w tygodniu szkolnym)? Kto wie, że dzisiaj w szkole mówi się, że jedynym i słusznym wyborem dobrego życia jest założenie rodziny i posiadanie dzieci? Dzisiaj, kiedy nasze dzieci chcą podróżować, uczyć się języków, dla których świat zmniejszył się niesamowicie?

To nie tylko nam, to także im – naszym dzieciom – córkom i ich późniejszym mężom, ten rząd chce narzucić swoje zdanie, chce kontrolować decyzje, chce stłamsić w zarodku wszelkie przejawy samodzielnego myślenia, możliwości wyboru.

Dzisiaj Czarny Wtorek. Znowu pada. Jest zimno. W jednym z komentarzy przeczytałam, że na szczęście jak nie policja, to pogoda przegoni całe to feministyczne towarzystwo… To nie koniec. Krok po kroku odbiera się nam nasze prawa. Co jest następne na tapecie, wciąż przemilczana publicznie kwestia wycofania się konwencji antyprzemocowej, do której rząd się przymierza? A może nałożenie kar na kobiety, które zgłaszają domową przemoc na policji. Środki dla organizacji wspierających ofiary przemocy już ucięto. Czemu nie pójść o krok dalej. Czemu nie pogrzebać w kodeksie karnym w punktach dotyczących gwałtu, w końcu ostatnio sprawca gwałtu na 13-latce nie poniósł kary. Mężczyzna może, mężczyzna musi. Kobieta powinna siedzieć cicho, rodzić dzieci i cieszyć się, że ma dom i rodzinę. Te czasy już minęły. Minęły BEZPOWROTNIE! Dlatego nie składajmy parasolek. Nie pozwólmy, by dla naszych córek, dla naszych dzieci przygotowano państwo, z którego oni będą chcieli tylko uciec.


Zobacz także

Jak obliczyć termin porodu

Dziś urodzę. Jak można obliczyć termin porodu? Termin porodu a rzeczywistość

9 zachowań, którymi zabijamy dziecięcą samodzielność

Żona, matka – przede wszystkim kobieta. Akcja „Mama, znaczy piękna”