Lifestyle Macierzyństwo Psychologia

Osierocone dzieci radzą sobie tylko w bajkach. Nie milcz

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
2 listopada 2015
 

„Nie opowiadaj tego teraz. Mamy sobotni miły wieczór”- usłyszałam kiedyś, gdy zaczęłam opowiadać o lęku przed osieroceniem swoich dzieci. „Jesteś głupia. To się na pewno nie zdarzy” – inny komentarz.”Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Przestań” – moja kuzynka. Nie lubimy rozmawiać o rzeczach trudnych. Najtrudniejszych. Nie umiemy. Zamiast słów wybieramy milczenie.

„Co pół godziny w Polsce jakieś dziecko traci rodzica” – mówi spot kampanii „Hospicjum to też Życie” prowadzonej w tym roku pod hasłem: „Dzieci radzą sobie tylko w bajkach. Pomóż osieroconym dzieciom”. Co pół godziny świat czyjegoś dziecka zmienia się na zawsze. Co pół godziny jakieś dziecko bardzo potrzebuje pomocy.

„Jemu umarła matka”- szepczemy na widok 7-latka, którego historią żyje całe środowisko. Z bezpiecznej odległości obserwujemy jego zachowanie. Czy płacze, czy bije, czy krzyczy, czy się izoluje, czy je, czy śpi, czy oddycha. Rzadko kiedy zbliżamy się do tej rodziny, by zapytać, czy można jakoś pomóc. Zabrać do siebie na weekend, by oderwać dziecka myśli. Zabrać też po to, by drugi rodzic mógł w spokoju płakać, nie robić nic, gdy nie ma na to siły. Zapytać, czy pomóc z odwożeniem na zajęcia, organizacją życia, które najpewniej jest teraz chaosem. Zapytać o to, czy czegoś nie kupić, wspomóc finansowo. Albo też zapytać, czy chce porozmawiać, gdy jesteśmy trochę bliżej. Każdy gest, nawet ten odepchnięty, jest ważny. Każdy gest daje sygnał tej rodzinie, że nie są sami.

Dzieci mają najtrudniej. Najczęściej tracąc jednego rodzica, tracą też drugiego, który emocjonalnie na jakiś czas nie jest dostępny. Ich poczucie osierocenia jest więc jeszcze silniejsze. Przeżywają podwójną żałobę: za kimś kogo nie ma i za kimś, kogo nie ma, mimo iż jest. Często inni dorośli wokół też milczą. Czasami dlatego, że nie chcą powiedzieć prawdy o śmierci rodzica. Czasami, bo rozumieją rozmawianie jako rozdrapywanie ran. Czasami wmawiają sobie, że dziecko, które radośnie bawi się z rówieśnikami, nie przeżywa żałoby. Myślą, że największym sprzymierzeńcem dziecka jest mijający czas, nie oni. I to jest wielka nieprawda.

Dziecko musi rozumieć, co się dzieje wokół niego i przede wszystkim, co się wydarzy. Oprócz bólu i tęsknoty najczęściej odczuwa też lęk. Bo w jego percepcji od tego momentu wszystko się zmienia. Dorośli, atmosfera, zwyczaje, rytm życia. Ono nie rozumie, że chaos jest tymczasowy i wiele spraw wróci do normy. Wyobraża sobie najczęściej, że jego świat już taki będzie. Tonący we łzach, samotny. Dlatego właśnie tak bardzo potrzebuje nawoływawczy do życia. Tych dorosłych, którzy mając więcej dystansu i siły pokażą mu, że śmierć rodzica wiele zabiera, ale nie zabiera wszystkiego. Zostaje miś, przyjaciele, hulajnoga, ukochana pani od polskiego i wiele osób do kochania. Dziecko musi dostrzec nadzieję.

Wszystkie osoby, które są dorosłe i które straciły rodzica – są wyjątkowe. Mają wyjątkową wrażliwość i siłę. Mają siłę swoich rodziców. Tak, zmierzają się ze swoją żałobą całe życie. Tak, ich rodzicielstwo  jest kolejnym spotkaniem z rodzicem. Ale wszyscy oni mówią, że przetrwały, bo znalazła się wokół nich przynajmniej jedna osoba, która nie milczała. Nie odeszła. Pomimo tego, że powtarzały: „Nie kocham cię”, krzyczały: „Nigdy nie będziesz jak moja mama”, prosiły: „Zostaw mnie”. Ktoś mądry obok pozwalał im odejść na bezpieczną odległość, będąc czujnym gdyby wróciły.

Co pół godziny jakieś dziecko traci rodzica. To mogę być ja albo ty. Nie oszukujmy się, że jesteśmy poza zasięgiem choroby i śmierci. Jedna z moich koleżanek odkryła guz na jajniku (kolejny). Jeśli ktoś kocha życie, to ona. Już raz ledwo przeżyła, jak to możliwe, że znów będzie musiała walczyć?! To samotna matka z 10-letnią córką. Czy siedząc z nią wyobrażałam sobie, co by było gdyby…? Tak. I patrzyłam na to dziecko myśląc tylko o tym, by nigdy nie milczeć. I patrzyłam na swoje dzieci myśląc o tym, żeby nigdy nie zostały same. Że już dziś proszę wszystkich swoich bliskich: nie milczcie.

„Życie to nie bajka”- mówi hasło kampanii. A dzieci nie żyją w bajkach. Osierocone dzieci potrzebują jednak tej iskierki magii, która pozwoli im odzyskać nadzieję. To nie jest zresztą takie trudne. Dzieci i nadzieja to synonimy. Dzieci wierzą najdłużej. Nie musisz być psychologiem. Nie musisz być pedagogiem. Ani terapeutą. Wystarczy, że byłeś czyimś dzieckiem albo jesteś czyimś rodzicem- by zrozumieć, że możesz pomóc.

Udostępnij spot Kampanii i pomyśl, co możesz zrobić jeszcze (więcej informacji znajdziesz na stronie www.tumbopomaga.pl).

Pomóż osieroconym dzieciomKopciuszki, sierotki Marysie, Jasie i Małgosie są wśród nas, nie tylko w bajkach. XII kampania społeczna Fundacji Hospicyjnej „Hospicjum to też Życie” przypomina, że dzieci po stracie kogoś bliskiego, zepchnięte na margines życia, same sobie nie poradzą. Bez wsparcia socjalnego i psychologicznego ich bajka może nie mieć happy endu. Pomóż osieroconym dzieciom, wejdź na www.funduszdzieci.pl, zobacz jak pomóc na www.tumbo.pomaga.pl.Spot powstał dzięki uprzejmości firmy Universal oraz Paris Music, udźwiękowienie – Filip Kuncewicz Audiorepublica#XIIkampaniaspoleczna #pomozosieroconymdzieciom #funduszdzieci #tumbopomaga #sloniktumbo #dzieciradzasobiesametylkowbajkach

Posted by Słonik Tumbo on 29 październik 2015

 

Jestem Ambasadorką tej pięknej akcji. Nie milczę. Ty też nie milcz.


Lifestyle Macierzyństwo Psychologia

W co dziś gramy? Co najczęściej usłyszysz podczas małżeńskiej kłótni?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 listopada 2015
Fot. iStock
 

Czy tego chcesz, czy nie, podczas sprzeczek, kłótni czy nieco bardziej zdecydowanej wymiany zdań, ze swoim partnerem komunikujesz się w pewien schematyczny sposób. Gry małżeńskie to takie połączenie emocjonalnego judo i szachów. Choć rzadko kiedy sobie to uświadamiamy,  są naszym chlebem powszednim. Gramy w nie wszyscy, z czasem osiągając nawet mistrzowski poziom.  Ale właściwie dlaczego ?Czy nie lepiej mówić sobie wszystko wprost? Żeby to było takie łatwe… Po co się zatem wysilać,  gdy zamierzony cel można osiągnąć dobrze sprawdzonymi, stosowanymi od lat metodami?

Podczas dyskusji manipulujemy słowem z różnych powodów: żeby wpłynąć na naszego partnera; potwierdzić swoje wyobrażenie o nim; zrzucić na niego całą odpowiedzialność za problemy w związku; zyskać jego zainteresowanie; a czasem po prostu doprowadzić do konfrontacji, by „coś się zaczęło dziać” (ach, ta nuda!).  A jakie zdania padają wówczas najczęściej?

1. Ty mnie wcale nie kochasz. Ja cię już w ogóle nie interesuję!

Oświadczenie kluczowe w każdej dyskusji, bo stanowi (przynajmniej w założeniu) jej punkt zwrotny. Gdy argumentów brak, należy wytoczyć najcięższe działo. To, obliczone na wzbudzenie litości, żalu, a przede wszystkim – poczucia winy. Wypowiadając je liczymy na natychmiastową reakcję naszego ukochanego. Na potok zapewnień, że to nieprawda. Choć tak naprawdę jesteśmy pewne jego miłości, oczekujemy wyznań „tu i teraz”. Efekt natomiast zazwyczaj jest odwrotny od zamierzonego. Zirytowany i zniecierpliwiony On zapyta po prostu: „Ale o co ci właściwie chodzi?!”. W tej sytuacji możesz się już tylko rozpłakać. I masz swoje oczekiwane poczucie winy. Szkoda tylko, że wymuszone. A kwestia sporna nadal nie została rozwiązana, prawda?

2. Czyli uważasz, że jestem gruba/niemądra/infantylna itd.

Kolejne zdanie obliczone na wywołanie w Nim poczucia winy. Wyrwane z kontekstu słowa układasz w coś, co nigdy nie padło z jego ust. Teraz możesz już być nieszczęśliwa: twój partner chce cię upokorzyć. Czy takie było założenie? Szukałaś  potwierdzenia własnej wartości, ale na twoich zasadach. On tego nie zrozumiał. Popełnił niewybaczalny błąd.

A co w sytuacji jeśli on naprawdę „tak” uważa? Zadając swoje pytanie dajesz do zrozumienia, że nie powinien, że jeśli „tak” myśli, jest nielojalny, podły i nie potrafi cię wesprzeć w potrzebie. Stop! Zatrzymaj się. Czy przypadkiem nie wciągnęłaś go w tę grę by móc spokojnie dać upust swoim złym emocjom? By móc przyjąć rolę ofiary?

3. No, chyba nie jesteś zazdrosna!

Na spotkaniu ze wspólnymi znajomymi  pojawia się TA koleżanka. Twój mąż i ona zaczynają rozmawiać o pracy. Ty, zrezygnowana ustępujesz pola. Zamiast dobrze się bawić manifestujesz swoje cierpienie i rosnące niezadowolenie. Z miną umierającego kota informujesz męża, że właśnie wychodzicie bo nagle bardzo zle się poczułaś. W rzeczywistości  wolisz się użalać nad sobą i wyobrażać różne niestworzone historie niż wziąć się w garść i po prostu dobrze bawić. Kiedy z jego ust pada TO zdanie, wiesz, że trafił w sedno. Oboje wiecie. Ale ty w się w życiu nie przyznasz. Do domu wracacie oboje w fatalnych nastrojach. A przecież miało być zupełnie inaczej. Popracuj nad poczuciem własnej wartości.

4. Dobrze już! Jeśli nie chcesz, to nie wyjdę!

Zrobię to dla ciebie, poświęcę się. Zostanę. Zobacz, jaki jestem wspaniałomyślny. O co ta cała awantura? Nie, naprawdę, to nie jest dla mnie żaden problem. To nic takiego…

Skoro tak,  to dlaczego obnosisz się tak z tą swoją zawiedzioną miną? W głębi duszy już planujesz odwet. Następnym razem, kiedy ona będzie chciała wyskoczyć gdzieś koleżankami, rozchorujesz się ciężko na przeziębienie.

5. Gdyby nie ty…

Mogłabym/mógłbym wszystko. To przez ciebie nie spotykam się ze znajomymi, nie dzwonię do matki, nie zostałem klubowym piłkarzem z międzynarodową karierą. Jednym słowem, związek z tobą to kula u nogi. Kto usłyszał choć raz, wie jak mocne emocje wywołuje to zdanie. Co ciekawe, ze zrzucaniem na swoją drugą połówkę winy za życiowe i towarzyskie niepowodzenia spotkamy się o wiele częściej u panów niż u pań.

Zapewne życiowe doświadczenie podpowiada wam dużo więcej podobnych zwrotów, zdań i zarzutów. Być może każda para ma swój ulubiony zestaw powiedzonek i swoje własne rytuały dotyczące gier małżeńskich. Warto sobie to uświadomić i na spokojnie przyjrzeć się komunikacji w swoim związku. Zbyt wiele czasu  i energii zajmuje nam ciągła walka o wątpliwą „wygraną”.


Lifestyle Macierzyństwo Psychologia

Slow jogging – idealna forma ruchu dla tych, którzy ruszać się nie lubią

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 listopada 2015
Fot. iStock

Myślisz: „W nosie mam cały ten ruch. Moda na aktywność. Też mi coś. Nie ćwiczyłam na wuefie, a teraz mam zacząć. Phi. Wolę być gruba”.

Tak wiem, terroryzm dbania o siebie może skutecznie zniechęcić. Już tak mamy, że jak ktoś nam coś każe, to my robimy dokładnie odwrotnie. Jednak moda na zdrowie ma swoje plusy, odkrywa sposoby, gdzie argumenty w stylu: „Nie będę się ruszać, bo stawy nie wytrzymają mojej wagi”, „Sport nie dla mnie, mam problem z ciśnieniem” nie mają zupełnie znaczenia.

Ktoś może jeszcze powiedzieć: „Niby dlaczego mamy się zamęczać, pocić, robić coś, co nie sprawia nam przyjemności. W końcu jak już mam chwilę dla siebie, to chcę ją spędzić na czymś, co mnie zrelaksuje, odpręży i będzie miłe. A wysiłek fizyczny na pewno tym nie jest”.

Okey, rozumiem, że ktoś może nie lubić się ruszać. Brzydzi się każdą formą aktywności. Woli zalec na kanapie z książką, przed telewizorem, a na poprawę nastroju także z tabliczką czekolady. I oczywiście ma do tego pełne prawo. Jedno mnie zastanawia – skąd taka niechęć do zadbania o siebie. Boisz się, że nie podołasz, że lepiej z góry się poddać, niż spróbować i rozczarować się sobą, że po raz kolejny się nie udało?

Więc może warto obniżyć poprzeczkę. Nie stawiać sobie zbyt wysokich wymagań i skupić się na przyjemności. Moda na zdrowie to odkrycie formy ruchu zwanej „slow joggingiem”.

Mogłoby się zdawać, że obecnie to raczej mało popularna aktywności. Bo gdzie w czasie szaleństwa biegowego, podawanymi na Facebooku nowymi życiówkami na coraz dłuższych dystansach, stawianiu sobie coraz większych wyzwać biegowych jest miejsce na człapanie nogami?

Tak, bo slow jogging to człapanie, bo wolniej już się nie da. To ciągnięcie nogi za nogą w tempie często wolniejszym niż energiczny spacer.

Fot. Pixabay / skeeze / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / skeeze / CC0 Public Domain

Kto się odważył taka formę ruchu zaproponować? Otóż ktoś, kto zrozumiał, że każda aktywność pozytywnie wpływa na nasz organizm i umysł. Do uprawiania „slow joggingu” zachęca Japończyk Hiroaki Tanaka, który biegał maratony w wieku 50. lat, a zawodowo zajmuje się wpływem uprawiania sportu na zdrowie i samopoczucie człowieka.

To właśnie on stwierdził, że bieganie, które wolniejsze bywa od spaceru, jest najlepszą formą aktywności dla tych, którzy chcą zadbać o swoje zdrowie. „Slow jogging”, to bieganie z uśmiechem. Ktoś mógłby się obruszyć: „Jasne, bieganie i uśmiech, kiedy jedyne o czym marzę, to wrócić do domu i usiąść”. Ale właśnie chodzi o to, żeby zmienić nasze nastawienie. Sport nie musi się nam kojarzyć z wyrzeczeniami, z wypluwaniem płuc, zmęczeniem, ciężkimi nogami i wylewaniem hektolitrów potu. Naprawdę może być przyjemnością. Wystarczy posłuchać rad i się do nich dostosować.

„Slow jogging” to bieganie w tempie od 3 do 5 kilometrów na godzinę, gdzie spacerując pokonujemy do sześciu kilometrów w ciągu godziny. „To co to za bieganie?” można by spytać. Fakt, mało ma to wspólnego z pokonywaniem długich maratońskich dystansów. Tyle, że taka aktywność to po pierwsze skuteczna walka z nadciśnieniem, cukrzycą, chorobami serca, współczesnymi chorobami spowodowanymi stylem życia spędzanym w samochodach i za biurkiem. Ruch daje nam młodość, a uprawianie „slow joggingu” jest na to doskonałym dowodem. Już 30 minut truchtu pięć razy w tygodniu powoduje obniżenie ciśnienia, poprawia krążenie krwi. To też świetny sposób do pozbycia się zbędnych kilogramów. Pokonując wolnym truchtem około 3 kilometry spalamy tyle samo kalorii, co spacerując przez 7 kilometrów.

Idea bardzo wolnego biegania polega na tym, by się nie męczyć. Często gryzie się to z naszą wizją sportu. Jak to uprawiać sport i się nie męczyć? Właśnie tak. Biegamy bardzo wolno, by następnego dnia nie mieć zakwasów, które często skutecznie zniechęcają nas do kontynuacji ruchu. Biegamy wolno, by nie mieć zadyszki, by móc w czasie ruchu uśmiechać się. Biegamy wolno, by nie doprowadzić do kontuzji, obciążeń stawów. Dzięki uprawianiu „slow joggingu” stawiamy stopy w naturalny sposób, tak jak podczas spaceru. I wcale nie musimy biegać szybciej i szybciej. Wystarczy, że codziennie znajdziemy choćby 30 minut na wolne przetruchtanie kilku kilometrów. Idealnie byłoby znaleźć te minuty pięć razy w tygodniu. Ale jeśli trudno nam to zrobić, można ograniczyć się do trzech razy. Możemy podbiec do sklepu, potruchtać wychodząc z psem lub wolno dobiec do przystanku autobusowego. Każdy przejaw tej aktywności jest dobry.

I nie ma co się wstydzić, jeśli wyprzedzi nas osoba spacerująca z kijkami do nordic walking. Jakie to ma znaczenie? Można się do niej szeroko uśmiechnąć i dalej powoli przesuwać stopa za stopą. Wrócić do domu szczęśliwszym, z poczuciem, że zrobiłem coś dla siebie. Bo przecież zasługujemy na to, żeby o siebie dbać, by dawać sobie codziennie mały prezent. Nie musi to być od razu weekend w spa, czy trening pod okiem specjalisty. Wystarczy wyjść i potruchtać. Mój znajomy ostatnio napisał, że „slow jogging” to wolność, dlatego to jego ukochana forma ruchu. I ja przyznaję mu rację. Slow jogging – bez przymusu, bez nastawienia na wynik, dla siebie, dla własnej przyjemności, bez ciśnienia i presji. Wyjdź i potruchtaj. Tylko pamiętaj: biegnij tak wolno, by nie złapać zadyszki! I uśmiechaj się! Choćby do siebie.


Zobacz także

Dlaczego on nie mówi, co czuje? Wcale nie chodzi o to, że nikt nie powiedział mu, jak to zrobić

Czy warto inwestować pieniądze w zabawki?

3 etapy rozwoju chłopców, o których naprawdę warto wiedzieć, żeby nie być potem beznadziejną teściową. Albo teściem