Macierzyństwo

Obiecuję, dzisiaj już na pewno. Nic tak nie boli, jak złamane słowo

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
15 lutego 2016
Fot. i Stock / shapecharge
 

„Tak, tak kochanie, za chwilę się z tobą pobawię”.

„To znaczy za ile”.

„Daj mi 15 minut”.

Obiecujemy na odczepnego, dla świętego spokoju, bo zależy nam na czasie i nie mamy siły negocjować, bo mamy wyrzuty sumienia za inną niedotrzymaną obietnicę. Tej też pewnie nie dotrzymamy.

„Bo to dziecko, zaraz zapomni” – usprawiedliwiamy się w myślach. „Położysz się mamo?”, „Poczytasz?”, „Pobawisz się”. Ile razy powiedziałyśmy – tak, za momencik, za pół godziny – tylko powiedziałyśmy.

Banał. Śmieszna obietnica. „Tak, pojedziemy do kina w sobotę, na pewno, obiecuję”. Co to znaczy w naszym dorosłym i tak cholernie poważnym świecie, gdzie dajemy o wiele poważniejsze obietnice. Że nie spóźnimy się na spotkanie, że wywiążemy się z obowiązków, że oddzwonimy, że zrobimy zakupy, że nie zapomnimy o czymś niezwykle ważnym.

Powtarzamy naszym dzieciom: „Tak, jesteś dla mnie najważniejszy. Jesteś moim największym skarbem” – jakby te słowa miały przynieść nam rozgrzeszenie, tłumaczyć nas z każdej niedotrzymanej obietnicy.

Stań po drugiej stronie. Spójrz przez chwilę oczami swojego dziecka, które słyszy, że tak, że obiecujesz, że teraz to już naprawdę dotrzymasz słowa. Dla niego jesteś całym światem, a najszczęśliwszym momentem jest ten spędzony z tobą.

Dziecko nie zapomina. Tak wiem, dla nas rodziców to okrutne. Bo jak to nie zapomina, a co ma pamiętać, że na lody zabraliśmy je dwa tygodnie później, a nie wtedy, gdy obiecaliśmy? Że przecież w końcu poszliśmy na basen, pojechaliśmy do zoo. A że nie wtedy, kiedy mówiliśmy: Tak dzisiaj na pewno, jutro kochanie, już jutro na 100% – jakie to ma znaczenie.

Jakie ma znaczenie? Niedotrzymane słowo to dla dziecka sygnał:

Że nie jest ważne

– bo ważniejszy od niego okazuje się telefon, sprzątanie, bo nie umiesz powiedzieć: „Kochanie nie mam siły dzisiaj, możemy to przełożyć?”.

Że nie jest kochane

– bo o miłości jedynie mówisz, ale jej nie pokazujesz. Mówisz „Kocham cię najbardziej na świecie”, ale łamiesz dane słowo – jak to świadczy o twojej miłości?

Że nie jest traktowane poważnie

– tak bardzo byśmy chcieli, by było pewne siebie, znało swoją wartość. Pamiętaj – jesteś ważny – mówimy, a za chwilę umniejszamy jego wartość uważając dawane mu obietnice za banalne: „Ale co się takiego stało? Przecież na lody możemy pójść każdego dnia”.

Że może tak samo się zachowywać

– jako dorosły też nie będzie dotrzymywać słowa, będzie kłamać, bo takiego mu siebie pokazałeś. A jemu nie wystarczy jedynie: „Nie kłam”, aby ono nie kłamało – my nie możemy kłamać.

Że nie może na ciebie liczyć

– bo skoro zawodzimy w najprostszych sprawach, jak zrobienie ulubionego ciasta, to jak może liczyć na nas w poważniejszych?

Że nie może nam zaufać

– bo jak ufać komuś, kto nie dotrzymuje słowa? Jak możesz liczyć na to, że dziecko podzieli się z tobą swoją tajemnicą, zwierzy się ze swoich uczuć, skoro tyle razy zawodziłaś?

Że słowa są mało ważne

– bo skoro dla ciebie niewiele znaczą, to ile tak naprawdę są warte. Dziecko uczy się od nas. „O co ci chodzi, przecież to tylko słowa” – powie kiedyś komuś bliskiemu.

Tak, ja też nigdy nie chciałabym tego usłyszeć, nie chciałabym wiedzieć. Wolałabym żyć w błogiej nieświadomości i przekonaniu, że złamane słowo nic nie znaczy, że dziecko zapomina. Że to wszystko przesada i gadanie na wyrost. Że niedotrzymane obietnice tu i teraz niewiele znaczą, bo kiedyś w końcu je spełnisz, wynagrodzisz, wytłumaczysz za jakiś czas, że tak po prostu się zdarza.

A może od dziś obiecajmy naszym dzieciom, że:

Nie będziemy obiecywać niemożliwego – choćby to była najbardziej błaha sprawa. Jeśli wiesz, że nie możesz dzisiaj dotrzymać danego słowa, to go po prostu nie dawaj, nie mów: „Jak się pospieszysz, to wspólnie coś pooglądamy”, kiedy wiesz, akurat dzisiaj to będzie niemożliwe bardzo jak złamane słowo.

Będziemy przepraszać za każdą niedotrzymaną obietnicę, za każdą spóźnioną realizację danego słowa, a nie mówić: „Nie płacz, przecież nic takiego się nie stało”.

Będziemy odmawiać – „Kochanie, nie dzisiaj, nie mogę, nie dam rady” – nie boli tak jak złamane słowo – naprawdę.


Macierzyństwo

Wychowujesz swojego syna dla innej kobiety. I chcąc nie chcąc trzeba się z tym pogodzić. Czego go nauczyć?

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
22 lutego 2016
Fot. Pexels / Vladimir Kudinov / CC0 Public Domain
 

Rodzimy się z jakąś misją. Głęboko w to wierzę. Od nas tylko zależy, czy chcemy ją nazwać i zauważyć. Jakiś czas temu usłyszałam: „Wiesz, obojętnie czego nie robię, w jakim miejscu jestem, to wiem, że tu w swoim życiu najbardziej spełniona czuję się w roli mamy”.

Ja jestem mamą dwóch Dzików. I choć jako matka kwoka nie wyobrażam sobie, że kiedyś wyjdą z domu i nie będę już dla nich najważniejszą kobietą życia, to jednak wiem, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: wychowujesz swojego syna dla innej kobiety. I chcąc nie chcąc trzeba się z tym pogodzić. Cóż. Takie życie. I mam poczucie misji – chciałabym by moi synowie byli kochani przez wyjątkowe kobiety. A żeby takie spotkali, ja sama muszę ich nauczyć kilku rzeczy.

Samodzielności

By nie czekali, aż ktoś wyręczy ich w działaniach czy wyborach. Samodzielność zaczyna się już przy sznurowadłach, zapinanej kurtce, podanej łyżce do obiadu. Samodzielność, to spakowany tornister do szkoły i ponoszenie konsekwencji za to, o czym zapomnieli. Samodzielność to dbanie o siebie, to nie czekanie na pomoc, to odwaga w dążeniu do realizacji swoich planów i marzeń. Bez trzymania kurczowo kogokolwiek za rękę.

Nie nazywania co damskie, a co męskie

A raczej pokazanie, że świat nie jest zbudowany w czarno – białych kolorach. Że nie jest domeną kobiet sprzątanie, gotowanie i pranie, a męską zarabianie i chwalenie podanego pod nos obiadu. Nie ma rzeczy, których zrobienie przynosi ujmę mężczyźnie, czyni go mniej męskim. Ale nie wystarczy o tym mówić, przede wszystkim trzeba pokazać – od prośby o odkurzenie, pomycie naczyń, czy zrobienie kanapek. Nie chcę, by kiedyś jakaś kobieta usłyszała od nich: „Ale ja nie umiem, zawsze moja mama to robiła”.

Szacunku

Szanowania odmiennego zdania, innych poglądów. Jeśli ona okaże się feministką – uszanuj, że nie chce, by otwierać jej pierwszej drzwi, a jeśli nie – pamiętaj by podać jej płaszcz czy odsunąć krzesło. Szacunek – nawet gdy się rozstaną, gdy pokłócą, gdy będą przez chwilę chcieli o sobie zapomnieć – o nim powinni zawsze pamiętać. Bez wyśmiewania, obrażania i umniejszania wartości drugiej osoby.

Mówienia o uczuciach

Nie bagatelizowanie słów. Nie rzucanie na wiatr deklaracji i bawienia się uczuciami innych. Mówienie – kocham, lubię, jestem zły – to często bardzo dużo. Nazywanie emocji – to dla budowania związku fundament. Nie muszą być gruboskórnymi facetami, dla których mówienie o uczuciach jest niemęskie, a co więcej niezrozumiałe. Jeśli chcę, by byli kochani –  muszą ich tego nauczyć.

Zrozumienia

Niech nie mówią: „Po co ci kolejne buty” albo: „Nie masz większych problemów?”. Niech będą uważni, nie tłumaczą trudności w relacji fochem lub nadchodzącym okresem. Niech słuchają ze zrozumieniem emocji i uczuć – to wbrew pozorom wcale nie jest takie trudne.

Słabość to nie utrata męskości.

Mężczyzna ma prawo do słabości. Jak chłopiec, gdy płacze przy stłuczonym kolanie. Ma prawo być słaby i bezradny. Ma prawo oczekiwać, że tym razem ktoś go przytuli ze zrozumieniem. I że słabość nie umniejsza jego męskości, jest częścią składową, która czyni go wrażliwym człowiekiem.

Bycia wsparciem

Bo mężczyzna nie powinien się odsuwać. A chłopiec nie powinien słyszeć: „Nie kochanie, nic się nie stało, zaraz zrobię kolację”. My mamy prawo do szukania wsparcia na miarę sił małego chłopca, a on jako dorosły mężczyzna będzie czuł, że może być wsparciem do kochanej osoby, że jej nie zawiedzie i że można na nim polegać, bo my polegaliśmy na nim, gdy miał 10 lat.

Proszenia o pomoc

„Nie dam rady” – niech będzie wpisane w ich słownik, kiedy potrzebują pomocy, gdy czują, że coś ich przerasta. Prosić o pomoc nie jest wstydem. Dlatego, gdy proszą o ważną dla nich pomoc jako mali chłopcy – otrzymują ją bez kpiny i szyderstwa. Umiejętność proszenia o pomoc jest wielkim darem. To zaufanie, to poleganie na kimś, to bycie z drugą osobę bez względu na wszystko.

Oczywiście, że pytam ich jak wyglądam po powrocie do fryzjera, miło, gdy pytają o kolor nowych paznokci, albo gdy zauważają: „Mam świetnie wyglądasz”. Wtedy sobie myślę, że to dobry kierunek, że są uważni, że nie jestem jedynie sprzątaczką, praczką i kucharką. Że widzą we mnie kobietę. Tę, która też pracuje, też ma prawo do zmęczenia, która ma ochotę wyjść z przyjaciółką do kina i która pozwala sobie na odrobinę egoizmu. Wiem, że jeśli ja będę stawiać siebie na końcu rodzinnego przewodu pokarmowego, nie będę dbać o własne potrzeby, to oni nigdy nie zrozumieją kobiety walczącej w związku o niezależność i wolność i możliwość bycia sobą.

Z drugiej jednak strony, kiedy patrzę na innych mężczyzn, to myślę sobie, że nie można zapominać o najdrobniejszych rzeczach, więc uczę moich synów jeszcze:

Gotować – choćby jajecznicę

Opuszczać deskę w toalecie

Tego, że nie nosi się skarpetek do sandałów.

I że drapanie się po kroczu w towarzystwie niekoniecznie przystoi.

O tych najprostszych też nie możemy zapominać. Prawda 😉


Macierzyństwo

Kiedyś tak bardzo chciałam być mamą, dziś patrzę wstecz z tęsknotą. Kiedy bycie mamą mnie przerasta…

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
5 lutego 2016
Fot. iStock / Geber86

Dzisiaj mam dość bycia mamą. Chciałabym wrócić do czasów, kiedy moje dzieci pachniały jeszcze niemowlakiem. Kiedy nieporadnie stawiały pierwsze kroki. Łapały się mojej nogi, żeby nie przewrócić się po raz kolejny. Patrzyły za zachwytem na wszystkie moje wygłupy. To był czas, kiedy bycie mamą spotykało się z małymi trudnościami: „Czy dać już ziemniaka, a może jednak lepiej marchewkę”. Myślałam, że serce mi pęknie, kiedy wracałam do pracy, a później – podczas pierwszego dnia w przedszkolu. Wtedy tak bardzo mamą chciałam być. Chciałam wiedzieć, że tak bardzo kocham, że tęsknię, że ten bezbronny zupełnie mały człowiek jest kompletnie ode mnie zależny. To taki czas, kiedy czasami brakuje ci tchu, kiedy patrzysz jak śpi. To czas, w którym wiesz, że jesteś fantastyczną mamą – ten uśmiech, te małe rączki obejmujące twoją szyją, to pierwsze „Kocham cię, mamo”. Tak, gdyby macierzyństwo kończyło się, kiedy nasze dzieci mają pięć lat… Dzisiaj myślę, że byłoby to wspaniałe.

Bo dzisiaj jestem mamą dorastających dzieci. Ze zgrozą myślę – za chwilę nastolatków. Rozglądam się wokół i wiem już, że czeka  mnie najtrudniejszy moment moje macierzyństwa. Bo bywam:

matką zrzędliwą

która do znudzenia powtarza – skarpetki do prania, ułóż rzeczy, wyjdź z psem, ręcznik – wróć o powieś ręcznik

matką stawiającą granice

bezlitośnie trzymam się ustalonych reguł. „Kochanie pół godziny na komputerze, to pól godziny”, a jednocześnie coraz trudniej te granice stawiać, wytyczać, bo opór coraz większy „Mamo, ale dlaczego”… a kiedyś myślałaś, że padające po stokroć dziennie dwulatka „Co to?” jest twoją największą nauką cierpliwości

matką walczącą

która staje w środku konfliktu, niczym negocjator próbuje załagodzić awantury, rozdzielić dwóch kogutów skaczących sobie do gardeł. „Wy się kłócicie – rozwiążcie problem między sobą” – a chciałoby się wziąć stronę jednego, tego, który bardziej się krzywi i rozpacza, żeby przez chwilę poczuć to dawne „kocham cię mamo” – ale tym razem warunkowe „bo stajesz po mojej stronie” – wiesz, że nie możesz, więc walczysz o ich przestrzeń, o umiejętność rozmowy, by potrafili konflikty rozwiązywać, a nie je podsycać

matką – tarczą

do której strzelają twoje dzieci, coraz częściej bywasz przyczyną całego zła, to do ciebie kierowane są fochy, to na ciebie się obrażają, kiedy stawiane przez ciebie granice uwierają ich bardziej niż zwykle, odwracają się plecami, a ty wiesz, że nie możesz zrobić tego samego – trzasnąć drzwiami i wyjść – zatęskniliby… tyle że ze strachu, że możesz następnym razem nie wrócić, a przecież nie o ich strach chodzi

matką tak bardzo bojącą się

że się odsuną – pytanie: „Coś się stało?” wywołuje w tobie milion emocji, bo widzisz, że coś się jednak stało, i wiesz, że nie jest to zabrany przez kolegę w przedszkolu samochód, że wystarczy przytulić. I czekasz z nadzieją, że powie, że ufa, że nie ucieknie, czekasz cierpliwie, bo wiesz, że teraz już potrzebuje czasu, by oswoić emocje, by je nazwać. A kiedy siada i zaczyna: „Bo wiesz, mamo…” oddychasz z ulgą, że jeszcze jest obok i wie, że jesteś dla niego wsparciem

matką wątpiącą

że może to nie tak, że mogłabyś odpuścić, pogłaskać po głowie – posprzątać pokój, odpuścić szkołę, skoro nie zdążył się nauczyć, może zbyt ostro, zbyt mocno – ale za chwilę przypominasz sobie, że dziecko nie jest twoją własnością, że jest człowiekiem, który musi ponosić konsekwencje, bo ty nie zawsze będziesz obok, że musisz je wypuścić, musisz pozwalać mu popełniać błędy – bo przecież na twoich się nie nauczy…. niestety

matką zmęczoną

kiedy nie chce ci się tłumaczyć po raz setny tego samego, powtarzać w kółko: „Lekcje”, „Spakuj tornister”, „Myłeś zęby?”, kiedy nie chce ci się stawiać granic, kiedy marzysz, żeby machnąć ręką – niech mają bałagan w pokoju, niech spędzą cały dzień przed telewizorem, niech wypiją po litrze pepsi i zjedzą po trzy paczki chipsów. Nie masz siły mówić: „Kochanie, wiesz dlaczego nie można”, nie chcesz dyskutować z kolejnym: „Mamo, ale przecież tylko raz, tylko dzisiaj”, które nigdy nie jest tylko jednym razem, wiesz o tym i oni też o tym wiedzą, choć pewnie w tym momencie nie pamiętają

matką „ja też mam swoje życie”

bo marzysz o weekendzie bez dzieci, szukasz obozu, na który wyślesz dzieci na wakacje. I nie masz nawet cienia wyrzutów sumienia, że z cichą radością przyjmujesz: „Śpimy u kolegi, zgadzasz się?”. Chcesz przestrzeni dla siebie, dla swojego oddechu, nie chcesz być tylko mamą, ale też kobietą, kochanką, sobą – ze swoimi emocjami i nastrojami

matką ocenianą

„Bo ty tylko: gadasz/sprzątasz/gotujesz/pracujesz” – słyszysz i wiesz, jakie to niesprawiedliwe, jak krzywdzące. Czasami przechodzisz obok tych słów niewzruszona, a czasami zamykasz twarz w dłoniach, bo oni celują, by cię ustrzelić, sprawdzają twoje granice, obserwują reakcje, czekają, czy ich manipulacja osiągnie zamierzony efekt. A ty nie możesz się poddać, wywiesić białej flagi

matką niesprawiedliwą

bo nie pozwalasz, bo ganisz, bo wymagasz, bo inna mama jest inna i inni mogą, a oni nie

Bywam taką mamą. Coraz częściej i pewnie za chwilę stanę się tylko tą zrzędliwą, wyznaczającą zakazy i nakazy. Taką będą mnie widzieć, tak o mnie będą myśleć, a ja nie będę mogła ugiąć. Będę musiała brnąć w to, stać twardo, choć oni taranem będą chcieli usunąć mnie ze swojej drogi. Wiecie co się nie zmienia – ten brak tchu, kiedy patrzę jak śpią, kiedy dławi mnie wzruszenie, bo są coraz mądrzejsi, coraz bardziej świadomi siebie, coraz bardziej odpowiedzialni, bo w niedzielę rano po ciuchu robią nam śniadanie niespodziankę. Kiedy przychodzą i mówią: „Mamo, położysz się, bo nie mogę zasnąć”. Wtulają się i oddychają spokojnie. Wtedy wiem, że bycie mamą to rola wymagająca, to lekcja pokory, cierpliwości, to odpowiedzialność za to jakiego człowieka za chwilę spotka – być może twoje dziecko.