Lifestyle Macierzyństwo Psychologia

Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 kwietnia 2016
Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?
Fot. iStock / Christopher Ames
 

„Przestań mnie ograniczać” – wykrzyczał dziś w sklepie jeden mąż, który wyraźnie miał czegoś dość, do swojej żony, budząc przy tym zainteresowanie największych osiedlowych plotkarek. I moje też. Żona próbowała jeszcze jakoś załagodzić sytuację, tłumaczyć, że nie zgadza się na zakup ciasteczek maślanych dla „jego dobra”, bo ostatnio trochę przytył i „ona po prostu o niego dba”. Nie pomogło, wyszedł. Ciasteczka ewidentnie stanowiły tu element przepełniającą przysłowiową czarę goryczy.

Bo my od dziecka kochamy wolność. Ale swoją, osobistą. Trudno nam znieść, kiedy ktoś wkracza na nasz teren, żeby zaprowadzić tu swoje porządki. I nieważne, jakie przyświecają mu intencje. Za to w stosunku do innych? W związku czy w stosunku do dzieci lubimy nakładać ograniczenia, kontrolować. Dużo gorzej idzie nam wspieranie, dodawanie siły i motywowanie.

Mam znajomą, która wychowuje samotnie nastoletnią córkę. Samotnie, bo mimo, że mąż jest, to ciałem i duchem tak bardzo nieobecny (wiecie jak to jest kiedy „ktoś w tym domu musi zarabiać”), że trudno mówić o wspólnym podejmowaniu decyzji wychowawczych. Matka i córka od roku regularnie drą ze sobą koty, a głównym punktem zapalnym jest fakt, że szesnastolatce niewiele wolno. Na urodziny do znajomych z klasy? Tylko do 20-tej i tylko do tych, których rodziców mama zna osobiście. Wakacyjna praca w kawiarni na osiedlu? Zdecydowane „nie”. „Przecież niczego ci nie brakuje, masz spore kieszonkowe, a jak potrzebujesz zrobić jakiś większy wydatek, to zawsze ci dokładam”. „Ale ja chcę sama, mamo, chcę zobaczyć jak to jest… Chcę spróbować pracy. Inni już dawno próbowali.” „Widocznie ich rodzice nie potrafią o nich zadbać”.

Koronny argument na wszystkie próby logicznego uzasadnienia? „Póki mieszkasz w tym domu, stosujesz się do moich zasad”. Rozumiem. Władza rodzicielska musi zostać zaznaczona – w tym domu obowiązują zasady rodziców, w tym jedna podstawowa: zasada ograniczonego zaufania. Tylko, że kiedyś trzeba będzie opuścić to „bezpieczne” gniazdko i zacząć żyć po swojemu. Po swojemu czyli jak? Według tego, co mówili rodzice? A oni są w stanie przygotować nas „zaocznie” na każdą życiową okoliczność?

– Dlaczego jej bardziej nie zaufasz? – pytam moją znajomą, bo wiem, że jej córka jest odpowiedzialną i jak na swój, młody wiek dojrzałą osobą. Jeszcze nigdy nie zrobiła niczego głupiego i ufam, że to kwestia jej rozsądku, a nie nakładanych na nią co chwila ograniczeń. Bo przecież, kurcze blade, nie ma takiej siły, która zatrzyma nastolatka, kiedy on sobie postanowi, że coś zrobi. Zwłaszcza jeśli to „coś” jest na przekór rodzicom. – To złudzenie, utopia – mówię. – Chcesz kontrolować dorastającego człowieka i sprawiasz, że się od ciebie odwraca, oddala się od ciebie.

– Kiedy to takie trudne – pada cicha i bardzo prawdziwa odpowiedź, odsłaniając całą słabość matki: wieczny (mniej lub bardziej natężony) strach o swoje dziecko. I ja rozumiem ten strach, bo sama jestem matką. Ale rozumiem też potrzebę wolności, bo byłam nastolatką i jestem córką. I wtedy słyszę jeszcze bardziej ciche: „Boję się, że już nic mi nie zostanie, kiedy ona weźmie odpowiedzialność za siebie”.  Acha. To tu jest jeszcze jeden problem: potrzeba kontrolowania córki bierze się ze strachu przed pustką, utratą celu w życiu. Mając kontrolę (lub wrażenie, że ją ma) nad jakąś sytuacją, moja znajoma czuje się spełniona życiowo, potrzebna, ważna. Jakże to iluzoryczne i jak łatwo jej to odebrać.

Ale do rzeczy. Dawanie wolności, kiedy całe życie kogoś ograniczaliśmy, musi być trudnym doświadczeniem dla obu stron. Chyba nie od razu wiadomo co z tą wolnością zrobić. I pewnie nie od razu wiadomo jak przestać ograniczać. Ale powolne nakładanie na dziecko odpowiedzialności za samego siebie to przecież w końcu istota wychowania… Nikt nie powiedział, że wychowanie to prosta sprawa.

– Majka – pytam córkę mojej znajomej – o czym ty najbardziej teraz marzysz? Chwila zastanowienia – Chcę żeby mama we mnie uwierzyła. Przestała się bać,  no wiesz, że zrobię coś głupiego – pada.

Mamo, uwierz w córkę. Nie ograniczaj, pokaż jak mądrze wybierać. Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?

Pozwól jej uczyć się życia. A sobie pozwól mieć życie.


Lifestyle Macierzyństwo Psychologia

Dajcie mi wszyscy święty spokój!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 kwietnia 2016
Fot. iStock / gradyreese
 

– A daj ty mi święty spokój  – powiedziało do mnie dziś moje ośmioletnie dziecko. – O masz – pomyślałam. Zaczęło się. Bunt nastolatka? Nie, no chyba jeszcze nie teraz. Szybka analiza wydarzeń bieżących: poprosiłam o sprzątnięcie klocków z podłogi, poukładanie skarpetek w szufladzie. A i jeszcze zapowiedziałam, że za chwilę będzie obiad i to z ukochaną pomidorową. Co poszło nie tak? Mierzymy się wzrokiem uważnie, z tym, że ja wyglądam zdecydowanie bardziej na kogoś nastawionego pokojowo.

Chce być sama. Zaraz, jak to sama? Nie za mała jest? Co ona zrobi z tą samotnością? Po co jej ona? W matczynej głowie zapalają się lampki alarmowe, mózg skanuje kalendarium spięć z koleżankami w szkole i ewentualne natężenie sprawdzianów, ale nie znajduje tam nic niepokojącego. – Coś się stało? – siadam na łóżku przykrytym kapą w takie jeszcze dziecięce wzorki. Troskę mam wymalowaną na twarzy, ale tym razem to niedobrze, widzę już po reakcji. Więc zmieniam szybko minę na konkretną i zadaniową. O, tak jest lepiej.

–  Nie – tłumaczy córka. – Po prostu chcę mieć spokój. Potrzebuję czasu na myślenie. Acha. No dobrze. To ile czasu zajmie ci to myślenie, córko? Odpowiedź nie pozostawia złudzeń: „Skąd mam wiedzieć, kiedy coś wymyślę?”. No racja. Wychodzę więc rzucając tylko w przestrzeń, że za 15 minut zupa. W głowie niepokój. Przez ostatnie kilka lat doświadczałam raczej tego, że moje dzieci chcą być właściwie cały czas w pobliżu. Nawet bawiąc się w swoim pokoju wybiegały co chwila przytulić się, sprawdzić co słychać, albo informowały mnie pełnym głosem o konfliktach w rodzinie lalek i niesfornym zachowaniu pluszowego misia. Albo o tym, że ten rysunek plakatówkami na ścianie jednak się nie udał, więc został zamazany czarnym kolorem, żeby nie było widać (że nie wyszedł, rzecz jasna). Przecież zawsze tak było: ja i oni, nierozłącznie. Bywało, że i w toalecie, ale tego naprawdę się wstydzę. „Mamo to, mamo tamto” – rozlegało się w naszym domu co chwila.

I teraz nagle, zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz dostałam jasny sygnał: „Spadaj, matka!”. Ale nie panikujmy. Przyjdzie w końcu, mała jest jeszcze. Przytuli się i powie o co chodzi, plącząc jak zwykle niemiłosiernie przebieg zdarzeń i kręcąc na palcu jasny kosmyk włosów. Wszystko wróci do normy. Albo nie. Usiądzie na krześle, pochmurna, zła i wciągnie pomidorową z makaronem zerkając na mnie z pode łba. Spotkam się ze ścianą niezrozumienia, murem niedostępności. To na pewno oznacza JAKIEŚ kłopoty.

Po dziesięciu minutach (bo już dłużej nie mogę wytrzymać) stawiam na stole talerze. „Obiad!” – wołam jak Grażynka w „Klanie”, choć zazwyczaj w ogóle tego nie robię. – Nie jestem głodna – pada po drugiej stronie drzwi. To już oficjalne: zostałam sama z tą pomidorową. Dziecko zaczyna mi dorastać.

Zakrywam dłońmi twarz i czuję się emocjonalnie niestabilna. Boże, Boże jak ten czas zleciał. Jeszcze wczoraj była taka malutka. Chyba pooglądam sobie zdjęcia z jej niemowlęctwa. Powspominam jak to było. Taka kompletna zależność. Przez pierwsze trzy miesiące to nie mogłam jej nawet na chwilę odłożyć do łóżeczka. Cały czas razem. A młody? Chodził za mną krok w krok. Tata? Nie! Ciągle tylko „mama”. Szału można było dostać. Tak było… cudownie.

–  Mamo, już pomyślałam. Nalejesz mi zupy? – słyszę tuż obok. Wyrwana ze swoich myśli siadam z dzieckiem do stołu… – Ale… – zaczynam niezręcznie – O czym tak myślałaś? Mogę ci jakoś pomóc? –Nie. Nie możesz – mówi moja córka – Przecież to ma być niespodzianka. Na twoje urodziny.

Wieczorem wybieram numer mojej babci, żeby zapytać jak się czuje i czy wybierze się z nami na spacer. Babcia dobiega 90-tki, mieszka sama. Na pewno czuje się samotna, dlatego kiedy tylko mogę, zabieram dzieciaki i jedziemy razem umilić jej trochę czas. ­ – A daj ty mi spokój. Nie mam dziś ochoty na wizyty. Pytałaś już o to wczoraj – rozlega się w słuchawce. – Czy ja nie mogę mieć odrobiny prywatności?


Lifestyle Macierzyństwo Psychologia

Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam i wy to też wiecie. Mamo, tato, dziękuję wam za…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 marca 2016
Fot. iStock / Courtney Keating

Wiosna przyszła. Wszystko, co drobne wyległo na powierzchnię ziemi. Stoimy sobie z moim synem tak od ładnych kilku minut i patrzymy na te mrówki. Chodzą sobie, mrówka z mrówką, dobrze znanymi, wydeptanymi szlakami. – Dzidzia –  mówi mój syn o jednej z mrówek. –  To mama – wskazuje na inną. – A to? – łapie mnie za rękę pytająco. – Tata – odpowiadam bezwiednie. Przecież wiadomo, wszystko, co po ziemi chodzi musiało mieć mamę i tatę. Ale nie wszystko może być swoim rodzicom tak wdzięczne jak ja.

Mamo, Tato, dziękuję:

Za to, że nigdy nie dawaliście mi gotowych rozwiązań, ale prawie zawsze powtarzaliście: pomyśl, wierzę, że sama świetnie sobie poradzisz. Proste, a jednocześnie takie trudne. Wiem, bo teraz sama mam dzieci.  Chciałabym umieć, tak jak wy, pozwalać im częściej próbować swych sił.

Za to, że nigdy nie złamaliście mnie ani jednym słowem. Budowaliście mnie za to słowami miłości, wsparcia i życzliwości. Zabrałam je w sobie, kiedy już poszłam hen w życie czasem zbyt krętą drogą. Teraz, gdy upadam, te słowa miłości podnoszą mnie z kolan, z wiarą, że za chwilę już będzie dobrze, że zaraz wszystko sobie poukładam.

Za rozmowy w kuchni nocą, przy kubku herbaty (mamo) i niedzielnym wspólnym obiedzie (tato). W moim domu ta herbata i ten niedzielny obiad to momenty ważne, kiedy czujemy naprawdę, że jesteśmy razem i jest nam ze sobą dobrze. Albo kiedy czujemy, że żeby było dobrze, trzeba właśnie tej rozmowy i dwóch kubków.

Za miłość bezwarunkową i akceptację. Bo dzięki wam umiem ich szukać w relacji z najbliższym mi człowiekiem. I dzięki wam rozumiem, że i ja i on na nie zasłużyliśmy. Bezwarunkowo nie stawiam warunków w miłości, kocham po prostu za „nic”. Akceptuję bo i mnie akceptowano.

Za to, że nie udawaliście przede mną, kiedy wasze małżeństwo zaczęło się rozpadać. I za to, że nie odpuściliście, że walczyliście o siebie, gdy inni mówili, to nie ma sensu. Wy widzieliście sens, nie wyrzuciliście tej miłości, tych wspólnych lat do śmieci. Kocham patrzeć tato na to, jak odgarniasz mamie jasne kosmyki włosów z czoła.

Za to, że nie chcieliście być dla mnie autorytetem, byliście nim, po prostu. Bez pompy i sztuczności, swoim przykładem sprawialiście, że nigdy nie przestałam was szanować. Byliście i jesteście ważni.

Za to, że kiedy nadszedł moment, wybiegłam od was w życie, wierząc, że ono jest dobre, a ludzie potrafią być najwspanialsi, jeśli tylko umie się ich odnaleźć. I że najwięcej zależy ode mnie.

I jeszcze, dziękuję wam za wyprawy w góry, a nie na Majorkę, kiedy Majorka była szczytem marzeń. Dzięki tym wyprawom kocham góry bezkrytycznie, a o Majorce myślę z dystansem, lekko nonszalancko.  Żyję tu i teraz, ale nie odpuszczam marzeń. Kiedyś je zrealizuję, kiedyś znajdę swoją Majorkę.

Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam w dzieciństwie. Ale to nie znaczy, że wyszło źle. I wy to też wiecie, i za to też Was kocham.