Lifestyle Macierzyństwo

Nie jestem matką, nie chcę mieć dzieci, nie mogę. Bo nie. I co mi zrobisz?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 grudnia 2015
Fot. iStock / mediaphotos
 

„Od razu mówię: nie mam dzieci, nie mam męża”, a ja się zastanawiam: „Po diabła się tłumaczy?”, koleżanka, której nie widziałam kilka dobrych lat, i którą chciałam spytać, po prostu, co u niej słychać.

Nie zdążyłam zapytać, bo uprzedziła mnie swoim oświadczeniem. I co z tego, że nie ma dzieci? Piękna kobieta, która realizuje się zawodowo, robi fantastyczne rzeczy, pomaga młodym ludziom wyjść na prostą, a tłumaczy się z tego, ze nie ma dzieci? To było spotkanie na zjeździe szkoły średniej. I kiedy stanęłam z boku i posłuchałam: „Ale jak, masz dwie córki? No co ty?”, „A ile twój syna ma lat? O rety tyle, co mój”, „Kiedy zostałeś tatą, nic wiedziałam, nie pochwaliłeś się?”, pomyślałam: „No tak, nie masz dzieci, o czym z tobą rozmawiać”… „Nie masz dzieci – no co ty, nie możesz mieć, jesteś chora, ale starasz się tak?”.

„Nie nie mam, bo nie” – pada krótka odpowiedź. Zazwyczaj następuje żenująca cisza, nieudolna próba zmiany tematu. Ale ta kobieta już wie, że została oceniona. Bo jak to, dobiega 40-tki i nie ma dzieci?!?

Nie jesteś matką, jesteś nieatrakcyjna towarzysko

„Może jest lesbijką”, ktoś rzuca na boku. Ktoś inny tłumi śmiech. „Ona zawsze była dziwna, pewnie żaden facet z nią nie wytrzymał”, dodaje ktoś inny szeptem. Może jakaś znajoma pomyśli: „Szczęściara, jest sama bez tych wszystkich obowiązków, nic dziwnego, że tak świetnie wygląda. Ma czas dla siebie”. Za plecami, w towarzystwie każdy nie-matkę wytyka palcami. Nie bardzo wie, o czym porozmawiać. Bo o pogodzie, ileż można. Dzieci to taki neutralny i zdrowy temat. Wywołuje uśmiech, potok słów, setki zabawnych historii. O dzieciach można rozmawiać całą noc właściwie. Więc o czym rozmawiać z kimś, kto dzieci nie ma? Co robi, gdzie bywa? Nie ma dzieci – nie ma rozmowy. Uprzejma wymiana zdań i unikanie, jak trędowatego. Nie możesz powiedzieć: „Wpadnij z mężem i dziećmi, świetnie jak się poznają”. Bo co zaprosisz kobietę bez dzieci, a sama będziesz podczas rozmowy smażyć naleśniki, pomagać w zadaniu domowym. A ona tego nie zrozumie, bo nie wie, co znaczy być matką.

Nie jesteś matką, jesteś karierowiczką

„Robi karierę, a na starość nikt jej nie poda szklanki wody”, „I co z tego, że tak świetnie jej idzie zawodowo. Kariery do grobu nie zabierze, nic po niej nie zostanie”. Rozmowa dwóch matek, o córce trzeciej z nich, która rozgoryczona opowiada, że syn dał jej wnuki, a co z córką? „Ona nic nie rozumie, przecież dziecko, to największy skarb”. Dla ciebie – mamo. Dla niej wartość stanowi coś zupełnie innego, czy przez to gorszego? „Jej koleżanki mają dzieci, jest chrzestną, widzi, że dzieci to radość, pełnia szczęścia”. A jeśli nie widzi? Jeśli pamięta swoją mamę umęczoną opieką nad dziećmi, bez prawa głosu w domu, bez swoich pieniędzy, bez marzeń, zależną od męża? Jeśli słyszy od przyjaciółek, jak są zmęczone, jak dla dzieci są z facetem, którego nie kochają? Tak, spotykała mężczyzn, ale żaden z nich nie zatrzymał jej na dłużej. Każdy chciał, by to ona nim się zaopiekowała. Nie dawali jej spokoju, poczucia bezpieczeństwa i spełnienia w związku. A ona spełnia się w pracy. Tak jest jej dobrze. Ona wybrała, to co dla niej najlepsze. Nie jest matką, ale jest kobietą szczęśliwą. Tak, to możliwe.

Nie jesteś matką, jesteś egoistką

Największym wrogiem kobiety – matki jest egoizm. Ona się go boi, unika, udaje, że nie zauważa. Tłumi swoje potrzeby i siebie zawsze stawia na końcu rodzinnego układu pokarmowego, nie tylko gdy chodzi o jedzenie, ale o wszystko. Egoizm dla niej równa się poczucie winy i wyrzuty sumienia, więc jak nazwać kobietę, która nie ma dzieci? No oczywiście jest egoistką, typową. Nie poświęca się rodzinie, nie gotuje obiadów codziennie dla dzieci, nie piecze tortów na ich urodziny, nie czyta im wieczorem książki, tylko siada z lampką wina przed telewizorem. Albo co gorsze – robi, to co kocha. Na przykład podróżuje po świecie. Myślisz: „Cwaniara, nie ma dzieci, to sobie może podróżować”. A kiedy ona mówi: „Chciałabym mieć dzieci, ale nie znalazłam jeszcze odpowiedniego faceta”, myślisz: „No tak, pieprzona egoistka, też mi wytłumaczenie. Przecież nigdy idealnego faceta nie znajdzie”. A nawet jak nie znajdzie, to co z tego?

Nie jesteś matką, jesteś wygodna

„Ciekawe, czemu nie mają dzieci? Oni tacy wygodni. Widzisz ich i dziecko?!? Kto by się nim zajmował?”. Tymczasem ONI nie mają dzieci, bo ONA w wieku 16. lat dowiedziała się, że nie może być matką. Wada, która wyklucza macierzyństwo. „Myśleliśmy o tym, żeby adoptować dziecko, był też pomysł z su rogatką, która, by naszą ciążę donosiła, ale nie mogliśmy jakoś podjąć konkretnej decyzji. Mąż miał dużo wątpliwości, czy podoła wychowaniu dziecka adopcyjnego – nie wszyscy się przecież nadają. W końcu powiedział: „A może tak ma być, tak natura zadecydowała za nas.” Ona była mu wdzięczna za te słowa, nigdy nie obarczył jej poczuciem winy, że nie mają dzieci. Oboje dbają o swoją kondycję fizyczną, o zdrowie. Sport stanowi bardzo dużą część ich życia: „Przecież wiem, że jak będę stara, nikt nie poda mi szklanki wody, dlatego muszę dbać o ty, by być sprawna jak najdłużej.” Po chwili dodaje: „Wiesz, że jesteś pierwszą osobą, która otwarcie spytała, czemu nie mamy dzieci? Wiem, że inni snują różne domysły, że na oceniają. Nie pytają, a ja nie chcę im się tłumaczyć”.

Nie jesteś matką, bo nie możesz nią być, bo nie chcesz, bo nie czujesz, że macierzyństwo to twoje powołanie. Mówimy: „Nie każda kobieta nadaje się na matkę” – tylko dlaczego to „nadaje się” nie napawa optymizmem, zrozumieniem? Wręcz przeciwnie – jest negatywnie oceniające, bywa pogardliwe. Nie-matka to wybrakowana kobieta. Kiedy następnym razem zechcesz ocenić czyjeś życie przez pryzmat tego, że nie jest matką, zastanów się, czy dla każdej kobiety bycie matką musi dawać pełnię szczęścia? Uwierz, nie musi.


Lifestyle Macierzyństwo

„Prowadzę podwójne życie. Nie rozumiem histerii wokół romansu, biorę, nie oczekuję” List mężatki, która zdradza od pięciu lat

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
15 grudnia 2015
Fot. iStock / alphaspirit
 

W niedzielę mail: Czytam te wasze histeryczne historie o romansach i nie rozumiem. Czy ja jestem jakaś inna? Czy te listy piszą nastolatki. Od pięciu lat mam romans z żonatym facetem. Jestem mężatką, mam dwoje dzieci. Mój drugi partner, bo właściwie tak już o nim mówię, też ma dzieci. Pasuje nam taki układ.

Odpisuję: To wyrachowanie czy poukładanie?

Odpowiedź: Poukładanie.

Monika (bo tak ma na imię autorka listu) pisze: Dużo znam kobiet, które mają albo miały romanse. Tak, część z nich zakochuje się, niszczy rodzinę, małżeństwo, niektóre nie potrafią zdecydować, więc częściej są załamane, nieobecne emocjonalnie niż szczęśliwe. Ja wychodzę z założenia – romans jest tylko po to, żeby dać radość, każdy inny nie ma sensu. Oddzielam swoje dwa życia. On, mój kochanek też oddziela.

Ja żona i matka

Poukładany dom – to mogę powiedzieć o swojej rodzinie. Lubię męża, gdyby tak nie było, być może bym się z nim rozwiodła. Ale na pewno też tego nie mogę wiedzieć, bo mamy dom, ogromny kredyt, opiekujemy się swoimi rodzicami. No i dzieci. Gdybym chciała rozwieść musiałabym w jakimś sensie zrezygnować z dzieci – mąż jest z nimi bardzo związany i chciałby opieki pół na pół. A ja nie mogłabym powiedzieć: „nie”. Nasze życie nie jest żadnym dramatem. Już nie. Od kiedy mam kogoś przestałam od mojego męża oczekiwać, że w końcu stworzę go na wzór swoich marzeń. Przestałam robić awantury, że jest nieczuły, trudny, egoistyczny. Jest jaki jest. „Nie pasuje ci – poszukaj kogoś kto zaspokoi twoje wygórowane potrzeby” potrafił krzyknąć do mnie. Nie pasowało mi, więc znalazłam.

W nocy śpimy w tym samym łóżku, pod dwiema różnymi kołdrami. Zdarza się, że zasnę w pokoju córki i obudzę się w nim rano. On nigdy nie przychodzi spytać czy idę do łóżka. Ale rano pijemy wspólnie kawę, śmiejemy się przy śniadaniu komentując polityczne wydarzenia, albo denerwujemy się. W niedzielę byliśmy razem z dziećmi na manifestacji. W naszym domu pachnie ciastem i choinką. W weekend piekliśmy pierniki. Mamy kota i świnkę morską. Na Sylwestra jedziemy ze znajomymi w góry. Gdy mąż ma problemy w firmie – dzwoni do mnie. Jestem jego powierniczką, myślę, że osiągnął sukces zawodowy dzięki mnie i mojemu wsparciu.

Co jest więc nie tak? Nie tak jest seks, który zawsze był średni. Nie tak jest życie jak para kumpli. Nie tak jest brak czułości, chłód emocjonalny. Nie chciałam tak się zestarzeć – samotnie, pod własną kołdrą, nie dotykana i niekochana jak kobieta.

– Jak wyglądam?

– No normalnie wyglądasz?

– Ale ładnie?

– No normalnie mówię.

Tak mniej więcej zawsze wyglądały dialogi dotyczące mojego wyglądu, tego jak mam wyjść ubrana, co mam zrobić.

Najśmieszniejsze jest to, że on mi mówi, że mnie kocha. Może po prostu miłość bywa różna. Niestety, on mnie kocha w sposób którego nie jestem w stanie zaakceptować.

Ale nie chcę się rozwodzić, bo za dużo zbudowałam. Bo dzieci. Bo wciąż jest mi bliski. Bo może na starość właśnie się odnajdziemy? Kto wie?

Ja kochanka

Oboje spotkaliśmy się w kryzysie. Mi umarła mama, on był klasycznym pracoholikiem, wyczerpanym pędem. Dwoje zmęczonych, z czterdziestką na karku. Nie poszliśmy od razu do łóżka, nie oszaleliśmy dla siebie. Spotkanie na płaszczyźnie zawodowej, wspólny projekt. Przez dwa miesiące chyba flirtowaliśmy. Bez zobowiązań. Potem zaczęliśmy do siebie pisać. Mój mąż nigdy do mnie w ciągu dnia nie dzwoni, on przejął tę rolę. Potrafiłam przegadać z nim całą drogą do pracy (40 minut). Opowiadałam mu co robi szef i dlaczego nie lubię koleżanki. Rozumiał mnie, słuchał. Nie radził – mój mąż zawsze radził.

Pierwszy seks. Hotel. Pod miastem. Ja powiedziałam, że jadę w delegację, on powiedział to samo. Nie spaliśmy całą noc. Rano zjedliśmy hotelowe śniadanie. Poczułam się kobietą. No sama rozumiesz. Kobietą. Pożądaną.

Nie czułam, że zdradziłam. Nie można zdradzić kogoś kto cię nie dotyka. Bardziej potem miałam poczucie, że zdradzam jego. Ale też bez przesady. Nagle poczułam, że jestem po prostu sobą, a oni dwaj tworzą mojego idealnego partnera.

„Dlaczego to zrobiłeś? spytałam jego.

„Bo się w tobie zakochałem, jesteś drugą kobietą po mojej żonie w której się zakochałem”.

Więcej słów nie było. Czasem może. O innym życiu, razem. Raczej żartem, i w łóżku.

Kiedyś nie wierzyłam, że ludzie robią to w pokojach hotelowych. Że uciekają na lunch, a tak naprawdę uprawiają seks. Że tak bardzo potrafią się podzielić. Że mają dobry dom, a jednocześnie mają namiętność gdzie indziej. I że to nie musi się wykluczać.

Ale nie chodzi o seks. Bo nie spotykamy się tak często. Bo mam dwoje dzieci, on ma dwoje dzieci. Ale codziennie rozmawiamy przez telefon, dużo do siebie piszemy.

„Z nikim tak nie rozmawiam jak z tobą” mówi on. I ja mówię wierzę. Bo ja też tak nie rozmawiam.

Ale nie oczekuję więcej niż mogę dostać, nie mam planów. Biorę co dostaję. Nie tęsknię, gdy nie muszę. Ta relacja mi dodaje energii, a nie ją zabiera.

Ja rywalka

Czasem czuję wyrzuty sumienia, ale najczęściej ich nie czuję. Bo jego żony w naszym życiu nie ma. A ja nie robię sobie krzywdy oglądając jej zdjęcia czy porównując się. Dawno przyjęłam zasadę – im mniej wiem tym lepiej. Siłą rzeczy jednak rozmawiamy. Wiem, że byli u rodziców w weekend. Czasem na facebooku widzę ich zdjęcia. „Taka super niedziela” oznaczają się w wakacje we Włoszech czy w weekend w knajpie.

Najczęściej jednak się nie oznaczają.

Ja też czasem mówię: mam fajną rodzinę. I to wszystko jest prawdą.

To może napisz o tym.

Pozdro,

Monika


Lifestyle Macierzyństwo

Już się nie znamy, nie pasujesz do mojej wizji świata idealnego… Witaj w Facebookowej otchłani „gorszego sortu”. Czy już naprawdę nie potrafimy się różnić?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 grudnia 2015
Fot. iStock / Izabela Habur

Jeszcze wczoraj miałam znajomą. Ostatnio znałyśmy się bardziej wirtualnie niż fizycznie, nie mniej jednak była to postać z krwi i kości. Osoba, z którą nie raz zdarzało mi się wdać w kulturalną, rzeczową wymianę poglądów. W tylu samo kwestiach zgadzać, co spierać. Dziś od rana, S. nie widnieje na mojej facebookowej liście znajomych, a ja nie figuruję już na oznaczeniach zdjęć, które S ma swoim albumie „Zakopane 2007”.  Moje wiadomości wylądują teraz w folderze „inne”. I zapewne S. już nigdy ich nie przeczyta. Razem z grupą kilkunastu innych szczęśliwców, zostałam przez S. odesłana w facebookową otchłań dla „innych użytkowników”. Tych gorszego sortu. Czy to głupota, czy prowokacja?

Masz babo placek! Czym sobie na to zasłużyłam? Rzecz bardziej banalna, niż warta uwagi. Zawinił pewien obrazek, komentujący polityczną rzeczywistość. Niefrasobliwie udostępniłam go na swoim profilu, zapewne również pod wpływem impulsu, a raczej, co tu kryć, stanu najwyższego wnerwienia na ostatnie zdarzenia. S. się obrazek nie spodobał, obraził jej uczucia, uderzył w jej „poczucie polskości” i dał jej kopniaka w sam środek dumy z osiągnięć naszego narodu. Wszystko to spowodowało, że już się nie znamy. Nie można przyjaźnić się z kimś, kto ma inne poglądy, prawda?

Inna koleżanka wrzuciła na swój profil fotografię, którą pewnie znacie już wszyscy. Tłum manifestujących, ktoś niesie tabliczkę, a na niej przybite, martwe zwierzę. I jeszcze dowcipny napis, dla uzupełnienia tej gry słowem. Wszyscy już wiedzą, że to taka szarada, kryjąca w sobie nazwę programu pewnego dziennikarza. Dziennikarza z lisem, o przepraszam, z tym zwierzątkiem w nazwisku.

Znajoma opatrzyła fotografię podpisem „bez komentarza”. Całkiem słusznie, obrazek sam w sobie stanowi niemy komentarz. Ale nie udało się. W ciągu dosłownie kilku minut pojawiła się lawina opinii. Ktoś się na kogoś obraził, ktoś obraził kogoś, ktoś w zacietrzewieniu, złości, w nerwach wylał na kogoś wirtualne wiadro pomyj, żalu, frustracji i nienawiści. I pewnie ktoś, wyrzucił niejednego ”kogoś” ze swoich znajomych. Tylko dlatego, że o pewnych sprawach myśli inaczej, że nie przyklaśnie jego argumentom, że nie przytaknie twierdząco głową „Tak, właśnie, masz całkowitą rację”… Bo przecież moja racja jest bardziej „mojsza” i to jest najważniejsze. I wcale nie liczy się tu żadna logika, jakość czy wartość argumentów, wiedza, życiowe doświadczenie. Kiedy po obu stronach króluje głupota i chęć „przekrzyczenia” albo sprowokowania przeciwnika, masz ochotę tupnąć nogą i zawołać: dość! Tak się po prostu nie da.

Co się z wami dzieje, ludzie? Czy już nigdy nie będziemy potrafili się różnić? Zamkniemy się we wrogich obozach, z daleka obserwując tych, co „myślą niesłusznie”? Dlaczego przestajemy widzieć w naszych światopoglądowych oponentach drugiego człowieka, dawnego przyjaciela? Dlaczego przekreślamy od razu wszelkie szanse na jakąś wymianę myśli, twórcze spory, próbę zrozumienia drugiej strony? Jak chcemy zrozumieć, ogarnąć ten świat? Czy, wzorem pana, który wydziedziczył swoje dziecko, bo zagłosowało na inną niż jego ojciec partię, pozrywamy więzi z najbliższymi, tylko dlatego, że inaczej widzą i rozumieją rzeczywistość?

Rozmawiam z K., wspólną z S. znajomą. Ten dialog jest „bezpieczny”, obie znamy swoje poglądy nie od dziś. – Mnie też S. wywaliła, tydzień temu. Za te kacze nóżki, pamiętasz? – opowiada K. – Ale to jeszcze nic. Mój ojciec (tata K. to zapalony internauta i komentator wydarzeń bieżących) pokłócił się na amen ze swoim przyjacielem. Takim od dzieciństwa. Zerwali znajomość. Tata pytał mnie nawet jak go zablokować. – O co poszło? – pytam. – Obaj uczestniczyli w weekendowych marszach. Tylko każdy innego dnia. Oto właśnie cała awantura. A w zeszłym tygodniu tata poszedł z małą (córeczka K. ma trzy lata) na plac zabaw. Tam, tak „pożarł się” z moją sąsiadką (przyszła z czteroletnim wnuczkiem) o Trybunał Konstytucyjny, że na koniec zabronili dzieciom się ze sobą bawić. Rozumiesz to?

Nie rozumiem. Ale obserwuję prawie codziennie. Nawet w zaprzyjaźnionym warzywniaku, czy w kolejce do kasy w osiedlowym sklepie spożywczym. – Z tymi się nie rozmawia – mruga do mnie porozumiewawczo właścicielka „Smacznego warzywka” na widok pary stałych bywalców. – Ja tylko przytakuję, bo ostatnio tak nagadali tej pani z pieskiem w czerwonym kubraczku, że się biedna popłakała.

Wiem o co poszło, słyszałam tę dyskusję. Rzadko kiedy zdarza się rzeczowa, pokojowa dyskusja zwolenników liberalizmu z tymi, którzy popierają nurty narodowo-katolickie. Ale żeby zaraz z grubej rury?!

Kochani znajomi z Facebooka i nie tylko! Pamiętacie jeszcze, jak się poznaliśmy? Lubiliśmy się prawda? W. nieraz pomógł A. w potrzebie, gdy w grupie „nagła pomoc” umieszczała rozpaczliwe posty ”Ratunku! Samochód znów się zepsuł. Jest ktoś przy rondzie Babka?”. A P. ? P. codziennie dodawała kilka słów otuchy na tablicy M., gdy ta przechodziła ciężkie chwile po rozstaniu z chłopakiem. Dziś? A. nie rozmawia z W., P. zablokowała M. Na amen.

Droga S.! Wpadnij na szarlotkę. I przynieś te swoje kruche ciastka. Ich słodki, maślany smak, to jedyne co pamiętam dziś ze wspólnych ćwiczeń z makroekonomii. Tych na pierwszym roku. Wtedy jakoś łatwiej było rozmawiać, nawet o polityce.

Sąsiadko, tato K., przemiła paro z warzywniaka za rogiem! I jeszcze wy, z tym zwierzakiem przypiętym do zbitej z desek tablicy. Gdyby zamknąć was w jednym pomieszczeniu, pewnie skoczylibyście sobie do gardeł.

I oczywiście poczujecie się teraz urażeni, ale powiem wam jedno: dla mnie jesteście tacy sami.


Zobacz także

Drogie Panie, a może wy też przejrzycie na oczy, zamiast tylko nas oskarżać o błędy! Wy też je popełniacie

Jakie to ma zresztą znaczenie czym zamartwiam się na codzień? Nawet na rajskiej wyspie można wszystko nagle stracić

„Oskarżona o morderstwo matka nastolatka… Kochanie, niedługo tak o mnie napiszą!”