Kariera Lifestyle Macierzyństwo

Kobiecy biznes, dziewczęce marzenia i przyjaźń od kołyski. Historia dwóch przyjaciółek pachnąca cukierkami

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
2 lutego 2016
Fot. Materiały prasowe
 

Gdy były małymi dziewczynkami, nie było nic, no prawie – przynajmniej w sklepach. Ale miały siebie. Ich mamy przyjaźniły się ze sobą, więc Sandra i Monika od małego były blisko, szły ramię w ramię. Owszem, były Barbie – pachnące zachodem i przywożone z Niemiec, prawdziwe statuetki wolności i niezależności – ale to nie było to samo. Piękne i nienaturalnie długonogie blondynki, niczym nie przypominały ich – małych dziewczynek. Te Barbie nie znały ich świata. Były fajne, może czasem prestiżowe – ale należały zupełnie gdzie indziej, nie pasowały…

Były i gumowe (zapewne radzieckie) bobasy, ale to też nie były „prawdziwe” dziewczynki. A im marzyły się młodsze siostry i przyjaciółki. Pyzate i podobne do nich. Czasem poczochrane, ubrane jak na bal – albo zupełnie inaczej niż wszystkie lale – w dres, taki w jakim one biegały na podwórko. Takie, które mogą być prawdziwymi towarzyszkami zabawy. Dobrze mieć siostrę prawda? A taką siostrę bliźniaczkę?

Dlatego zaczęły je rysować.

Tak powstał pierwszy projekt. Na kartce z bloku, narysowany kredkami, dłońmi dziewczynek. Nie wiedziały wtedy, że kiedyś tchną w niego prawdziwe życie.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

 

Szczecin pachnie cukierkami

Ten niezwykły zapach dzieciństwa wysyłany jest dalej. Starannie zapakowany w różowe pudełko z niebieską wstążką. W środku – urocze bibułki i oczywiście serce – czyli La Lalla i strój dla jej nowej opiekunki, siostry bliźniaczki. Lalki La Lalla – narodziły się własnie w Szczecinie,a właściwe to tu, zrodził się pomysł na niecodzienny biznes. A dlaczego towarzyszy im zapach cukierków?

Bo La Lalle, to lalki stylizowane tak, aby wyglądały jak ich właścicielki – i do tego pachnące cukierkami. Ot co! Prawda, że cudownie?

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

linia 5x

Pani Monika Krawczyńska i Sandra Mianowska znają się praktycznie od zawsze, jednak realizację wspólnego biznesu zaczęły, gdy każda z nich niezależnie stąpała twardo po swojej zawodowej drodze. I można śmiało powiedzieć, że  nie był to klasyczny biznesplan – bo ile z nas odważyłoby się na powrót do dziecięcych marzeń, w świecie twardej waluty? To dość nietypowy sposób.

Jak w przypadku wielu dobrych pomysłów – tych które wypaliły – zaczęło się od pasji, marzenia i impulsu, bodźca, który pchnął je do wykonania pierwszego kroku.

A były nim narodziny dziecka Sandry.

To właśnie wtedy nie było już odwrotu. Serce matki stworzyło już podwaliny pod niejeden dobrze prosperujący interes. Młodej mamie zamarzyło się spełnić własne marzenie dla swojej córeczki. Tak, aby ona miała swoją lalę, przyjaciółkę. Taką jak być powinna – idealną. Taką, z którą doskonale się zidentyfikuje – bo taką jak ona sama. Zaczęły się pieczołowite i długie poszukiwania. Bo jak coś robić – to porządnie i z głową!

Zaczęłyśmy poszukiwania lalki idealnej, czyli fabryki która ja stworzy. Okazało się, jednak, że nie takie to proste, miałyśmy dość wysokie wymagania, nie tylko dotyczące wyglądu lecz jakości, materiału itp. Finalnie udało się ;). – opowiadają dziś nasze bohaterki.

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Ale powoli i do przodu. Aż w końcu się udało. Lalka idealna zagościła w Szczecinie i skradła serce małej dziewczynki. Pierwszej oficjalnej modelki La Lalli.

Hania – córka Sandry, dostała swoją cukierkową siostrzyczkę, gdy skończyła rok. Warto było poczekać, bo dziś niezmiennie La Lalla towarzyszy jej w życiu przedszkolaka. To właśnie jakość  użytych materiałów i staranność wykonania, na którym tak bardzo zależało projektantkom (oczywiście oprócz innowacyjnego wtedy pomysłu), pozwoliła lalkom bliźniaczkom zawojować rynek oraz serca dziewczynek i ich mam.

Marzenia się spełniają? Same nie, trzeba mieć odwagę po nie sięgnąć

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Można się rozmarzyć. Bo przecież kochać swoją pracę – to ogromne życiowe osiągnięcie. Rzadko w życiu się zdarza, żeby te marzenia spełniały się same. I w przypadku La Lalli, zaczęło się od mozolnej pracy. Początkowo biznes był dla nich zajęciem dodatkowych. I Sandra i Monika uprawiały swoje zawodowe poletko, a po godzinach dopieszczały pracę „na swoim”. Nie bez znaczenia była poczta pantoflowa i żmudne rozpowszechnianie marki – rozkładały ulotki i dbały by o La Lalli usłyszało jak najwięcej osób. Aż nagle zdarzyło się to coś i sprawy zaczęły galopować.

Na początku najbardziej przełomowym momentem było zaproszenie do Dzień Dobry TVN, dzięki czemu mogła o nas usłyszeć cała Polska, kolejnym takim przełomem było nagrania przez nas własnej reklamy telewizyjnej i jej emisja na kanałach dla dzieci takich jak: MiniMini , Nickelodeon, Teletoon , Disney Chanel oraz Disney Junior.

Dla nas prywatnie najbardziej przyjemnym momentem telefon w którym Pani powiedziała nam, że w szkole „Panuje moda na La Lallę i jej córka koniecznie musi taką mieć 🙂 „.

Firma jest na rynku od czterech lat i bardzo rozwinęła skrzydła. Z przyjacielskiej spółki projekt zamienił się w miejsce pracy dla innych. –  Zespół powiększa się sukcesywnie, przybywa nam pracowników i ten stan będzie się utrzymywał, nasze potrzeby stale się zwiększają.​ – dodają właścicielki.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Dzięki dużemu zainteresowaniu naszymi produktami, początkowa zabawa rozwinęła się już w prawdziwy biznes, jednak nadal dobrze bawimy się projektując stroje i realizując zamówienia, wkładamy w to dużo serca i traktujemy to z przyjemnością.

Jesteś jak ja, dlatego tak dobrze się rozumiemy. Niezawodny przepis na sukces – być prawdziwym!

Bez tego ani rusz. Szczególnie, gdy tworzy się dla dzieci. Dzieci to najsurowsi sędziowie – szczerzy do bólu.

Jakość – można powtarzać to jak mantrę. – Kto dziś może pozwolić sobie na produkcje bubli? – zapytacie. Jednak i jakość, może mieć bardzo szerokie znaczenie.

For. Materiały prasowe

For. Materiały prasowe

Lalki produkowane są w Hiszpanii. Właścicielki długo szukały idealnego ucieleśnienia La Lalli – niestety żadna z polskich firm nie była w stanie zaoferować im, tego o czym marzyły. W Lalli obowiązuje bardzo ważna zasada – „Zero plastiku!”. Lalki wykonane są przyjaznego winylu, akcesoria – np. szafa i wieszaczki – są drewniane, choć pewnie byłoby i taniej i szybciej, gdyby zdecydowały się na powszechne sztuczne materiały. Ale tu nie ma miejsca na kompromisy. I bardzo dobrze.

Ubranka i ubrania – bo La Lalla to tak naprawdę lalka oraz identyczne ubranie dla lali i dla dziewczynki (ba! niektóre modele są dostępne i w wersji dla mamy) są natomiast szyte w rodzimej szwalni.

Od początku chciałyśmy, żeby była duża różnorodność lalek, ale zaczynałyśmy od 4 modeli (blondynki, szatynki, rudej i złotowłosej). Dość szybko jednak poszerzyłyśmy nasz asortyment – dzisiaj mamy 17 modeli!

Dziś możecie przebierać do woli. Kilka odcieni blondu, chłopiec czy dziewczynka (bo przecież taki brat też jest niczego sobie!), lala ciemnoskóra czy o azjatyckiej urodzie. Przeglądając stronę internetową gołym okiem widać, jak prężnie rozwija się firma.

Lalki mają wysokość 32 centymetrów (w sam raz dla rączek trzylatka). Proporcje ciała 5-6-cio letniej dziewczynki. Rumieńce na policzkach. Fryzura i kolor oczu są dopasowywane tak, aby lala przypominała swoją właścicielkę.

Szczerość zawsze się opłaca. Jeśli deklarujecie jakość – nie można na niej oszczędzać, a i polityka cenowa nie żeruje na klientach. Ceny są przystępne, a możliwości komponowania według własnych potrzeb bardzo szerokie.

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Gratulujemy odwagi i wiary w powodzenie – bo bez tego nie było by tej niezwykłej historii i tego zapachu cukierków.

A co dalej? – pytamy.

Oczywiście, zawsze są jakieś marzenia do zrealizowania. Dopóki jej mamy, czujemy, że żyjemy i że jeszcze coś wspaniałego czeka nas w życiu :). Nic więcej nie zdradzę ;). – odpowiadają z uśmiechem.


*Artykuł powstał dzięki współpracy z La Lalla – dziękujemy Sandrze i Monice za rozmowę.


Kariera Lifestyle Macierzyństwo

To wszystko jest w twojej głowie. Zmień swoje myślenie, bo dziś Dzień Pozytywnego Myślenia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 lutego 2016
Fot. iStock / svetikd
 

„Jestem do niczego”, „To na pewno mi się nie uda” – czy wiecie, że to jak patrzymy na świat jest tylko i wyłącznie zależne od nas? Że nasze myślowe nawyki zniekształcają nam obraz codzienności czyniąc go szarym, burym i często pozbawiony większego sensu? Wystarczy już. Nie czujecie się zmęczeni, przytłoczeni? Dość. Z mózgiem jest jak z ciałem. Jeśli go wytrenujemy w pozytywnym myśleniu, to zobaczymy świat lepszym, bardziej kolorowym. To zobaczymy siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.

I choćby nie wiadomo jak wydawało się wam to głupie – spróbujcie. Dziś Dzień Pozytywnego Myślenia – wprowadźcie od dzisiaj jeden pozytywny nawyk w wasze życie, a później kolejny i kolejny. I bądźcie szczęśliwsi.

Nagradzaj się

Wstałaś przed budzikiem – wypij kawę na siedząco, w ciszy, kiedy jeszcze wszyscy śpią. W końcu udało ci się nie spóźnić do pracy, choć dzieci rano marudziły – zjedz coś dobrego. Nie krzyknęłaś na dzieci, poćwiczyłaś 10 minut w domu? Nagradzaj się za wszystkie drobne sukcesy, za przezwyciężanie choćby w minimalnym stopniu swoich słabości. Wieczorna kąpiel, książka, pójście spać o 20:00. Zasługujesz na nagrody, nie zapominaj o nich.

Nie myśl, dlaczego jest tak źle, tylko dlaczego aż tak dobrze

Moja przyjaciółka prowadzi warsztaty i zawsze zadaje jedno pytanie: „W skali od jeden do dziesięć jak się Pani dzisiaj czuje”. Pada odpowiedź: „Na trzy” – dlaczego tak dobrze?!? I ty pytaj siebie codziennie jak się czujesz i nie mów – dlaczego tak źle, wytłumacz sobie, co takiego dobrego się dzieje, czy wydarzyło właśnie dzisiaj. Jeśli czujesz się na jeden – to skąd ta jedynka się bierze – dlaczego tak dobrze? Uwaga – nie ma minusowej skali, bo to pójście na łatwiznę. Zmieniamy myślenie. Pamiętajcie.

Ciesz się z tego, co masz

Nie wzdychaj: „Ale ona ma dziś buty”, nie oglądaj się za nowym autem sąsiada. Nie patrz na nowy płaszcz koleżanki z zazdrością. Czemu skupiasz się na innych. Przecież to ty jesteś ważna. Myśl o sobie i ciesz się tym, co masz. Że dzieci są zdrowe (albo na szczęście tylko jedno dzisiaj chore), że masz pracę, że masz fajnego faceta obok, a w wakacje pojedziecie pod namiot, bo tak lubicie odpoczywać. To jest twoje szczęście, zauważaj je i ciesz się nim.

Myśl o sobie dobrze

Kiedyś psycholog, z którą rozmawiałam powiedziała, że zadaje swoim klientom pewne zadanie. Mają w domu w widocznych dla siebie miejsca zawiesić karteczki, które pozytywnie o nich mówią: „Jesteś świetna”, „Lubię cię”, „Jesteś dobra”, Jesteś mądra”, „Cudownie się uśmiechasz”, „Świetnie wyglądasz”, „Wierzę w ciebie”. Mogą być  na nich wypisana jakieś sukcesy. Przyklej te kartki w łazience, na lodówce – w miejscach, gdzie często pada twój wzrok. Niech one  tobą pomieszkają przez tydzień. Pomyśl, że te kartki przeczytają twoje dzieci i pomyślą, że to o nich. Myśl o sobie dobrze, poćwicz takie myślenie, a nagle okaże się, że jesteś zupełnie innym człowiekiem, niż dotychczas ci się wydawało.ądź

Miej marzenia, zaplanuj ich realizację

Nie wyobrażaj sobie, jak byłoby cudownie „gdyby”. Jeśli tylko o tym myślisz, to chodzi ci wyłącznie o to, żeby przez chwilę poczuć się dobrze i szczęśliwie. Nie ma to nic wspólnego z realizacją celów, marzeń. Wyobrażasz sobie, że leżysz na morskiej plaży? To pomyśl, co możesz zrobić, żeby to urzeczywistnić. Żebyś naprawdę tak się poczuła. Zerknij w kalendarz, zaplanuj urlop, poszukaj miejsca. Nie masz kasy? Znajdź rozwiązanie – tańszy nocleg, krótszy wyjazd. Wszystko da się zrobić, jeśli nie będziemy szukać wymówki, trzeba tylko naprawdę chcieć. A ty chcesz?

Skupiaj się na tym, co dobrego cię czeka

Nie myśl: „O rety znowu do tej pracy”, pomyśl: „Ale super, że się dzisiaj spotkam z Anką” – przyjaciółką. Albo, że mam pyszny obiad, albo, że czeka na mnie książka wieczorem, albo, że w telewizji będzie świetny film, czy, że idziesz na ćwiczenia. Myśl o tym, co dobrego spotka cię w ciągu dnia. Tak zmieniasz swoje myślenie.

Nie oglądaj się za siebie

„Już raz mi nie wyszło, po co będę próbować”. Hej, ale tamten raz był kiedyś – w innych okolicznościach, innej sytuacji, z tobą inną, bo może z mniejszą wiedzą, mniejszym doświadczeniem, mniejszą pewnością siebie. A ty jesteś tu i teraz. Przed wszystkim nowym, czego chcesz spróbować hamuje cię twój mózg. To on przypomina ci wszystkie twoje porażki, ale jeśli zmienisz myślenie, jeśli powiesz sobie: „Wiem, że mogę to zrobić, chcę spróbować”, to rób to, próbuj, sprawdzaj siebie. Boisz się porażki? Przekuj ją na sukces, na kolejne ważne dla ciebie doświadczenie i idź do przodu. Naprawdę tak można.

Wybierz dziś jeden z nawyków. Spróbuj, ale nie przez chwilę, dla zabawy. Potraktuj to jak inwestycję w swoje własne szczęście. Bo przecież chcesz być szczęśliwa? Prawda? To wszystko jest w tobie.


Kariera Lifestyle Macierzyństwo

Przemoc psychiczna? Przecież nie bił, nie pił. Zawsze miły. W rękę całował…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 lutego 2016
Wybaczyłam mu, ale nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobił. Piętno ofiary przemocy zawsze będę nosić w sobie
Fot. iStock / Elisabetta Stoinich

Nakarmiłam córkę, miała kilka dni, weszłam z nią do kuchni, mąż akurat mył naczynia. Dałam mu ją na ręce: „A teraz ją zabij”. Spojrzał zaskoczony. „No zabij ją, co za różnica, czy jak była u mnie w brzuchu, czy teraz, jak już ją urodziłam”.

Klasyka. Ja wyrwana ze związku z alkoholikiem, z pięcioletnim synem. A on tak szarmancki, opiekuńczy. Z poczuciem humoru. Tak bardzo byłam spragniona miłości i uwagi. Przegrałam, a teraz znowu dla kogoś byłam ważna.

„Jak ty wyglądasz?”

Zaczęło się niewinnie, od uszczypliwych uwag. „W tej kiecce chcesz iść, żeby koledzy się ze mnie śmiali”, mówił, gdy wychodziliśmy na wigilię służbową. Taki żart. Byłam w ciąży, trudno było wybrzydzać w ubraniach. Ale zawsze dbałam o siebie, by dobrze wyglądać. Wiedziałam, że to dla niego ważne. „Chyba lodówkę ci zamknę na klucz”, powtarzał. Ciąża to trudny czas, hormony buzują, huśtawka nastrojów. Nie wiedziałam – śmiać się czy płakać.

„To nie moje dziecko”

Po urodzeniu Szymka, szybko zaszłam w drugą ciążę. Zupełnie nieplanowaną. „Myślisz, że uwierzę, że to mój bachor?”, usłyszałam po zrobieniu testu. „Pewnie gdzieś łazisz i się ku**wisz. Widziałem jak sąsiad na ciebie patrzył. Cooo? Przychodzi, jak jestem w pracy?”. Byłam w szoku. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Bo przecież ciąża, dziecko, a tu… Trzasnął drzwiami. Wrócił po kilku godzinach z kwiatami. Przepraszał. Że to dla niego szok, stąd taka reakcja.

Ale to nie był koniec. W szale kazał mi usuwać ciążę, mówił, że zleci badania DNA, że nie chce tego dziecka. Że wystarczy mu jedno i „ten bachor” do wychowania – mój syn z pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak dotrwałam do porodu…

Tak wiem, powinnam odejść, nie pozwolić na takie traktowanie. Czasami podnosił na mnie rękę, ale nigdy nie uderzył. „Nie bije, nie pije, co się czepiasz”, nawet nie wiedziałam, jak głęboko miałam to w sobie zakorzenione.

Bo przecież był miły i dobry. Pomagał mi sprzątać. Bawił się z dziećmi. Pracował. Ja mogłam spokojnie wychowywać maluchy w domu.

Ze szpitala musiałam wrócić taksówką, bo nie przyjechał po mnie i córkę. Traktował nas w domu jak powietrze. To wtedy powiedziałam: „Zabij ją, nienawidzisz jej – proszę. Mi kazałeś ją zabić jak była w brzuchu? Co za różnica jeśli zabijesz ją teraz?”.

Nic nie czułam. Mógł ją wziąć. Nienawidziłam? Nie wiem. Stałam i patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę, przez niego, ja też nie chciałam tego dziecka.

„Mam jeść te pomyje?”

Przez wiele lat nie pomyślałam, że to przemoc. Trudny charakter, wybuchowość. W końcu, że to moja wina. Że za mało się staram, jestem poszarpana po związku z alkoholikiem i nie umiem kochać tak, jak on na to zasłużył. Nikt nie nauczył mnie miłości i tylko teraz ja krzywdzę… To nie jego wina, że tak do mnie mówi, że tak mnie traktuje. To ja jestem winna, muszę więcej z siebie dawać.

Gotowałam, to co lubił. Dom zawsze wysprzątany. Dzieciaki ogarnięte, jakby ich właściwie nie było. Podawałam mu obiad, a on odchodził od stołu albo rzucałam talerzem pełnym zupy do zlewu: „Mam jeść te pomyje? Myślisz, że taka świetna z ciebie kucharka?”. Przepraszałam, że nie wiedziałam, że może coś innego. „Zjem na mieście” i wychodził. Ale w weekend zabierał nas do restauracji, albo na pizzę. Byliśmy szczęśliwą rodziną.

„Nie wpuszczę cię do domu”

Wróciłam do pracy. Dzieci poszły do przedszkola. Najstarszy do szkoły. Bałam się wyjść z domu po takim czasie. Do ludzi. Zobaczyłam, że dom, i dzieci, i mąż to był mój świat, bez znajomych, spotkań. Kiedy to zaniedbałam? Nie chciałam pamiętać awantur po każdej imprezie, tych wyzwisk, jaką jestem szmatą, dziwką i że z każdym poszłabym do łóżka.

Pracowałam w szpitalu na zmiany. Miałam wrażenie, że wracam z jakieś dalekiej podróży. „Czemu lecisz do domu tak szybko?”, pytały koleżanki. „Dzieciaki czekają”, mówiłam, a żołądek podchodził mi do gardła na myśl, że mogę się spóźnić. Raz wyszedł i zostawił dzieci same. Dostałam w drodze do domu SMS-a: „Taka jesteś twarda, wychodzę, nie czekam”.

SMS: „Oli dzieci się rozchorowały, muszę zostać dłużej w pracy” – żadnej odpowiedzi. Nie mogłam się skupić na pracy. Kiedy po północy wróciłam, nie mogłam wejść do domu. Wymieniony zamek. Nie dzwoniłam, dzieci na pewno spały. Jego telefon wyłączony. Siedziałam na przystanku autobusowym i płakałam. Z bezsilności. Ze strachu o dzieci. Z niemocy. Chciałam nie żyć. Zapaść się, zniknąć. Już nigdy nie wracać. Tylko dzieci. Tak bardzo za nimi tej nocy tęskniłam. Do domu wpuścił mnie o czwartej nad ranem… Przytuliłam się do Zosi i zasnęłam.

„Gówno cię to obchodzi”

Do domu wracał coraz później. „Gdzie byłeś, martwiłam się” – spytałam, kiedy nie wrócił na noc. Zaśmiał mi się pogardliwie w twarz. „Myślisz, że jesteś wyjątkowa?”. Nie rozstawał się z telefonem. „Zdradzasz mnie? Odejdę”. „Kim ty jesteś, żeby mi grozić. Popatrz na siebie. Kto cię zechce, z trójką bachorów. Ciesz się, że to ja ciebie nie wy**łem z domu. Ciężko nawet splunąć w twoją stronę”.

Nie wiecie, co czuje kobieta. Co ja czułam. Chciałam być lepszym człowiekiem. Lepszą wersją siebie. Chciałam zasłużyć na tę miłość. Im bardziej mnie poniżał, tym ja bardziej się starałam. Nawet na siebie w lustrze patrzyłam z pogardą: „Kim ty jesteś, żeby on cię kochał”. Chowasz się. Zapadasz w siebie, bo przecież nic nie jesteś warta. Poniża cię w kuchni, przy znajomych wyśmiewa, w łóżku traktuje jak dziwkę spełniającą jego zachcianki. Ciebie nie ma. Bo przeglądasz się w jego oczach. Gdzie jest dno?

Dno jest tam, gdzie opadasz z sił. Kiedy nie masz siły wstać z łóżka. Kiedy paraliżuje cię dźwięk otwieranych drzwi, a po każdym geście czułości spinasz się przed atakiem. Bo wiesz, że on przyjdzie. Kiedy myślisz, żeby uciec, ale nie wiesz, gdzie i jak? Spakowanie rzeczy cię przerasta.

Wyzywał mnie. Nie wiem już za co. Podniósł na mnie rękę, a ja osunęłam się po ścianie. I wtedy zobaczyłam strach w oczach mojego syna. Podał mi wodę. Bał się. To jest dno. Już niżej nie mogłam upaść.

Odeszłam po 12 latach. On prześladuje mnie do dziś. Przemoc psychiczna? Przecież nie bił, nie pił. Zawsze miły. W rękę całował… I taki elokwentny w sądzie… przy mnie zastraszonej.


Potrzebujesz pomocy? Skontaktuj się z Centrum Praw Kobiet 

TELEFON ZAUFANIA (22) 621 35 37, dyżur psychologa: od poniedziałku do piątku, oprócz czwartków w godz. 10.00-16.00, dyżur prawny: czwartki w godz. 10.00-16.00


Zobacz także

Uważasz, że dajesz z siebie wszystko w związku? Kiedy ostatni raz zadałeś jedno z tych pytań?

coraz bliżej święta…

nowy image kasi nosowoskiej

Nie sposób jej nie kochać! Jak się wam podoba nowy image Kasi Nosowskiej?