Macierzyństwo Psychologia

Jaka matka, taka córka?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 października 2015
Fot. iStock
 

Właśnie pokłóciłaś się ze swoim partnerem. Ponieważ skończyły mu się argumenty, wytoczył najcięższe działo: – Jesteś taka sama jak twoja matka! – pada z jego ust. No i co teraz?

Już zaczynasz zastanawiać się, czy powinnaś się teraz obrazić (nie wiadomo przecież, czy to komplement, czy zarzut) kiedy przypominasz sobie wczorajsze popołudnie. Tłumaczyłaś dziecku zadanie z matematyki i zniecierpliwiona odezwałaś się do niego właśnie TYM, dobrze znanym tonem. Sięgasz pamięcią jeszcze dalej i przywołujesz to uczucie, kiedy spojrzałaś na swoje zdjęcie z urodzin wujka Mańka. Na fotografii siedzisz w fotelu zakładając nogę na nogę dokładnie tak, jak robiła to twoja mama. Im jesteś starsza tym więcej tych podobnych szczegółów odkrywasz.

Jaka matka, taka córka?

Jeśli najbliższa osoba próbuje obrazić cię wytykając ci podobieństwo do któregoś z rodziców, oznacza to najczęściej, że sama ma lub miała trudne relacje z jednym z rodziców, a może nawet z obojgiem. Jest to bowiem gest obliczony na zadanie ci bólu, sprawienie przykrości. Gdy twoje relacje z mamą czy ojcem są dobre, nie dasz się wciągnąć w tę nieczystą grę. Jeśli jednak coś jest nie tak, jak trzeba – bez pardonu odpalisz na przykład„ a ty zrzędzisz zupełnie jak twój tata”.

Wróćmy jednak do matek i córek. Dlaczego tak uporczywie uciekamy przed porównaniami? Czy jest się przed czym bronić?

Ewa – nie chcę, bo się boję…

Rozmawiamy w gronie znajomych. Ewa wyznaje, że nigdy nie miała trudnych relacji z mamą, a i tak zawsze mówiła sobie, że chce być zupełnie inna. Że w życiu trzeba być otwartym, szalonym, a nie chować ogon pod siebie, jak jej mama. Że z takim podejściem niczego się nie osiągnie, nie wywalczy dla siebie ani kawałka życiowego tortu. Mama Ewy, osoba wycofana, skromna ale i silna, przez 27 lat zmagała się z alkoholizmem męża. Nie odeszła od niego nawet wtedy, gdy był już na samym dnie.  – Zostaw go, dlaczego się tak męczysz – krzyczała na mamę dorastająca Ewa – zacznij żyć, znajdź sobie kogoś. Nie musisz się tak kurczowo trzymać tego małżeństwa.

Dziś, mając dwójkę prawie dorosłych dzieci i bardzo skomplikowany związek za sobą, Ewa przyznaje, że najłatwiej osądzać innych, nie mając tego całego bagażu życiowych doświadczeń. Ona sama w swoim małżeństwie popełniła chyba wszystkie błędy mamy, przeanalizowała to dokładnie kilka dni po rozwodzie. Te same mechanizmy sprawiły, że trwała w związku jak w letargu, dając się ciągnąć za sobą w dół.

Łapała się na tym, że kieruje do męża te same czułe, błagające słowa, które nie raz słyszała w ustach mamy przemawiającej do jej ojca. Jednak dzięki podobnym doświadczeniom, to właśnie mama była dla niej największym wsparciem i wykazała największe zrozumienie dla trudnej sytuacji Ewy i jej dzieci podczas ciągnącej się w nieskończoność sprawy rozwodowej. – Może gdybym w młodości miała rozwagę i opanowanie mojej mamy i swoją przebojowość jednocześnie, moje życie potoczyłoby się inaczej – zastanawia się głośno Ewa.

Marta – nie chcę ranić, jak ona…

Marta z mamą nie rozmawia od lat. Są do siebie podobne jak dwie krople wody. Gdy odbiera telefon, niektórzy krewni zastanawiają się, czy na pewno wybrali dobry numer, bo nawet głosy obu pań brzmią identycznie… Niestety, na podobieństwie fizycznym nie koniec.

Marta mówi, że co chwila łapie się na tym, że jest równie surowa, apodyktyczna i wymagająca w stosunku do swojej córki, co jej matka w stosunku do niej. A przecież tak się przed tym broniła! Boi się tego, płacze po nocach i często przeprasza swoje dziecko, która na tej matczynej, emocjonalnej huśtawce nie może sobie znaleźć miejsca. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że babcia i mama się ze sobą nie mogą porozumieć. Ich sporadyczne spotkania, to jedynie okazja do wyrzutów i wzajemnych oskarżeń. – W moim wypadku podobieństwo do matki, to przekleństwo – ostro kwituje Marta. Zaraz jednak głos jej się załamuje – A przecież tak ją kocham…

Kasia – nie chcę tracić siebie…

U Kasi sprawa wygląda jeszcze inaczej. Tu problemem jest właśnie brak podobieństwa. Całe 30 lat przeżyła w cieniu swojej matki, znanej aktorki. Porównań nie udało się uniknąć. Mama – piękna, radosna, otoczona tłumem zachwyconych wielbicieli i ona – brzydka, nieśmiała, zamknięta w swoim świecie. – To naprawdę twoja córka? – usłyszała kiedyś mała Kasia pytanie jednej z serialowych koleżanek mamy i … sama zaczęła się nad tym zastanawiać. Przez pewien czas buntowała się sama przeciw sobie, próbowała być taka jak mama. Zapuściła wtedy włosy, żeby zrobić sobie podobną fryzurę, mówiąc uważała by w podobny sposób dobierać słownictwo i w ten sam, charakterystyczny sposób układała usta, paląc papierosy. Aż pewnego dnia stanęła przed lustrem i stwierdziła, że woli być sobą. Po prostu. Podziwia mamę, ale też chciałaby się wreszcie od niej „uwolnić”. I powoli jej się to udaje.

Relacje między matką a córką, dwiema najbliższymi sobie kobietami są niekiedy bardzo skomplikowane. Wiele z nas, pod wpływem różnych doświadczeń z dzieciństwa i wczesnej młodości przez całe dorosłe życie dąży do tego, by być przeciwieństwem swoich mam. Chcemy reagować inaczej, wyglądać inaczej, działać inaczej, podejmować inne decyzje. A jednak pewnego dnia stajemy przed lustrem i dociera do nas całą mocą to niezaprzeczalne podobieństwo. Pieprzyk na policzku, gest jakim poprawiamy włosy, spojrzenie… Czy to naprawdę tak źle? Przecież jesteśmy w końcu żywym dowodem na to, że naszym rodzicom coś jednak w życiu wyszło jak trzeba, prawda?


Macierzyństwo Psychologia

Terapia – najlepsza droga do siebie i szczęśliwego życia

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
31 października 2015
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Nasz cykl „Zapiski z terapii” wielu osobom bardzo się podoba. Anna napisała do nas: „Ale jak mam wybrać terapeutę? Jak się zabrać za  szukanie pomocy. Napiszcie o tym”.

To dla niej i innych kobiet szukających pomocy jest ten przewodnik.

Bohaterkę nazwijmy Anna. Ale imię jest umowne, może być nią każda z nas.  Kobieta, która pod wpływem różnych życiowych zdarzeń zdecydowała, że chce iść na psychoterapię. Jak Anna ma znaleźć dobrego terapeutę, na co się przygotować? I czy naprawdę może być pewna, że psychoterapia jej pomoże?

Na początku Anna prosi o pomoc przyjaciół, którzy mają doświadczenie w chodzeniu na psychoterapię. Zbiera nazwiska terapeutów, porównuje swoje problemy z problemami koleżanek i  dochodzi do pierwszego wniosku: „Skoro terapeutka Ewy pomogła jej poradzić sobie z napadami lęku, to mi na pewno też pomoże”.  Czasem zaczyna testować osoby, do których dostała kontakt, umawia się do kilku psychologów, bo chce sprawdzić, który najbardziej jej pasuje. W efekcie ma mętlik w głowie.

Bywa, że wybiera inną drogę – informacji szuka w internecie, czyta teksty, publikacje, poznaje różne nurty psychoterapii. Wybiera terapię małżeńską albo systemową, gdy nie radzi sobie w związku. Dzwoni do psychoterapeuty pracującego w nurcie psychodynamicznym albo psychoanalitycznym, bo uważa, że jej problemy biorą się z dzieciństwa. Albo próbuje dowiedzieć się, który rodzaj psychoterapii jest uznawany za najbardziej skuteczny.

Co na ten temat powiedziałby jej specjalista? – Wszystkie porady w stylu: „Ta terapia jest najlepsza dla osób z takim zaburzeniem”, to duże uproszczenie. Oczywiście, można powiedzieć, że w zaburzeniach lękowych metody pracy w nurcie poznawczo-behawioralnym są bardziej efektywne, ale nie znaczy, że inne nie są. Nie można też stwierdzić, że na problemy małżeńskie najlepsze są terapie małżeńskie czy systemowe, bo wiele zależy od tego na jakim podłożu są konflikty w związku, jakie są okoliczności życia pary, ich stan zdrowia, co się w ogóle dzieje w ich życiu poza relacją.  Nie można też określić,  który rodzaj terapii jest bardziej skuteczny. Z badań wynika, że psychoterapia pomaga (prowadzi do pożądanych zmian) w 80 proc. przypadków. I że  możemy ograniczać ryzyko braku poprawy dopasowując interwencję do osoby.

Co z szukaniem terapeuty przez znajomych?  Z jednej strony, owszem, obdarzenie terapeuty zaufaniem (bo wiemy, że pomogła komuś, kogo znamy) może być pomocne. Lepiej pracuje się nam z osobą, której ufamy, ale to nie gwarantuje sukcesu. Terapeuta znajomej mógł pomóc jej, nam niekoniecznie, nawet jeśli problem jest pozornie podobny. Bo być może nam potrzebny jest inny system pracy. Jest naprawdę wiele zmiennych, które decydują o tym czy terapia jest skuteczna.

Co robić? Ratunku?

Zanim zaczniemy sami tropić najlepszego terapeutę, warto dowiedzieć jaka i jak prowadzona terapia będzie dla nas najlepsza. Ale nie czytając o nich w internecie, tylko umawiając się ze specjalistą. Tego typu usługa nazywa się diagnoza wstępną.  Przeprowadza ją psycholog, niekoniecznie psychoterapeuta, choć może, jeśli z wykształcenia jest psychologiem. Ważne, żeby to była osoba, która dysponuje współczesnym warsztatem diagnosty ponieważ w ciągu ostatnich 10 lat nastąpił ogromny postęp w dziedzinie diagnozy psychologicznej. Współczesna diagnoza nie polega na tym, że psychoterapeuta, do którego idziemy, rozmawia z nami przez spotkanie, dwa, a potem mówi nam, że jeśli takie spotkanie jest dla nas pomocne, to może zaproponować kolejne. On przy pomocy współczesnych narzędzi psychologicznych określa nie tylko rodzaj problemu, ale jaki typ psychoterapii, jak długo trwający będzie najlepszy dla tej konkretnej osoby. Bierze pod uwagę nie tylko rodzaj zaburzenia, ale też jej charakter, styl życia, emocjonalność. I tak załóżmy, że jeśli Anna ma problemy w małżeństwie, ale ich przyczyną są problemy lękowe, to nie kieruje jej na krótkoterminową indywidualną terapię poznawczo-behawioralną dedykowaną pracy nad danym zaburzeniem, ale na długoterminową psychoterapię u terapeuty, który specjalizuje się w pomaganiu osobom z zaburzeniami osobowości.

Diagnosta nie decyduje o tym jednak podczas pierwszego spotkania. Potrzebne są co najmniej dwa albo trzy. Sam wywiad nie wystarczy. Anna wypełnia kwestionariusze, które mierzą m.in poziom różnych dolegliwości towarzyszących problemowi. Zaburzenia snu, jedzenia, trudności w pracy. Im więcej danych ma diagnosta – tym mniejsze ryzyko błędu.

Niestety, profesjonalna diagnoza jest jeszcze w Polsce usługą stosunkową małą dostępną. Warto jednak pytać o nią w dużych ośrodkach terapeutycznych.

Co jeśli w mieście, w którym mieszkamy nie ma diagnostów?

Czasem wystarczy, że Anna spyta jak wygląda proces przyjmowania na terapię. Czy jeśli się zapisuje do pani A. to tam zostaje?

Mało się o tym mówi, ale duże znaczenie ma też stosunek psychoterapeuty do klienta. On też powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy ta osoba budzi we mnie sympatię, dobrze sobie radzę w danym problemie, z którym do mnie przyszła? Jestem skuteczny?”. Warto pamiętać również, że większość terapeutów ma swoje preferencje, jeśli chodzi o rodzaj pracy. Nie każdy jest w stanie spełnić nasze oczekiwania. Z tego względu też warto szukać ośrodków, gdzie pracuje cały zespół psychologów – konsultują ze sobą każdy przypadek, analizują, weryfikują. Jeśli ktoś ma prywatny gabinet, jednoosobową działalność gospodarczą, czy pracuje z grupą terapeutów, ale wspólnota polega tylko na wynajmowaniu mieszkania, to bardzo często następuje konflikt interesu. Bo przecież, jeśli wypuszczę klienta to wpłynie to na moje zarobki. Trudniej wtedy o obiektywizm.

Jeśli wybieramy psychologa działającego samotnie, koniecznie trzeba spytać, czy należy do jakiegoś stowarzyszenia, podlega superwizji. Jednym słowem czy działa w ramach jakiś struktur, które sprawują nad nim kontrolę.

Anna podczas pierwszych spotkań powinna odpowiedzieć sobie na pytanie: co chce uzyskać dzięki psychoterapii. Jaki jest jej cel. Naprawić swoje relacje z mężem? Stać się pewniejsza w decyzjach? Chce nie odczuwać tak często lęku? Psycholog z kolei powinien powiedzieć jej, jak to wygląda z punktu widzenia wiedzy. W jakim czasie zmiany, o których rozmawiają wydają się realistyczne, czy to kwestia kilkunastu czy kilkudziesięciu spotkań, interwencji łączonej z lekami czy niekoniecznie.

Kryzys i chęć ucieczki są naturalne

Anna trafia w końcu do właściwiej psychoterapeutki. Po pierwszym spotkaniu zwykle czuje się fantastycznie. Niewiele ma to jednak wspólnego z rzeczywistą pomocą. Czuje się lepiej, bo ktoś jej wysłuchał, poza tym nastąpiło zjawisko które można by nazwać „efektem nadziei”. Wchodzimy na terapię traktując terapeutę, jak ratownika. Wydaje nam się, że oto spotkałyśmy człowieka, który przeprowadzi nas na lepszą stronę życia. To jest jeszcze moment, kiedy nie wiesz, ile to wszystko będzie wymagało od ciebie pracy”. Takie uniesienie, lepsze samopoczucie może trwać – jeśli to terapia długoterminowa – przez około siedem spotkań. Tyle mniej więcej statystycznie potrzeba czasu, żeby Anna zrozumiała, że terapia nie zadziała na nią, jak magiczna tabletka. Co więcej zaczyna się praca, która – zdarza się, że pogarsza samopoczucie.

Kiedy pracujemy nad doświadczeniami trudnymi, traumatycznymi, skupiamy na nich uwagę. Efektem tego jest większa dostępność do doznań, które się z tym doświadczeniem wiążą, co może być dla nas dyskomfortowe. Pomóc nam może świadomość, że ten stan jest przejściowy, a skupianie się na przeszłości nie jest zabiegiem samym w sobie, tylko służy zrozumieniu, jakie mechanizmy nami kierują, z czego wynikają i „przepracowanie” tego. Dlatego ważne jest, żeby terapeuta przygotował nas na to, co się może z nami dziać. Mamy wtedy większe poczucie kontroli. Możemy też podjąć decyzję, czy chcemy nad czymś pracować, czy nie.

Jedna z terapeutek powiedziała mi kiedyś: „Procesy, jakie zachodzą w psychoterapii, moim zdaniem najlepiej tłumaczy psychoanaliza. Część z tych procesów jest po stronie klienta, część po stronie terapeuty, część wynika z samej relacji. Jednym z nich jest tzw. przeniesienie”.  W skrócie to są uczucia, które Anna przenosi na terapeutę, a tak naprawdę odczuwa ich wobec matki lub ojca. Przeniesienie może być pozytywne lub negatywne. Załóżmy, że Anna miała dobre relacje z matką, a bardzo złe z ojcem – z tego względu łatwiej będzie jej pracować z kobietą, bo już na samym początku obdarzy ją zaufaniem. Mniejsze jest też ryzyko, że porzuci terapię już na samym początku. Gdyby pracowała z mężczyzną – szybko uruchomiłoby się negatywne przeniesienie, czyli na przykład złość na ojca. Ponieważ w procesie terapeutycznym i tak dochodzi do przeniesienia emocji i wobec ojca i matki. Anna  i tak poczuje złość do terapeutki, jednak jest nadzieja, że stanie się to na tyle późno, że między nią i terapeutką nawiąże się już relacja, która pomoże poradzić sobie z kryzysem.

Kolejną sprawą jest tzw. opór. Przychodzimy na terapię, kiedy cierpimy, chcemy coś w swoim życiu zmienić. To jest nasza motywacja. Byłoby cudownie, gdyby człowiek był spójny w swoich dążeniach. Ale zwykle – szczególnie na początku – nie jest.  Bardzo silną emocją jest też lęk przed zmianą. Kiedy to on zaczyna wygrywać– znajdujemy tysiące wymówek, żeby porzucić pracę nad sobą.

Załóżmy, że Anna po kilkunastu spotkaniach zaczyna szukać wymówek, żeby odmówić terapię. Co powinna zrobić?

Porozmawiać z terapeutką o kryzysie. Ważne też, jak ona się zachowa, czy pomoże nam zrozumieć, co się dzieje.

Kolejną ważną rzeczą są tzw. procesy przeciwprzeniesiowe, czyli to, co się dzieje z terapeutą podczas spotkań z pacjentem. To wciąż temat tabu, bo według obiegowej opinii psycholog jest przezroczysty. Pacjent nie budzi w nim emocji, nie uruchamia żadnych jego mechanizmów. To mit. Idealnie pokazał to serial „Bez tajemnic”. Terapeuta nie jest naszym lustrem, nawet jeśli pracuje w nurcie psychoanalitycznym i właściwie niewiele mówi. Energia i tak płynie. Co terapeuta może czuć? Pociąg fizyczny do pacjenta, zazdrość wobec młodszej, ładniejszej kobiety. Zazdrość o jej powodzenie, ambicję. Cokolwiek. Problem nie w tym, czy dane emocje i odczucia się pojawiają, ale na ile specjalista sobie z nimi radzi. Czy umie je syntetyzować, analizować i opanować.

Ważne jest też to, co pojawia się w relacji, a ma duży wpływ na przebieg terapii. Czy terapeutą jest mężczyzną, kobietą, osobą starsza czy młodszą, dyrektywną czy nie dyrektywną– i jakie emocje to w nas budzi. Jeśli na przykład Anna miała dyrektywnego ojca i dyrektywna jest jej terapeutka – z dużym prawdopodobieństwem Anna wejdzie w rolę dziecka, która boi się zdenerwować terapeutkę. To też będzie miało wartość terapeutyczną– pod warunkiem, że będą o tych mechanizmach szczerze rozmawiały.

Ważne pytania: czy działa? Kiedy powinniśmy ją skończyć

Z ogólnych badań wynika, że terapia działa w 80 proc przypadków. Psycholodzy wciąż sprawdzają, co można zrobić, żeby podwyższyć jej efektywność. I wychodzi wyraźnie, że m.in dopasowanie interwencji do osoby, monitorowanie stanu klienta podczas trwania pracy, sprawdzanie, jak działa psychoterapia.

Czy po czasie, o którym mówił terapeuta naprawdę zauważamy zmiany w naszym zachowaniu, podejmowaniu decyzji, stosunku do samego siebie. Czy cel zostaje osiągnięty, albo czy zbliżamy się do niego. Dlatego tak ważne podczas pierwszych spotkań jest nie tylko ustalenie celu terapii, ale też tzw. narzędzi pomiaru. Czyli w skrócie odpowiedzi na pytanie, skąd będę wiedziała, że psychoterapia mi pomaga? I kolejne pytanie: jak wyczuje moment, że już mi nie jest potrzebna.

Moja koleżanka psycholog powiedziała mi kiedyś: „Jest taki moment, kiedy wydaje ci się, że możesz żyć bez terapii – to zwykle jest czas intensywnej pracy nad sobą. Ale w pewnym momencie to życie staje się ważniejsze niż psychoterapia – to czy masz iść na randkę, wyjechać z mężem, wyjść na spacer z dzieckiem. Kiedy w środku – całą sobą – czujesz, że już nie potrzebujesz terapeuty, bo radzisz sobie z tym, co wcześniej sprawiało ci problem”.


Pisząc ten tekst korzystałam z materiałów przygotowywanych kiedyś dla magazynu Zwierciadło. Tekst konsultowała Joanna Hayder, psycholog i psychoterapeutka oraz Maja Flipiak z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju.


Macierzyństwo Psychologia

Wspólne życie, wspólna kasa. 5 powodów, dlaczego warto mieć wspólne konto

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
30 października 2015
Fot. iStock

– Miłość miłością, ale na co wydaję to, co zarobię, to moja sprawa – lub mniej dyplomatycznie – Od mojej kasy WARA! – Znacie? Albo w drugą stronę – My z Misiaczkiem nie mamy przed sobą tajemnic, prawda? Ale masz ci los, Misiaczek jakoś bez przekonania kiwa główką, jakby mu się po tym pytaniu zrobiło odrobinkę gorąco. Nie trzeba być Einsteinem, żeby od razu domyślić się, że wspólna kasa to temat drażliwy
i niewygodny. I na palcach jednej ręki wśród swoich znajomych policzyć można te pary, które naprawdę nigdy, przenigdy nie spięły się o sprawy rachunkowe.

Nie trzeba po ślubie zamieniać się w pasożytujące pluskwy albo porosty na każdym możliwym polu. Takie stwierdzenia można usłyszeć coraz częściej, szczególnie dlatego, że dziś kobieta zazwyczaj nie jest uzależniona od pieniędzy męża. Pracuje, zarabia, wydaje. Ale czy rozdzielność majątkowa (tak straszliwie nazwano, to zjawisko w świecie pieniądza) faktycznie sprzyja kochankom?

Oddzielne konta? Zwolennicy będą bronić tego rozwiązania własną piersią. Ale skoro razem (na zawsze), to czy jest miejsce na „separację” czegoś? Niby to takie oczywiste, ale gdy mamy już nie tylko deklarować – okazuje się, że łatwiej powiedzieć niż zrobić, no bo…

1. Kto i ile?

Mężczyźni częściej wydają pieniądze na alkohol, kobiety potrafią nieco zapomnieć się podczas zakupów.  Każdy z nas wydaje na coś innego i zazwyczaj okazuje się, że akurat na to, co w mniemaniu obozu przeciwnego wcale nie jest dobrym pomysłem.

Oni, zupełnie inaczej postrzegają kategorię „niezbędny” wydatek – np. taki lunch w mieście, to wydatek – okazuje się – niezbędny, bo przecież jeść każdy musi. Ona nie rozumie dlaczego wydawać przez 20 dni w miesiącu 35 zł, skoro można zabrać jedzenie z domu w cenie piątaka.

One upłynniają większość pensji na zakupy domowe i wszystko dla dzieci, bo przecież On nie wie co kupić, jak i dlaczego. A jak wie, to i tak kupi źle (zresztą panowie chętnie korzystają z tego stereotypu jako rozgrzeszenia z biegania po markecie). I gdzie tu sprawiedliwość? Ona zazwyczaj zarabia mniej, wydaje więcej. A gdy na koncie hula wiatr, trzeba poprosić o małżeńskie zasilenie.

Jak widzicie, taka niezależność może nas razem i oddzielne sporo kosztować. Wspólne konto wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Wspólne wydatki – ze wspólnej kasy. Czarno na białym. – Dziwisz się mój drogi na co ja tyle wydaje, to się pofatyguj i sprawdź wyciąg – i po bólu, bo na wyciągu zakupy, opłata za przedszkole, rachunki i paliwo. A cóż miałoby się tam znaleźć?

2. (auto)Kontrola

A kwestia kontroli i zaufania? „No nie, daj spokój. Nie chcę żeby widział ile wydaję na fryzjera, albo robił mi wymówki ile kosztowały moje buty”. „Przecież Ona nie przeżyłaby tego, ile wydałem w pubie z chłopakami” – Po co to komu? Pytają Ona i On.

Owszem trzeba sobie ufać i chyba w żadnej zdrowej relacji, nikt nie będzie tłukł talerzy
o jedno wyjście na piwo (nawet to kosztowne), albo parę szpilek (jeśli nie kupuje się ich codziennie). A jeżeli boimy się reakcji drugiej strony? Hmm, to chyba coś tu jest nie tak – albo z kontrolującym, albo z wydającym. Może wstydzimy się, że tyle wydajemy? Niepotrzebnie, bo zwyczajnie „nie mamy racji”.

3. Gwóźdź do małżeńskiej trumny

Przecież WY nigdy nie będziecie się kłócić o pieniądze, przecież jesteście inny. Aha, milion razy. Na pewno. Tamci inni też tak mówili. Dopóki nie ma żadnych trudności, kasy starcza każdemu na wszystko, to i problemów nie ma (bo skądże miałyby się brać?). Ale kiedy zamiast PLN-ów na koncie jest wielkie i okrągłe „nic”, a kolejny SMS z działu windykacji twojej sieci komórkowej wyskakuje jak mina, już nie jest tak różowo. Prędzej czy później zaczynają się problemy. Bo Ty nie wiesz na co On tyle wydaje, a On nie rozumie jak może nie wystarczyć to, co zarabiasz.

A skoro nie wie i ma nie wiedzieć to przecież zaczyna się wojna pt. „To nie twoja sprawa, pilnuj swojego portfela”- Ależ pilnuję – usłyszysz – i  złotóweczka już z niego nie umknie na twoją kawę i pomidorki… I nieważne, że kawa tak naprawdę jest wasza, to już kwestia honoru. Warto?

4. Pokusa kolorowania rzeczywistości

Praca. Czasem się ją traci, czasem los przynosi nam awans i … „podniżkę”. Takie czasy: redukcje, zmienność. I czasem korci, żeby nie martwić tej biednej żony, że na ratę nie będzie – z miłości. Przecież zamysł jest taki, aby szybko znaleźć nową pracę i tylko odrobinę nagiąć rzeczywistość. Ale to szybko może zamienić się w cholernie wolno, a przyznać się do kłamstwa trudna sprawa. Ona z kolei trochę straciła rachubę korzystając z karty kredytowej, ajć, strasznie wstyd się przyznać. Już nie mówiąc o tym zarysowanym zderzaku – na szczęście nigdy się nie dowiedział (ale kosztowało ja to 500 zł limitu).
A teraz jakoś tak zapomniała spłacić na czas. Klops.

Ale u licha, przecież pobraliście się po to żeby to wszystko „razem”. I ten zderzak i rozsyłanie CV. A może nie?

5. Kasa i władza

Gdy wkłada do skarbonki tylko jedna strona – układ sił staje się mocno nierówny. I nawet jeśli tak się umawiacie, a On wcale nie żałuje ci na waciki, sam fakt, że musisz prosić może być powodem dużego dyskomfortu. Takie życie, czy nie byłoby prościej gdybyś mogła spokojnie robić zakupy bez tego cyrku? Przecież tak się umówiliście i kropka.

I chyba mimo wszystkich wad wspólny układ na 100% maja swoją przewagę. Jak razem, to razem. A jak chcemy się ukrywać lub oszukiwać ukochaną osobę – to chyba problem nie tkwi w 26-cio cyfrowym numerze rachunku…


Zobacz także

Jak wychowywać dzieci wspólnie z byłym partnerem i nie zwariować

Dostajesz to, o czym myślisz. 12 reguł prawa przyciągania

Chcesz wychować syna na świadomego siebie i swojej wartości mężczyznę? To nie mów mu tych kilku rzeczy

Chcesz wychować syna na świadomego siebie i swojej wartości mężczyznę? To nie mów mu tych kilku rzeczy