Lifestyle

Żyj i pozwól żyć innym. Nie podcinajmy skrzydeł tym, których kochamy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 czerwca 2016
Fot. iStock / Chepko
 

Był raz sobie człowiek, który lubił mówić innym jak mają żyć. Uważał, że wie to lepiej, bo odniósł wielki sukces. Bogaty i wpływowy, kontrolował swoich najbliższych –  żonę, córkę i syna –  tak jak pracowników swojej wielkiej firmy. Przeżył tak kilkadziesiąt lat, zarządzając swoją rodziną bez szacunku dla emocji, marzeń i planów swoich dzieci i ich matki. Nieraz nie cofnął się przed okrucieństwem, powtarzając, że to wszystko dla ich dobra. Przekonany, że jedynie on wie, co dla nich najlepsze nie zauważył nawet, kiedy żona oddaliła się od niego na tyle, by zacząć prowadzić oddzielne życie. Niedługo po tym jak dowiedział się, że jego syn zrezygnował z opłaconego przez niego, prestiżowego kierunku studiów, a córka kupiła bilet na samolot by spróbować swych sił w obcym kraju, zachorował. Długo leżał w szpitalu, pielęgnowany przez najwspanialszych lekarzy i przyjmując najdroższe leki, ale choroba postępowała bezlitośnie, nie pozostawiając złudzeń: umierał.

Kiedy odchodził, dzieci i była żona zjawiły się przy nim, a na ich twarzach nie było gniewu, tylko żal, że on cierpi. Na ten widok wielka, przezroczysta łza stoczyła się po jego pomarszczonym policzku, a drżący głos przemówił tak:

Jesteście tu dzisiaj litując się nad moim losem, choć ja często nie miałem litości dla was. Przepraszam. Ciebie Żono za to, że nie dotrzymałem słowa. Obiecywałem ci miłość i opiekę, ale nie dałem ci tyle siebie, ile powinienem. Bywałem okrutny, źle pojmowałem moją rolę. Nie stawiałem cię na równi ze mną i nie doceniałem twojej wyrozumiałości i dobroci. Przeżyłaś ze mną trzydzieści kilka lat, choć nie byłaś szczęśliwa. Jesteś kimś wielkodusznym jeżeli teraz trzymasz mnie bez obrzydzenia za rękę.

Ciebie Córeczko przepraszam za to, że próbowałem zniszczyć twoje marzenia. Dziś jestem dumny z tego, że jesteś taką silną kobietą, ale wiem, że to nie moja zasługa. Wybacz mi, że nie akceptowałem twoich wyborów, nie szanowałem bliskich ci osób. Wybacz, że nigdy nie byłem ojcem, jakiego pragnęłaś mieć. Jeśli jesteś dzisiaj tu przy mnie, to dowód, jak wielkie masz serce.

Synu, przepraszam Cię za to, że próbowałem zmienić cię w kogoś podobnego do mnie. Jesteś kimś o wiele lepszym. Jestem dumny z tego, że idziesz własną drogą. Wszystko co masz, zawdzięczasz sobie, swojej ciężkiej pracy, nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Jeśli jesteś dzisiaj tutaj, to dowód wielkiej siły twego charakteru.

Wybaczcie mi.

Żona pogłaskała go po bladej, schorowanej twarzy i powiedziała łagodnie: Pokochałam chłopaka o szczerym sercu i dobrej duszy. Czas zmienił cię w twardego gracza, a nasze drogi rozeszły się. Popełniłeś błędy, za które teraz dziś nie mam do ciebie żalu. Dziękuję ci za to, że kiedyś mieliśmy wspólne marzenia. Dziękuję ci za nasze cudowne dzieci.

Córka wzięła ojca za rękę i przemówiła tak: Tato, były momenty, w których nienawidziłam ciebie i twoich decyzji. W myślach nazywałam cię potworem. Ale nigdy nie przestawałam cię kochać, choć długo nie umiałam znaleźć w sobie wybaczenia. Dziś pogodziłam w sobie naszą przeszłość, żyję z czystą kartą: jestem spokojna i mam przy swoim boku kogoś, z kim chcę zbudować szczęśliwą rodzinę.

Syn spojrzał głęboko w oczy swojego ojca i powiedział: Tato, choć nigdy się nie rozumieliśmy, długo starałem się być najlepszym synem, takim jakiego mnie sobie wymyśliłeś. Gdy zrozumiałem, że nie muszę stale zabiegać o twoją miłość i akceptację, że jestem „kimś” i bez twojego przyzwolenia, stałem się mężczyzną. Dziś patrzę na ciebie i twoją chorobę i myślę tylko o tym, że tracę ojca, którego dane mi było na chwilę odzyskać. Wybaczyłem ci już dawno.

Śmierć nadeszła niedługo potem i zostawiła po sobie żal, że ta rozmowa wydarzyła się tak późno.

Nie mówcie, że to zbyt naiwne, nie osądzajcie tego człowieka źle. To oczywiste, że śmierć i choroba zmieniają perspektywę. Ale skoro najbliżsi mu wybaczyli, to znaczy, że na to zasłużył. Żyjmy tak, by być szczęśliwymi i nie krzywdzić innych. Nie podcinajmy skrzydeł tym, których kochamy, pozostawiajmy im wolność. Miejmy przebaczenie w sercu dla tych, którzy go pragną. Szkoda czasu na nienawiść.


Lifestyle

Codzienność i zwyczajność jest „na życie” o wiele lepsza niż te fajerwerki…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 czerwca 2016
Fot. iStock / Springfrom
 

Na początku oczekujesz naprawdę czegoś „wielkiego”. Jak zakochać się, to na zabój, spektakularnie i z przytupem, jak wziąć ślub to z rozmachem. Jak wyjechać to tylko tak, by się zachwycić do utraty tchu, jak mieć przyjaciół, to tylko takich, którymi można się pochwalić. Fajerwerki i wybuchy, niespodzianki i zwroty akcji.

Żyj pełną piersią – radzą autorzy artykułów w magazynach – sięgaj po marzenia, porywaj się z motyką na słońce… Przecież jedno masz to życie.

– No pokaż mi jak mnie kochasz – mówiła moja znajoma do swojego chłopaka, a on przynosił jej gorącą kawę do łóżka. – E, nie, ale pokaż mi naprawdę – prosiła zawiedziona, a on, wracając z pracy wchodził do piekarni po jej ulubioną drożdżówkę z kruszonką, a w kiosku na rogu kupował jej ulubioną gazetę. – Nasze życie razem jest takie nudne i przewidywalne – skarżyła się ona nam, swoim przyjaciółkom, na swój związek. A on, co roku planował im urlop w miejscu, w którym pierwszy raz wyznali sobie miłość.

Zostawiła go w końcu dla jakiegoś kolegi z pracy, który był szalony do tego stopnia by namawiać ją na seks w biurze i nocne wyznawanie sobie miłości w fontannie na rynku. I dostała od niego diament, prawdziwy, ukryty w pudełku wypełnionym płatkami róż. I piła z nim szampana, nago, o północy, w hotelowym apartamencie dla VIP-ów. Chwilę to trwało, tylko chwilę. Po czterech miesiącach on wrócił do żony (a może wcale nigdy od niej nie odszedł), a ona jeszcze jakiś czas udawała, że nic ją to nie obeszło, że przynajmniej czuła, że żyła, że miała tę miłość jak z filmu. Potem płakała, długo nad zwyczajnością, którą miała wcześniej. Nad powrotem do codziennej kawy i drożdżówkami z piekarni na dole. Bo ten powrót był już niemożliwy.

Mój kolega, odważny i silny wspinał się wysoko w dalekich krajach, a jego żona umierała ze strachu za każdym razem, gdy wyjeżdżał i nie było z nim kontaktu. Kiedy się nie wspinał, wyskakiwał co chwila na koncerty i wystawy: do Berlina, do Nowego Jorku, do Paryża. Ona czekała wiernie w domu, który miał być jego ostoją, portem, do którego wracał. Kiedy już jednak trafił do ich wygodnego i przytulnego mieszkania, nigdy nie mógł być dla niej naprawdę. Zwykłe wieczory z ukochaną żoną, rutyna podobnych do siebie poranków i codziennego wyjścia do biura, w którym był szefem, męczyła go. Stale planował następny wyjazd, następny szczyt. Nie miał głowy do tego, by zapamiętać bezbłędnie o której godzinie jego dzieci kończą lekcje, nie miał głowy by pamiętać o liście zakupów.

O swojej chorobie jego żona dowiedziała się, gdy on pływał z delfinami po drugiej stronie kuli ziemskiej. Gdy wrócił, była już w szpitalu. Rutyna, stałe godziny posiłków, codzienne zabiegi: ten poranny i ten popołudniowy. No i dzieci, którymi również musiał się teraz zająć, ale tak naprawdę, na serio. Bo młodszemu, Kubusiowi trzeba było wieczorem przygotować ubranie na rano i pamiętać o zajęciach z logopedą. I o alergii.  A starszemu, Piotrkowi sprawdzić codziennie lekcje i dwa razy w tygodniu odwieźć go na trening. Zwyczajne życie.

Fajerwerki, adrenalina, bliskość egzotyki  – wszystko przestało się teraz liczyć. Żeby tylko ona była zdrowa.

–  Kiedy bliska osoba tak ciężko choruje i sukcesem jest dla niej wykonanie samodzielnych kroków, zebranie energii na to tylko by spędzić z tobą święta w domu, gdy każda prozaiczna czynność okupiona jest walką – powiedział kiedyś ten znajomy – zaczynasz rozumieć, że na zwykłe życie najlepsza jest zwyczajność.

Niektórzy z nas rodzą się „niespokojni”, poszukujący i nie przestają szukać aż do końca. Inni żyją z dnia na dzień, a każdy ich poranek podobny jest do poprzedniego. Jeszcze inni żyją tak, by fajerwerki gościły na ich niebie w wyjątkowych chwilach. Jak jest najlepiej? Chyba tak, by codzienność  była dla nas czymś niezwykłym, by dostrzegać w tej zwyczajności i przewidywalności dobro.  To, że mamy dobry, ciepły dom z ukochaną osobą u boku. Że potrafimy docenić i to, że najbliżsi są zdrowi i że jest miłość – ta wyrażona najprostszym gestem.


Lifestyle

Mężczyźni naszych matek…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 czerwca 2016
Fot. iStock / Geber86

W szkole miałam takiego kolegę: miły, inteligentny wysoki, kulturalny i przystojny. Ideał. Zdaniem naszych mam, oczywiście, bo my – dziewczyny – uważałyśmy go wówczas za straszliwego nudziarza. Lubiłyśmy go co prawda, ale żeby się z nim umówić do kina, czy na spacer?! Tylko na zasadach koleżeńskich, żadnych tam maślanych oczu i broń Boże żeby przyniósł którejś kwiatki!

W klasie panowała wówczas moda na wzdychanie do drobnego, eterycznego blondynka W., (dziś zachodzę w głowie na czym polegał ten fenomen, zwłaszcza odkąd na jakimś portalu społecznościowym zobaczyłam go jako łysego pulpeta z tym samym antypatycznym i postmodernistycznym wyrazem twarzy), który od czasu do czasu jedynie zaszczycał którąś z nas odrobiną zainteresowania. Trudno mi powiedzieć, czy to ten jego przerośnięty trzeci migdał i wiecznie lekko uchylone usta tak działały na nasze młodzieńcze, dziewczęce serca, czy raczej owa legendarna już niedostępność.

I ja również podkochiwałam się w nim jako nastolatka, a kiedy przypadkiem padało z moich ust  kilka słów niekłamanego podziwu dla jego romantycznie posępnej i dekadenckiej osobowości (dziś nazwałabym go zblazowanym małolatem), moja mama kwitowała to zawsze jednakowo: „Matko Boska, czy wyście wszystkie powariowały?! To przecież beznadziejny typ. Ja to lubię tego twojego kolegę z klasy, co gra na fortepianie. A wiesz, że dzwonił wczoraj do ciebie?…”. Wołałam wówczas nie wiedzieć. W szkole okazywało się, że pozostałe koleżanki miewały ze swoimi mamami podobnie.

Uwielbienie naszych mam dla owego muzykującego kolegi umiałyśmy umiejętnie wykorzystać… Umawiając się na spacer po lekcjach z W. lub – nie daj Boże – jakimś znajomym licealistą na widok którego szybciej biło nam serce, wystarczyło skłamać bezwstydnie rodzicom, że umówiłyśmy się właśnie z pianistą z klasy. Mamy nie miały obiekcji – przy pianiście, kulturalnym, wysokim i łagodnym, byłyśmy bezpieczne i „zaopiekowane”. Mamy jemu UFAŁY.  W rekordowy letni wieczór, dwie z nas były zatem z nim w kinie, dwie w parku, a trzy w Filharmonii Narodowej. W tym samym czasie, oczywiście.

Szperając ostatnio w pudełku ze zdjęciami mojej mamy, zobaczyłam fotografię przedstawiającą ją jako roześmianą i bardzo młodą dziewczynę w kostiumie kąpielowym na jakiejś nadbałtyckiej plaży. Oprócz mamy, na zdjęciu było jeszcze kilkoro innych młodych ludzi. – To Baśka, wyjechała do Niemiec tuż przed Stanem Wojennym. A to Lidka, muszę się do niej odezwać, też jest już babcią! – objaśniła mi mama. – A to? – spytałam wskazując na chłopaka, który nie pasował mi do reszty tego towarzystwa. Był bardzo wysoki i umięśniony, miał gęste, ciemne włosy i bardzo gęstą brodę. Patrzył w obiektyw aparatu bardzo pochmurnym, ale przyznam intrygującym spojrzeniem. No i na pewno nie był moim ojcem, choć na fotografii obejmował moją mamę w pół…

–  E…–  rozmarzyła się moja mama. – To Zbyszek. Wszystkie się w nim kochałyśmy. Był bardzo przystojny, kawał mężczyzny, popatrz tylko.

– Chodziłaś z nim? – spytałam szybko, próbując wyobrazić sobie moją mamę z jakimś innym facetem niż mój tata. Zrobiło mi się dziwnie niewyraźnie. I ten Zbyszek jakiś taki, obrażony, „nadmuchany”. Dziwny. – No, tak jakby – mama zrobiła dokładnie taką samą minę, jak moja córka przyłapana na wyjadaniu ponad przydziałowej ilości żelków. – Wiesz, on był taki niedostępny. W sumie każdej dawał nadzieję, ale o żadnej nie powiedział nigdy „moja dziewczyna”. Ale przystojny, co?

Przyjrzałam się bliżej Zbyszkowi. Jego amatorska uroda nie przekonywała mnie zupełnie. Może jakby go ogolić, ostrzyc jakoś? – Czy ja wiem – powiedziałam więc ostrożnie, nie chcąc zranić matczynych uczuć. Z opresji wyrwała mnie moja córka, siadając między nami i oświadczając: „Kostek się we mnie kocha.”.

– Kostek? – uśmiechnęłam się mimowolnie na wspomnienie miłego i kulturalnego dziewięciolatka o długich rzęsach i spokojnym usposobieniu. – Oj, mamo, ale on mi chce plecak ciągle nosić… I lekcje razem odrabiać… – To źle? – spytałam zdziwiona, zastanawiając się jakie też wymagania dotyczące rycerskich zachowań mogą mieć dzisiejsze trzecioklasistki. – No, ja wolę sama. A, wiesz, Piotrek powiedział, że może zaprosi mnie albo Kasię na mecz, żebyśmy mogły oglądać jak strzela gole i trzymać mu wodę… Poprawiałam mu dzisiaj zadanie w zeszycie.  To lecę pouczyć się wiersza – powiedziała moja córka i zniknęła w swoim pokoju. Spojrzałyśmy na siebie z moją mamą, a potem w milczeniu poskładałyśmy stare fotografie do tekturowego pudełka w gwiazdki. Niedostępność jak widać, nadal jest w cenie.

P.S. Wczoraj mój wysoki i „nudny” kolega z klasy pojawił się w moim życiu ponownie. A raczej pojawił się na ekranie komputera, wysyłając mi zaproszenie na popularnym portalu społecznościowym. I powiem wam jedno: czasem warto posłuchać mamy. 😉