Lifestyle

Moje życie wciąga mnie niczym ruchome piaski, z których nie potrafię się uwolnić, przytłacza i woła do mnie „nie dasz rady”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 marca 2017
fot. iStock/ Kontrec
 

Bardzo lubię Wasze teksty, czytam je z wielką przyjemnością i za każdym razem, gdy piszecie o zmianach, wzięciu życia w swoje ręce, podjęciu ryzyka, czuję, jakbyście specjalnie dla mnie to napisały. Przez długą chwilę po przeczytaniu nawet wierzę, że będę w stanie ruszyć z miejsca, czuję wewnętrzną motywację i chęć. A potem zanurzam się w codzienności i zapominam o wszystkim, co bym chciała i o czym marzę – moje życie wciąga mnie niczym ruchome piaski, z których nie potrafię się uwolnić, przytłacza i woła do mnie „nie dasz rady”.

Gdy jako nastolatka myślałam o swojej przyszłości, nigdy nie przypuszczałam, że będzie ona właśnie taka – nudna, przewidywalna i bez wyrazu. Bezpieczna, mało wymagająca praca od zakończenia studiów, ten sam mężczyzna od liceum, to samo miasto i przyjaciele od urodzenia. Na życie innych patrzę jak na film przygodowy – podróżują, zmieniają zawody i branże, rozwijają się, kochają i rozstają, zmieniają adresy, zainteresowania i hobby. A ja? A ja wciąż siedzę na miejscu widza i jestem jedynie biernym obserwatorem rzeczywistości. Dni przeciekają mi między palcami, tak jednowymiarowe, tak do siebie podobne, że właściwie nie mają już znaczenia. Coraz mnie rzeczy mnie cieszy, coraz mniej zachwyca i sprawia, że czuję ekscytację. Wszystko przyjmuję beznamiętnie, bez smaku, coś po prostu jest, zdarzyło się i tyle.

Mój związek jest… właściwie to samo słowo „jest” wystarczy na jego opisanie. Nie ma w nim fajerwerków, porywów miłosnych, uniesień motywowanych pasją i wielkim uczuciem – choć z pewnością darzymy się sympatią i pozytywnymi uczuciami. Jesteśmy w naszej relacji tak bardzo poprawni, że aż nienaturalni. Wspólne śniadania przed wyjściem do pracy, zakupy w piątkowe popołudnie, seks w sobotę (choć i to nie zawsze), obiad u jednych lub drugich teściów w niedzielę. On wyrzuca śmieci i odkurza, ja gotuję i prasuję. On ma swoje mecze w środy, ja serial w poniedziałek i czwartek. I tak trzymamy się siebie od 15 lat, od czasów liceum, bo to przecież jest tak oczywiste i wszyscy wiedzieli, że skończymy jako małżeństwo. Tylko czy w ich przewidywaniach byliśmy też nieszczęśliwi i osamotnieni? Dziecko pewnie też niedługo będziemy mieć – on już o tym wspomina coraz częściej, a ja, pchana siłą powinności i przewidywalności, pewnie zostanę matką. Bo tak trzeba, bo nie umiem powiedzieć, że nie czuję się gotowa, że nie chcę wychowywać go w takim związku.

Zazdroszczę wszystkim, którzy czują te mityczne motyle w brzuchu, zatracają się w miłości bez strachu i obawy o utratę gruntu pod nogami. Dla mnie mój mąż jest właśnie takim gruntem – solidnym, stałym i bezpiecznym. Nie umiem rzucić się na głęboką wodę i zaryzykować, choć wiem, że życie właśnie na tym polega, że bez tego nie można poznać jego prawdziwego smaku. Ale co z mężem? Co z naszymi rodzinami? Czy to nie byłoby szczytem egoizmu – własne szczęście przedłożyć nad szczęściem innych? Tyle lat razem wyrzucić na śmietnik, powiedzieć „cześć, na razie, to jednak nie to”? Boję się też tego, że nie znajdę nikogo innego, że ta Miłość przez duże M wcale nie musi zdarzać się zawsze i każdemu. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, prawda?

Moja praca bardzo przypomina mój związek – trzymam się tego, co dobrze znam, choć nie daje mi to już satysfakcji i sprawia, że życie traci swoje barwy. Ta sama firma od lat, odkąd skończyłam studia, ten sam szef, te same żarty na spotkaniach integracyjnych i kilkanaście razy powtarzane anegdoty. To samo biurko, dokumenty, raporty i analizy – czasami mam ochotę wrzucić wszystko do niszczarki, trzasnąć drzwiami i wykrzyczeć wszystkim „stać mnie na więcej! To nie jest moje miejsce”. A potem przychodzi paraliżujący strach – a co z kredytem? Co z ubezpieczeniem zdrowotnym – jeden wyrostek, dłuższa choroba i koniec. Co z emeryturą, muszę mieć etat! Proza życia zabija chęć do zmian, przykleja mnie do krzesła i każe palcom stukać monotonnie w klawiaturę, tak, jak robią to codziennie od lat. Klik, klik, klik.

Najbardziej boję się, że już zawsze tak będzie. Że nigdy nic się nie zmieni, bo nie znajdę w sobie wystarczająco sił na przełamanie tego impasu. Patrzę na przyjaciół, znajomych, obcych ludzi z wielkim podziwem – czy oni się nie boją? Czy ryzykują bez obaw o porażkę, maja jakiś plan B w sytuacji niepowodzenia? Czuje się, jakby ktoś wyprasował moje życie, pozbawił je wszelkich zagnieceń, fal i wzniesień, wyprostował wręcz boleśnie. I tak ślizgam się po tej gładkiej tafli marząc o potknięciu się na jakiejś wyrwie, przeskoczeniu przez rysę, zrobieniu małego choćby uszczerbku. Marzę… może kiedyś odważę się na coś więcej.

Zapisz


Lifestyle

Biżuteria w prezencie? Może znaczyć więcej. Zobacz, co może wyrażać biżuteria, którą nosisz

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 marca 2017
Fot. Materiały prasowe | YES
 

Może znaczyć bardzo wiele lub wręcz przeciwnie – tylko od ciebie zależy, czy podarowanej biżuterii nadasz większy wymiar, ukryty sens. Czy podarujesz komuś pospiesznie wybrany przedmiot, czy coś więcej. Bo choć biżuteria to klasyka, która nigdy z mody nie wychodzi, to jednak coś więcej, niż błyskotka.

Szczególnie, gdy podarujesz ją kobiecie, ponieważ razem z wybraną biżuterią, możesz podarować różne emocje, symbole i życzenia.

Urok

Klasyka, delikatność, zdecydowanie – tymi wszystkimi cechami można biżuterię opleść. Dając w prezencie delikatny naszyjnik można sprawić komuś o wiele więcej przyjemności niż , gdy podarujemy ciężką od przepychu kolię. Bo właśnie w takim prezencie kryje się urok codzienności.

Cała magia i wyjątkowość, to pragnienie posiadania przy sobie drobiazgu, który dostałyśmy od bliskiej osoby. Rzadko kiedy w pamięć zapada nam duża i obfita biżuteria, zarezerwowana na szczególne okazje. To zazwyczaj te drobne kolczyki od pierwszego chłopaka, które nadal mamy w szufladzie i do których uśmiechamy się pod nosem; pierścionek od babci czy mamy, naszyjnik od ukochanego, delikatny, zwiewny – ten sam, który zaraz po rozpakowaniu na długie tygodnie czy miesiące stał się dla nas elementem codziennej garderoby, pamięcią, symbolem. Ten sam, na który lubi szybko spojrzeć, gdy coś nas w życiu uwiera.

Aby to się udało wystarczy spełnić tylko jeden warunek – dając w prezencie biżuterię, wybierz ją osobiście, poświęć na to chwilę, niech nie będzie wyborem najłatwiejszym.

Emocje

Czy wiesz, jaką emocję zaklęto w pierścionku czy naszyjniku? Nie musisz być ekspertem i czarnoksiężnikiem. Po pierwsze zobacz, co o swojej biżuterii mówi jej projektant.

Dobór materiałów i kolorów ma naprawdę olbrzymi potencjał. Możesz podarować komuś zamiast naszyjnika lekkość, energię, chęć do zmian, sposób na wyrażenie emocji czy mały talizman pomagający w odnalezieniu spokoju. Drobiazg, który razem ze świadomością, że ktoś wybrał go specjalnie dla nas, może stać się czymś więcej niż dodatkiem.

Forma

To jaki kształt i formę przybiera biżuteria również może mieć ukrytą moc. To jak masywna powinna być biżuteria w dużej mierzy zależy od kobiety – i w grę wchodzą tu nie tylko jej fizyczne warunki, ale również to, jaką ona sama siebie widzi.

Duży i błyszczący pierścionek lub wisior, to okazanie tego, że lubimy zwracać na siebie uwagę otoczenia. Proste formy, to oznaka naszej elegancji, ale też mała wewnętrzna potrzeby kontrolowania swojego życia. Delikatna i romantyczna biżuteria z kolei posiada dodatkowe atuty – w zależności od tego, jak użyje i z czym zestawi ją właścicielka, może symbolizować jej wolność, delikatność albo umiłowanie do szczególnych detali.

Wybierajcie biżuterię tak, aby mogła być symbolem choć małej cząsteczki obdarowanej osoby. Nie próbowała jej ani przyćmić, ani zamienić w kogoś innego. Najlepsza biżuteria to ta, która tworzy z tobą harmonijną całość.

Kolory

Psychologia kolorów doczekała się już wielu ujęć. Od ulubionego koloru, po dobór barw, jakie najchętniej zapraszamy do garderoby. A jak jest z biżuterią?

Lada moment Dzień Kobiet i wiosna… dlatego u nas dziś pastelowo, lekko i bardzo kobieco. Bo jeden naszyjnik lub bransoletka mogą być równocześnie uwodzicielskie, klasyczne w formie i kreatywne.

Różowy
2

Zielony

3

Niebieski

1

 

Loop, czyli radość życia

Loop to podróż w czasie! To powrót do lat 60, gdzie wszystkie problemy pękały jak bańki mydlane, a wiatr przenosił dobrą energię. Atmosfera radości pozwalała czerpać z życia pełnymi garściami. Poczuj klimat wyjątkowej beztroski! Razem wróćmy do czasów harmonii i dobrej energii, do czasów pięknych piosenek o miłości i szalonych kolorów. Loop to symboliczna kolekcja dla cieszących się życiem.

ab-s-000-swa-zncl608  Srebrny naszyjnik wykonany ze srebra próby 0,925,ozdobiony kryształami Swarovski. Rozmiar: 48
ab-s-000-swa-nncl609  Srebrny naszyjnik wykonany ze srebra próby 0,925,ozdobiony kryształami Swarovski. Rozmiar: 48
ab-s-000-swa-ibcl609 Srebrna bransoletka wykonana ze srebra próby 0,925,ozdobiona kryształami Swarovski.
ab-s-000-swa-zpcl611_ Srebrny pierścionek wykonany ze srebra próby 0,925,ozdobiony kryształami Swarovski.
ab-s-000-swa-incl607  Srebrny naszyjnik wykonany ze srebra próby 0,925,ozdobiony kryształami Swarovski. Rozmiar: 48
ab-s-000-swa-nncl610  Srebrny naszyjnik wykonany ze srebra próby 0,925,ozdobiony kryształami Swarovski. Rozmiar: 48
ab-s-000-swa-zkcl608 Srebrne kolczyki wykonane ze srebra próby 0,925,ozdobione kryształami Swarovski.

 


Artykuł powstał we współpracy z marką YES


Lifestyle

Bo miłość, ta prawdziwa, nie odchodzi nigdy. Odżywa, z każdym wspomnieniem, rocznicą i świeczką tlącą się na grobie. List do teściowej

Listy do redakcji
Listy do redakcji
28 lutego 2017
Fot. iStock

Wiesz mamo…

czasem miałam wrażenie, że tylko tobie było ciężko, gdy on umarł. Mój mąż a twój syn, a przecież obie kochałyśmy go tak samo mocno, choć skrajnie inaczej. Pamiętasz, że kiedyś denerwowałam się, jak powtarzał, żebym ułożyła sobie życie, gdy odejdzie? Mówiłaś, żebym się mu nie dziwiła, że się o mnie martwi, że chce dla mnie jak najlepiej. Bo przecież jeszcze jestem młoda, jeszcze wszystko będzie można zbudować na nowo i z kim innym, gdy ból już pozwoli oddychać i stawiać kolejne kroki.

A potem przez blisko 5 lat pilnowałaś, żeby się nikt do mnie nie zbliżył i powtarzałaś, że nie wolno mi zapomnieć. A to przecież i tak niemożliwe, bo gdy kochasz ponad wszystko, to też ponad śmierć i na zawsze. Tylko już inaczej, bo na dnie serca chowasz najpiękniejsze wspomnienia, żeby dawały ci siłę, gdy tęsknota zabiera sen. A ja i tak nie szukałam i nie chciałam nikogo innego, bo rany po tamtej nocy, gdy kazali nam się z nim pożegnać, cały czas tętniły i nie chciały się zagoić. Kazałaś mi chodzić na cmentarz, najlepiej codziennie, choć widziałaś, jak wiele mnie to kosztuje, jak bardzo łamie w pół i nie pozwala się podnieść. Tak jakby miarą żałoby i niewyobrażalnego żalu, była ilość wylanych łez, czarnych ubrań i klęczenia przy płycie pomnika. Dlaczego mi nie pozwoliłaś, cierpieć w sobie, myślałaś, że moja miłość, prysła wraz z ostatnim uderzeniem jego serca?

Podziwiałam cię przez tyle lat, bo byłaś taka silna i dzielna. I nigdy się nie poddawałaś, nie upadałaś, nie wątpiłaś. A widziałam wszystko, choć skrywałaś prawdę, ukrytą w twoich zatroskanych oczach. Bo co czuje matka, której dziecko umiera przez tyle lat? Codziennie od świtu do nocy karmione garściami tabletek, z popękanymi od kroplówek żyłami, z wychudzonym ciałem, Gdy patrzy, jak męczy się targane chorobą i boi. Ciągle się boi, bo zdaje sobie sprawę, że jutro może dla niego nie nadejść. Jak ma go pocieszyć i nie okłamać? Jak ukryć, że dławi ją strach, że nocą nasłuchuje czy jeszcze oddycha, że chowa wzrok, gdy syn kolejny raz pyta ją, czy musi odejść. I zastanawia z głośną pretensją, co złego zrobił i za czyje grzechy pokutuje. Patrzyłam, jak się dwoisz i troisz, jak usiłujesz ochronić go przed nieuniknionym, jak wierzysz na przekór wszystkiemu. Bo nawet wtedy, gdy już oddychał za niego respirator, gdy lekarze tylko z rezygnacją kręcili głowami, głaskałaś go po głowie i mówiłaś, żeby ich nie słuchał, że jeszcze wrócicie razem do domu. A potem siedziałaś skulona przy pustym łóżku a ja nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Bo też cierpiałam, bo też straciłam ukochanego człowieka, bo moje serce też wtedy pękło.

Nie mam do ciebie żalu, choć bolało, gdy mnie zmuszałaś do oglądania zdjęć z pogrzebu, gdy dzwoniłaś po kilka razy dziennie i opowiadałaś, że znowu ci się śnił i mówił, że jest „tam” szczęśliwy. A ja za każdym razem przeżywałam wszystko na nowo, rozszarpywałam każdą bliznę, sypiąc na nią sól z twoich gorzkich słów. Że nie wypada już się uśmiechać, że nie wolno czekać na nowe, że żoną się jest do końca swoich dni, bo przecież potem znów się spotkamy. To dlatego tak długo byłam sama i uciekałam przed każdym uczuciem, bo wmawiałaś mi wierność i lojalność, mimo tego, że lata mijały, a ja już chciałam odrodzić się na nowo. Tak jak on chciał, tak jak sama pragnęłam, bo to nie ty budziłaś się z krzykiem w nocy zupełnie sama. Wstydziłam się swoich myśli, ganiłam za każde spojrzenie na innych mężczyzn, spowiadałam, gdy zdarzyło mi się obudzić rankiem w obcej pościeli. Patrzyłaś na mnie wtedy z wyrzutem i pretensjami, wymagałaś przeprosin i bicia w pierś, że już nigdy więcej. A gdy wybrałam swoją drogę, powiedziałaś, że nie byłam jego warta, że już nie będziesz udawać ze mną rodziny.

Nie chciałaś zrozumieć, że każda z nas ma swoją ścieżkę cierpienia, że serce matki kocha inaczej niż serce żony. Że dalsze życie i tak nadejdzie, bo to nie dla nas się skończyło, bo to nie nas przykryła czarna ziemia. Wolałaś dać się pomiatać emocjom, wykrzykiwać krzywdzące słowa i mówić, że tylko ty poniosłaś stratę.

Wiesz mamo, jestem ci wdzięczna za niego. I wszystko wybaczam, bo wiem, że rozpacz potrafi pomieszać zmysły, zaślepić i zmieniać. I może nawet kiedyś usiądziesz ze mną, a ja ci opowiem, co wtedy czułam. Że nie płakałam, bo nie potrafiłam, że uśmiechałam tylko po to, by uniknąć pytań. A w swoich czterech ścianach zasypiałam w jego swetrze panicznie obawiając się dnia, kiedy przestanie nim pachnieć. I gryzłam poduszkę w niemym krzyku, bo nie umiałam znieść jego nieobecności. Nie godziłam z jego zniknięciem, obwiniałam i miałam pretensje, że nas zostawił. I zła byłam, gdy siłą wyciągałaś mnie z domu i kazałaś stać długie godziny nad jego grobem. I nie odzywałaś, gdy wykrzyczałam ci, że wcale go tam nie ma.

Chcę ci powiedzieć, że już nie będę się oglądać i czekać, bo wiem, że on nie wróci. Że znowu marzę, by przy kimś zasypiać i się budzić, znowu komuś powiedzieć „tak”, gdy zapyta, czy pragnę go  na zawsze. I, że to nie znaczy, że zapomniałam, że się wyparłam. Bo miłość, ta prawdziwa, nie odchodzi nigdy, czasem tylko zasypia gdzieś ukryta, bo wie, że jej czas się skończył. Ale odżywa, z każdym wspomnieniem, rocznicą i świeczką tlącą się na grobie. I ciepłym uśmiechem, który miał po tobie.

Twoja synowa


Zobacz także

Pesymizm ma swoje dobre oblicza. Warto docenić pesymistów, dla tych kilku cech

Produkty pełne energii. Czyli dobre śniadania mają moc. Akcja #rodzINKA. Tydzień I, wyzwanie 4

10 powodów, by odwiedzić Norwegię. Akcja „Kocham podróże, kocham swobodę”. Dzień #4 [19.05]