Lifestyle

„Został skazany na dwa lata więzienia, ale i tak się boję”. Karolina Piasecka, była żona radnego PIS-u, o piekle, jakie za życia zgotował jej mąż

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
24 października 2021
 

– W pewnym momencie nie wiedziałam, co jest dobre, a co złe. Obwiniałam siebie. Może to ja wzbudzam w nim taką złość… Teraz już wiem, że to była jego manipulacja. Tak robią przemocowi mężczyźni, którzy chcą mieć kontrolę nad kobietą, więc wmawiają, że to ona jest chora, zła, beznadziejna. Dlatego tak ważni są ludzie wokół nas. Przyjaciele, psycholog, który otwiera nam oczy. Pokazuje, że to nie jest żadna normalność. Normalność wygląda inaczej. Gdybym nie dostała wsparcia od innych, nie wiem, jakby to się skończyło – mówi Karolina Piasecka.

Kto Panią wspierał?

Cała rodzina. Moi rodzice, siostra, szwagier, rodzice chrzestni, kuzyn z żoną. Wspierali mnie też obcy ludzie, miałam cudowną szefową, która któregoś dnia stanęła przede mną i powiedziała: „Tak nie może być, to jest złe, nie możesz tego tolerować, żyjesz w patologicznym związku!”. To ona umówiła mnie na spotkanie z prawnikiem, kolejną osobą, która uświadomiła mi, że to nie jest normalne i tak nie może być. Prawnik zresztą obiecał, że mi pomoże. Zapewnił, że wyjdę z tego związku cała i zdrowa. Ci wszyscy ludzie po drodze dawali mi siłę i poczucie, że muszę to zrobić. Koleżanki i koledzy z pracy, którzy też ze mną byli, nikt mnie nie oceniał, tylko wspierał.

Siłę dawały moje dzieci. Moment, w którym uświadomiłam sobie, że nie tylko ja doświadczam przemocy, ale również dzieci – przeraził mnie. Myśl, że będą całe dzieciństwo i wczesną młodość widziały matkę, która się poddaje, jest tylko narzędziem w rękach swojego męża, powodowała skurcz żołądka. Wiedziałam, że nie mogę im zgotować takiego losu.

To był moment, kiedy mąż wywalał rzeczy z szafy i krzyczał, że jesteście syfiarzami?

Tak, wrzeszczał: „Wyprowadzajcie się wszystkie trzy”.

Moja młodsza córka miała wtedy pięć lat, starsza ponad dziesięć. Wtedy zaczęłam szukać pomocy, choć zanim podjęłam ostateczną decyzję, minęło dużo czasu. Musiałam przygotować sobie nowe życie. Miałam w Bydgoszczy stabilną pracę, ale czułam, że jeśli tam zostanę, nigdy się nie uwolnię, bo mąż nie da mi spokoju. Zadecydowałam więc o wyprowadzce do innego miasta. Ten pomysł też wsparła moja szefowa. A kiedy dostałam dobrą pracę, wiedziałam, że zapewnię córkom dach nad głową, wyżywienie i spokojne życie.

Wcześniej też szukałam pomocy, ale nie miałam w sobie siły. Do głowy mi nie przyszło, że mogłabym wygrać tę sprawę, bałam się, że on mnie zniszczy. Codziennie mi to mówił: „Zniszczę cię zawodowo, zniszczę cię jako człowieka”. Groził mi, że jeśli odejdę, to mnie znajdzie i zabije, a jak się zwiąże z kimkolwiek, to zabije nas wszystkich.

Po tych okropnych awanturach następował czas harmonii. On się uspokajał i przez tydzień, dwa był miły. Tak jakby się nic nie wydarzyło. To była nieustanna huśtawka, od najgorszych emocji po pozytywne, co też bardzo utrudniało podjęcie decyzji. Bo gdyby było źle cały czas, dzień po dniu, potrafiłabym odejść dużo wcześniej. Trzymało mnie też to, że byłam bardzo wierząca. Teraz już jest inaczej z moją wiarą, ale wtedy sakrament małżeństwa był dla mnie świętością, myślałam, że nigdy w życiu nie mogę odejść i przerwać tego sakramentu.

„Namówiłam Karolinę na wizytę u lekarza, aby zrobić obdukcję, nalegałam. Pojechałyśmy do przychodni na Wyżynach, była kolejka, a Karolina wówczas karmiła piersią, więc wróciłyśmy do domu – mówiła szwagierka polityka. Widziałam kiedyś ich materac na łóżku w sypialni, bo zmieniała przy mnie pościel. Był koszmarnie zaplamiony krwią i innymi szarymi plamami. Tłumaczyła, że on żąda seksu, nawet kiedy ona bardzo źle się czuje lub ma okres. Nie dawał jej spać, mówiąc, jak powinna się zachowywać chrześcijańska żona”…

Byłam ostatnio na szkoleniu, jak pomagać osobom doświadczającym przemocy. Zastanawiamy się czasem, jak to możliwe godzić się na to. Tam usłyszałam, że żadna osoba doświadczająca przemocy nie wyszła za kata, wychodziła za cudownego, empatycznego człowieka. Trudno więc potem uwierzyć w to, co się dzieje. Nieustannie wierzy się, że znów będzie, jak kiedyś.

Mój partner był pomocny, czuły, troskliwy, dobry. Nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych, dlatego byłam tak bardzo pewna, że to jest ta osoba na całe życie. Szukam w pamięci jakiś negatywnych zachowań, niczego takiego nie było. Rodziców też traktował z szacunkiem. Interesował się swoją mamą, zawsze robił to, o co go rodzice poprosili, nigdy nie mówił o nich źle. Pomagał ojcu prowadzić firmę, już jako nastolatek zaczął pracować. Widziałam w nim odpowiedzialnego, życzliwego człowieka, nigdy nie przypuszczałam, że może się aż tak bardzo zmienić. Bo nie wiem czy aż tak potrafił ukryć swój prawdziwy charakter, czy coś na niego wpłynęło, że się taki stał, może to choroba, nie mam pojęcia.

Natomiast po ślubie bardzo szybko pojawiły się drobne awantury, sprzeczki. Początkowo to były epizody, a okresy dobrego nastroju trwały długo. Awantura i po pół roku kolejna. Trzy miesiące po ślubie zaszłam w ciążę, byłam studentką i to był dla mnie trudny okres, bo miałam na głowie naukę. Trudno też było mi, młodej dziewczynie, zaakceptować zmiany hormonalne, zmiany w ciele. I oczywiście wiem, że to przeżywa tysiące kobiet, ale ja miałam 21 lat, nie byłam na to przygotowana. Źle się czułam, to też powodowało nasze kłótnie. Mąż nie rozumiał, na przykład, że muszę częściej korzystać z toalety, potrafił wejść do łazienki tuż przede mną, zamknąć się i nie reagować na moje prośby. Każdy człowiek by zrozumiał, a on nie dość, że nie rozumiał to robił mi na przekór.

Potrafił też już wtedy, gdy byłam już w  zaawansowanej ciąży, popchnąć mnie i nie reagować na to, że się przewracam. Potem znów był spokój, zamieniał się w ciepłego człowieka. I tak wkoło, aż zabrnęłam do momentu, w którym akty przemocy, kłótnie zdarzały się dwa, trzy razy w tygodniu. Starsza córka niedawno mi powiedziała, że uwielbiała, jak ktoś nas odwiedzał albo my chodziliśmy w gości, bo to były jedyne momenty spokoju. Później, już mój były mąż, nie miał żadnych oporów. Potrafił wywieźć mnie za miasto, popychać w krzaki, w absolutną ciemność. Rwał mi włosy z głowy, postawił mnie nad przepaścią i powiedział, że mam się rzucić w przepaść. Tak realnie mnie zastraszał, tak pokazywał, że jest zdolny do najgorszych rzeczy, że zaczęłam się bać o własne życie.

To wszystko działo się stopniowo. Dopiero później, gdy już odeszłam, gdy zaczęłam czytać, natknęłam się na psychologiczne porównanie, że osoby doświadczające przemocy są jak żaba, którą wrzuca się do garnka z wodą i powoli podnosi się temperaturę. W takim momencie żaba nie czuje zagrożenia, aż dochodzi do momentu, że gotuje się żywcem i już nie może wyskoczyć. A gdyby od razu ją wrzucić do wrzątku, wyskoczyłaby natychmiast. Ze mną było dokładnie jak z tą żabą, granice były przesuwane powoli. Powoli się gotowałam, aż stwierdziłam, że za chwilę będzie tragedia. I nie ma innej drogi niż odejście.

„Zadawał pytania, a ja miałam minutę na odpowiedź. „Komu jeszcze powiedziałaś o awanturze?” Odliczał czas, w ręku trzymał kartę SIM z mojego telefonu i nożyczki. „10…9…8…7…” Błagałam: „Zostaw tę kartę, nikomu nie mówiłam, przysięgam. „0”. Karta porozcinana na drobne kawałki. To samo z dowodem osobistym. „10…9…8…7…” Dowód zniszczony. Prawo jazdy – w drobny maczek. Bateria od laptopa – rozgniótł ją o futrynę drzwi. Wciąż się nie przyznawałam, nie miałam do czego. Więc otworzył okno i wyrzucał moje rzeczy. Te zniszczone dokumenty, baterię, komputer, torebkę”

I żadnej przyjaciółki, do której można uciec?

Nie miałam tak dużo przyjaciół. Miałam znajomych ze studiów, ale każdy z nas rozjechał się w swoją stronę. Nie miałam tu nikogo bliskiego, na miejscu. Tylko koleżanki z pracy. Na początku pracowałam w aptece. Przebąkiwałam coś, później już pracowałam w terenie, byłam menadżerem regionalnym i właśnie wtedy moja szefowa zaczęła zauważać i rozmawiać ze mną, a później działać. To ona powtarzała: „Karolina, zobaczysz, poradzisz sobie. Wynajmiemy mieszkanie”.

Ale nie, nie mam przyjaciółki, która jest ze mną od zawsze, a to byłoby bardzo ważne. Mój były mąż wybierał przyjaciół, z którymi się spotykaliśmy.  Do tego dochodził strach. Bardzo dużo mówiłam siostrze, czasem coś powiedziałam mamie, cioci, ale zawsze powtarzałam: „ proszę, nic nie rób”, „proszę, nic nie mów”, „nie powtarzaj Rafałowi, bo będzie tylko gorzej”. Cały czas byłam asekuracyjna. Gdy on przeczuwał, że mogę z kimś rozmawiać, pokazywał, że jest zdolny do wszystkiego.

Po naszej kłótni dręczył mnie pytaniami, z kim rozmawiałam. Któregoś dnia po awanturze umówiłam nas do psychologa, bardzo chciałam naprawy tego związku. Wtedy moja córka miała załamanie. Po tym spotkaniu on się wściekł, zaczął mnie wypytywać, komu jeszcze opowiedziałam, co się dzieje w domu. Wyciągnął mi kartę z telefonu i krzyczał, że jak nie powiem, to ją potnie. I pociął ją w mak, dalej naciskał, żebym powiedziała prawdę, wyciągnął z mojego służbowego laptopa baterie, trzymał ją przy futrynie i groził, że zaraz zniszczy baterie. Błagałam go, przekonywałam, że tylko umówiłam wizytę, co zresztą było prawdą. Uderzał więc baterią o futrynę, wyrzucił ją przez okno, podobnie jak mojego laptopa, kosmetyki. Czynami mi pokazywał, że może zrobić wszystko. Mówił, na przykład, że jak czegoś nie powiem albo nie wpłacę na konto pieniędzy, wyrwie mi paznokcie, byłam tak zastraszona. Każdego dnia powinnam dziękować za to, że moje dzieci są bezpieczne, ja jestem bezpieczna.

Teraz czytam przecież różne artykuły, gdzie opisywane są historie przemocy, które kończą się tragiczne. Ostatnio o 36– latce, żonie, matce, której mąż podciął gardło, a potem się zabił. Staram się żyć dziećmi, tym, że dobrze się rozwijają, starsza córka dostała się do dobrego liceum, młodsza też świetnie się uczy, są wesołe, szczęśliwe, a to dla mnie najważniejsze. Cieszy mnie, że mam pracę, kupiłam mieszkanie. Że udało mi się, że żyje na własny rachunek.

Na prezent gwiazdkowy dał mi bardzo drogi zegarek, o wartości 2,7 tys. zł. Nie jest tajemnicą, że komornik zlicytował jego majątek, pisały o tym obszernie media. Oczywiście to nie oznacza, że nie ma za co żyć, wciąż jeździ luksusowym samochodem, kupił żaglówkę. Ale ja nie chciałam tego zegarka, wyczuł moje niezadowolenie. Kiedy goście po wieczerzy wigilijnej wyszli, nakazał mi przyjście do łóżka w samym zegarku. Odmówiłam. Powiedziałam, żeby go zaraz po świętach zwrócił, nie chcę takiego prezentu, jest zbyt kosztowny. Wściekł się, jak nigdy wcześniej. Krzyczał i bił do 6 rano. Mokrą szmatą po głowie, dusił, kazał się przepraszać za niewdzięczność. Mówiłam: „Przepraszam, za to, że jestem niewdzięczna”. Nie satysfakcjonowało go”.

Jak Pani odeszła, fizycznie oddzieliła się od oprawcy?

Uciekłam. To były ferie zimowe. Wcześniej zorganizowałam życie w Warszawie. Miałam tą możliwość, że pracowałam w terenie, mogłam więc wyjechać bez podejrzeń. Podpisałam umowę wynajmu mieszkania. Od marca miałam zacząć też nową pracę w aptece. A potem zastanawiałam się, jak wyjść z domu. Prawnik powiedział, że mogę skorzystać z ochrony osobistej, że pomogą mi w ucieczce, ale nie wyobrażałam sobie, że mu o tym powiem. Wiedziałam, że jak on tylko zobaczy, to natychmiast mnie zatrzyma. Bałam się najgorszego.

Postanowiłam zrobić to po swojemu. Któregoś dnia rano wywiozłam dziewczynki do rodziców, było łatwiej, bo powiedziałam, że przecież nie będą siedzieć w domu skoro są ferie. Potem jeszcze załatwiłam lekarza medyny pracy i wróciłam do domu w Łochowie. Spakowałam podstawowe rzeczy, ubrania córek, które potrzebne są na co dzień, kilka moich ubrań, jedną kołdrę, podstawowe kosmetyki, dokumenty. Wszystko wpakowałam do samochodu, wciąż waliło mi serce, choć wiedziałam, że mąż jest na montażu. Prowadził firmę reklamową i montował reklamę. Szybko pojechałam do rodziców i powiedziałam mamie: „To dzisiaj wyjeżdżam do Warszawy”. Wcześniej mówiłam, że mam takie plany, ale nic konkretnie. Mama stwierdziła: „Karolina, jadę z tobą”, powiedziała mojej chrzestnej, która też zadecydowała, że jedzie. Dziewczynki wzięłam do swojego samochodu. Wtedy jeszcze nie mówiłam im, że zamieszkamy w Warszawie, mówiłam, że jedziemy na wycieczkę. Też się obawiałam, jak zareagują, chciałam im wszystko wyjaśnić na miejscu, spokojnie.
Pojechałyśmy w piątkę.Ciocia była z nami przez tydzień, a mama została na dwa lata, za co jestem jej wdzięczna, bo jej obecność była bezcenna.

Pierwsza noc?

Czułam okropny strach, czekałam, kiedy się zorientuje, zastanawiałam się, ile czasu mu zajmie dowiedzenie się, gdzie mieszkam. Później zaczął wypisywać smsy, nie odpisywałam, bo tak mi poradził prawnik. Napisałam tylko jedną wiadomość: że ma się kontaktować od dziś przez adwokata, on mu wszystko będzie wyjaśniał.

Początki były straszne. Mąż jednak dowiedział się, gdzie mieszkam. Przyjechał, doszło do interwencji policji. Wyprowadzali go z mojego wynajmowanego mieszkania w kajdankach, bo nie chciał opuścić mieszkania. Potem regularnie przyjeżdżał co dwa tygodnie, bo chciał się widzieć z dziewczynkami. One natomiast nie chciały się z nim widzieć, a ja się okropnie bałam, że on je porwie. Pójdą na spotkanie z nim, a on je gdzieś wywiezie. Raz już tak zrobił, kiedy w 2013 roku wyprowadziłam się od niego, do rodziców mając nadzieję, że zrozumie, że robi źle. Wtedy też konsultowałam się z psychologiem, a on, jak odwoziłam starszą córkę na bal przebierańców, wyciągnął ją z samochodu i zabrał ją do mieszkania w Łochowie.

Wtedy, gdy odeszłam ostatecznie, początkowo chciał rozmawiać, błagał o wybaczenie, przyznawał się do winy. Nagrywał się na sekretarkę, że wie, że był debilem, że pójdzie na terapię, że mnie przeprasza, płakał. Myślał, że jest w stanie uratować to małżeństwo ale ja już byłam na takim etapie, że wiedziałam, że nie ma powrotu, decyzja jest ostateczna.

Później minęło dużo czasu zanim ta sprawa karna się rozpoczęła, sam proces był długi. Zeznania były bolesne, udostępnienie przeze mnie nagrania z kłótni spowodowało zainteresowanie mediów. Rozmowy z dziennikarzami były trudne, bo musiałam co chwile wracać do najgorszych wspomnień. Ale były też terapeutyczne, pomogły mi zrozumieć mechanizmy, które mną rządziły. Każda rozmowa uświadamiała mi, że zrobiłam dobrze odchodząc i muszę zacząć teraz normalnie żyć. Że to on był katem, a mną rządziły mechanizmy ofiary, To on wykorzystywał moje dobre serce, dobrą wolę.

Ale nie znałam wielu mężczyzn. Z Rafałem byłam od szesnastego roku życia, a znaliśmy się od czternastego roku życia, nie miałam żadnych doświadczeń w relacjach, nie wiedziałam, jak może wyglądać inny związek. Miałam 21 lat, jak się pobraliśmy.

Pani mąż tak długo próbował się wymigać, oskarżał panią o chorobę psychiczną, walczył. Jakie to jest uczucie, gdy Pani już wie, że został skazany?

Ulga, że jednak sprawiedliwość istnieje. Że jak ktoś robi złe rzeczy i jest wyrok, to ten wyrok zostanie wyegzekwowany. Cieszę się, że za to będzie kara. Z drugiej strony tego, co przeżyłam już nikt mi z głowy nie zabierze. Te doświadczenia zaważyły na mojej osobowości, to był wieloletni związek, więc dla mnie ten wyrok nie jest nagrodą. Myślę, a co będzie, jak wyjdzie za dobre sprawowanie. Marzę, żeby nigdy więcej nie mieć żadnego kontaktu i marzę o zapomnieniu o przeszłości. Mam nadzieję, że on po wyjściu z zakładu karnego zajmie się swoim życiem.

Jak się dba o siebie w tak trudnych momentach?

Przez pierwszy rok chodziłam na terapię, później ją przerwałam, bo poczułam się silna. Aktualnie pewnie by mi się znów przydała, ale nie mam kiedy chodzić. Żyję codziennością, chcę jak najlepiej dla swoich córek, więc pracuję, żeby miały wszystko, czego potrzebują. I wykształcenie, i dodatkowe zajęcia, i czas ze mną. Dobrze mi robi wysiłek fizyczny, jak pójdę na trening jestem o 300 proc szczęśliwszym człowiekiem. To są takie proste rzeczy, wiele osób wie o tym. Uwielbiam tańczyć, chciałabym chodzić na treningi z tańca towarzyskiego, jako dziecko byłam w zespole tanecznym. Daje mi to ogromną radość, ale jest mi ciężko pogodzić to z domem i pracą, ale robię co mogę.

Dużo kobiet do Pani pisze? Co by Pani powiedziała tym, które są na początku tej drogi, które wierzą, że on się zmieni.

Na początku pisało sporo kobiet, redakcja Wysokich Obcasów przesyłała mi listy, dużo dziewczyn odzywało się też przez messengera. Opowiadały swoje historie, z niektórymi miałam też kontakt telefoniczny, przyjechała do mnie jedna kobieta z Bydgoszczy, bo też wyszła z takiego związku i bardzo chciała mnie poznać. Ona też miała pomysł, żebyśmy założyły fundację dla kobiet doświadczających przemocy tylko, że nie jestem w stanie fizycznie zaangażować się w działanie na tak szeroką skalę.

Każda z nas ma inną sytuację. Nie jestem psychologiem, ale na pewno bym poradziła, żebym mówiły bliskim, żeby sięgały po fachową pomoc, psychologa, prawnika. Żeby zgłaszały te akty przemocy na policję, zabezpieczały się, bo na wszystko trzeba mieć dowody, bez tego nie wygra się żadnej sprawy.

Pani nigdy nie zadzwoniła na policję, nie była na obdukcji?

Nie dzwoniłam właśnie, bałam się. Po jednej sytuacji siostra zabrała mnie do szpitala na obdukcję. Pojechałyśmy na SOR, akurat było jakieś święto, w kolejce czterdzieści osób. Zobaczyłam to i mówię do siostry, że nie możemy tu zostać, bo jak będę tak długo czekać, to on się domyśli, zacznie mnie wypytywać dlaczego mnie tak długo nie było, dowie się, że byłam u lekarza. Miałam też głębokie przekonanie, że nie mogę zrobić nic przeciwko ojcu moich dzieci. Ale to był błąd, nie można pozwolić na takie zło, bo jak ktoś nie ma jasnego sygnału, że tak nie wolnon– przemoc przybiera coraz gorsze formy. Teraz wiem, że powinnam zgłaszać na bieżąco wszystko, co działo się w moim domu. Może bym szybciej wyszła z tej relacji, bo w zmianę już nie wierzę. Związał się z inną kobietą i szybko zaczął ją traktować tak samo, jak mnie.
Tylko separacja i drastyczne środki są w stanie pomóc.

Co z jego rodzicami, macie kontakt?

Od momentu mojej wyprowadzki nie mam żadnego kontaktu. Nie zadzwoniłam, oni nie zadzwonili. Nie wiem, co myśleli, ale mogę się domyślać. Jego tata na sprawie zeznawał, że to, co mówię jest nieprawdą, więc tak pewnie przedstawił to mąż, który zresztą wśród naszych wspólnych znajomych też rozpowiadał, że ja to wszystko wymyśliłam i niektórzy mu uwierzyli. Był mistrzem manipulacji. I to jest też trudne, bo takie osoby są w stanie owinąć sobie wszystkich wokół palca– na to trzeba bardzo uważać. I trzeba walczyć mimo to. Mamy tylko jedno życie.

 

 


Lifestyle

W „Down the road” stoi w cieniu Kossakowskiego. Ale to ona zna wszystkie tajemnice uczestników show

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
25 października 2021
 

– W Polsce brakuje integracji włączającej, do czego teraz dąży Europa. Chciałabym, byśmy wszyscy żyli razem i potrafili się taką wspólnotą cieszyć. By niepełnosprawni byli aktywni zawodowo. Byśmy wzajemnie wspierali się, znajdowali czas i cierpliwość, a nie gonili tylko za własnym szczęściem i pieniędzmi. To byłby ideał – mówi.

To ona od trzech edycji „Down the road. Zespół w trasie” jest zawsze na planie. Stoi trzy kroki za Przemkiem Kossakowskim, jeździ razem z ekipą w słynnym vanie. Zawsze gotowa, by tłumaczyć, przytulić i wspierać. Patrycja Bartoszak-Kempa jest terapeutką i pedagogiem specjalnym. Nie ma nikogo, kto wie więcej na temat osób z Zespołem Downa. 


Patrycjo, jaka jest twoja rola w programie „Down the road. Zespół w trasie”?

– Na planie pojawiam się wtedy, gdy mamy kryzys, bo jestem pedagogogiem i arteterapeutką osób z trudnościami, w tym z niepełnosprawnościami intelektualnymi. Do programu trafiłam przez casting. Spodobałam się na tyle, że poproszono mnie, żebym czasem pojawiała się na wizji. To było dla mnie i nadal jest wyznawaniem, bo nie czuję się osobą medialną. Zdradzę ci, że przy tym programie pracuje cały zespół terapeutyczny: jest druga terapeutka – Marta Śnioch, wcześniej Weronika Borowska i do tego zawsze osoba z kadry medycznej, teraz ratowniczka Ola Mazurowska, wcześniej Małgorzata Błaszczyk. Wszystko dla bezpieczeństwa uczestników. Kiedy nasi bohaterowie mają trudności emocjonalne lub nie potrafią zrozumieć jakiejś sytuacji, pomagamy im rozładować napięcie, wspieramy, rozmawiamy, przytulamy.

Z osobami z Zespołem Downa jest tak, jak z osobami zdrowymi. Na każdego działa coś innego. Na jednego dobre słowo, na drugiego chwila odpoczynku. W trzecim sezonie mamy wielkie indywidualności. Daria jest pierwszą osobą, która mieszka samodzielnie, w czym oczywiście wspiera ją rodzina. Paweł jest pierwszym uczestnikiem po czterdziestce, dlatego możemy obserwować, jak funkcjonują osoby dojrzałe z Zespołem Downa. Oprócz tego jest pierwsza para – Agnieszka i Tomek, którzy spotykają się ze sobą od 10 lat.

Oglądając ten program, można odnieść wrażenie, że osoby z Zespołem Downa niewiele się od nas różnią. Kibicujemy im, kiedy mówią, że ich największym marzeniem jest odnalezienie miłości i posiadanie dzieci. Serce nam się kraje, że nie mogą spełnić tych marzeń!

– Może to zabrzmi brutalnie, ale tylko nielicznym udaje się funkcjonować w jakiejś mierze samodzielnie. Osoby z Zespołem Downa nastawione są do życia optymistycznie i do końca nie mają świadomości, jakim wyzwaniem jest np. opieka nad małym dzieckiem czy prowadzenie gospodarstwa domowego. Moje zadanie jako terapeutki często polega na tłumaczeniu im tego. Nie ukrywam, że to bardzo trudne, bo samodzielność, miłość, a przede wszystkim seks i potomstwo osób z niepełnosprawnością nadal są tematami tabu. Często więc rozmawiam o tym nie tylko z nimi, ale też z ich rodzicami.

Zauważ, że wszyscy bohaterowie „Down the road” otwarcie mówią, że marzą o miłości. To czasem jest możliwe, czego najlepszym dowodem są Agnieszka i Tomek z trzeciej edycji. Przyznam jednak, że nie znam par z Zespołem Downa, które mieszkają razem. Znam natomiast dwie osoby z niepełnosprawnościami intelektualnymi, którym się to udało, ale dzięki wielkiemu wsparciu ich rodzin, które zadbały także o zabezpieczenie ich za pomocą antykoncepcji.

Między Tomkiem i Agnieszką widać wiele czułości. Jednak w trzecim odcinku Tomek wyznał przy ukochanej, że podoba mu się Paulina, a przecież chwilę wcześniej kupował pierścionek zaręczynowy dla Agnieszki. Ten moment był bardzo zaskakujący i niezrozumiały dla mnie jako widza. Co się wtedy wydarzyło?

– Często dostaję pytanie, dlaczego osoby z Zespołem Downa tak łatwo się zakochują. Odpowiadam wtedy, że niektórzy z nich pod wpływem drobnego impulsu podążają za swoją emocjonalnością. Tomek tak zrobił i spontanicznie powiedział swojej ukochanej, że podoba mu się inna kobieta. Niestety w przypadku osób z Zespołem Downa bywa tak, że brakuje im pełnej świadomości, czym jest oddanie się drugiej osobie. Dlatego właśnie rodzice i opiekunowie mają wiele obaw, kiedy ich dzieci łączą się w pary. Ja to w pełni rozumiem. Rodzice martwią się i obawiają nie tylko ewentualnej ciąży, ale też zranienia.

Daria, uczestniczka trzeciej edycji jest osobą, która mieszka sama. Jak wielu osobom w jej sytuacji się to udaje?

– Daria ma wsparcie, do niej przychodzą od czasu do czasu osoby z rodziny, które jej pomagają. Szczerze mówiąc, taki rodzaj samodzielności nadal jest rzadki w Polsce. Dopiero teraz powstają u nas pierwsze Mieszkania Treningowe. To jest wspaniały pomysł, bo w takich miejscach osoby z niepełnosprawnością mogą ćwiczyć czynności życia codziennego – pranie, gotowanie, sprzątanie. Sama organizuję takie turnusy wyjazdowe i wtedy okazuje się, że dla moich podopiecznych umiejętność gotowania ogranicza się do zrobienia sobie kanapki albo odgrzania obiadu. Jednak część z nich jest w stanie nauczyć się takiej samodzielności, która pozwala, by mogli przez kilka dni mieszkać bez kontroli innych dorosłych.

W Polsce cały czas trudnym tematem jest też zatrudnianie osób niepełnosprawnych. Wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy, że to może wiązać się dla nich z korzystnym dofinansowaniem, a osoby z Zespołem Downa mają potencjał, by pracować, bo świetnie uczą się czynności powtarzalnych, takich jak kelnerowanie. Mnie bardzo cieszy fakt, że kilku naszych bohaterów znalazło pracę po programie. Paulina („Szefowa”) pomaga w przedszkolu w sprzątaniu, podawaniu obiadów. Adam również w przedszkolu prowadzi zajęcia muzyczne i taneczne. Dominika jest zatrudniona na pełen etat w szkole, sama dojeżdża do szkoły autobusem, w której jest asystentką nauczycielki. Może to oni dają nam właśnie nadzieję, że mentalność Polaków wokół osób niepełnosprawnych zmienia się na lepsze?

Mnie wydaje się, że przez ostanie 50 lat zrobiliśmy gigantyczny postęp jako społeczeństwo w tej sprawie. Mam rację?

– W latach powojennych dziecko niepełnosprawne intelektualnie często było przez rodziców postrzegane jako powód do wstydu. Dlatego oddawano je do zamkniętych Ośrodków Szkolno-Wychowawczych, które funkcjonowały wtedy na dużą skalę. Związane to było z tym, że rodzice nie mieli dostępu do specjalistów i różnorodnych form wsparcia. Moi rodzice pracowali w PRL-u jako terapeuci w takim ośrodku położonym w środku lasu pod Łodzią. Teraz mamy mniej Ośrodków Szkolno-Wychowawczych i one znacznie lepiej funkcjonują. Powstało też wiele stowarzyszeń, fundacji, szkoły specjalne i integracyjne oraz poradnie terapeutyczne. Bardzo otworzyliśmy się na osoby z niepełnosprawnością, choć w porównaniu z Europą nadal jesteśmy w tyle.

Jak jest na świecie?

– W Polsce, gdy rodzice nie mogą opiekować się już swoimi dorosłymi niepełnosprawnymi dziećmi, to trafiają one najczęściej do Domów Opieki Społecznej, gdzie nie są uczone samodzielności. Tam nie ma na to środków i czasu. Zapewnia się im głównie wikt i opierunek. Natomiast świetnym rozwiązaniem na przykład w Skandynawii są Hostele. U nas dopiero powstają na ich wzór Mieszkania Wspomagane. Zagadnij, ile ich jest? Trzy, może cztery. W Sopocie powstał niedawno pierwszy duży ośrodek, w którym osoby niepełnosprawne mieszkają same, ale jednak w grupie i pod kontrolą terapeutów. W Norwegii w takich ośrodkach ci ludzie już dawno mają swoje pokoje z łazienkami, a czasem nawet kawalerki z aneksami kuchennymi. Do tego dochodzi przestrzeń wspólna, gdzie odbywają się zajęcia plastyczne, artystyczne i terapeutyczne.

W Polsce brakuje integracji włączającej, do czego teraz dąży Europa. Chciałabym, byśmy wszyscy żyli razem i potrafili się taką wspólnotą cieszyć. By niepełnosprawni byli aktywni zawodowo. Byśmy wzajemnie wspierali się, znajdowali czas i cierpliwość, a nie gonili tylko za własnym szczęściem i pieniędzmi. To byłby ideał.

Jestem ciekawa, czy ty czegoś nauczyłaś się od uczestników programu?

– Pracując z osobami niepełnosprawnymi od 12 lat, nauczyłam się odczuwać radość z małych rzeczy i być wdzięczną za to, co mam. Wielu moich podopiecznych pokazało mi, że trzeba iść do przodu, mimo swoich ograniczeń. Nawet jak świat się wali. Lubię podążać za ich wyluzowaniem i poczuciem humoru. Podczas zdjęć panuje bardzo radosna atmosfera.

W trzecim sezonie mieliśmy wiele trudnych sytuacji – już na początku w Turcji zabrano nam kamery, potem zachorował jeden z uczestników. Naszą tajną bronią był więc czasem śmiech, bo tym sposobem próbowaliśmy rozluźniać atmosferę. A na planie „Down the road” nauczyłam się, że jak jestem zmęczona, mam prawo usiąść i odpocząć. Była taka dwójka bohaterów – Grzegorz i Szymon, która dała mi wspaniałą lekcję większej uważności i dbania o siebie.


Lifestyle

Makijaż z Maffashion – współpraca marki Makeup Revolution ze znaną Influencerką

Redakcja
Redakcja
23 października 2021

Marka Makeup Revolution słynie z tworzenia wysokiej jakości kosmetyków przeznaczonych do makijażu twarzy i oczu. Ich produkty są ogólnodostępne i przystępne cenowo, a cechą charakterystyczną marki jest uroczy design. Czymś, co wyróżnia ich na tle konkurencji to tworzenie poszczególnych kolekcji ze znanymi Influencerkami. Marka wprowadziła na rynek produkty powstałe w kolaboracji między innymi z fotomodelką Natalią Siwiec, znaną makijażystką Joanną Ferdynus-Gałuszko (znaną pod pseudonimem Maxineczka). Z kim marka postanowiła współpracować tym razem?

Kolekcja kosmetyków Maffashion

Julia Kuczyńska swoją popularność zbudowała w przestrzeni internetowej za sprawą bloga modowego. Aktualnie jest Polską Influencerką i Instagramerką, której działania śledzi ponad milion obserwatorów. Jej codzienny makijaż opiera się zazwyczaj o neutralne odcienie brązów, beży. Na ustach Julii znaleźć można pomadki w kolorach nude. Jaka jest więc autorska kolekcja kosmetyków Maffashion i Makeup Revolution? Cała seria zawiera pomadki do ust o matowym wykończeniu, kredki do brwi z żelem utrwalającym, produkty do konturowania oraz gwiazdę kolekcji – paletę cieni do powiek My Beauty Diary. Cała seria produktów wykonana została z dbałością o szczegóły. Zwracają uwagę magnetyczne opakowania, welurowe obicia i niebanalny design kosmetyków. Kolorystyka jasnego, pudrowego różu doskonale współgra z Julią i charakterem kolekcji.

My Beauty Diary – paletka Makeup Revolution i Maffashion

Paletka MUR x Maffashion My Beautiful Diary (link) zawiera 15 odcieni o różnym wykończeniu na powiece. Znajdziemy w niej neutralne propozycje brązów i beży, po które najczęściej sięgamy w makijażu dziennym. Ciemniejsze i bardziej intensywne odcienie pozwolą na przyciemnienie zewnętrznego kącika oka, dzięki czemu paleta umożliwia stworzenie klasycznego smoky eyes. Metaliczne odcienie tworzą spektakularny efekt błyszczącej tafli na powiece i mogą być wykorzystywane w makijażach okolicznościowych i wieczorowych. Szampańskie cienie doskonale komplementują każdą tęczówkę oka. Paletka My Beauty Diary to uniwersalna propozycja, która sprawdzi się zarówno w makijażach dziennych, jak i wieczorowych. Dodatkowo, paleta posiada lusterko, które okazuje się zbawienne podczas wyjazdów i podróży. Posiada kompaktowy rozmiar, chociaż gramatura cieni jest standardowa.

Produkty do konturowania od Maffashion

Julia Kuczyńska oprócz palety cieni do powiek stworzyła także dwie propozycje paletek do konturowania twarzy. Bronzer i rozświetlacz to podstawowe kosmetyki, które pozwolą na wymodelowanie kości policzkowych i podkreślenie strategicznych miejsc na skórze. Paletka występuje w dwóch wersjach kolorystycznych, aby umożliwić dostosowanie tonacji do karnacji każdej z kobiet.

Produkty do brwi z nowej kolekcji MUR x Maffashion

Julia Kuczyńska zarówno w makijażu wieczorowym, jak i dziennym preferuje mocniej zaznaczone brwi, dlatego sama zdecydowała się stworzyć produkty do ich podkreślenia. Kredki 2w1 oprócz wypełnienia luk i nadania kształtu pozwalają również utrwalić cały makijaż brwi. Po drugiej stronie kredki ukryty został żel do brwi, który ujarzmia włoski. Zarówno kredka, jak i żel mogą być stosowane samodzielnie, jak również w duecie – wszystko zależy od indywidualnych preferencji i potrzeb.

Matowe pomadki do ust Maffashion

Oprócz delikatnego makijażu oczu i podkreślonych brwi – Julia stawia również na matowe pomadki w kolorze nude. Jej szminki, podobnie jak pozostałe produkty – są niezwykle użytkowe i stanowią dopełnienie całej kolekcji.

Doskonale opracowana formuła pozwala na matowy, trwały efekt na ustach, bez uczucia ich przesuszenia. Pomadki zamknięte zostały w magnetycznym, funkcjonalnym opakowaniu.

Marka Makeup Revolution znana jest z tworzenia wyjątkowych współprac, które cieszą się dużą popularnością. Kolaboracje z Influencerkami są gwarancją sukcesu. Kolekcja Julii Kuczyńskiej to najbardziej zachowawcza i kobieca seria produktów, która z pewnością przypadnie do gustu większości kobiet w Polsce.


Zobacz także

Obrączki ślubne – 5 najczęstszych pytań

Chcesz, żeby twoje dziecko sprzątało z przyjemnością? Ha! Znamy kilka sposobów

7 problemów w zachowaniu dziecka, których nigdy nie powinniśmy lekceważyć, i jak sobie z nimi radzić