Lifestyle

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
12 listopada 2021
fot. urbazon/iStock
 

Dzisiaj opowiem Wam jak się rozpoczęła moja droga duchowa. Nie. Nie dostałam nagle olśnienia, a wraz z tym wyglądu Anioła w blasku poświaty. Nie. Po prostu życie się potoczyło jak się potoczyło. Dostałam parę bęcków, konkretnych bęcków, gdzie na mega wirażu zmieniło mi się życie prywatne i zawodowe. To, co było dla mnie niewyobrażalne i bliskie w moim mniemaniu końcowi świata, okazało się innym życiem, nowym narodzeniem się, lub wreszcie realizowaniem siebie. Był szok, a jednak przeżyłam.

Ale po kolei. Byłam młodą, zbuntowaną czterdziestolatką u szczytu kariery, która rozstawiała wszystkich po kątach i uważała, że ma do wszystkiego prawo i odmówić jej nikt nie może. Inaczej foch! A w środku czułam, że to jednak nie moje i chcę jeszcze w życiu o coś innego się upomnieć😊. Mężatka, ale już ze stażem, czułam że się starzeję. Ciało, potrzeby, marzenia. Gdzieś zaczął mi się kończyć pęd do życia i radość. Jakby zaczynała się jesień. Mój partner był o wiele ode mnie starszy, bo wtedy bardzo chciałam mieć starszego i doświadczonego partnera, no i takiego od życia dostałam. Fajne małżeństwo, ale po mojej czterdziestce poczułam, że entuzjazm gdzieś uleciał, a ja jestem już nie z miłości, a z przyzwoitości. A to przecież nie moja energia. Rozpoczęły się awantury i różne powody do nich.

Nagle padł pomysł od moich przełożonych, że ciągle dojeżdżam, to dlaczego nie wynajmę mieszkania? Chcieli mnie mieć bliżej siebie, a praca była wtedy dla mnie priorytetem i ujściem dla mojej kreatywności. Zaczęłam szukać, a może bardziej poprosiłam moje ukochane dziewczyny z mojego Zespołu o pomoc. Stwierdziły” „wiemy, czego Ci trzeba”.

Czego mi trzeba, to wiedział chyba lepiej mój tato, który już nie żył, a będąc po drugiej stronie we śnie zaprowadził mnie do mieszkania w pewnej kamienicy. Gdy w realu dostałam trzy oferty mieszkań, wśród nich była wyśniona kamienica. Bingo. Oczywiście, że wynajęłam. Właściciel okazał się młodym i atrakcyjnym mężczyzną, obieżyświatem. Coś we mnie drgnęło, że to nowy początek. Mieszkanie stało się moją poczwarką do przemiany, a właściciel częstym gościem, który zaczął mi tłumaczyć prawdy życiowe jak: miłość własna, empatia, współczucie, otwarcie serca, otwarcie umysłu i nie tylko… Ba, był nauczycielem duchowym. Poszłam za tym, jak w dym. Jak omamiona. Że to właśnie nowy początek życia: kamienica, mężczyzna, moja przemiana i… żyli długo i szczęśliwie. Nie!

To był czyściec. Nauczyciel okazał się satyrem tego świata. Po wzajemnym nacieszeniu się sobą i godzinach pogaduch, stwierdził że jestem zjebana i nadaję się na terapię. Koniecznie tą samą, co on. Czyli on też zjebany? Polecił mi ustawienia Hellingera. Pierwszy raz o tym słyszałam, no ale „nauczyciel” chyba wie, o czym mówi? Poszłam. Pomyślałam, a nie poczułam, że jak pójdę na terapię, to on mnie pokocha i nie będę zjebana, a odjebana! To, co tam przeszłam i czego doświadczyłam, trudno opisać w jednym zdaniu. Może powiem tak – z osoby która nigdy niczego się nie bała, nie oglądała się za siebie, radosna i przebojowa, stałam się zalękniona, płaczliwa, straciłam poczucie własnej wartości i atrakcyjności, zaczęłam odpuszczać istotne dla mnie sprawy. Wszystko analizowałam, grzebałam w historii swojej, mojej mamy, rodziny, oceniałam, pouczałam, wypierałam z siebie swoją osobowość, nie wiedziałam kim jestem i jaka jestem. Przyjmowałam każde gówno, które mi wmówiono. A grupa, włącznie z prowadzącym, na ustawieniach nie oszczędzała mnie. Może mi to było potrzebne? Tego jeszcze nie wiem. Wiem, że trzeba bardzo delikatnie i uważnie dobierać sobie terapię i terapeutów. Ludzi, którym powierza się swoje serce i duszę.

Terapia trwała prawie rok. Nie bardzo wiedziałam, po co tam przyszłam i gdy próbowałam to powiedzieć, to i tak byłam zagłuszana. Czułam się, jakby ktoś rozgrzebał mi każdy mój zakątek, porozrzucał wszystkie rzeczy i zostawił mnie z tym bałaganem. A na koniec śmiał mi się w oczy, zrób teraz z tym porządek sama lub zapisz się na kolejną terapię. Byłam porozrywana na kawałki i próbowałam się sama skleić, bo o kontynuacji tego horroru nie było mowy.

Zaczęłam od początku. Skoro już tyle wątków zostało rozgrzebanych we mnie, to postanowiłam skupić się na zdrowiu, aby móc żyć. Zainteresowałam się totalną biologią. Chciałam wiedzieć dlaczego tyle i tak bardzo chorowałam od dziecka. W międzyczasie moja „miłość z kamienicy” znalazła sobie już inną miłość oraz wiele innych mniejszych i krótszych miłostek, tłumacząc że w ten sposób daje szczęście 😊. Mnie określił, że liczył na zmianę, ale nic mi nie pomoże… Ach ci nauczyciele duchowi…

Totalna biologia dużo mi uświadomiła o mnie i o moim ciele, o procesach które zachodziły w moim życiu, decyzjach. Zrozumiałam co mnie niszczy psychicznie, a potem odbija się zdrowotnie. Odbyła się także nauka przebaczania i odpuszczania. Listy radyklanego wybaczania: do rodziców, bliskich, partnerów. Bardzo to polecam, bo nie ma nic gorszego niż żyć w żalu do siebie i kogoś, i tym się niszczyć. A już nie daj Boże chorować. Nie byłam w tym czasie zdolna do żadnego związku. Puściłam się w rytm muzyki i rozrywki z nowymi przyjaciółmi. Tak nowymi. Dlaczego? W trakcie przemian duchowych, bardzo zmieniają się nasi znajomi. Wszystko się weryfikuje. Wychodzi na wierzch czysta prawda. I może być tak, że z tłumu znajomych ostanie się może jedna lub dwie osoby. To jest bardzo okej.

Tak, mnie się znajomi zmieniali jak w kalejdoskopie łącznie z przyjaciółkami. Przestałam się przywiązywać do ludzi i do rzeczy. Nowe miejsca, przeprowadzki których bardzo potrzebowałam, nowych ludzi, nowych doświadczeń. Czułam, że odżywam. Tak jakbym po czterdziestu latach ustabilizowanego życia potrzebowała łapać chwile, powietrze, kolory i dźwięki. Szybciej i mocniej.

Przygoda z grupą z Hellingera nie zakończyła się. Byliśmy w stałym kontakcie na whatsapp. Miało to być dalszą formą terapii. Nie miałam do tego przekonania, ale zgodziłam się. Że może właśnie tak trzeba. Nie rozumiałam wtedy, co to znaczy stawiać granice. Wszystko sobie pisaliśmy, ale nadal nie wiem, czemu ciągle dostawałam bęcki i to od dwóch gości. Narcyzów.

Nagle miałam wypadek. Pierwszy raz w życiu coś sobie złamałam. Żebra. No ból, jak nie powiem co. Siedząc u mojej mamy, na środkach przeciwbólowych, złapałam kontakt przez portal randkowy z jednym gościem. Szybko, łatwo, przyjemnie. Może to ten wymarzony? Tak mi się wydawało. Ciało zaczęło chorować. Puchły i pokrywały się łuską oczy. Lekarz był bezradny. Potem zrozumiałam, że nie chciałam zobaczyć prawdy. Prawda się nazywała: narcyz z cechami psychopaty.

Był to najbardziej traumatyczny związek z moim życiu, oparty o przemoc fizyczną i psychiczną. Złamanie wszelkich norm, jakie daje słowo „związek”. Nie będę tego opisywać. Na szczęście po roku uciekłam. Do dziś zastanawiam się, dlaczego w to zabrnęłam? Przecież zawsze miałam wyczucie i uważność. Otóż podkopywanie nas przez „pseudo nauczycieli duchowych”, którzy mówią nam, że jesteśmy mniej lub bardziej „zjebani”, że potrzebujemy pomocy, a następnie wpychanie nas w ręce terapeutów, do których z naszą delikatnością nie powinniśmy trafić, sprawia, że zapada nam się cały system naszej wiary w siebie. Poczucia własnej wartości, miłości własnej. Stoimy obnażeni i zamiast ciągnąc nas w górę to ciągnie się nas w dół. W takim stanie naszego samopoczucia przyciągamy narcyzów, psychopatów, sadystów. Nie tylko fizycznych ale i psychicznych. Dlatego ważne jest, do kogo idziemy i komu się powierzamy.

Co było dalej? Koniec ze związkiem, który miał być na całe życie, utrata pracy, która okazała się pijawką mojej krwi i energii, zakończenie udzielania się na „grupie wsparcia”, kolejna zmiana mieszkania i znajomych. Znalazłam się dokładnie w punkcie ZERO swojego życia. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, a przede wszystkim znowu posklejać siebie.

Ponad pół roku się zbierałam. Pomogła mi jedna dziewczyna, a potem trafiłam na fenomenalnego bioenergoterapeutę, który nastroił mnie jak skrzypce Stradivariusa. Rozpoczęłam nowe życie, ale ta przemiana okupiona była wieloma łzami, przecinaniem wrzodów, gojeniem się starych ran. Było warto. Moje życie zmieniło się o 180 stopni i niczego nie żałuję. Zostawiłam nieszczęśliwe związki, wagonik „pseudoprzyjaciół”, chore korpo i relacje, które ze mnie ciągnęły nie dając nic w zamian. Kwintesencją tego procesu stało się założenie Inkubatora Twojego Sukcesu, do którego zaprosiłam psychoterapeutów i nie tylko, którzy wszystkim chętnym pomogą wyjść z najbardziej skomplikowanych zakrętów życiowych. Wszystko online. Mówimy wprost o uzależnieniach, o nieszczęśliwych związkach, braku satysfakcji z pracy, lęków, chorobach (totalnej biologii), kobiecości i męskości. Jak pokochać siebie.

Czy warto zawalczyć o siebie i swoje marzenia, szczęście? Tak. Bez względu na wiek i doświadczenia. Wszystko sprawdziłam na sobie😊. I mogę szczerze polecić. Tak, aby nikogo nie skrzywdzić.

 


Lifestyle

Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
26 listopada 2021
fot. Rhett Wesley/Unsplash
 

Która się z was przyzna, ile razy była u wróżki? Wyciągnęła ostatnie pieniądze, aby dowiedzieć się jaki jest jej los i jak go odmienić? Kiedy przyjdzie do nas właśnie TEN i czy to jest na pewno ON? Co będzie i jak będzie?

Znam takie, co wydają ostatnie i irracjonalne pieniądze na wróżki, teleporady, wskazówki, aby wiedzieć, co z tym życiem? No i co?

Kiedy wyjdzie nie po naszej myśli to już się martwimy, układamy czarne scenariusze i złorzeczymy na dobrą wróżkę. Kiedy wychodzi, że nas zdradza to już knujemy zemstę i za drzwi. A kiedy pojawia się ON to już robimy wszystko aby to był właśnie ON, bez względu na to co się dzieje i jakie sygnały dostajemy z wewnątrz i zewnątrz.

Popatrzcie ile podejmujemy decyzji poprzez słowa i porady dane przez kogoś kogo nawet nie znamy.

Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że ma super wróżkę. Że do niej tłumy się ustawiają i że bardzo celnie przepowiada. Powiem szczerze – ezoteryka zawsze mnie przyciągała. Nawet kiedyś sama stawiałam karty i gdzieś dotykałam tarota. I tak obok tych dobrych i zabawy pojawiły się też negatywne doświadczenia.

Kiedyś poszłam do bardzo znanego, pracującego dla najlepszych polskich pism kobiecych, astrologa. Tyle mi naopowiadał i to takich rzeczy, że wyszłam totalnie załamana. Moje życie legło w gruzach i jedynym pomysłem to był skok do Wisły. Przepłakałam całą noc i to w ciężkiej histerii. Mój wtedy partner pocieszał mnie, że to głupoty – łatwo mu było kiedy wszystko co złe było o nim, a ja przecież go kochałam. Z dzisiejszej perspektywy z owych wróżb nic się nie sprawdziło. Życie się fajnie ułożyło, a mój partner został moim mężem, mimo że miał mnie zdradzić i zginąć.

Drugi przykład to właśnie polecana wróżka. Cudowna i przemiła kobieta. Od razu była nić porozumienia. Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON. No już nie mąż pierwszy, a że będzie jako drugi. Miłość do końca życia. Na dobre i na złe. A do tego biznes życiowy z kobietą, która jest moją przyjaciółką. Ba! Ja już ją poznałam. Mnóstwo pieniędzy.

Otóż bardzo w to uwierzyłam. Owszem jakiś „on” się pojawił i zabrzmiał jak „on”, włączający wszystkie najlepsze, a z czasem najgorsze instynkty. Wszystko się w głowie zaczęło układać w całość. Tak! To prawda! Gdy, po kolejnej awanturze z „miłością nową życia”, przyszłam do tej samej wróżki, pożalić się że coś jest nie halo, była zaskoczona i zasmucona. „Dlaczego coś się miedzy Wami zadziało i dlaczego tak źle?”. No a wcześniej w kartach tego nie było? Będzie dobrze tylko trzeba to, to i tamto.

Był to najgorszy związek w życiu i nie na życie, a na rok. I tłumaczenia, które przyjęłam do siebie, że może ten związek jest bardzo dobry, tylko ze mną coś jest nie tak, że kiedyś to się wszystko wyprostuje. Z czasem te myśli i fakty stały się moją traumą. Tak się zaprogramowałam na ten związek i przyszłość, że za wszelką cenę trzymałam się tego co mi powiedziano, nie widząc że mi to szkodzi. Bo przecież mu kiedyś przejdzie i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Tak powiedziała wróżka. Z biznesem było to samo. Owszem z koleżanką próbowałyśmy coś założyć, ale szybciej od założenia był rozkład i rozejście się. Dzisiaj prowadzę biznes, zupełnie inny niż mówiła wróżka i w dodatku sama.

O co z tymi wróżbami chodzi? Nie krytykuję ich ani nie odradzam. Sama chętnie eksploruję, tyle że my się dajemy w ten prosty sposób zaprogramować. Ktoś nam powiedział, że tak będzie, a my w to wierzymy i robimy wszystko, często nieświadomie, aby ta dobra przepowiednia się spełniła. Bo złą to od razu odrzucimy. Tak więc realizujemy plan, który nam ktoś zlecił i za który zapłaciliśmy.

Niedawno znowu wróciłam do tarota. Nie żebym sama stawiała, ale moja koleżanka mi zaproponowała. Tarot to często łączenie się i rozmowa z energiami pozaziemskimi. Mają też tendencję do podpinania się pod nas, lub też osłabiania osoby która wróży. Dlatego trzeba bardzo uważać i oczyszczać się przed i po. Kiedyś zrobię o tym liva o tarotowym BHP.

Sporo tarocistek choruje. To nie jest zabawne. Karty to energia i trzeba podejść do niej z szacunkiem, ale też z myślą o konsekwencjach. Ruszamy pewne tabu. Stąd tak ważne jest wcześniejsze oczyszczanie siebie, dobre zdrowie i pozytywny nastrój. Nie działanie pod wpływem emocji. Znam tarocistki z wieloletnim doświadczeniem, które chorują i mają wiele kłopotów w życiu własnym. Ta praca jest wymianą energii. Też ważne jest aby wróżba nigdy nie była za darmo. Zawsze jest coś za coś. Nie może być próżni. Ale wiem też, że coraz więcej psychologów korzysta z tarota, czy chociażby z Dixita. Tak! Karty o wieloznacznym przesłaniu, potrafią wiele powiedzieć o tym czego potrzebujemy, o naszych słabościach i pragnieniach. Mega zabawa i bardzo polecam na wspólny wieczór we dwoje😉

Wracam do wątku moich potrzeb. Niedawno dałam się namówić na sesyjkę z tarotem. Ale nie z pytaniami co będzie i jak będzie? A bardziej czy dana sytuacja jest dla mnie dobra czy nie? Byłam zaskoczona odpowiedzią negatywną mimo, że wewnętrznie czułam że to nie może być prawda. Jednak była prawda i też dała mi wskazówki dlaczego tak się dzieje. Oczy mi się otworzyły.

Nie zdajemy sobie sprawy, że to my kreujemy nasze życie i los. Nie ktoś tam. Że każdą wróżbę możemy zmienić, bo informacja z kart czy wahadełka jest na teraz, ale za chwilę może się zmienić. Że nie powinniśmy się kurczowo trzymać, tego co usłyszeliśmy bo sami dajemy temu życie i ożywiamy.

Róbmy tak jak czujemy i jak chcemy. Bądźmy kreatorami swojego życia. Pytajmy się w chwili kiedy nie rządzą nami emocje, a czucie i serce. Słuchajmy siebie, bo inni doradzają z własnej drogi życiowej, która nie jest nasza i z własnych progów bólu, które nie są naszymi. Uważność i bycie w sobie i w danej chwili ponad wszystko. Wtedy wszystkie odpowiedzi same nam się wyświetlają i to bez jakichkolwiek wróżek😉


Lifestyle

Nów w Skorpionie. Wykorzystaj go dobrze – zakończ wszystko, co ci nie służy

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
5 listopada 2021
fot. m-gucci/iStock

Uwielbiam Skorpiony, bo zawsze mówią bez ogródek, co im leży na wątrobie. Żadna niewygodna sytuacja nie jest zamiatana pod dywan. Skorpion czyści wszystko, co jest trudne i nie idzie na żadne kompromisy. I ten nów jest właśnie o tym. Aby przyjrzeć się, jak wiele poświęcamy z siebie, bo boimy się powiedzieć, że nam to nie pasuje. Kontynuujemy sprawy i relacje mimo, że one już dla nas nie działają, są martwe. Nie mamy z nich radości. Dlatego zastanówmy się co musi umrzeć, aby pojawiło się nowe? Emocje są intensywne. We mnie od kilku dni buzuje niezgoda na wyzyskiwanie, wyręczanie się mną, obarczanie mnie czyimiś problemami, życie na mój rachunek. Uwalniam to. Chcę świadomej wolności. Słowa i czynu.


A emocje? Buzują we mnie.

Mam wkurw na to co się dzieje z cenami: za paliwo, za kostkę masła. I nie chodzi o to, że żałuję pieniędzy ale, że te ceny są one absurdalne. I nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co robi milionom ludzi. Jak mają żyć i z czego. Że ktoś mierzy nas swoją miarą. Miarą swojego portfela – „zarządcy”. Ktoś narzuca, jak i za ile mamy żyć. Podnoszenie stóp procentowych, gdzie jeden z ministrów, podobno matematyk, nie umie policzyć i się do tego przyznaje, o ile wzrośnie średnio kredyt na mieszkanie.

Mam wkurw na traktowanie kobiet, nas, przedmiotowo i umywanie rąk w kwestiach naszego zdrowia i przyszłości. To ciągłe karanie nas za to, że jesteśmy kobietami. A przed ołtarzem klęczą i się modlą do Matki Boskiej. Po co? Jak można czcić Kobietę, jednocześnie ją niszcząc? Naszą Pramatkę. I wycierać sobie nią usta i ręce. I sumienia.

Mam wkurw na wysługiwanie się ludźmi. Zrzucanie swojej odpowiedzialności na nas i umywanie od tego rąk. Robienie dla kogoś, narażając swoje życie i reputację. Za marne parę groszy. Cała odpowiedzialność i konsekwencje spoczywają na tych, co mają tylko robić i słowem się nie odzywać. Ten wyzysk i traktowanie ludzi jak bydło, jak mięso armatnie, jest da mnie nie do zaakceptowania. Ktoś nam coś każe, a my mamy to robić, a potem za to pokutować. I tu jest iunctim tego artykułu.

Właśnie odszedł mój serdeczny kolega. Niezwykle inteligentny, fachowiec na skalę światową. Facet w kwiecie wieku, który osierocił dwie córeczki i zostawił żonę w żałobie. Od kilku miesięcy się żalił, że nie chce iść ze swoim działem pod innego szefa. Bał się, że cała jego wieloletnia praca pójdzie na marne, że obaj się nie zrozumieją. Że ta zmiana będzie okupiona nie pracą i parciem do przodu, a wiecznym udowadnianiem sobie, kto ma rację. Tak newralgiczny obszar, w którym pracował, wymagał eksperckiej wiedzy. Jakiekolwiek niewłaściwe poprowadzenie sprawy rzutowało na straty dla całej grupy kapitałowej. Wiedza była tak specyficzna, że przez lata żaden prezes nie odważył się ingerować w ten obszar. A tu nagle ktoś zapragnął władzy i kontroli. Mój kolega żywił wielką nadzieję, że zmiany pójdą po jego myśli i odzyska swoją autonomię. Było to bardzo istotne dla dalszej przyszłości firmy,
której poświecił wiele lat życia. Nie poszły. Bardzo to przeżył, bo to oznaczało koniec jego kariery i zniszczenie dorobku nastu lat pracy. Wrócił z pracy do domu. Zawał i śmierć.  Perfidia polega na tym, że „szef” osobiście dzwonił i tulił w żalu rodzinę i znajomych.

Słyszałaś o osobowości… księżycowej? Sprawdź, jaka jest Twoja i co to oznacza

Mam wkurw na to, że wchodząc pierwszy raz od dłuższego czasu na portal kariery zawodowej, wyświetla mi się facet, z którym pracowałam. Facet, który był głównym hamulcowym wszystkich decyzji i umywania rąk od odpowiedzialności. Okazało się, że awansował mocno w strukturze i jest głównym dowodzącym. Ale nie jest nim z powodu swojej zajebistości, a z powodu dobrego patrona.

A patron? Jest bardzo pomocny kiedy czegoś potrzebuje? Dla tego patrona pracowaliśmy kiedyś całym zespołem. Poświęcaliśmy się, po godzinach, załatwialiśmy sprawy, które były nie do załatwienia. Zawracaliśmy rzekę do źródła. Kiedy staliśmy się niewygodni, to telefon już nie był odbierany. Wraz z odejściem patrona straciliśmy pracę. On sobie znalazł nową, pomógł tej jednej osobie, a swojej ekipie dał wilczy bilet, aby nikt nie był z nim kojarzony. Tłumaczył się, że nic nie może. Mierność i bierność okazały się wyższym dobrem.

Dlaczego o tym piszę? Bo czas skończyć z wyzyskiem i mówieniem nam, co mamy robić i jak. Nie zgadzać się na mierność i wyzysk. Pracą dla kogoś kosztem siebie i bliskich. Zarządzanie nami przez ludzi, którzy nie mają kwalifikacji, wiedzy i odpowiedzialności. Którzy realizują się dzięki nam i żyją na nasz koszt.

Aby wyplątać się z tej spirali „niewolnictwa”, najpierw sami powinniśmy dać sobie zgodę na to, aby skończyć z jakąś chorą karmą niewolnictwa, wpuszczania nas w poczucie winy, karania, grożenia, zastraszania. Potrzeby cierpienia. Bo od tego też chorujemy. Nasze choroby nie wynikają z „chorób”, a z podstawowego czynnika, jakim jest strach i stres. Dajemy sobą manipulować i się zastraszać, bo ktoś uważa, że wie lepiej i że może nam dyktować warunki, jak mamy pracować, ile zarabiać i co jesteśmy warci. W strachu przed naszą wartością i unikatowością, zaniżają nasze poczucie wartości i pełnię cieszenia się życiem. Ktoś nam każe cierpieć i mówić, że życie nic nie jest warte i że jak nie będziemy żyć i pracować na takich, a nie innych warunkach, to czeka nas kara i strata.

Dlaczego dajemy się w to wciągać? Dlaczego chociaż raz nie zrobimy inaczej, aby zobaczyć co będzie i być może to jest dobre rozwiązanie dla nas? Ten nów jest właśnie o tym, o wolności i autentyczności, szczerości wobec siebie, o zakończeniu tego co nam nie służy, przyjęciu i pożegnaniu cienia, o podążaniu za własnymi marzeniami. O cenieniu własnego życia i tego czego chcemy. O zrobieniu tego pierwszego kroku. Zrobieniu inaczej niż zwykle, ale w zgodzie z własnym sumieniem i wolną wolą.

4 fazy księżyca – ich wpływ na zdrowie i urodę