Lifestyle

Nie lekceważ nawet najcichszego głosu w głowie, który mówi ci, że coś jest nie tak. Że ktoś cię źle traktuje

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
21 września 2021
fot. ljubaphoto/iStock
 

Marzena Fijak jest pasjonatką tańca współczesnego i życia. Bycia w tu i teraz. Słowa, które ją opisują, to spokój, ugruntowanie, ucieleśnienie, przepływ. Każde doświadczenie życiowe transformuje w ruch i w ruchu wyraża. Łączy bujanie w obłokach ze stąpaniem po ziemi. Uwielbia marzyć i spełniać te marzenia. Żyje w zgodzie z własnym sercem i z przestrzenią otwartego serca. Przyjmuje z wdzięcznością dar istnienia. Zawodowo jest pedagogiem i psychoterapeutką. 20 lat pracowała z osobami w kryzysach życiowych w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Bielsku-Białej. Równolegle w stworzonej przez siebie Przestrzeni Duchowo- Ruchowej, pracuje z kobietami używając technik tańca terapeutycznego w takich obszarach jak poczucie własnej Mocy, Kobiecości i Prawdy. Obecnie dla Inkubatora Twojego Sukcesu prowadzi kursy o kobiecości i powrotu kobiet do swojej mocy. Dzisiaj będziemy rozmawiać o stawianiu granic w komunikacji z najbliższymi, ale też i w pracy.


Marzena, mówi się, żeby „stawiać granice”.  Co to właściwie znaczy ? I chyba nie chodzi o drut kolczasty na granicy z Białorusią 😊?

No ubawiłam się bardzo myśląc o tym i widząc ten drut kolczasty na granicy z Białorusią. Bo on jest z jednej strony symbolem takiego ostrego stawiania granic, mówiącego „nie wpuszczę cię na swoje terytorium, bo jeśli tu wejdziesz to grozi ci nawet śmierć”. Nie, bo nie. To taki bardzo restrykcyjny i ostry sposób stawiania granic i myślę, że możemy korzystać z tego w sytuacjach zagrożenia życia. Co prawda nie rezygnowałabym z takiego sposobu, bo jest on w repertuarze naszym stawiania granic od czasów człowieka prehistorycznego, kiedy ten musiał stawiać granice, aby go coś nie zjadło, czy nie pożarło, czy też jakieś inne nieszczęście, które mogłoby go spotkać. Jest to radykalny sposób stawiania granic. W życiu codziennym bardziej chodzi o takie granice, które są wewnątrz nas. I one się bardziej odnoszą do granic naszego ciała. Kiedy my wiemy gdzie się kończymy. Czyli w naszym poczuciu granic cielesnych. Wówczas to próby naruszenia tych granic, wymuszenia ich, są bezpośrednio odbierane i odczuwane. To są granice fizyczne.

Bardziej skomplikowana jest sprawa kiedy naruszane są granice nasze emocjonalne. Czyli jeśli ktoś powie nam coś bardzo nieprzyjemnego i to czujemy czy na poziomie ciała, czy emocji. To jest przekroczenie naszych granic. Osoba, która przekroczy te granice nie poczuje tego, ale osoba która tego doświadczy będzie się źle czuła. Może to boleśnie odczuwać i jego granice mogą poczuć się zagrożone poprzez odczuwanie złości, żalu, lęku, smutku czy innym sposobem poradzenia sobie z sytuacją.

Pracując z tematem granic, czasami można odwołać się metafor zewnętrznych, pomyśleć o nich jako o granicy, murze, płocie. Jakiejś fortyfikacji, która nas oddziela. Wtedy sugeruje nam oddzielenie. Mechanizmy obronne, które mają nas obronić, ochronić. Ja bym się bardziej odniosła do granic subtelnych i bardziej się odnosi do tego jacy jesteśmy, na ile siebie znamy i na ile znając siebie możemy rozpoznawać poczucie własnego dyskomfortu i odnosić się do niego. Na ile możemy rozpoznawać i komunikować. I nie chodzi o to aby być agresywnym, a bardziej używać swojej asertywności, mówiąc w komunikacji „JA” – „ja czuję się bardzo niekomfortowo kiedy ty zwracasz się do mnie w ten sposób.” I to jest opcja, która pozwala na zachowanie własnej autonomii i nie obarczania tym co ktoś inny robi w naszą stronę. Ktoś może przekraczać nasze granice i to jest nagminne, natomiast ważne jest jak my się z tym czujemy.

Mówi się, że gdybyśmy sami umieli stawiać granice i szanować innych, to nie pozwolilibyśmy innym łamać swoich. Niestety nikt nas tego nie uczy. Nie uczą nas rodzice ani nauczyciele w szkole. Przecież pierwszymi osobami, które łamią nasze granice są rodzice i potem z tym brakiem asertywności idziemy w życie, pozwalając na to samo naszemu otoczeniu i partnerom.

Oczywiście że tak. Do momentu jeśli nie poczujemy takiego bólu i cierpienia, to nie wiemy że cokolwiek zostało złamane w nas. Dopiero idąc potem na terapię to zaczynamy czuć te emocje i ból, rozpoznawać je. Uczymy się tego jak szanować siebie i jak dbać o siebie. Też nie ma co się czepiać naszych rodziców, bo oni też nie byli uczeni. Rodzice naszych rodziców, to byli raczej dzieci pokolenia wojennego gdzie tam nawet nikt nie miał głowy do uczenia się tego co to są granice, bo wówczas raczej dbało się o granice w sensie terytorialnym. Wszystko wówczas sprowadzało się do przetrwania. Tamte pokolenia dbały o życie.

Małe dziecko najlepiej wie też czego potrzebuje, np. je ile chce, a my często nakłaniamy i zmuszamy je, wpychamy na siłę. Bo my niby wiemy lepiej. Dziecku jest za gorąco i nie chce wyjść w czapce na zewnątrz, ale my mu wciskamy, bo uważamy że wiemy lepiej niż ono. Więc na tym etapie, kiedy dziecko próbuje się separować we wczesnym wieku, a w wieku dwóch lat poznaje siebie i próbuje używać takich mechanizmów, które jemu pasują. Budują granice, które pasują jego zdrowiu i ciału. A z wiekiem się wędruje przez świat i obserwuje zachowania innych ludzi, także wobec nas.

Zastanawiamy się czy może przykładowa ciocia wie lepiej niż my, a my nie przyjmując jej racji odpychamy, a z czasem się zastanawiamy czy może nie uraziliśmy cioci, bo nie przyjęliśmy tego co ona chciała. Zastanawiamy się czy możemy wytrzymać taki dyskomfort powiedzenia komuś „NIE” narażając się na ostracyzm. Czy też lepiej stosować się do czegoś co nam nie służy, a mieć święty spokój z otoczeniem. A może zdać się na banicję bo jesteśmy dla kogoś niegrzeczne. Bo dziecko jak walczy o siebie i stawia granice, to słyszy że jest niegrzeczne i nie w porządku do innych.

Jak je umiejętnie stawiać aby uzyskać pożądany efekt? Dlaczego tych granic nie uczą nas rodzice? Kto je łamie ?

Myślę sobie tak, że coraz więcej jest świadomych ludzi. Rodzice coraz częściej uczą dzieci jak szanować granice i jak szanować siebie, jak być w zgodzie ze sobą. I też jest wiele dzieci które wiedzą czego chcą lub nie i wiedzą jak to komunikować. Kto łamie nasze granice? Każdy komu na to pozwolimy. Kto ma takie zapędy i nagle już znajduje się na czyimś terytorium. Wtedy albo się orientujemy, że ktoś jest na naszym terytorium, wtedy używamy komunikacji „JA” czyli „ ja proszę, ja chciałabym” czyli wyrażanie własnych potrzeb i taka komunikacja jest nieagresywna. Ale są też takie sytuacje jak w przypadku osobowości zaburzonych, psychopatycznych, narcystycznych, które wiedzą jak wejść na nasze terytorium. Nagle już tam jest. I kobiety się wówczas zastanawiają jak on to zrobił, że przekroczył wszystkie ich granice.

Podobno te granice umiemy sami stawiać jako małe dzieci, tylko potem system jak przedszkola, szkoła je tępi. Jak odzyskać tę werwę stawiania na swoim?

Dlatego tu jest taka praca aby odzyskać werwę tego dziecka, które umiało korzystać z instynktów, czucia tego co dobre dla niego. Dziecko instynktowne unika sytuacji, które są dyskomfortowe i czuje je bo wynikają z ciała. Dlatego ważne jest aby umieć mieć kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Dziecka, które nie zostało jeszcze spacyfikowane i jest pełne werwy, spontaniczności, radości, kreatywności. Odnaleźć połączenie w życiu dorosłym z dzieckiem wewnętrznym. Mówi się o tym, że to jest podobne z odczuwaniem swojej przestrzeni serca. Wówczas bardziej prawdopodobne jest, że odzyskamy ten entuzjazm, czucie siebie i swoich granic. Instynkt nam pomaga. Instynkt, który jest połączony z naszym sercem, cielesnością tak, aby mógł pracować dla nas. Żeby ten instynkt współbrzmiał, współistniał z nami.

Kontakt z naszym ciałem i emocjami pomaga nam zrozumieć, kiedy nasze granice zostają przekroczone, ponieważ odczuwamy to poprzez złe samopoczucie w danym otoczeniu. Zaczynamy mieć bóle gardła, alergię, bóle brzucha. Czujemy, że coś zostało zrobione wbrew nas i to uwiera. To są bardzo ważne sygnały, że coś w nas ma jakiś dyskomfort. Co pokazuje nam, że nasze granice zostały przekroczone lub pojawiają się nam jakieś sytuacje z dzieciństwa, które wówczas zostały zbagatelizowane, bo nie mieliśmy siły, nie wiedząc co z tym zrobić, a tak naprawdę bolą nas do dzisiaj i pojawiają się w naszym dorosłym życiu. Więc to jest fajna praca w tym obszarze aby na nowo ustawić sobie wewnętrzne instancje, które będą nas chronić.

Czy stawianie granic i mówienie czego się chce, to jest męska energia? Czy to można też nazwać egoizmem?

To jest fajne pytanie.

Mówi się, że kobieta powinna być tą uległą, przyjmującą i nie sprzeciwiającą się.

W energii żeńskiej jest bycie w harmonii, w równowadze, a wówczas gdy przekraczane są nasze granice można użyć męskiej energii, jednocześnie pozostając w żeńskiej energii. To jest moje rozumienie tego tematu. Samo stawianie granic jest w męskiej energii, tak jak zarabianie pieniędzy czy zarządzanie interesem. Tak jak bycie w czuciu jest kobiece. Tak jak w jing i jang gdzie przenika się męskość z żeńskością, po to aby być w równowadze.

Skąd płynie w nas energia i poczcie, że gdzieś nasze granice zostały przekroczone ? Czy to odczuwamy na poziomie ciała, czakr?

Słowo „czujemy” jest kluczem. Bo my zazwyczaj nie czujemy. To co się dzieje na przestrzeni życia czasami przestajemy tak dobrze czuć jak w tedy gdy byliśmy dziećmi. Czyli to, że boli mnie głowa w sobotę, to może mieć związek z tym co się zadziało w środę kiedy ktoś przekroczył moją granicę. Zrobił mi coś wbrew. W środę, załóżmy, nie mogłam tego zidentyfikować, a w sobotę moja głowa zaczyna o tym mówić. To może być też, że boli nas żołądek, lub spłycamy oddech i nie możemy o tym mówić. Lub reagujemy alergią. Kobiety w toksycznych związkach tak reagują. Ciało tak odreagowuje i mówi nam że coś się dzieje nie tak. To mogą być choroby, nowotwory. We wszystkim co do nas przychodzi warto zobaczyć czy coś się z nami nie dzieje pod kątem komunikacji w naszym otoczeniu.

 To jak zakomunikować rodzinie, bliskim, partnerowi, że łamią nasze granice?

Jeżeli odnosimy się do konkretnej sytuacji to mówimy: „kiedy powiedziałeś do mnie te konkretne słowa, to poczułam się z tym bardzo źle. I jeśli mogłabym cię prosić, to chciałabym, abyś w przyszłości inaczej się do mnie zwracał”. Lub gdy ktoś przyjeżdża do nas bez zapowiedzi, to mówimy „taka niezapowiedziana wizyta powoduje u mnie spory dyskomfort, dlatego prosiłabym abyś w przyszłości wykonała telefon uprzedzający, abym mogła się przygotować i mieć czas dla ciebie”, bo akurat mamie zachciało się przyjechać wcześniej, bez zapowiedzi😊.

Jest cały zbiór narzędzi do komunikacji swoich uczuć i potrzeb. Jest też taka forma komunikacji „JA” która opiera się na tym, że „Ty jesteś ok i ja jestem ok”. Gdzie nie mówi się, że „hej bo ty zawsze, bo mnie wtedy trafia, wkurza mnie” i jest koniec komunikacji między dwojgiem ludzi. A nawiązujemy wtedy, kiedy: „kiedy ty mówisz to, to ja czuję to, więc proszę cię abyś…”. To jest taki prosty schemat, matematyczny wzór. Można też stawiać granice w swój własny, autentyczny sposób, np.: proszę przestań to robić! Nie jest to asertywne ale jest nasze, bo nie jesteśmy szablonem.

Obrażanie się to też stawianie granic, chociaż taka forma do niczego nie prowadzi. Zachęcam aby komunikować, jak my się czujemy gdy ktoś nam coś mówi, traktuje, zaprasza, a następnie powiedzieć jak byśmy chcieli być traktowani. Można powiedzieć mężowi, że kiedy następny raz zwróci się do nas w ten sposób, to nie zgodzimy się, aby potem pójść razem na kolację, bo w takim nastroju już nie będzie przyjemnie.

Wiele osób uważa, że jeśli będziemy siedzieć cicho i się nie wychylać, to więcej osiągniemy w pracy, w związku. Jesteśmy uczone „pokorne ciele dwie matki ssie”. Jak to widzisz?

W ogóle tego nie widzę. To jest jak strategia przetrwania w ciężkiej sytuacji. To jak w chwili zagrożenia walczyć o siebie, kiedy boi się, lub jest w stresowej sytuacji. Nie wie, że są inne sposoby poradzenia sobie z taką sytuacją. Myślę, że jeśli „dwie matki się ssię”, to może przynosi to jakieś korzyści, ale nie prowadzi do rozwoju. W rozwoju człowiek chciałby wiedzieć: co ssie? Od kogo? I po co? I czy w ogóle ma to jakiś sens? Co mu to daje? Pokora może być tutaj trochę myląca, bo sama pokora jest ważna w rozwoju osobistym i nie rezygnuje się z tego. Ale zastanowić się czym się chce karmić i czym kierować w życiu.

Często jesteśmy wykorzystywani tylko dlatego, że mamy dobre serce, że nie chcemy komuś robić krzywdy, a podobno szczęście sprzyja tym którzy umieją brać i dawać, umieją się upominać o swoje? Stanie w swojej prawdzie.

Pojęcie prawdy jest bardzo ważne. I prawda do której ja się odnoszę, która wydaje mi się bardzo ważna to „stawiaj siebie zawsze na pierwszym miejscu, ale nie krzywdź innych”. Czasem trzeba poszukać takiego złotego środka. Czasem gdy czegoś potrzebuję zastanawiam się co czuję. Ale także czy będąc bardzo empatyczną, czy nie odpuszczam czegoś ważnego dla siebie? Tutaj jest kwestia złożona i trzeba by się bardziej wszechstronnie zastanowić i kiedy? Bycie orędownikiem własnej prawdy jest bardzo potrzebne i na pewno nas to zaprowadzi daleko w naszej ścieżce życiowej, ale prawda ta nie może być mieczem dla kogoś lub przeciwko komuś. Musi się obchodzić z prawdą jak z sacrum, czymś świętym w nas. I wcale nie musimy całemu światu ogłaszać tego, że teraz to ja chcę to i tamto. Nasza prawda może być bardzo cicha i pokorna i wtedy tym bardziej może pracować na rzecz pilnowania i stawiania naszych granic. Robi się przejrzysta przestrzeń na to co w nas. Widzę to metaforycznie.

Nasza prawda służy naszej świadomości. Jeśli widzimy i mamy świadomość, że coś jest nie tak, to już jesteśmy na wygranej. Czy my w ogóle musimy interweniować, czy po prostu możemy lepiej zadbać o siebie niż tworzyć konflikty, co może nam nie służyć. Ważne mieć na oku swoje granice, prawdę i swoją ścieżkę i mieć zaufanie do tego, co się czuje. Nie lekceważyć tego cichego głosu w sobie, który widzi że coś jest robione wobec nas nie tak.

 


Lifestyle

Jesteśmy w związkach po 10 lat, a tu się okazuje, że nie jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą paru dni. Dlaczego tak jest?

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
1 października 2021
fot. swissmediavision/iStock
 

– Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że żyjemy obok obcej osoby. Zostaliśmy też skonfrontowani z pytaniem, czy możemy żyć ze sobą więcej nić 10 godzin? Co jest zabawne, bo przecież jesteśmy w związkach po 10 lat, a tu się okazuje, że w ciągłości czasu nie jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą paru dni. Ale dlaczego tak jest? Bo sami nie jesteśmy szczerzy ze sobą, mamy różne wzorce z dzieciństwa, z domu, z rodu – mówi Andrea Bnin-Bnińska, terapeutka.

Andrea Bnin – Bnińska jest certyfikowanym Facylitatorem metody Recall Healing i Totalnej Biologii. Prowadzi własny gabinet terapeutyczny oraz stronę Via Metanoja – Konsultacje Recall Healing i Totalnej Biologii, gdzie dzieli się z czytelnikami oraz klientami wiedzą i doświadczeniem. Ukończyła Międzynarodowy Instytut Recall Healing w Instytucie Wiedzy Waleologicznej u twórcy tej metody – dr Gilberta Renauld. Na co dzień prowadzi sesje oraz warsztaty z zakresu wiedzy o Totalnej Biologii; o relacjach międzyludzkich, o trudnych emocjach ukrytych w ciele i zachowaniu oraz o różnorodnych przyczynach chorób. Totalna Biologia i Recall Healing to nie tylko jej zawód, ale też jej pasja.

Co to jest totalna biologia i jak to się stało, że z politologa stałaś się lekarzem duszy i ciała?

Dla mnie jest to innowacyjne spojrzenie na kwestie zdrowia i życia. Totalna biologia i Reacall Healing daje możliwość zobaczenia tego, co na co dzień jest dla nas niewidoczne, gdzieś głęboko ukryte, a co wpływa na naszą rzeczywistość. Jedni nazywają to uzdrawianiem poprzez świadomość, a dla mnie najważniejsze jest to, że jest to powrót do zdrowia poprzez przepracowanie tego, co w sobie nosimy, z czym często walczymy, niejednokrotnie wypieramy. Z czasem w takiej pracy uświadamiamy sobie przy pomocy konsultanta, który przeprowadza nas przez taki proces, co się wydarzyło w naszym życiu i dlaczego chorujemy.

Czy wiele jest w Polsce osób, które mają kwalifikacje do przeprowadzania tego procesu?

Jeśli spojrzeć z punktu widzenia mojego otoczenia, to jest nas mnóstwo, ale jak z kimkolwiek rozmawiasz, z kimś na przysłowiowej ulicy, to wiedza ta jest znikoma. Z całą pewnością staje się coraz bardziej popularna, ale nadal jest mały odsetek ludzi, którzy rozumieją tę metodę.

Podstawą jest odnalezienie i przetworzenie urazu emocjonalnego, który jest źródłem choroby. My zawsze patrzymy na chorobę jak na coś co nam się przydarzyło, jak na koniec świata…

… tak i trzeba od razu do lekarza i po antybiotyki. Przejść chorobę w biegu, bo nie ma czasu na zajęcie się sobą.

Właśnie. Ja zawsze pytam moich słuchaczy: a gdyby popatrzeć na chorobę jak na wskazówkę? Jak na małe światełko, która chce zwrócić na coś uwagę? Choroba to informacja, to ładunek emocjonalny, który ją wywołał. Naszym celem jest dotarcie do niego. I to właśnie, odnalezienie i dotarcie do źródła, często opłakanie, wykrzyczenie, wybaczenie, odpuszczenie komuś lub sobie prowadzi do uzdrowienia. Z tej perspektywy patrząc, jest to faktycznie uzdrawianie poprzez świadomość, przy czym czasami następują „samouzdrowienia” na zasadzie pracy warsztatowej, czyli gdy ktoś słyszy jakąś historię, widzi z boku jak to przebiegało u danej osoby i tym samym uruchamia się w nim również cały proces, który go odblokowuje.

Powrócę do pytania jeszcze raz, bo mnie to bardzo interesuje. Jak się stało, że z politologa przeszłaś do tej formy pomocy ludziom, stałaś się facylitatorem?

Dosyć banalnie. Sama w życiu bardzo chorowałam i to na różne choroby. Chorowali też poważnie członkowie mojej rodziny. Ja mierzyłam się z Hashimoto, z niedoczynnością tarczycy, z niedokrwistością, z anemią oraz migrenami. Przeszłam dwa razy poważne zapalenie płuc czy mononukleozę. Obecnie odpukać od lat nie choruję. Nawet jak raz na jakiś czas się przeziębię lub coś mnie boli, to od razu szukam, co jest przyczyną i jakie emocje we mnie wywołały dany ból. Nie waham się wtedy skorzystać z doświadczenia moich koleżanek terapeutek, ponieważ to jest normalne, że czasami sobie z czymś nie radzimy i warto jest, aby na naszą historię spojrzał ktoś z boku obiektywnie, a następnie przeprowadził przez cały ten proces.

W moim przypadku lekarze rozkładali wielokrotnie ręce i nie mogli znaleźć przyczyny, dlaczego ja choruję, a także moja rodzina. Ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest przyczyną? Totalna biologia, gdy ją poznałam, stała się przewodnikiem i źródłem odpowiedzi na pytania, na które nigdzie nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Pojechałam na kursy i szkolenia po to, aby zrozumieć: DLACZEGO?

Po pierwszym tygodniu pracy warsztatowo-szkoleniowej już chciałam wiedzieć wszystko na ten temat i tak oto stałam się konsultantem. Dziś prowadzę z moją koleżanką terapeutką małe grupy warsztatowe, gdzie jest zaufanie i poufność informacji. Walorem jest słuchanie siebie wzajemnie, zadawanie pytań i wchodzenie we własne procesy: myśli, słowa, emocje, zdarzenia. Uruchamiają się pewne klatki filmowe np. miałam 15 lat i wtedy wydarzyło się to i tamto. My przeprowadzamy przez ten proces. Często, aby coś uwolnić.

Jacy ludzie i kiedy się do Ciebie zgłaszają, wybierając tę metodę uleczenia? Wtedy, kiedy medycyna konwencjonalna zawiodła? Czy nie jest za późno?

Moich klientów można podzielić na trzy grupy: tych którzy zachorowali i chcą coś zmienić w życiu, druga grupa to ludzie z polecenia moich klientów, i co zabawniejsze oni nieraz nie wiedzą, o co chodzi w tej metodzie pracy, ale wiedzą, że jest skuteczna. Trzecia grupa to ci, którzy byli już u wszystkich lekarzy i medycyna konwencjonalna już nie ma rozwiązań i nie jest w stanie im pomóc. Ostatecznie trafiają do mnie.

Pytasz, czy nie jest za późno. Na szczęście nie miałam takich przypadków, aczkolwiek nigdy nie jest za późno, aby rozpocząć proces. Trafiają do mnie ludzie, którzy mają groźby nawrotu choroby, tak jak np. miałam kobietę z glejakiem mózgu. Była trzykrotnie operowana i było podejrzenie nawrotu. Przyszła do mnie i rozpoczęłyśmy wspólną pracę. Co się działo u niej operacyjnie, co w historii życia, w dzieciństwie, w rodzie? Tacy ludzie już chcą uniknąć kolejnej operacji, kolejnej chemii, leczenia, męki chorowania i decydują się, aby przepracować swoje konflikty wewnętrzne, po prostu, by wyzdrowieć w pełni.

Wiem, że jesteś ogromnie zajęta po ostatniej fali COVIDU, powiedz co wyszło z Twojej pracy z klientami? Skąd u nich COVID i tak często bardzo poważny proces przechodzenia przez chorobę. Co COVID uruchomił w ludziach?

Jeśli chodzi o to, co się dzieje od półtora roku wokół nas, to nie COVID jest problemem, a wszystko to, co się wokół niego dzieje. Decyzja o odizolowaniu ludzi od siebie, ciągłe życie w strachu, sposób, w jaki został potraktowany COVID: rozporządzenia, nakazy, zakazy. Chodzi o to, że zmieniono nam gwałtownie życie, z ciągłego biegu na stagnację, zamknięcie w domu i samotność. Komunikatami o śmierci ludzi, niebezpieczeństwie, czającym się na każdym rogu, zachowywaniu dystansu, wprowadzono nas w pandemię strachu i lęku. W niepewność jutra, bo zaczęliśmy martwić się o pracę i środki na życie i o naszych najbliższych. Czy przeżyją i czy się jeszcze zobaczymy żywi?

To wszystko sprawiło, że u ludzi wystąpiły wszystkie lęki, przed którymi w życiu uciekali, czy to w używki, czy w codzienny bieg życia. Społeczeństwo zostało skonfrontowane z iluzją, z którą żyło przez lata. Utraciliśmy pozorną pewność życia i planowania przyszłości. Pokazały się rozliczne braki, strach i lęki. Człowiek stał się zagrożeniem dla drugiego człowieka. Odnosi się to także do naszych znajomych, z którymi relacje zostały zweryfikowane, czy na pewno są dla nas właściwymi ludźmi. Bo w sytuacji zagrożenia ludzie zaczęli się odcinać i odgradzać od innych. A z drugiej strony uświadomiliśmy sobie, jak ważny jest kontakt z drugim człowiekiem, bliskość i prawdziwe rozmowy. Ale nie te przez komunikator, a codzienna, bliska i szczera rozmowa z człowiekiem. Bycie szczerym w relacji.

Pandemia pokazała, jaki mamy bałagan w naszym życiu, co jest ważne i z czym sobie nie radzimy przez lata. Dla mnie rozmowy o COVIDZIE są bardzo niepoważnie prowadzone. Nie ma żadnej dyskusji i kampanii społecznej na temat tego jak dbać o swoje zdrowie, jak utrzymywać układ odpornościowy w zdrowiu. Od półtora roku nie słyszymy w mediach o tym, jak pracować ze stresem, jak się zdrowo odżywiać. Tylko cały czas słyszymy komunikaty, które wywołują stres i strach.

Nigdzie nie ma tego, jak radzić sobie ze stresem i lękiem, z najbliższymi relacjami. Ja zawsze mówię tak: pokaż mi pięć osób z twojego najbliższego otoczenia, to powiem ci, jak radzisz sobie z lękiem i stresem, chorobami. Jeżeli nie radzimy sobie z konsekwencjami tego stanu, to tym bardziej jesteśmy podatni. Stres wywołuje choroby. Jeśli patrzymy na to co jest diagnozowane jako COVID, to trzeba popatrzeć na takie choroby w nas jak: depresja, strach, lęk, przeziębienia, grypy, zapalenia płuc, a także uruchamianie w sobie syndromu ofiary i poczucia winy. Każda z tych chorób ma określoną ilość konfliktów emocjonalnych, które za nimi stoją.

Depresja mówi o głębokim poczuciu winy, zapalenie płuc o potwornym lęku przed śmiercią swoją lub swoich bliskich, grypa powie o konflikcie na swoim terytorium najbliższym, przy kim się czujemy źle, co nam się nie podoba, czego nie czujemy. Z tym wszystkim można pracować.

Fakt, zapędzono nas w strach i poczucie niepewności jutra, czyli zarządzanie ludźmi przez strach.

Tak. Jeszcze nie wiemy, jakie będą konsekwencje psychiczne i biologiczne tego, co się wydarzyło w związku z pandemią. Jeśli popatrzymy z punktu widzenia totalnej biologii, to konflikt separacji, czyli oddzielenia od drugiej osoby, może wywołać u nas choroby skórne, alergie. Przy czym zależy wszystko od tego, jak to odczuwaliśmy, jak to przeżyliśmy. Dlatego chcę pracować z dziennikarzami, ludźmi którzy mogą głosić i szerzyć tę wiedzę, z pedagogami i nauczycielami, aby dzieci zrozumiały, jak ważne jest pracowanie nad sobą. Im więcej jest tej wiedzy na rynku, tym większej grupie ludzi możemy pomóc.

Pandemia spowodowała, że ludzie nie wytrzymywali ze sobą. Jakie schorzenia mogły się pojawić?

Żołądek odpowiada za konflikt bycia niezrozumiałym: w pracy, w domu. Właśnie w domu starliśmy się z rzeczami, o których nie mieliśmy pojęcia, ponieważ przez lata były zamiatane pod dywan. Powiem tak: ważne było to, co się nam pojawiło w trakcie pandemii. Bo na pewno na pierwszym miejscu w związkach wyszedł brak szczerości ze swoimi bliskimi, ale też z samym sobą. Każdego dnia przymykaliśmy na coś oko i to na własne życzenie. Pomijaliśmy i nie przywiązywaliśmy wagi do działań i słów, które były w naszej codzienności, a które w byciu ze sobą non stop, okazały się nie do zaakceptowania.

Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że żyjemy obok obcej osoby. Zostaliśmy też skonfrontowani z pytaniem, czy możemy żyć ze sobą więcej nić 10 godzin? Co jest zabawne, bo przecież jesteśmy w związkach po 10 lat, a tu się okazuje, że w ciągłości czasu nie jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą paru dni. Ale dlaczego tak jest? Bo sami nie jesteśmy szczerzy ze sobą, mamy różne wzorce z dzieciństwa, z domu, z rodu.

Czyli na przykład kobieta boi się powiedzieć mężczyźnie wprost o czymś, bo ma w głowie taki program pt.: „niebezpiecznie jest być kobietą”, „niebezpiecznie jest mówić co się myśli i mieć swoje zdanie”, „rozmowa nic nie daje”, itd. Ale o tym mogłabym tu mówić i mówić… Przede wszystkim lockdown przetasował nasze relacje i zwrócił uwagę na to jak właściwie chcemy aby wyglądało nasze życie, co jest ważne? Niemniej jednak pojawiły się dodatkowo lęki pt.: „boję się śmierci”, „boję się samotności”, „boję się wyrażać swoje zdanie” – dla zaciekawionych ten trzeci przypadek to najczęstszy konflikt przy problemach z tarczycą.

Mam dla Ciebie teścik. Moja znajoma spotykała się z chłopakiem. Byli w bardzo bliskiej relacji i pewnego dnia przyjechała do niego. Było miło, kochali się, ale kątem oka zauważyła rzeczy innej kobiety. Na drugi dzień dostała ostrego zapalenia pęcherza. Nie pytam o ten pęcherz przypadkowo, bo to częsta, nasza, kobieca przypadłość. I powiedz o co chodzi?

Zapalenie pęcherza mówi o tym, że nie mogę oznaczyć swojego terytorium. Najłatwiej jest obserwować zwierzęta i ich zwyczaje. Niby pierwotne. Gdy kot, pies przychodzi na nowe terytorium to od razu oznacza teren. Poprzez oddanie moczu. Tak jest i z ludźmi. Trójkąty w przyrodzie nie istnieją. Więc analizując: po pierwsze pojawiła się druga kobieta – czyli nie jestem tu jedyną królową na tym terytorium. Po drugie są to drogi intymne, czyli ból, który się pojawił w tym miejscu wyklucza zbliżenie z partnerem.

Często jest to też informacja, że coś z tym facetem jest nie tak i ciało nie chce go dopuścić do siebie. Automatycznie jest to wymówka i pretekst aby nie kochać się z nim, mimo że paradoksalnie pragnie się tego. Organizm mówi: hej, popatrz sama siebie oszukujesz, trzeba rozwiązać tę sytuację, wyjaśnić.
Zdałam test?

Tak. Perfekt! Powiedz czy to, co się dzieje w naszym dzieciństwie często projektujemy na naszych partnerów w związkach? Czy to powoduje, że coraz częściej unikamy związków i wybieramy samotność?

I tak i nie. Unikamy związków, bo są w nas jakieś lęki jak: przed odrzuceniem, przed krytyką, odkryciem siebie przed drugą osobą. Do tego trzeba dodać cały szereg programów, które wywodzą się z naszego domu, albo z dzieciństwa, całego rodu. Trzeba rozróżnić czy ktoś jest samotny przez chwilę, czy przez cały czas. Też można być samotnym będąc z kimś. Ale to dlatego, że nie jest w stanie otworzyć się na drugą osobę. Czyli dlaczego jesteśmy samotni i to nawet w związkach? Bo jest coś w tej drugiej osobie co nas odpycha, a my nawet przez lata, potrafimy przymykać oczy na pewne rzeczy.

Należy też w takich przypadkach sprawdzić czy nie ma ukrytej pod pozornym uśmiechem depresji. Na początku związku widzimy, że coś jest w związku nie tak. Że albo za dużo pije, albo wypowiada się na tematy, na które nie powinien się wypowiadać w taki czy inny sposób. Albo źle traktuje matkę lub siostrę. Jednak nie zwracamy na to uwagi, bo jesteśmy zakochane, z resztą tak samo jest z mężczyznami. Nie chcemy widzieć i być świadomi różnych sytuacji, a po pewnym czasie okazuje się, że jesteśmy nie z tą osobą z którą powinniśmy być, lub że okazała się ona inna niż była.

Z drugiej strony my też budowaliśmy inny obraz siebie niż jesteśmy, czyli idealizowaliśmy siebie i partnera. Idę na randkę, na kolację i nie powiem, że lubię jeść, lubię frytki, że lubię do późna spać, że ćwiczę raz na rok. Już nie mówię o tym jaki obraz siebie budujemy w mediach społecznościowych, w szczególności choćby na Instagramie. Robimy to wszystko aby pokazać partnerowi jakie jesteśmy świetne i żeby nas nie odrzucił, nie zobaczył w negatywnym świetle, nie ocenił. Ale konsekwencją tego jest to, że druga osoba po latach uświadamia sobie, że chyba siebie nawzajem oszukujemy. Nie dość, że oszukujemy siebie i drugą osobę, to ranimy sami siebie. Pretensje będziemy mieli tylko do siebie, choć na początku oczywiście winę zwalimy całą na partnera.

Dlatego to, co ostatnio zyskaliśmy dzięki pandemii to to, że zostaliśmy zmuszeni przez życie do przetasowania swoich znajomości i do tego aby wyrażać swoje zdanie i być prawdziwym bez masek. Ludzie zaczęli szukać prawdy i autentyczności. Jak to mówią „prawda nas wyzwoli”. Albo postawimy na prawdę i na szacunek do siebie i do drugiego człowieka, albo choroba lub przypadłość postawi nas pod ścianą, aby w końcu coś ze sobą zrobić.

Jeszcze a propos związków, to taki prosty przykład: dlaczego kobiety czasami nie są w stanie osiągnąć orgazmu? Bo jest tu ukryty lęk przed oddaniem całkowitej kontroli nad sobą. „Boję się zatracić siebie, boję się aby ktoś mnie posiadł całą i ciałem, i zmysłami”. To się bierze stąd, że ktoś mógł być pernamentnie kontrolowalny, albo seks był niebezpieczny. Anorgazmia powie nam o tym, że kobieta nie czuje się w jakiejś sferze życia bezpieczna przy swoim partnerze, a przede wszystkim to, że nie uważa swojego mężczyzny za samca alfa. Itd., itd. 🙂

Czym różni się Twoja praca od ustawień Berta Hellingera? Bo obie metody są podstawą do wglądów rodowych.

Nie jestem specjalistą od ustawień Hellingera, czytałam jego książki i mogę powiedzieć jak ja pracuję. Moim zadaniem jest znalezienie przyczyny dlaczego człowiek w danym momencie swojego życia zachorował i dlaczego? I jak zareagował na daną diagnozę? Bo ludzie bardzo często umierają nie na schorzenie, a na informację o zagrożeniu ich życia przez chorobę. Wyzwala się cała fala emocji i myśli z tym związanych, które warunkują to, co się usłyszy od lekarza. To jest to magiczne 30 sek do 50 minut, które zaczyna być tragedią życiową. Potem zapominamy o tym co usłyszeliśmy. Wypieramy to z siebie, ale mózg wszystko koduje.

Dlatego tak ważny jest Facylitator, konsultant, terapeuta, który przy pomocy odpowiednio dobranych pytań i słów dotrze do głównej informacji w nas. Pracujemy na okresie prenatalnym, czyli kiedy się pojawialiśmy, na psychogenealogii co faktycznie może mieć zbieżność totalnej biologii z ustawieniami hellingerowskimi. Jest wiele tematów wspólnych w obu metodach, jak np.: temat relacji z matką i ojcem, i jak to wpływa na nasze życie i choroby. Aczkolwiek są to dwa różne narzędzia, natomiast wielu terapeutów łączy obie metody w jedną. Zastanawiałam się nad tym, jednak tak lubię totalną biologię i recall healing, że skoncentrowałam się tylko na tej metodzie pracy. Na sesjach z klientami układamy puzzle z wielu różnych elementów i skupiamy się na tym aby dotrzeć do odczutego newralgicznego momentu w jego życiu i przetworzenia tego urazu.

Jak długi i wymagający jest ten proces? Możesz opowiedzieć o przypadkach, które najbardziej Cię poruszyły?

Każdy klient to jest wyjątkowa osoba i osobna historia. Czas potrzebny to czasem jedna sesja, a czasem cykl sesji. Każdy z nas jest inny i czego innego doświadczył. Nie jestem w stanie wybrać jaką historię wybrać do opowiedzenia. Mogę powiedzieć, że codziennie jestem napełniona pięknym ładunkiem energetycznym, słysząc od pacjentów, że mogłam im pomóc w uzdrowieniu siebie.

Korzystając z okazji chciałabym podkreślić, że totalna biologia nie neguje diagnozy i sposobu leczenia medycyny konwencjonalnej i często jest tak, że z lekarzami wymieniamy się wzajemnie spostrzeżeniami i diagnozami odnośnie klientów. Lekarze pytają się mnie o mój punkt widzenia w przypadku różnych pacjentów i działa to także w drugą stronę. I kiedy mam klientkę, która przez lata jest pod opieką lekarza ginekologa i w ostateczności zmuszona jest zdecydować się na operację, to przed samą operacją ją badają, aby w jej wyniku usunąć narządy. Nagle lekarz informuje pacjentkę, że operacji nie będzie. Bo nie ma co operować. Chociaż wcześniej była diagnoza i zakwalifikowanie do operacji. Po wspólnej pracy jaką wykonujemy z totalną biologią okazuje się, że operacja nie jest potrzebna, a klientka zdrowa. To dla takich momentów chce się żyć i jeszcze więcej pomagać innym.

Przychodzą do mnie kobiety w ciąży i słyszę, że maluszek się nie rusza, albo one przeżywają jakieś choroby, stresy, lęki, problemy w związkach. Rozpoczynamy pracę. To, kiedy potem dostaję zdjęcia uśmiechniętych mam i zdrowych, ślicznych dzieci, to jest to najpiękniejszy moment dla mnie. Serce rośnie. Klienci mogą dzwonić lub pisać do mnie na komunikatorze, bo każdy z klientów jest pod moją stałą opieką i w ciągłym kontakcie. Ponadto otrzymują ode mnie zadania domowe, których nie odrobienie dyskwalifikuje ich z udziału w kolejnych sesjach. Dlaczego? Bo to praca obustronna. Nie wystarczy analiza na sesji. Potrzebna jest praca ciągła, nad zmianami zachowań i nad świadomością tego co się zrobiło i robi. Klienci muszą też być przekonani i chcieć wyzdrowieć. Bo ja się namęczę i nic z tego nie będzie. To jest praca wspólna. I klienta i moja, dlatego ważne jest tutaj zdyscyplinowanie i uważność. Wtedy są efekty, jak ten, gdy słyszę od pacjentów że guz czy torbiel zniknęły lub inna choroba.

Pewien chłopak miał 27 lat i chciał dostać się do zawodowego wojska. Okazało się w trakcie badań, że miał wirusowe zapalenie wątroby. Po jednej sesji ze mną zrobił ponownie badania i … wyniki były negatywne. Zapalenie zniknęło. No i co teraz? Na komisji wojskowej pytają się, czy to oni się pomylili przy pierwszych badaniach? Czy chłopak rzeczywiście wyzdrowiał? Ja się wtedy śmieję. Fajnie widzieć jak ludzie mogą żyć i spełniać marzenia. Jeśli nawet nie pełne wyzdrowienie to na pewno zredukowanie objawów. To też pozytywny objaw. Piękne jest w tej pracy to, że kiedy ludzie mówią: przestałam się bać, czuję że żyję, w końcu czuję że mnie nie boli, zrzuciłam olbrzymi ciężar, w końcu się czuję kobietą, mój mąż zaczął się do mnie odzywać, mamy lepszy seks, mam niższe TSH, a do tego człowiek zaczyna sobie radzić sam ze swoimi emocjami, to oznacza, że sobie radzić z emocjami wokół siebie. Zaczyna się cieszyć życiem i z niego świadomie korzystać. I to jest najważniejsza praca jaką się wykonuje w tym zawodzie.

Co proponujesz swoim klientom i jakich efektów można się spodziewać po pracy z Tobą i totalną biologią? Jaką wartość chciałabyś przekazać na swoich grupach w Inkubatorze?

Jak wspominałam, do każdej osoby podchodzę indywidualnie. Nie ma szablonu. Każda osoba jest inna. Mamy dany katalog, encyklopedię chorób, emocji, lęków, ale przede wszystkim „wczuwamy się” w drugą osobę, aby wyciągnąć sedno problemu. Ludzie piszą w ankietach, że chcą pracować nad niedoczynnością tarczycy, mięśniakami, wypadającymi włosami. Po czym przychodzą na sesje i pytam się o to samo „z czym chcesz pracować?” a oni odpowiadają: z problemami w pracy, z nieradzeniem sobie z emocjami, że partner ich wkurza, że boją się wychodzić z domu.

Wtedy szukamy dlaczego ta sytuacja pojawiła się w jego życiu i co on czuje i dlaczego w jej następstwie są właśnie takie schorzenia jak: wypadanie włosów, mięśniaki, problemy z tarczycą. Klientowi daję zrozumienie, poczucie zaufania, brak oceny. Daję mu możliwość zobaczenia co się zdarzyło w jego życiu i dlaczego jest w to uwikłany? Jakie są jego historie z przeszłości, też z jego rodu, z relacji z rodzicami, byłymi partnerami? W Inkubatorze chciałabym propagować wiedzę o tym, aby ludzie otworzyli się na zrozumienie, że nic w ich życiu nie dzieje się bez przyczyny, a zwłaszcza w organizmie. Aby otworzyli się na proces swojej wewnętrznej transformacji i aby byli gotowi na zmiany, bo to jedyna stała rzecz w naszym życiu. Ludzie bardzo często tkwią w nieudanych związkach, niefajnej pracy której nie lubią, tkwią w chorobach i boją się zmian, mówiąc „lepsza stara bida niż nowa bida”. Chodzi o to, aby to przetransformować, zmienić. Jeśli cokolwiek się w trakcie takiej pracy w Inkubatorze zmieni u ludzi, to będzie to już ogromny sukces.


Lifestyle

Dusza jest z nami cały czas, a my z nią tylko na czas naszego fizycznego życia

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
10 września 2021
A ghost of a female wondering though a room.

Jakiś czas temu obejrzałam film „Soul”. Niby dla dzieci, a jednak moim zdaniem, dla każdego bez względu na wiek. Film i to nagrodzony Oskarem, jest o tym, czego chce nasza dusza, czego chce doświadczać i jak ważne jest spełniać swoje marzenia w obecnym życiu. Nie ograniczać się, a patrzeć na to, czego się pragnie. Z Pawłem Wittichem, uzdrowicielem duchowym, bioenergoterapeutą, radiestetą, rehabilitantem, który zajmuje się pracą z osobami cierpiącymi na różne choroby i przypadłości, a z którym pracuję od kilku miesięcy jako moim coachem, chcę porozmawiać o duszy, której Paweł jest znawcą.

Paweł, mówi się, że gdy umieramy dusza z nas wychodzi. Kim jest dusza? Gdzie dusza znajduje się w nas?

Rzeczywiście, tak się mówi, że kiedy umieramy dusza z nas wychodzi, ale jest to bardzo uproszczone stwierdzenie. Umieranie jest procesem, w którym dzieje się dość dużo, jednak żeby można było powiedzieć coś o umieraniu, musielibyśmy choć z „grubsza” opisać budowę człowieka. Kiedy patrzymy na dowolnego człowieka, to możemy opisać jak wygląda, jakiego jest wzrostu, czy jest szczupły czy też gruby, itd. Niewiele jednak osób zdaje sobie sprawę z tego, że jest to bardzo powierzchowny opis i nie oddający czegoś ważnego. Wystarczy porozmawiać z osobami, które widziały osobę zmarłą.

Zdecydowana większość takich osób, pytana o wygląd osoby zmarłej, a ściślej o to, co zmieniło się kiedy patrzą na zmarłego znanego sobie człowieka, odpowiada „kiedy patrzyłem na ciało mojej babci, mamy, ciotki, dziadka, ojca, wujka, …, bliskiej mi osoby to tym, co w dziwny sposób rzuciło mi się w oczy był, hmmm … brak życia! Tam leżało ciało mojej babci, ale to nie była moja babcia tylko jej ciało!” Bardzo dziwne doznanie, bo niby to moja babcia, jej ciało, a jednak miałem dziwne wątpliwości. Z takich relacji wynika jednoznacznie, że człowiek to ktoś więcej niż tylko ciało i bez wątpienia możemy powiedzieć, że kiedy człowiek umiera to dusza opuszcza ciało. W zasadzie można powiedzieć, że ciało to fizyczne, chwilowe, opakowanie duszy, które ma nam pomóc w realizacji zadań na ziemi.

Kim jest dusza?

Zanim odpowiemy, kim jest, powiedzmy, czym jest dusza. Żeby to zobrazować, możemy posłużyć się analogią do człowieka – kim jest? Zadać drugie pytanie do ciała człowieka – czym jest? Ciało człowieka jest tym, co daje Matka Ziemia, a dusza jest tym, co daje absolut. Ciało człowieka to zespół odpowiednio poukładanych i połączonych pierwiastków i witamin. Podobnie możemy powiedzieć o duszy. Dusza to skondensowana, subtelna, uporządkowana czysta energia, posiadająca świadomość, inteligencję, rozum, cel – którego elementarną częścią jest rozwój, doskonalenie się. Rozwój powoduje wzrost duszy.

Dla rozwoju duszy największe znaczenie ma zdobywana wiedza i doświadczenie. Dusza na wczesnym etapie – młoda dusza – jest mała i wiąże się to między innymi z jej możliwościami wchodzenia w różnorodne interakcje – celem zdobywania wiedzy i doświadczenia. Im dusza starsza, bardziej dojrzała, tym możliwości doświadczeń większe. Przykładowo, małe dziecko zakrywa oczy i w ten sposób uważa, że skoro ono nie widzi, to znaczy, że jego też nie widać. Kiedy to samo dziecko dojrzeje, zdaje sobie sprawę z tego, że zakrywanie oczu nie czyni go niewidzialnym.

Młoda dusza, podobnie jak dziecko, jest bardziej biorcą bodźców, a dojrzała dusza generuje i odbiera bodźce. Dziecko, młoda dusza, nie jest świadome możliwości generowania bodźców i skutków jakie one tworzą. Osoba dojrzała czyli dojrzała dusza, generuje bodźce i jest, a przynajmniej powinna być świadoma, jakie reakcje one wywołują.

Czy to znaczy, że im starszy człowiek, tym bardziej dojrzała dusza? Mówi się „stara dusza”, czyli tak to należy rozumieć?

Nie, wiek człowieka nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia. Dorosły, a w zasadzie powinniśmy powiedzieć, że dojrzały człowiek, powinien mieć świadomość generowania bodźców w określonym celu i z określonym skutkiem, a jednak jest inaczej. Są tacy ludzie, którzy do końca swych dni na wielu płaszczyznach życia są dziećmi i ich odpowiedzialność nie różni się od odpowiedzialności młodzieży w wieku ponadpodstawowym. Patrząc na to w ten sposób, nie możemy powiedzieć, że im starszy człowiek, tym starsza dusza. Dojrzałość duszy nie jest tym samym co dojrzałość człowieka. Wróćmy do poprzedniego pytania.

Dusza im starsza i bardziej świadoma, tym łatwiej radzi sobie z wyzwaniami, jakie ma realizować na drodze swojego rozwoju. Posłużmy się przykładem: prowadzisz samochód, jedziesz drogą, a z pobocza wyskakuje na drogę, prosto pod koła małe zwierzątko, np. kot. I co robisz? Hamujesz, omijasz tak, aby nie zrobić mu krzywdy. Ok. W takim razie pytam, dlaczego podejmujesz takie działania? Przecież, kiedy będziesz hamować awaryjnie, to jadący za tobą kierowca może wjechać w ciebie. Narażasz siebie i innych kierowców na niebezpieczeństwo.

Są kierowcy, którzy, jeśli tylko mają okazję przejechać jakieś zwierzątko, to potrafią nawet lekko zjechać z drogi, żeby tylko dopaść zwierzę. Pytałem kiedyś takiego kierowcę, dlaczego? A on mi mówi, że dla zabawy. Na czym polega różnica, oprócz lakonicznego stwierdzenia, że taki kierowca to barbarzyńca? To jest właśnie jeden z aspektów dojrzałości duszy. Ty wiesz, gdzieś wewnątrz siebie, że jest to twój młodszy brat, dusza, która jest we wczesnym etapie dojrzałości i nie wolno robić mu krzywdy. A skąd to wiesz? Nie wiesz, ale jest to dla ciebie oczywiste, a odpowiedź jest banalna. Kiedyś, kiedy byłaś mniej dojrzałą duszą, już zrobiłaś krzywdę zwierzakowi „ot tak dla zabawy”. Kiedy cierpiał i skomlał, zrozumiałaś, że on cierpi i jest to złe. Od tej pory masz nieświadomą świadomość, że krzywdzenie innych jest bez sensu.

Rozumiem, to w takim razie wróćmy do pytania, gdzie jest dusza?

Gdzie znajduje się dusza? Nie wspomniałem o tym do tej pory, ale dusza jest troszkę bardziej złożoną materią, jednak dla naszych potrzeb trzymajmy się ogólnego obrazu jaki do tej pory nakreśliłem. Główną przestrzenią gdzie znajduje się dusza, o której do tej pory rozmawialiśmy, jest to serce, klatka piersiowa oraz jama brzuszna.

A możemy mieć więcej niż jedną duszę?

To zależy jak na to spojrzeć. Ogólnie ujmując to zagadnienie, możemy powiedzieć, że dusza jest jedna, ale składa się z trzech elementów. Każdy z tych elementów jest wyjątkowy, a ich wyjątkowość tworzy wyjątkową duszę. Mamy najbardziej rozbudowaną duszę wśród istot zamieszkujących ziemię.

Paweł, a ile żyć jest z nami dusza? Czy to jest czas nieograniczony, czy określony?

Zwróć uwagę, jak silne mamy połączenie z ciałem. Zadajesz pytanie z pozycji człowieka, istoty, która zajmuje niewielki ułamek czasoprzestrzeni w miejscu, które określane jest ziemią. Patrząc na to z innej strony, przyjmując inną perspektywę, powinniśmy zapytać, ile czasu z nami jest to konkretne ciało albo ile ciał mieliśmy do tej pory. Dusza, kiedy się rodzi jest mała, ma małą moc sprawczą, ma małą wiedzę i doświadczenie. Możemy porównać to do samochodu. Przeciętny człowiek to auto, a dusza to zespół napędowy czyli: silnik + skrzynia biegów + koła. Młodziutka dusza, to taki silnik od motoroweru, który miałby napędzać samochód osobowy. Słabo, o ile w ogóle, takie auto jeździłoby.

Dusza musi zebrać odpowiednią ilość doświadczenia i wiedzy, musi urosnąć, powiększyć a w zasadzie zwielokrotnić swoją objętość. Objętość to wiedza i doświadczenie. Wiedza i doświadczenie daje możliwość rozwoju, przez obserwację środowiska w jakim funkcjonujemy możemy wyznaczać cele, które dzięki przeżyciu ich dadzą nam wiedzę i doświadczenie. Im większa wiedza i doświadczenie, tym większa dusza i jej moc sprawcza.

Oznacza to, że czas określa wielkość i dojrzałość naszej duszy? Zebrane doświadczenia i wiedza?

Czas! Jest to jedyna wartość, dobro, które każdy kto jest w przestrzeni ziemskiej nie ma tyle ile chciałby mieć. Nie można czasu kupić ani w żaden inny sposób go pozyskać. Każdy z nas, kim by nie był ma swój czas. Od momentu poczęcia do śmierci każdy ma swój czas. Kiedy się obserwuje ludzi to niestety, ale część marnuje swój czas na ziemi. Skupia się na przetrwaniu i zapomina o życiu. Walczy z przyziemnymi sprawami, będąc skupionymi na codzienności, bez celu i bez woli. Stłamszona różnymi systemami wiary, przekonań, tradycji i kultu, zapominając że są czymś więcej niż tylko ciałem fizycznym.

Odpowiadając na pytanie, dusza jest z nami cały czas, a my z nią tylko na czas naszego fizycznego życia. Czas jest wartością ograniczoną z punktu widzenia człowieka, zaś dla duszy czas fizycznego bytu jest okresem, w którym powinien następować okres żniw w zakresie doświadczania i zdobywania wiedzy. Kiedyś możliwości, jakie oferuje przestrzeń, w której możemy zdobywać wiedzę i doświadczenie, kończy się więc możemy powiedzieć, że jest kres tej podróży. Czy musimy wyrobić się w określonym czasie? Nie, w zasadzie możemy tak długo doświadczać jak potrzeba. Możemy przyrównać to do kształcenia się w szkole. Ile może nam zaoferować podstawówka? Kiedyś kończy się wiedza jaka jest możliwa do zdobycia w podstawówce z jedyną różnicą, że do podstawówki możemy chodzić maksymalnie do 18 roku życia. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien co do tego ograniczenia ale wiem, że jest. A z punktu widzenia duszy granica nie istnieje.

Czego pragnie dusza? Czy ma jakieś wpisane programy i potrzeby ? Jeśli tak, to skąd się biorą?

Czego pragnie dusza? Piękne pytanie :-)! Doskonałości!!! Niestety, faktem jest, że niewiele osób było po tamtej stronie w trakcie swojego życia i wróciło tutaj. Oprócz nich są specjalne techniki, których można się nauczyć i odbyć taką podróż i to wielokrotnie. Jednak osoby z takimi przeżyciami, jak i techniki są uważane jako mało wiarygodne. Konstrukcja, w jakiej tkwimy jako ludzkość, z góry skazuje wszystko, co wiąże się z brakiem fizycznych dowodów na odrzucenie.

Dusza pragnie doskonałości! Relacje osób, które były po tamtej stronie, mówią, że jest tam pięknie, cudownie, harmonijnie. Jednym z istotnych elementów, który dość często przejawia się w tych relacjach jest potrzeba doskonalenia się. Również wśród tych relacji znajdują się opisy istot po tamtej stronie. Tym, co często relacjonujący wskazują, jest kolor tych istot. Nie chodzi tu o barwę, a przede wszystkim o intensywność bieli. Tak określają istoty, które tam spotkały jako tak jasne, że bardzo trudno było na nie patrzeć. Właśnie ten blask określa status duszy, jej wiedzę i doświadczenie. Im bardziej jasna jest dusza, im bardziej błyszcząca, tym jej rozwój pełniejszy. Kiedy osoby opowiadały o tych spotkaniach, to określały swój kolor jako szary, a istot z którymi rozmawiały jako tak biały, że nie były w stanie na nie patrzeć. Kiedy dusza osiągnie swój, powiedzmy „rozmiar” i może w pełni samodzielnie doświadczać i zdobywać wiedzę, to każde następne jej wcielenie powoduje, że staje się jaśniejsza, bielsza. Im większy jest jej blask tym większą wiedzę i doświadczenie posiada.

Programy i potrzeby, każdy je ma! Jest takie powiedzenie: „Jak i w niebie, tak i na ziemi”. Jest w tym dużo prawdy. Nasze kształcenie odbywa się podobnie. I tam, i tu na ziemi. Tam będziemy określać miejsce, a w zasadzie przestrzeń nie fizyczną, energetyczną. Jest to bardzo podobnie zorganizowane, choć skala jest inna. I tam jest coś w rodzaju nauki podstawowej, która ma wprowadzić określoną wiedzę, nazwijmy ją startową. Na ziemi pierwszą linię nauki stanowią rodzice, opiekunowie i przedszkole. Tam dostajemy narzędzia i na ziemi dostajemy narzędzia, określmy to jako ogólne zasady. Tam, kiedy mamy podstawowe informacje mamy możliwość doświadczania i budowania wiedzy. Zaczynamy doświadczać ograniczeń przez pierwsze wcielenia w niematerialne formy energetyczne, takie jak żywioły, kamienie, minerały czy skały.

Kiedy przejdziemy przez ten etap, choć wydaje się to dla nas to niepojęte z uwagi na czas, tu przypominam, że na poziomie energetycznym czas nie istnieje, wracamy i kształcimy się dalej. Oczywiście jest tak, że początkowa grupa była bardzo liczna, to z każdym etapem grupa maleje. Nie dlatego, że ktoś jest eliminowany, ale dlatego, że potrzebuje więcej czasu żeby oswoić się z wyzwaniami. Dusza przechodzi przez ożywione proste wcielenia świata roślinnego, później zwierzęcego przerabiając, coraz to bardziej skomplikowane systemy zależności, a następnie otrzymuje możliwość wcielania się jako człowiek. Nie otrzymuje natychmiast pełnej władzy nad ciałem, a jedynie określoną do kilku podstawowych czynników. Z czasem przejmie pełną kontrolę i decyzyjność.

W miarę rozwoju zaczynają się podziały tej dużej grupy dusz na nazwijmy to specjalizacje. Im dusza ma większą wiedzę i doświadczenie to tam grupa dusz mniejsza. Dla nas ludzi granicą rozwoju jest człowiek. Dlaczego? Nasz mózg, fizyczność i ograniczenia nie pozwalają nam sięgnąć dalej. Stanowi to dla nas tajemnicę. Niemniej jednak, coś niecoś wiemy. Kiedy już osiągniemy kres możliwości, jakie daje nam przestrzeń, w której zdobywamy wiedzę i doświadczenie, to jest coś takiego co określa się mianem bramy. Brama znajduje się na tamtym świecie, jest przejściem do innej przestrzeni. To jest nasz cel. Mogą zbliżyć się do bramy tylko dusze mocno zaawansowane w swoim rozwoju, ponieważ siła światła jest tam tak duża, że wręcz odrzuca tych którzy nie są jeszcze gotowi. Co jest dalej? Myślę, że możemy odpowiedzieć sobie sami. Dalsze doskonalenie się. Jeśli my ludzie posługujemy się tylko pięcioma, sześcioma zmysłami i wielu nie radzi sobie z napływającymi bodźcami to, co by było gdyby każdy miał już dziś 7 zmysłów? Pytanie do odważnych, jaki zmysł mógłby być tym siódmym? Podpowiedź: występuje na ziemi.

Teraz, po tym wprowadzeniu mogę przejść do pytania. Dusza nie ma wpisanych – narzuconych żadnych programów i potrzeb. Jednak wzorce jakie ją otaczają, właśnie na tamtym świecie, są tak przejrzyste i oczywiste, że dusza sama chce dążyć do doskonałości jaka ją otacza ze wszystkich stron i kiedy to odkrywa staje się jej to potrzebą. Programy o których mówisz nie wynikają z tego co jest właśnie TAM, a od zależności w jakie wchodzi dusza kiedy znajduje się w fizyczności. Trzeba pamiętać, że fizyczność jest wręcz nieprawdopodobnie ograniczoną przestrzenią pełną koneksji. Możemy powiedzieć, że dusza podczas pobytu w fizyczności zatraca się na zależnościach i ograniczeniach fizycznych, budując sobie programy, które mają ją chronić przed przykrymi doświadczeniami. Jeśli coś dzieje się nie tak jak dusza tego oczekuje to przez emocje powstaje zapis, który staje się jej programem. Jednym z powodów powstawania programów jest zależność wynikająca z braku dostępu do pamięci.

Dusza nie wie kim jest i do czego dąży. Tylko przepracowana wiedza i doświadczenie daje duszy możliwość prawidłowej automatycznej reakcji na problem, tak jak na wspomnianym wcześniej przykładzie, uniknięcia przejechania, potrącenia na drodze zwierzaczka. Kiedy dusza znajduje się w fizyczności, czyli bardzo ograniczonej przestrzeni i natrafia na zagadnienie, które ma nieprzepracowane, to najczęściej reaguje emocją, np. złością. Taka emocja powoduje zapis, który staje się programem. Ten program powstaje w fizyczności, a nie TAM. Jest wynikiem, działaniem dusz,y a nie czymś co moglibyśmy określić jako wpisanie z zewnątrz, bądź przez kogoś.

Co składa się na duszę? Czy ma jakieś zadania do wypełnienia na ziemi?

Bardzo dobre pytanie. Odnosząc się do tego co wcześniej powiedziałem, głównym zadaniem duszy jest jej rozwój, doskonalenie. Przez rozwój rozumiemy stałe pogłębianie wiedzy i doświadczanie. Kiedy osiągniemy pełną wiedzę i doświadczenie płynące z danego zadania możemy przejść do następnego, bardziej skomplikowanego. Każda dusza ma pewną wspólną grupę zadań taką samą jak wszystkie dusze, możemy powiedzieć zestaw podstawowy. W tym aspekcie każda dusza ma to samo do przepracowania, a różnica polega na okolicznościach w jakich to zadanie będzie wykonane i osobach z jakimi będzie je realizowała. Bez wątpienia do takich zadań podstawowych będzie należało przepracowanie miłości, przyjaźni, tolerancji, wrażliwości, itd. Zwróć uwagę, że pozornie są to łatwe i mało skomplikowane zadania. Dlaczego pozornie, weźmy na warsztat dość oczywistą miłość. Chyba każdy kiedyś się zakochał i wydaje się to być takie oczywiste.

Jakie rodzaje miłości mamy? Mamy: miłość partnerską, miłość matczyną, miłość ojcowską, miłość braterską, siostrzaną, miłość rodzinną, miłość do bliźniego, drugiego człowieka, miłość do wroga, miłość do miejsca czyli mieszkania lub domu, miłość do przedmiotów, miłość do boga, możemy długo jeszcze tak wymieniać.

Paweł przerwę Ci. O miłości, bliźniaczych płomieniach, o miłości bezwarunkowej i wolności w miłości powiemy w drugiej części wywiadu z Tobą. Potrzymamy czytelników trochę w niepewności i napięciu😊. A już dziś zapraszam na live z Tobą w najbliższą niedzielę, 12 września. Szczegóły na Facebook Agnieszka W Sioła Inkubator Twojego Sukcesu.