Lifestyle

Wiem, że nie będzie kolorowo. Ale to moje życie, mój wybór, mój luksus

Poli Ann
Poli Ann
16 października 2022
Fot. iStock/MStudioImages
 

Mam na imię Helena, skończyłam właśnie czterdzieści siedem lat i jestem w siódmym miesiącu ciąży. Pierwszej ciąży. I jest mi z tym dobrze. To była świadoma decyzja. Zaraz po studiach nie byłam gotowa na ślub i dziecko jak moje koleżanki. Moim celem życia nie było znalezienie męża.

Chciałam się rozwijać, uczyć, zdobywać świat. I to robiłam. Awansowałam, podróżowałam, zdobywałam wiedzę. I ani przez moment tego nie żałowałam.

Z mężczyznami różnie mi się układało. Niektórym odpowiadał fakt, że nie chcę ich zaciągnąć do ołtarza. Dwóch partnerów mi się oświadczyło chcąc mieć typowe rodzinne życie, którego ja wcale nie pragnęłam. Moim życiem był rozwój osobisty, nauka języków. Mieszkałam w różnych ciekawych miejscach,  poznałam wielu ludzi.  Poniosłam mnóstwo porażek i odniosłam trochę zwycięstw. Życie mnie nie oszczędzało. Niejednokrotnie wyłam w poduszkę, nie wiedząc co zrobić. Jednak wiem, że to wszystko było po coś. To mnie zahartowało i ukształtowało.

Stałam się niezależna finansowo. Dbam o siebie. Wiedziałam, że dojrzeję do macierzyństwa później niż inne kobiety. Chciałam czuć się bezpiecznie i związać się z miłości, kiedy będę na nią gotowa i będę chciała się jej oddać do utraty tchu.

Romana poznałam kilka lat temu. Pracowaliśmy przy wspólnym projekcie. Zaprzyjaźniliśmy się. Spodobał mi się od razu, ale nie chciałam go sobą osaczać. Po jakimś czasie okazało się, że on czuł to samo. Uczucie między nami wybuchło. Unosiliśmy się nad ziemią, ale jednocześnie mając doświadczenie, sparzeni przeszłością, wiedzieliśmy jak tego nie zepsuć. Romek jest rok starszy ode mnie. Jest po rozwodzie, nie ma dzieci. Życiowo jest ustawiony, nie pnie się po szczeblach kariery za wszelką cenę. Sporo osiągnął, ma swoje priorytety. Kieruje się w życiu podobną filozofią co i ja. Ślubu brać nie chcemy, ale planujemy wspólną długodystansową przyszłość. Decyzję o dziecku podjęliśmy wspólnie. Oboje jesteśmy zdrowi, przygotowaliśmy się do tej ciąży i, o dziwo, szybko w nią zaszliśmy. Znajomi pukają się w czoło, mają już odchowane dzieci, mówią, że pchamy się na starość w pieluchy, że będą nazywać babcią i dziadkiem. My się tylko śmiejemy i robimy zakłady, które z nas pierwsze to usłyszy.

Mamy swoje zdanie. Ja czuję się świetnie, wyglądam młodziej niż mówi mój pesel i jestem świadoma mojej decyzji. Nie będę żyła w rozkroku jak inne młode matki. Nie będę wybierała między pracą a byciem dla dziecka. Ja po prostu oddam mu się całkowicie bez wyrzutów sumienia i żalu, że coś mnie omija, że coś tracę, że nie jestem dość dobrą matką.

Wiem, że dziecku zapewnimy dobre życie. Będziemy uważnymi rodzicami, którzy nie kłócą się o to, kto teraz siedzi z dzieckiem w domu. Mamy niezłą sytuację finansową,  nie drżę o to, czy zapłacę rachunki. Ciężko pracowałam na taki komfort. Jestem tu, gdzie chcę być. Robię to, co pragnę i szczerze mówiąc każdej kobiecie życzę takiego spokoju w głowie, jaki ja mam teraz. I gdybym miała przeżyć swoje życie ponownie, niczego bym nie zmieniała. Czuję, że wszystko dzieje się wtedy, kiedy powinno.

Za dwa miesiące zostanę mamą dziewczynki. Czeka nas piękny rozdział w naszym życiu. Wiem, że nie będzie lukrowy, bo bycie rodzicem to praca na cały etat  bez możliwości wzięcia urlopu, dożywotnio. Nie boję się.  Wiem, że damy radę. Dojrzałe macierzyństwo nie jest karą ani zachcianką. Dla mnie jest uwieńczeniem wszystkiego, co do tej pory w życiu osiągnęłam. Mam dom, mam wspaniałego mężczyznę obok siebie, pozycję zawodową i kruszynkę we mnie, którą już kocham bezwarunkowo i której będę chciała pokazać jak być szczęśliwą. Nic więcej w życiu mi już nie potrzeba. Niczego już nie oczekuję. Cieszę się moim stanem świadomie, radośnie i bezgranicznie. Mam gdzieś, co myślą inni. Moje życie, mój wybór, mój luksus.

 

 

 


Lifestyle

„Głupio mi, ale siedząc na kanapie obok mojego Krzyśka, rozmyślam jaki smak mają usta Twojego męża”

Poli Ann
Poli Ann
14 listopada 2022
fot. Unsplash
 

Droga Przyjaciółko!

Zacznę od razu prosto z mostu. Nie mam odwagi powiedzieć Ci tego w cztery oczy. Pewnie list ten zniszczę, by prawda nie wyszła na jaw. Kocham Twojego męża. Z wzajemnością…

To historia niczym z brazylijskiej opery mydlanej. Gdyby ktoś mi powiedział, że tak się skończy pomoc sąsiedzka pewnie nigdy bym Tomka o wsparcie nie prosiła. Ot, złapana guma jeszcze na naszym osiedlu i dobry sąsiad przypadkiem obok. Tomek wymienił mi oponę i po kumpelsku napisał sms z pytaniem czy dojechałam. Ot nic wielkiego. Ja mu odpisałam. Miło się gawędziło. Po jakimś czasie zorientowaliśmy się że piszemy niemal codziennie i że Wam, Tobie i Krzyśkowi, o tym nie mówimy.

Zauważyłam, że Tomek jest spokojny, wyważony, że nie krzyczy na mnie tak jak mój mąż. Krzysiek zawsze był furiatem. Ma krótki lont, szybko się podpala i wybucha. To opanowanie Tomka mnie zauroczyło. I jeszcze poczucie humoru. Nigdy z nikim się tak nie śmiałam. Gdy spotykaliśmy się we czwórkę zaczęłam czuć się niekomfortowo. Przyłapywałam się na tym, że chcę świetnie wyglądać dla…Tomka. Pamiętam, gdy kiedyś wpadliście, a on przyniósł do kuchni brudne talerze i wyszeptał, że w tej sukience wyglądam zjawiskowo. To wtedy pierwszy raz dostrzegłam żar w jego oczach i że patrzy na mnie jak na kobietę. Boże jak ja chciałam go wtedy pocałować.

Głupio mi było za to strasznie, że siedząc na kanapie obok mojego Krzyśka rozmyślam jaki smak mają usta Twojego męża.

Wyrzuty sumienia miałam codziennie. I wobec Ciebie i wobec Krzysztofa. Jednak chęć napisania do Tomka zawsze była silniejsza. Kilka razy nawet ukróciliśmy ten proceder. A chwilkę potem Ty zaprosiłaś nas, potem Krzysiek Was. Mijaliśmy się z Tomkiem w drzwiach, nasze spojrzenia się krzyżowały i wiedzieliśmy, że gdyby Was nie było to rzucilibyśmy się na siebie.

Okazji do tego nie szukaliśmy…Tylko, że ja wtedy się tak strasznie przeziębiłam, Ty byłaś u mamy, a Krzysztof na wyjeździe służbowym. Tomek przywiózł mi leki i ugotował rosół. Był miły, opiekuńczy i tak inny od mojego męża. To mnie ujęło. Nie planowaliśmy tego, co stało się dalej. Wstyd mi bardzo, a jednocześnie czuję taką tęsknotę za jego ciałem…

Miał klucze do mojego mieszkania  tak w razie czego, i gdy przyszedł znów sprawdzić jak się czuję, zastał mnie akurat po kąpieli, w mokrych włosach i szlafroku. – Jakaś ty piękna – wyszeptał i nie było odwrotu. To popołudnie i wieczór były nasze. Potem długo rozmawialiśmy. Uznaliśmy, że albo to kończymy albo bierzemy rozwody. Inaczej nie da się żyć. Mieliśmy przez noc wszystko przemyśleć i rano wysłać sobie odpowiedź. Nie spałam wtedy, kalkulowałam. Rankiem Tomek napisał, że się zakochał i że weźmie z Tobą rozwód. Ja też podjęłam decyzję o rozstaniu. Boże jaka byłam szczęśliwa i jak bardzo bałam się Waszej reakcji. Niestety to szczęście nie trwało długo. Następnego dnia najpierw Tomek, potem Ty podzieliliście się nowiną. Byłaś w dziesiątym tygodniu ciąży. Ziemia się pode mną rozstąpiła. Chciałam cieszyć się Twoim, Waszym szczęściem, a nie potrafiłam. Byłam zła na wszystkich. Tomek

przepraszał, kajał się, a ja wyłam po nocach. Nadal byłam podziębiona. Nie musiałam się z Wami spotykać. Czułam ulgę, a z drugiej strony tęsknotę za Tobą.

Dziś minęły dwa tygodnie od tamtego czasu. Zobaczymy się za chwilę. Nie wiem jak Ci spojrzę w oczy. Nie wiem czy będę potrafiła ukryć moje uczucia do Tomka. Czuję się jak w pułapce. Nie masz rodzeństwa o to ja obiecałam Ci kiedyś pomóc jeśli zostałabyś mamą. Czy będę umiała? Czy wybaczę sobie, że  Cię zdradziłam? Że pokochałam Twojego męża? Że byłam niewierną żoną? Nie wiem. I boję się tego cholernie.

Czy czuję się teraz lepiej, gdy wylałam to wszystko na papier? Nie. Czuję się okropnie. Tomek mi pisze, że też się boi, że chce być ojcem  i że nie może Ciebie teraz zostawić. Ja to rozumiem. Wspieram go w tym. Tak powinien zachować się odpowiedzialny mężczyzna. Ja jeszcze nie wiem co zrobię. Miotam się, waham.

Chciałabym zniknąć, przeprowadzić się, by więcej nie widzieć Was szczęśliwych, by móc się odkochać, by na chłodno podjąć dalsze decyzje. Póki co to nie możliwe, muszę ochłonąć, choć dla mnie to niemal awykonalne i zagrać w odwiedzinach u Ciebie moją najtrudniejszą rolę życia – rolę wspaniałej przyjaciółki…


Lifestyle

Bycie z Marcinem to opcja na przeczekanie. Port w którym dziś jej dobrze, ale jakoś tak…nudno

Poli Ann
Poli Ann
13 października 2022
zostać czy odejść
fot. Artem Peretiatko/iStock

Luiza właśnie skończyła palić papierosa. Tyle razy obiecywała sobie, że rzuci to cholerstwo, jednak ilość stresu w pracy i domu ją przerasta tak, że musi zapalić, by się uspokoić. Jako studentka nie paliła,  zawsze była zagorzałym przeciwnikiem papierosów. Nawet Leon rzucił dla niej nałóg. Wiedziała, że nie znosi tego zapachu, więc się zawziął. Papierosy poszły w niepamięć, by ona mogła być w jego ramionach. I była, wtulona, schowana, szczęśliwa. Czuła, że znalazła swoją drugą połówkę. 

Były studia, praca i życie zaplanowane naprzód. Może wyjazd za granicę, kupno mieszkania lub domu gdzieś pod miastem. Dzieci, zwykłe ale
szczęśliwe życie. Wzięli ślub, z miłości przekonani, że będą ze sobą aż po grób. Dzięki spadkowi kupili dom z dużym ogrodem, w którym po pracy ładowali baterie. Mieli tu swoje małe eldorado. Pracowali, kłócili i kochali, wspierali. Oboje czuli, że mieli dużo szczęścia trafiając na siebie. Im się udało podczas gdy znajomi co i rusz zmieniali partnerów lub brali rozwody. Po jakimś czasie upragniona ciąża, bliźniacza, żeby mogli zasmakować szczęścia do kwadratu. Dom z ogrodem okazał się być strzałem w dziesiątkę, choć przyjaciele próbowali ich namówić na spory apartament w mieście. Luiza i Leon wiedzieli swoje.

Tu było ich miejsce, dziewczynki rosły w zdrowym środowisku z dala od zgiełku i spalin. Tu czas płynął wolniej. Leon pracował w domu, pomagał Luizie. Szło im naprawdę nieźle. Czasem musiał jechać do biura zawieźć jakieś dokumenty. Nie lubił tego, wolał być ze swoimi dziewczynami w domu. Tej środy też nie miał ochoty ruszać się do miasta, ale wspólnik naciskał, a dla dziewczynek zabrakło pieluch, więc musiał wsiąść za kółko. Ucałował swoje dziewczyny i ociągając się pojechał załatwiać sprawunki. Luiza zajęła się córkami, dzień biegł jak co dzień, gdy nagle zadzwonił telefon. Była pewna, że Leon zapomniał rozmiaru pieluszek dla dziewczynek, odebrała więc ze śmiechem. Po chwili upuściła telefon, gdy w słuchawce usłyszała męski głos informujący ją o poważnym wypadku. Słowa policjanta dudniły jej w głowie.

Czołowe zderzenie. Mąż ofiarą pijanego kierowcy pędzącego sto na godzinę.
Ostry zakręt.
Ograniczenie prędkości.
Nie miał szans.

Luiza nie pamięta, jak szybko przyjechała jej mama, kto się zajął dziećmi, jak zorganizowano pogrzeb. Była na silnych lekach. Dobrze, że córeczki piły już z butelki i miały rozszerzaną dietę. Ona sama jakby zapadła się w nicość. Wiedziała, że dzieci mają opiekę i że będzie
musiała zacząć żyć bez Leona, jednak odrętwiała z bólu i tęsknoty nie była w stanie. Funkcjonowała niczym robot. Nie czuła nic. Dziewczynki trzymały ją przy życiu. Dla nich wstawała, uśmiechała się na siłę, ubierała i czesała. Gdy rodzice lub teściowie zabierali wnuczki ma weekend, ona leżała w łóżku gapiąc się tępo w sufit. Wypłakała wszystkie łzy.

Miała wrażenie, że umarła wraz z Leonem. Samej było jej ciężko w domu. Leon zajmował się tyloma rzeczami, o których ona nie miała pojęcia. Za namową bliskich sprzedała ukochane miejsce mając nadzieję, że cierpieć będzie mniej. Zamieszkała w bloku jak radzili przyjaciele, znalazła nową pracę, żyła nowym życiem, uśmiechając się tylko na widok dziewczynek. Na wszystko inne szczelnie się zamknęła. Unikała ludzi, w pracy nie nawiązywała nowych znajomości. Tęsknota za mężem nie pozwalała jej normalnie funkcjonować.

Nie wiedziała, że sąsiad z drugiego piętra ją obserwuje. Podobała mu się, rozpytywał o nią delikatnie. Dowiedział się o tragedii, nie był więc nachalny. Chciał się nawet wycofać z umizgów widząc jej puste oczy, jednak gdy razem na dwie godziny utknęli w windzie i zaczęli rozmawiać, uznał że będzie chciał się do niej zbliżyć. Luiza była jednak bardzo powściągliwa i niedostępna. Nie chciała się z nikim wiązać. Dużo czasu minęło zanim się otworzyła i mu zaufała. Traktowała Marcina jak przyjaciela, ale nie jak kochanka. Przy nim czuła się bezpiecznie, był zawsze obok gdy go potrzebowała. Wspierał ją, otulał spokojem. Przy nim zaczęła się uśmiechać. Dziewczynki i jej bliscy to zauważyli. Dopytywali o nową miłość, zachęcali by nie bała się związku z mężczyzną, który tak wspaniale ją traktował. Luiza uległa
więc namowom i przyznawała wszystkim rację. Rozum mówił jej, że Marcin to świetny materiał na partnera. Serce jednak nie drżało na jego widok. Biło nieco szybciej, kąciki ust unosiły się ku górze, ale to nie było to.

Luiza wie doskonale, co czuje, gdy obok jest ten, za którym szaleje. Potrafi odróżnić zauroczenie od zakochania. Na razie jednak cieszy się tym, co ma. Spokojem,  poczuciem bezpieczeństwa, wspólnym czasem i pewnością, że Marcin jej nie skrzywdzi. Tyle ostatnio przeżyła, życie jej się zawaliło, zaczęła palić. Marcin próbuje wyciągnąć ją z nałogu, ale póki co ponosi tu sromotną klęskę. W innych aspektach ich życia radzi sobie o wiele lepiej. Stara się, walczy, jest.

Luzia jednak wie, że niedługo będzie gotowa na wielką miłość aż po same paznokcie, że będzie chciała komuś oddać wszystko – ciało i duszę jak niegdyś Leonowi. Że pokocha, a nie polubi. Bo bycie z Marcinem to opcja na przeczekanie. To bezpieczna przystań, gdy nadejdą burze i sztormy. To port, gdzie ładuje baterie, na nowo przypomina sobie o swoich potrzebach. Port w którym dziś jej dobrze, ale jakoś tak…nudno. Z tego ich wspólnego portu będzie chciała wypłynąć w długą podróż pełną fal, uniesień, pięknych wschodów i zachodów słońca, którą spędzi w silnych męskich ramionach, ale już wie, że nie będą to ramiona Marcina.

Miłość romantyczna, czy miłość z przywiązania. Sprawdź, której naprawdę potrzebujesz