Lifestyle

„Widzieli śmierć czyhającą na każdym kroku. Radość mieszaną z desperacją. W powstaniu zostawili cząstkę siebie”. Dziewczyna z warkoczami

Poli Ann
Poli Ann
19 sierpnia 2019
Fot. iStock / Konoplytska
 

Krystyna ma długie włosy. Plecie je w dwa warkocze. Sięgają jej do pasa. Wygląda w nich bardzo dziewczęco. Dziecinnie wręcz. Wolałaby poważniej, ale idzie do przedostatniej klasy dopiero. Matura za rok. Potem studia na tajnych kompletach. Jest świetna z biologii. Pan Profesor mówi, że ma szansę dostać się na medycynę. Poleci ją najlepszym wykładowcom, którzy uczą tylko tych najlepszych. Ale to dopiero za dwa lata. Po maturze, którą musi zdać.

Krysia jeszcze nie wie, że prawdziwy egzamin dojrzałości przyjdzie jej zdawać za kilka godzin.

Dzień jest upalny. Całe podziemie w stanie najwyższej gotowości. Powstanie planowane od dawna. Krysia jest taka dumna, że brat wprowadził ją w końcu do konspiracji. Przydzielono jej ważne zadanie. Będzie sanitariuszką. To dobra praktyka przed maturą i studiami. Da radę. Przecież są świetnie przygotowani. Wygrają. Raz dwa przepędzą Niemców, odzyskają Warszawę, a potem cały kraj. I ta wojna się skończy. Są młodzi i silni. Mają broń, młodzież szkolą najlepsi dowódcy. Każdy chce do powstania. Nawet tata, wujek, kuzyni i co niektórzy sąsiedzi. Ci wtajemniczeni, którzy dostąpili zaszczytu wejścia w podziemie.

Dziś jest taki piękny dzień. Żar leje się z nieba. Mieszkańcy łapią słoneczne chwile. Wystawiają twarz do słońca. Gdzieś słychać czyjś śmiech. Gdy się zamknie oczy, nie myśli o jedzeniu to może i nawet przez moment uda się zapomnieć o koszmarze okupacji. Tylko podziemie nie jest spokojne. Zdenerwowane też nie. W powietrzu unosi się ekscytacja, radość i chęć walki. Każdy z nich oddycha lekko, jest zmobilizowany do walki z wrogiem o wolność. Są już gotowi. Przywódcy potwierdzają położenie niewidzialnymi łącznikami. Te warszawskie dzieciaki są takie szybkie i rezolutne. Niezbędne i niezastąpione.
Krysia patrzy na zegarek. Niedługo wybije godzina „W”. Tata już wyszedł. Mamie nic nie powiedział. Ucałował ją w polik jak zwykle i przytulił troszkę dłużej. Może wiedział, że do domu już nie wróci. Tadek zniknął godzinę po nim. Powiedział, że umówił sie z Hanią na spacer. Mama kazała mu nałożyć tę białą koszulę na długi rękaw, kamizelkę i marynarkę. Bo do dziewczyny elegancko trzeba iść. Tadek pieklił się okrutnie, ale matki posłuchał. Nie wiedział jeszcze, że za kilka godzin leżąc gdzieś ranny na ulicy będzie jej dziękował w myślach za takie, a nie inne odzienie. Dzięki marynarce będzie mu cieplej, a koszulę odda szybko Krysi na opaski uciskowe dla rannych, bo brakować będzie wszystkiego, a krew będzie się lała strumieniami. Mama jest jedyną w domu, która nic nie wie o powstaniu. Po co ją martwić? Jest taka nerwowa. Na pewno by ich odwodziła od tego pomysłu. Nie dlatego, że nie była patriotką. Bo była i owszem, ale za nic na świecie nikogo ze swoich najbliższych stracić nie chciała. Zbyt dobrze pamiętała, choć była dzieckiem, co się działo w osiemnastym roku.

Krysia wyszła po trzeciej. Oficjalnie na spotkanie z Zosią. W sumie nawet była to prawda. Zośka szła do powstania razem z nią. Też jako sanitariuszka. Miały iść niby nad Wisłę i tu znów czujne oko mamy kazało córce zmieniać buty. Bo Krysia chciała w sandałkach. Było przecież tak gorąco. Ale mama zarządziła te skórzane trzewiki. Wygodne i na kamienie lepsze. Krysia jak i brat też będzie jej wdzięczna za tę troskę, choć w pierwszej chwili złość ją ogarnęła. Ale że spieszyła się na zbiórkę to kłócić się nie chciała i szybko zdjęła sandałki.

Potem wszystko poleciało jak burza. O piątej zaczęło się piekło, którego nikt się nie spodziewał. Tadek, tegoroczny maturzysta strzelał ze łzami w oczach do niemieckich żołnierzy. Niektórzy byli niewiele starsi od niego. Inni w wieku ojca. Nie było czasu na wyrzuty sumienia. Chwila zawahania kosztowała życie. Jerzyk, chłopak z którym się wychowywał na jednym podwórku, zbyt wolno zmieniał amunicję i nie zdążył. Kula trafiła w szyję. Tadek zobaczył strach w oczach przyjaciela. Widział to tego dnia i w kolejnych jeszcze wiele razy. Każda kula, każdy granat, który nie trafił w niego, mógł być mu przeznaczony. Miał po prostu szczęście. I sprawność. Zawsze był szybki i zwinny. Trochę za chudy. Tylko dzięki temu przeżył, bo był lekki i miał kondycję. Trafiony w ramię mógł iść, a że ważył niewiele to nietrudno było go prowadzić w kanałach, gdy opadał z sił. Strzelał wiele razy. To już nie była zabawa. Albo i była, tylko że na śmierć i życie. Raz, dwa, trzy. Przeżyjesz ty.

Krysia dzięki butom była w stanie pomagać rannym dostać się do punktu sanitarnego. Przeszła wcześniej szkolenie, nie miała czasu na strach. Ręce były pełne roboty. Mnóstwo rannych, krwi, bolu, brudu, zapachu popalonych ciał. Zapomniała o głodzie i pragnieniu. Adrenalina tańczyła w żyłach. Kryśka ocierała pot z czoła, odrzucała warkocze na plecy i pomagała jak umiała. Dziewczyny w sandałkach miały poranione stopy, krew z nich ciekła ciurkiem. Cienkie sukienki całe brudne i poplamione nie przypominały dawnych siebie. Gdyby matki zobaczyły własne córki, płakałyby z przerażenia. Tak jak i same dziewczyny widząc koszmar powstania. Krysia pierwszy raz łkała do utraty tchu, gdy w ramionach trzymała Zośkę. Swoją Zośkę, z którą razem miała iść na studia, planowała przyszłość po wojnie, gdy obie znajdą sobie mężów, porodzą dzieci i będą dla siebie jak siostry. Pierwszy sierpnia 44 położył kres tej przyjaźni. Zosia umierała ciężko ranna w ramionach najlepszej przyjaciółki i prosiła, by ta walczyła dalej. Krysia poszła za kotarę, popłakała się. Wnętrze całe ją paliło. A gdy rannych przybywało poszła do przyjaciółki, nakryła ją i nadal całą noc opatrywała tych, którzy zdrowie poświęcili ojczyźnie. Płakała widząc małe dzieci. Dziesięcioletnich łączników, jedenastoletnie sanitariuszki. Poranione drobne ciałka, ale zacięte spojrzenia, bo przecież walczyć trzeba do ostatniej krwi.

Krysię w kanałach uratowały buty. Solidne, skórzane, choć mokre chroniły stopy. Może dzięki temu wycieńczona była nadal w stanie iść. Brat też. Prowadzony przez Andrzeja, kompana od walki. Ich matka miała szczęście. Rodzeństwo przeżyło. Ramię Tadka goiło się kilka tygodni, ale było to niczym w porównaniu z ranami serca, jakie ponieśli powstańcy. W jedną noc i potem każdego kolejnego dnia zdawali najtrudniejszy egzamin w życiu. Poświęcili marzenia, pożegnali przyjaciół i pierwsze miłości, które ginęły obok, bo zabrakło im szczęścia. Poczuli co to zwierzęcy strach i głód. Widzieli śmierć czyhającą na każdym kroku. Radość mieszaną z desperacją. W powstaniu zostawili cząstkę siebie. Choć przegrani, to z dumą i honorem patrzyli w swoje odbicia w lustrze, wierząc, że ich ofiara nie została poniesiona na marne.

Lifestyle

List do chorej matki

Poli Ann
Poli Ann
6 września 2019
Fot. iStock
 

Droga Mamo!

Piszę, bo już nie mogę. Nie daję rady być Twoją córką, opiekunką, pielęgniarką, sprzątaczką, kucharką, praczką i kierowcą. Może jestem wyrodna? A może tak niesamowicie Tobą zmęczona, że brak mi sił?

Wiem doskonale, że mnie urodziłaś, że robiłaś wszystko by niczego nam nie zabrakło. Byłaś troskliwa, cierpliwa i taka kochana. Tyle mi pomogłaś, gdy urodziłam bliźniaki i gdy brałam ten straszliwy rozwód. Jestem Ci za tamte dni tak bardzo wdzięczna. Dziś, kiedy nie przypominasz już samej siebie, jesteś malutka, pomarszczona, tak bardzo krucha zastanawiam się czy bardziej Cię kocham czy nienawidzę.

Dałaś mi życie, wszystkiego nauczyłaś, dla mojego dobra ponosiłaś mniejsze lub większe ofiary. Bosko gotowałaś, wspaniale szyłaś, opowiadałaś piękne bajki i zawsze umiałaś odgonić smuteczki.

Dziś Cię nie poznaję. Zamiast Ciebie jakaś starsza już kobieta, z oczami bez wyrazu, zaciętymi ustami i kościstymi dłońmi, która snuje się po nocach po mieszkaniu. Ja wiem, że to choroba, że starość i demencja. I frustracja Twoja na dodatek, kiedy odzyskujesz jasność umysłu i widzisz jak wielu rzeczy już nie możesz. Tak nagle stałaś mi się obca. Już nie rozmawiamy, nie chodzimy na spacery, nie pieczemy szarlotki wg przepisu Babci Mani. Słyszę tylko Twój płacz, ten rozumiem, bo widzę jak bolą Cię wszystkie stawy. Najgorszy jest Twój krzyk i marudzenie, stękanie, wieczne niezadowolenie.

Dziś nie podobał Ci się obrus i musiałam go zmienić, by za kwadrans wrócić do poprzedniej wersji. I tak trzy razy.

Wczoraj z obrzydzeniem wyplułaś kotleta, który zawsze Ci smakował.

Żurku, który gotuję wg Twojego przepisu też nie chciałaś zjeść, co zakomunikowałaś zrzuceniem talerza ze stołu. Nieważne, że właśnie umyłam podłogę.

Co pięć minut musiałam w nocy poprawiać Ci poduszkę, bo nie mogłaś zasnąć. Gdy próbowałam Cię delikatnie przełożyć na drugi bok, naplułaś na mnie I zwyzywałaś od najgorszych.

Tak jak ostatnio w sklepie, gdy jeszcze miałaś siłę tam dojść. Nie pozwoliłam kupić Ci ciastek, bo wiem, że zjadłabyś od razu wszystkie, a potem cierpiałabyś na silne bóle brzucha i skoki cukru. Znów dostałabyś biegunki i mogłabyś nie zdążyć do toalety, brudząc pościel, bieliznę i wszystko dookoła. I wtedy właśnie jak obrażone dziecko oskarżyłaś mnie o kradzież pieniędzy. Dobrze, że pani Helenka prowadzi ten sklep od lat i wiedziała doskonale, że to jeden z tych trudnych Twoich dni.

Branie leków to kolejny nasz wspólny codzienny koszmar. Plujesz, gryziesz, zaciskasz zęby, a leki brać musisz. W jedzeniu nie zawsze da się je przemycić. Nieważne czy to płyn czy pastylki. Odmawiasz przyjęcia ich w jakiejkolwiek formie. Pielęgniarka z przychodni nie daje już rady zrobić Ci zastrzyku. Wtedy, choć słaba i chuda, dostajesz nadludzkiej siły i bronisz się zaciekle. Nie mam pojęcia skąd ta moc.

Czasem chciałabym, by dała Ci coś na sen, byś spała dwie doby i mi dała się wyspać. Tak bardzo brakuje mi snu. Odczuwam to dotkliwiej niż kilkanaście lat temu, gdy bliźniaki były niemowlętami. Jestem permanentnie niewyspana.

Każdej nocy budzisz mnie jękiem. Czasem uda mi się Ciebie przytulić i uspokoić. Z reguły jednak charczysz, każesz podawać sobie jakieś rzeczy, a gdy na wpół żywa je przyniosę, zdążysz zapomnieć o co prosiłaś. Chcesz oglądać telewizor, najchętniej na cały regulator. Albo wstawiasz pranie i on nim zapominasz. Lub chodzisz po mieszkaniu w lewo i prawo, gadając do siebie głośno, przestawiając naczynia lub krzesła. Muszę wtedy być obok, bo ranisz się talerzami, które lecą Ci z rąk. Kilka razy byś się przewróciła. Jesteś dzieckiem w ciele staruszki, tyle że wcale się nie uśmiechasz i nie przytulasz.

Awanturujesz się niemiłosiernie. Nie wiem ile razy nazwałaś mnie głupią, wredną małpą, suką, krową, czarownicą, wiedźmą, potworem, mordercą czy idiotką. Taką litanię słyszę codziennie i nadal każde takie słowo tnie moje serce na pół. Nie wiem skąd w Tobie, kiedyś damie w każdym calu, tyle wulgarności. Przecież Ty nigdy przeklinałaś, byłaś oazą spokoju i dobra.

Kocham Cię ponad życie, a czasem tak bardzo nienawidzę i biję się w pierś za takie uczucia. Bo przecież wiem, że to nie Twoja wina, że to starość i choroba zabrały mi Ciebie – ciepłą, serdeczną mamę, babkę z poczuciem humoru, z którą mogłam konie kraść. Dziś widzę obcą staruszkę i modlę się, by mieć siłę każdego dnia, by dać Ci dobrą opiekę, dużo miłości i cierpliwości. By pielęgnować Cię do końca Twoich dni tak, by móc potem sobie i swoim dzieciom spojrzeć w twarz.


Lifestyle

Portret Prawie Romansu

Poli Ann
Poli Ann
16 sierpnia 2019
Fot. iStock

Tak łatwo jest zacząć romans. Dorota spojrzała na telefon i uśmiechnęła się. Rozbawił ją. On, nie telefon. Kilka lat młodszy, z niedbałym zarostem i dużą pewnością siebie. Żonaty od roku. Szczęśliwie.

Poznała go na imprezie. Znany klub i one. Kilka przyjaciółek, spośród których jedna wychodzi za mąż. Wszystkie prócz Moniki – panny młodej i Beaty są mężatkami. Beata rozwiodła się niedawno i w sumie ma ochotę na dobrą zabawę. Z naciskiem na „dobrą”. Reszta dziewczyn chce tylko potańczyć do upadłego i pośmiać się do rozpuku.

Na parkiecie podchodzi do nich grupka młodych mężczyzn. Z kawalerskiego. Chcą się dołączyć i po prostu potańczyć, a że większość dziewczyn zaobrączkowana, oni zresztą też, to będzie miło i grzecznie. I tak faktycznie jest. Dziewczyny nawet drinki kupują same sobie. Nie chcą kusić losu. Chłopaki są uśmiechnięci i ręce trzymają przy sobie. Impreza idealna.

Z Dorotą tańczy on. Mateusz. Świetnie prowadzi. W jej typie. Dżinsy, trampki i koszula, którą nosi tak nonszalancko. Koloru jego oczu nie pamięta. Nie patrzy w nie.

Na parkiecie rozumieją się bez słów. W ich tańcu nie ma krzty erotyzmu. Bawią się na stopie kumpelskiej i może dlatego jest tak dobrze. Przy stoliku też doskonale się rozumieją. Tym razem używając słów, a nie dopasowując kroki. Nie mogą się nagadać. Opowiadają sobie życie w dużym skrócie. Nikt niczego nie ukrywa. Obrączki lśnią na ich palcach, które spotykają się tylko w tańcu.

W sumie to trudno powiedzieć, co sprawia im większą radość. Wspólne pląsy czy rozmowa. Bawią się wyśmienicie. Cała ekipa. Nikt nie pije za dużo, nikt nikogo nie podrywa, tylko Dorocie z tym Mateuszem jakoś tak fajnie się gada.

Klub opuszczają wszyscy nad ranem. Grzeczne pożegnania, podanie ręki, co najwyżej przyjacielski cmok w policzek.

Dorota chce jeszcze sobie zrobić selfie z dziewczynami wieńczące tę noc. Mateusz proponuje pomoc i robi coś, czego nikt się nie spodziewa. Zanim wykona zdjęcie sam dzwoni do siebie z telefonu Doroty. Ona nie zdąży mu wyrwać komórki. Czemu to robi? Potem napisze, że nie wie. To był impuls. Chciał mieć jej numer po prostu. Wiedział, że by mu go nie dała. To nie ten typ kobiety. Dorota nie wie, czy jest bardziej zaskoczona czy oburzona. Żegna go z uśmiechem przekonana, że Mateusz zrobił sobie żart.

Nie zrobił. Napisał nazajutrz. Po przyjacielsku pytając, jak jej stopy po tylu godzinach szaleństw na parkiecie. Odpisała też zadając pytanie. I tak SMS za SMS-em. Piszą często, ale nie codziennie. Niezobowiązująco, nie mówiąc o tym swoim drugim połówkom. Niby nic złego się nie dzieje. Nie flirtują nawet. To po prostu luźne rozmowy. Żarty, że następnym razem rozniosą parkiet.

Pewnego dnia on pyta w końcu o to, o co każde z nich powinno. Czy nie skasują swoich numerów, bo to chyba się rozkręca. Dorota bez wahania przyznaje mu rację. Wyprzedził ją tym pytaniem. Myślała o tym wiele razy, tylko nie mogła znaleźć powodu. No bo dlaczego? Bo rozmawiają o pracy, pogodzie i czasie wolnym? Nie chciała chyba widzieć, że ten kontakt może faktycznie się rozkręcić.

Życzyli sobie miłego życia. I powiedzieli do zobaczenia przypadkiem.

Czy Dorocie żal? Chyba nie. Odczuła ulgę. Bała się podświadomie chyba, że wejdzie w tę relację za bardzo. Z drugiej strony nic złego przecież nie robiła. Tak się jej przynajmniej zdawało.

Usunęła numer od razu. Obiecała. Nie wiedziała jak Mateusz się nazywa, gdzie dokładnie pracuje i mieszka. Nie szukała go. Nie wiedzieć czemu po kilku tygodniach dostała SMS od kogoś nieznanego, oficjalnie informujący, że oto zmieniłem numer i jestem dostępny pod… Tu padło imię i nazwisko. Sprawdziła na fejsie. To był on. Nie skasował numeru. Może zapomniał, może nie chciał. Kilka dni biła się z myślami, czy do niego napisać.

Nie napisała. Bała się, że może ją wyśmieje. A może, że to wszystko wróci ze zdwojoną siłą. Do dziś się zastanawia, czemu nie dotrzymał słowa i wie, że gdyby napisała to może coś by wybuchło. Coś może niewinnego, a może nieprzewidywalnego. To takie przecież proste. Kilka SMS-ów, jakieś rozmowy, gdy nikt nie słyszy. Nie musieliby się spotykać. Romans mógłby rozkwitać i bez tego. Nieważne, że obrączki lśnią na palcu i że ich związki wcale nie chylą się ku upadkowi. Wystarczyło nie kasować numeru albo przekonać go, że jego usuwanie nie ma sensu, bo przecież tylko niewinnie piszą i rozmawiają.

Dorota tego nie zrobiła. Mateusz nie pisze. Może faktycznie zapomniał. Może czekał na jej inicjatywę. Nie wiadomo. Nie widują się. Najwyraźniej nie są sobie pisani. I dobrze. Żyją swoim prawdziwym życiem.

Dorocie nasuwa się jednak pytanie, co by było gdyby? Pytanie, ile osób na ich miejscu zachowałoby się tak samo? Ile faktycznie usunęłoby numer i miało odwagę powiedzieć stop? A ile weszłoby w niewinny z pozoru układ, bo przecież to tylko SMS…?