Lifestyle Psychologia

„W końcu oszaleję, ucieknę, zabiję kogoś”.  Wyznanie kobiety doskonałej

Listy do redakcji
Listy do redakcji
18 lutego 2016
Fot. iStock / fcscafeine
 

Dzień Dobry,

Mam na imię Doskonała. To znaczy, oczywiście, w moich oczach doskonała nie jestem, przecież zawsze mogłabym być jeszcze lepsza. Chodakowska obiecuje szczęście dzięki perfekcyjnemu ciału, Rozenek dzięki wykrochmalonej pościeli i czystej chacie, Pawlikowska obiecuje, że moje życie będzie lepsze jak uwierzę w siebie i pokocham swoją duszę.

„Sięgnij po więcej” czytam. I zaraz się udławię. Bo przecież my, kobiety, wciąż sięgamy po więcej, więcej i więcej. Przez tę pogoń za szczęściem, można być coraz bardziej nieszczęśliwym, bo gdzie jest koniec tego więcej. Tu? Tam? Wyżej? To zależy ode mnie? Hahahaha, dobre sobie. Już sobie wyobrażam, że kładę nogi na stole i mówię dzieciom, mężowi, rodzicom, szefowi, przyjaciółkom: „Hej, od dzisiaj mam to gdzieś. Jestem nieidealna”.

Jak mam zmienić swoje życie skoro przyzwyczaiłam siebie i innych do tego, że jestem na każde zawołanie, każde drganie, każdą minę.

Wstałam dziś o czwartej…

Przepraszam, codziennie wstaję o czwartej. Ćwiczę jogę. Joga przynosi spokój, prawda? Potem piekłam ciasteczka owsiane na wycieczkę klasową córki, i robiłam obiad– wersja „trzy opcje”. Opcja dla męża – który lubi mięso, opcja dla dziecka numer 1., które jest uczulone na gluten i opcja dla dziecka numer 2, który nie jest uczulone na gluten, ale nie lubi mięsa. I w ogóle jest niejadkiem. „Nie gotuj” rzuca przyjaciółka. Hmm, nie gotuj? Jak nie ugotuję, oni nie zjedzą. Przepraszam, przynajmniej dziecko numer 1. i numer 2. muszą jeść. Poczucie odpowiedzialności nie pozwala mi nie gotować.

Zrobiłam jeszcze pranie, wywiesiłam pranie, górę rzeczy uprasowałam, sprzątnęłam łazienkę, wyszorowałam kuchenkę i piecyk. Nie, nie uważam, że przyniesie mi to szczęście– ale przynosi względny spokój. No i w głowie wrzeszczą demony. „Tylko fleje nie sprzątają”, „Co to za kobieta, która nie ma czysto”, „Twoje mieszkanie mówi o tobie”.

Przepraszam, to nie demony tylko matka i babka. W sumie na to samo wychodzi. Głosy wrzeszczą głośno tak się drą aż nie wysprzątam tej chaty. Bo tylko wtedy nie czuję wyrzutów sumienia, że jestem leniwa i gnuśna. „Gnuśność to najgorsza cecha” mawiała moja babcia, co niegnuśnie na kilka dni przed śmiercią wyszorowała wszystkie okna w mieszkaniu.

Więc może my kobiety, choć pozornie wyzwolone, wciąż jesteśmy niewolnicami filozofii naszych matek i babć?

O siódmej poszłam budzić dzieci i męża…

Podałam kawę, śniadanie. Wzięłam jedno, wzięłam drugie, w korkach do szkoły i przedszkola. Dlaczego mąż nie odwozi? Bo o 9. zaczyna pilne zebranie, i tak jest co dzień. „Ja ma pracę, kochanie”. Gówno, bo ja nie mam. Zamiast więc powiedzieć to głośno: że gówno i też mam. To ja przyklejam do gęby uśmiech żony ze Stepford. I że oczywiście, że zrobię.

Dlaczegóż to? Dlaczegóż? „Bądź miła, bądź miła, bo tylko takie kobiety są fajne” wrzeszczą w głowie znów demony. Przepraszam, nie demony. Pani w szkole mówiła, że dziewczynki powinny być miłe. I tata to mówił. I przyjaciółka, której udaje się wszystko: bądź miła, a rób swoje.

Swoje zrobię później…

Swoje czyli pracę. Chciałabym raz to olać. Nie być przygotowana do zebrania, spóźnić się, nawalić. Chciałabym naprawdę. Ale jak już mówiłam mieszkają ze mną demony. Do pracy też chodzą. Więc drą się jak opętane: „Odpowiedzialność to sumienność”, „Kto jak nie ty”, „Chcesz osiągnąć sukces bądź zawodową żyletą”. Do tego jestem przecież panią miłą. Więc robię swoje, po drodze jeszcze czyjeś, bo koleżanka dzielnie mówi, że czegoś nie i niech zatrudnią kogoś nowego, a nie wtryniają nam cudze obowiązki. Rację ma? Ma. Ale ja grzecznie spełniam żądania szefa, bo przecież chcę awansować, chcę być dobrym pracownikiem i najbardziej na świecie boję się kogoś zawodzić.

Jak już się wytarabanię z pracy, pojadę po dzieci, ogarnę dom, pobawię się w dom, sklep, zagram w Monopol i Minecrafta marzę o tym, by nalać sobie wina i obejrzeć film. Wino?! Książka?! A mąż wrócił z pracy, a chce porozmawiać – jestem też na etacie doradcy zawodowego i prywatnego coacha. Jestem kurą domową, pracownikiem, skarbnikiem w trójkach klasowych, terapeutką przyjaciółek, kucharką. Jeszcze wciąż córką jestem, siostrzenicą. A o 22. 00 zamiast pić wino ćwiczę skalpel albo sekret z Ewą Chodakowską, choć mówię, że to oleję i nie mam siły. Ale demony wrzeszczą: „obrośniesz tłuszczem”, „mąż zacznie cię zdradzać”, „nadwaga to słabość”. Nie, my nie możemy być grube, bo to jest nieatrakcyjne i wstrętne.

Moje ciało jest moją siłą, a mogłoby być słabością

Mogłoby mnie obnażyć. A przecież wtedy nikt by nie stanął w mojej obronie, bo czy ktoś staje w obronie celebrytek, kobiet w polityce, gdy jakiś gość obraża je, wyzywa od tłuściochów i brzydot. Nikt, nawet feministki. Wszystkie musimy wyglądać jak spod skalpela, bo inaczej nas zjedzą. Inne kobiety też. A ja nie chcę być zjedzona. Jestem przecież doskonała.

Hahahaha, raczej uwikłana. Przypominam sobie słowa filozofa prof. Jacka Hołówki. 80 proc. zajęć, którym się oddajemy, nie wymaga od nas bycia perfekcyjnymi: ani sprzątanie ani gotowanie ani oddawanie ubrań do pralni.

Może więc ucieknę? Ale musiałabym uciec z siebie i przed sobą, bo to ja sama robię sobie to gówno. Więc ludzie kochani, są tacy, którzy powinni nad sobą pracować, żeby być w czymś lepsi i inni, którzy powinni zrozumieć, że czasem mogą być gorsi, zwyczajni, a świat się nie zawali. Podobno się nie zawala. Słyszałam.

Doskonałość to zaakceptowanie własnej niedoskonałości– usłyszałam niedawno. Więc może zamiast podpisywać się Doskonała powinnam podpisać się Porąbana. Bo tym jest właśnie perfekcjonizm– porąbaniem. I prowadzi nie na Olimp tylko prosto do szpitala.


Lifestyle Psychologia

Kobiety ogarnijcie się! Czy naprawdę musicie się przeglądać w JEGO oczach, żeby znać swoją wartość?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
18 lutego 2016
Fot. iStock / stock_colors
 

Czytam i nie wierzę. Odejść, czy zostać, kocha – nie kocha. Zdradzić, czy nie. I chce mi się krzyczeć: „Kobiety ogarnijcie się, czy wasze szczęście zależy tylko od mężczyzny, który będzie stał obok was?”.

Czy naprawdę musicie się przeglądać w jego oczach, żeby znać swoją wartość. Czy bez faceta nic nie znaczycie? Jesteście gorsze, wybrakowane, gdy facet was nie kocha? Oczywiście, zaraz usłyszę głos oburzenia: „No nie, oczywiście, że nie, bez przesady”. Ale spójrzcie na siebie – jesteście o tym przekonane, czy to tylko takie gadanie na uspokojenie swojego własnego ego, co by za bardzo nie chciało dojść do głosu i wykrzyczeć wam prawdę w twarz?

Coraz częściej mówi się o niezależności kobiet, o budowaniu przez nich pewności siebie. I co z tego? Feminizm klepiemy po plecach, bo miło, że jest i że zawsze można na niego zrzucić nasze dylematy – dziecko czy praca, rodzina czy kariera, samorozwój czy zadowolenie mężczyzny, który zasypia obok nas.

Na miłość boską. Czy naprawdę tak trudno spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Ale fajna z ciebie baba”. Obojętnie czy staniecie nago, czy odstrzelone w najlepszą kiecę. Bo nie o wyglądzie tu mówimy, ale o przekonaniu, że kurde no jestem zajebista.

Na pewno każda z nas miała w życiu taki dzień, kiedy myślała: świat leży u moich stóp, że może dokonać wielkich rzeczy, że ona sama decyduje o swoim życiu tu i teraz. I dlaczego za tym nie poszłaś? Tylko spojrzałaś na tego gościa, który właśnie zasiadł na kanapie i cichutko przysiadłaś obok niego. „Pojechałabym do Afryki” – to czemu nie lecisz? Bo on nie chce, bo nie łapie twojego pomysłu, nie wychodzi mu naprzeciw, tylko kiwa z pobłażaniem głową: „Ty to se możesz marzysz, a ja chcę nad nasze morze – rybę zjeść, piwo wypić”. No i krew mnie zalewa, bo zostajemy tylko w sferze chrzanionych i frustrujących nas, bo nie spełnionych marzeń, bo jego potrzeby są ważniejsze.

Ano tak, bo zapomniałam – przecież szczęście to facet u boku, a nie realizowanie swoich własnych marzeń. Bo co z tego, że polecisz do tej Afryki, skoro nie będziesz miała do kogo wrócić?

BŁAGAM. A ile rzeczy może się wydarzyć przy okazji takiej wyprawy, ile ludzi możesz poznać, ile nowego doświadczyć. Naprawdę, jego czyste skarpetki dają ci większą możliwość rozwoju i szczęśliwszego życia?

Bo ON…

Usłyszałam ostatnio: Tak, jasne, żyjemy jak chcemy, a nie mamy odwagi nie ugotować obiadu. Nie dlatego, że lubimy gotować, nie dlatego, że on sam sobie nic nie zrobi, tylko dlatego, że może przestanie nas akceptować. Powie: „Nie gotujesz, nie pierzesz, nie sprzątasz to do czego jesteś mi potrzebna?”. Widzisz siebie – z tą ścierką, odkurzaczem i miską pełną prania. To jesteś naprawdę ty? To jest szczyt twoich marzeń, szczęśliwego życia?

„Nie zmienię pracy, bo on” – powiedziałam mi przyjaciółka. „Bo co on?” – pytam. „No wiesz, pracowałabym w innych godzinach, poza ty on mówi, że to niezbyt dobry pomysł?”. „A co ty sądzisz?” – drążę. Bo wiem, że to praca jej marzeń, że da jej drogę do rozwoju. Ona też to wie, i co z tego. Zapomniałam jest on.

Jestem piękna – gdy on to powie, jestem mądra  – gdy on potwierdzi, jestem dowcipna – gdy on śmieje się z moich żartów, jestem atrakcyjna – gdy nadal on chętnie idzie ze mną do łózka. A że on atrakcyjny coraz mniej, cóż…

I chce mi się krzyczeć, bo jak to możliwe, że my kobiety – fajne babki, mądre, wykształcone z mega potencjałem zasiadamy koło takiego typa, który codziennie podcina nam skrzydła – a nie zapomniałam – czasami powie: „Pyszna zupa”.

Ja pierd**ę. Kocha za mało, czy wcale, może to moje wina, może ja z siebie za mało daję, za mało się staram – oczywiście, że mało która przyzna się do takiego myślenia. Nie, ja jestem współczesną niezależną kobietą. Dodaj: kobietą, która szczęście i dobro innych ludzi stawia ponad swoje, która nie bierze odpowiedzialności za swoje życie, bo ma wpojone, że facet zawsze wie lepiej, jest mądrzejszy, jest autorytetem i to on wyznacza nam kierunek życia.

A może tak wygodnie. Kiedyś będzie można powiedzieć: To była jego wina, że może życie tak wyglądało.

Trzymamy kurczowo tę miłość. Boimy się jej puścić, bo jeszcze nie daj Boże ucieknie nam do kochanki, albo co gorsze odejdzie w ogóle.

Dlaczego nie jesteś z mężczyzną, który sprawia, że czujesz się wolna, że masz prawo wyboru i pełnego decydowania o sobie. Chcesz iść do przodu, masz marzenia – realizuj je. Nawet gdy mu nie jest z nimi po drodze, to cię nie ogranicza. Chcesz skoczyć ze spadochronu – proszę bardzo, ale mnie to nie kręci – opowiesz jak było. Nie ma takiego? Proszę cię, więc lepiej tkwić w związku, byleby by był. Gratuluję.

Nie jesteśmy jednym organizmem. Nie musimy spijać sobie z dziubków i iść ramię w ramię we wszystko, co sobie wymyślimy. Bycie razem to akceptacja, to kompromisy to zrozumienie. Ale nie – u nas to działa w jedną stronę – to my akceptujemy i rozumiemy i idziemy na kompromisy – i wydaje się nam, że mamy partnerski związek. Taki trochę śmiech przez łzy i cholerna hipokryzja.

A co jest złego w pokochaniu samej siebie, w powiedzeniu: „Lubię cię, jesteś dla mnie najważniejsza”. Bo dzieci, bo mąż, bo co znajomi powiedzą, bo to już przecież egoizm. Jasne – nie ma jak to żyć życiem, które inni nam projektują.

I wiesz co, pomyśl, jak chciałabyś, żeby wyglądało twoje życie za 10 lat. Jak byś chciała – szczera możesz być tylko przed sobą. A jak wyglądać będzie?

Wkurzona Baba


Lifestyle Psychologia

Miłość do mężczyzny trzeba pielęgnować, wiadomo. A córka? Wystarczy, że ma dobrą opiekę

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
17 lutego 2016
Fot. iStock / Choreograph

Ma na imię Małgosia, skończyła 49 lat i nosi modne dżinsy. Właśnie została babcią. Czy się cieszy? I tak, i nie. Wcale nie chodzi o uciekającą młodość. Raczej o to, że wnuka prędko nie zobaczy. A jeśli nawet zobaczy kontakt z nim będzie miała pewnie taki, jak z córką: sporadyczny, od święta. Albo tylko raz, a potem wcale. Małgosia swoją Lilkę urodziła w wieku 20 lat. A po półtora roku oddała na wychowanie mamie. Bo była zakochana, a dziecko, szczerze mówiąc jest bardzo zajmujące. Miłość do mężczyzny trzeba za to pielęgnować. Wiadomo.

Lilka o mamie mówi niechętnie. – Nie umiem, nie wiem nawet co miałabym mówić – rozmowa z drobną, niepewną siebie trzydziestolatką nie jest łatwa. – Nie znam jej dobrze. Z dzieciństwa pamiętam głównie jej wyjazdy i powroty. I czekanie na każdą sobotę, bo zawsze obiecywała mi, że przyjedzie w sobotę. Więc jako pierwsza z dzieci w przedszkolu nauczyłam się wymieniać bezbłędnie dni tygodnia. W końcu codziennie odliczałam je do przyjazdu mamy.

Bez miłości trudno żyć, zrozum córeczko

Ale czasem Małgosia nie przyjeżdżała. Miała swoje sprawy. Od śmierci męża goniła za miłością, której z nim nie zaznała. Taką z motylami w brzuchu, fajerwerkami i ciągłymi zapewnieniami o gorącym uczuciu. Wyszła za mąż zaraz po maturze za starszego od siebie sąsiada rodziców. Trochę z sympatii, trochę z wyrachowania (był dość zamożny), a trochę z ciekawości. To nie był zły człowiek i układało im się całkiem dobrze. Gdy przyszła na świat Lilka, u Mariusza zdiagnozowano zaawansowany nowotwór wątroby. Po niecałym miesiącu od wykrycia choroby zmarł. Zostawił żonie i córce majątek, który, gdyby nim rozsądnie gospodarowano, zapewniłby im kilkanaście lat spokojnego życia. Ale stało się inaczej.

– Pojadę do Warszawy i poszukam pracy, potem wezmę Lilkę do siebie – oznajmiła Małgosia swojej mamie i spakowała się w zieloną torbę. – Nie jedź, Lila jest mała, potrzebuje cię. Przecież nie musisz teraz zarabiać. Masz nas, mąż cię zabezpieczył – prosiła ją bezskutecznie matka. Nie wiedziała, że jej córka nie wyjeżdża „od tak”. Była zakochana. Podczas krótkiego pobytu u koleżanki w stolicy poznała Piotra, jak jej się wówczas zdawało: miłość jej życia. Wreszcie poczuła te swoje motylki i nie zamierzała z tego rezygnować. Wytłumaczył jej, że najlepiej, żeby na początku związku byli sami. Wtedy lepiej się zrozumieją, dotrą. A za kilka miesięcy wezmą małą do siebie. Małgosi ten pomysł się bardzo spodobał. Wreszcie odżyje, będzie miała czas dla siebie i ukochanego. Przecież kiedy ludzie się poznają i zakochują to żadne dzieci im w tym nie przeszkadzają. No i córka jest pod dobrą opieką.

Lilka Piotra nie pamięta. Widziała go może dwa razy i była wtedy bardzo mała. Z resztą ten związek nie trwał długo. Kiedy się rozpadł (Małgosia uważa, że Piotr był niebezpiecznie zaborczy), mama zabrała córkę do Warszawy. Dzięki pieniądzom po zmarłym mężu stać ją było na spokojne życie w stolicy. Mała poszła do przedszkola, a Małgosia do pracy w wydawnictwie. Była młoda, zdolna, szybko się uczyła. Nie chciała „stać w miejscu”. Podjęła studia, zaocznie. Zaczęła więc Lilkę odwozić do dziadków w piątkowe popołudnia, by móc spokojnie uczestniczyć w zajęciach. Lila płakała, wołała: „Nie chcę, chcę do mamy”, jakby rozumiała, że potrzebują nadrobić czas, którego nie miały dla siebie w tygodniu. Ale Małgosia zadecydowała, że tak będzie najlepiej.

Przyjadę po ciebie, czekaj córeczko

Więc co tydzień dziadkowie odbierali szlochającą wnuczkę z przystanku PKS. A Małgosia dawała jej buziaka na pożegnanie: Pa, kochanie, przyjadę po Ciebie w niedzielę. Przyjeżdżała przez trzy miesiące. Potem poznała Marka, doktoranta z wydziału bibliotekoznawstwa i zakochała się bez pamięci. Znowu. W weekendy trzeba pielęgnować miłość. Kiedy się kocha, tak trudno się rozstać. Rodzicom wytłumaczyła, że Lila nie zaaklimatyzowała się dobrze w stolicy, że zdrowiej dla niej będzie jak wróci na wieś. I przepisała ją do przedszkola w rodzinnej mieścienie. To od tego momentu mała czekała na mamę w co drugą sobotę (wolną od zajęć na uczelni). Tymczasem Małgosia przyjeżdżała coraz rzadziej. Marek nie miał nic przeciwko Lilce, zwłaszcza, że prawie jej nie widywał. Ale wolał postarać się „o własne”. No więc po roku znajomości Małgosia zaszła w ciążę. Wzięli wtedy Lilkę do siebie na Boże Narodzenie. I z tego tygodnia spędzonego z mamą, córka pamięta jeden moment.

– Dostałam dużego pluszowego misia, był prawie mojego wzrostu –mówi cichutko, bo głośniej pewnie by zabolało mocniej. – Przytuliłam się do niego i nie chciałam go wypuścić. Mama bardzo się zdenerwowała, że wolę te przytulankę od niej. A ja po prostu nie umiałam jej objąć. Może bałam się, że poczuję się w jej ramionach dobrze, a ona znowu zniknie? Dzieciom nie robi się takich rzeczy, nie daje się miłości, żeby ją za chwilę zabrać.

Dziś Lilka, jako dorosła kobieta ma poważny problem z zaufaniem. Kocha z wzajemnością, wyszła za mąż, ale wie, że musi stale nad sobą pracować. Jest też chorobliwie zazdrosna. Na szczęście mąż Lilki wspiera ją i stara zrozumieć. Wie, że miłość jest dla Lilki czymś co, w jej mniemaniu może zniknąć jak bańka mydlana. Więc często mówi „kocham” i „ będziemy razem już zawsze”. I pokazuje jak bardzo kocha ich synka.

Tamto Boże Narodzenie to był ostatni raz, kiedy, matka z córką choć przez chwilę mieszkały razem. Tuż przed Nowym Rokiem Małgosia oddałą córkę do dziadków. – Nastawiliście ją przeciwko mnie?- zapytała z wyrzutem.  Ojciec wziął ja wtedy na bok. – Dziecko to nie pies, którego możesz porzucić pod płotem. Nie taką córkę chciałem wychować. Dorośnij.

Małgosia wyszła z rodzinnego domu bez słowa pożegnania. I nawet nie spojrzała na Lilkę, która, jak zawsze siedziała na parapecie w kuchni z nosem przyklejonym do szyby.

Córeczko, kochaj mnie!

Kiedy  Małgosia urodziła syna przez rok nie odwiedzała córki. Wysłała kilka listów, czasem zadzwoniła. Potem wpadła na jeden dzień razem z Markiem, żeby przedstawić wnuka dziadkom. – Ale urosłaś – powiedziała witając się z małą i poklepała ją niezręcznie po plecach. Marek okazał Lilce więcej uczucia, był nawet trochę zawstydzony. – Zobacz, to twój brat – mówił do dziewczynki. – Już nigdy nie będziesz sama. – Przecież nie jest! – obruszyła się Małgosia.

Dwa lata później rozstała się z Markiem. I przyjechała po Lilkę. Ale rodzice Małgosi nie zgodzili się na wyjazd wnuczki. –  Chcesz nas ciągać po sądach, to ciągaj – powiedzieli. Ale Lilki nie oddamy. Lila zostaje z nami. Tu ma szkołę, koleżanki. I nas. Nie mieszaj jej więcej w głowie.

Więc Małgosia odjechała i z córką kontaktowała się sporadycznie. A potem już wcale. Kiedy się zakochała kolejny raz, zadzwoniła do rodziców z pytaniem, czy może im podrzucić na kilka dni swojego syna, bo Markowi coś wypadło. Odmówili.

Minęły lata, do matki i córki docierały szczątkowe informacje na ich temat. Los zetknął je ze sobą znowu, kiedy Lilka zamieszkała z mężem w Warszawie. To dziadkowie zawiadomili Małgosię, że jej córka wyszła za mąż i przeniosła się do stolicy. Małgosia, po kolejnym bolesnym rozstaniu i rozczarowaniu miłością bez motylków, postanowiła przewartościować swoje życie. Znajome z pracy miały stabilizację, rodziny, ona coraz starsza i coraz bardziej samotna, nie miała nikogo. Odważyła się, zadzwoniła do córki. – Część córeczko – zapytała jakby nigdy nic. Nie wiedziała, że tam, po drugiej stronie Lilka z olbrzymim trudem stłumiła w sobie cały balon niewypowiedzianych nigdy na głos emocji, żalu i bólu. – Tak, wszystko w porządku. Nie, nie dzwoń więcej.

Lilka nie radzi sobie z emocjami, tłumi gwałtowne uczucia. Ale nie wyklucza tego, że kiedyś wpuści mamę do swojego życia. Ale na pewno jeszcze nie teraz. Nie jest jeszcze na to gotowa. – Nie rozumiem – mówi Małgosia. – Przecież miała dobrą opiekę.


Zobacz także

Regulamin konkursu #połączone

Jak szczęśliwie żyć z introwertykiem?

Jak szczęśliwie żyć z introwertykiem?

Jak wygląda najpiękniejsza twarz świata?