Lifestyle

V-Lash Renovital – test odżywki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 grudnia 2016
Fot.iStock
 

Piękne, długie i gęste rzęsy, które podziwiacie w reklamach kosmetyków do makijażu zostały zapewne „dosztukowane” i wydłużone komputerowo, no ale taka to już magia telewizji. E jednak efekt spektakularny… Kto by nie chciał mieć taaakich rzęs? Pewnie większość z nas marzy o „firankach”. Rzucamy zazdrosne spojrzenia naszym partnerom, bo to panowie zazwyczaj mogą pochwalić się długimi i nierzadko podkręconymi zalotnie (bez użycia zalotki!) rzęsami. Co robić?

Nie zdecydowałam się na zabieg przedłużania rzęs z kilku powodów, głównie ze względu na negatywne doświadczenia moich znajomych. Słyszałam różne historie o kleju, który bardzo mocno uczula, o masowym wypadaniu włosków obciążonych sztucznymi rzęsami, o dużych kosztach (zabieg trzeba przecież regularnie powtarzać)… A poza tym bardzo nie lubię tego uczucia, kiedy ktoś „dłubie” mi wokół oka. To zdecydowanie nie dla mnie.

Tusze wydłużające w moim odczuciu to jedynie chwyt marketingowy – nie „działają”, efekt jest taki sam jak przy użyciu „zwykłego” tuszu, a koszt nierzadko dwa razy większy. A poza tym, moje rzęsy są gęste, ale dość jasne, trzeba je naprawdę mocno wytuszować, żeby były widoczne.

W końcu postanowiłam przyjrzeć się bliżej dostępnym na rynku odżywkom do rzęs. Na początek wybrałam tę, która wydawała mi się przestępna cenowo w porównaniu  z innymi preparatami – V-Lash Renovital. Zamówiłam ją na stronie aptekagemini.pl  (jest też dostępna tutaj).
v-lash zbiorcze

Pierwsze efekty miały być widoczne po ok 6-ciu tygodniach konsekwentnego stosowania, więc można powiedzieć, że jest to produkt dla cierpliwych. No cóż, nie od razu Kraków zbudowano, spróbować zawsze warto. Uzbroiłam się w cierpliwość i zabrałam do rzeczy :).

Treść ulotki zawierała obietnicę stymulacji wzrostu i odrastania rzęs i to wydało mi się wystarczająco kuszące. W składzie preparatu nie było żadnego składnika, który mógłby mnie uczulić – a skórę wokół oczu mam wyjątkowo wrażliwą i używam głównie hypoalergicznych produktów do makijażu – znalazł się tam, między innymi ekstrakt ze świetlika, który ma właściwości ściągające i kojące.

Aplikacja odżywki jest bardzo prosta. Małym, cienkim pędzelkiem nakłada się niewielką ilość preparatu tuż przy linii rzęs (tak, jak przy robieniu „kreski” eyelinerem). Wystarczy zrobić to raz, ważne przy tym, by skóra była oczyszczona – bez „resztek” makijażu, bez kremów i innych produktów. ( Najbardziej rozsądnym wyjściem jest używanie jej na noc.) Nie powinno się też nakładać jej za dużo – jedynie małą ilość i tak, żeby nie dostała się do oka, bo wtedy może wywołać podrażnienie.rzesy2

Sama odżywka jest bezbarwna, bezzapachowa i ma konsystencję bardzo lekkiego żelu. Po kilku dniach stosowania preparatu zauważyłam lekkie zaczerwienienie na górnej powiece prawego oka, ale nie odczułam żadnych dolegliwości. Zaczerwienie ustąpiło po dwóch dniach. V-Lash Renovital rzeczywiście mnie nie uczulił.

Zaczęło się oczekiwanie na efekty. Po trzech tygodniach konsekwentnego nakładania odżywki, dało się zauważyć te pierwsze. A raczej, dało się je wymacać :). Zauważyłam, że rzęsy stały się gładsze, bardziej przyjemne w dotyku, miękkie i lekko podwinięte do góry. Tego ostatniego efektu się nie spodziewałam, więc było to miłe zaskoczenie (nie raz przycięłam sobie górną powiekę zalotką…). Następnym moim spostrzeżeniem było to, że zdecydowanie mniej rzęs „gubiłam”. Wcześniej często znajdowałam na policzku jeden włosek. Od momentu kiedy rozpoczęłam „kurację” odżywką, takich przypadków jest zdecydowanie mniej, teraz właściwie wcale ich nie zauważam. Mogę potwierdzić, że Renovital rzeczywiście zapobiega wypadaniu rzęs.

Po pięciu tygodniach stosowania odżywki zaczęłam zauważać upragniony efekty – najpierw pojedyncze, bardzo długie rzęsy, a potem zdecydowanie gęstsze i coraz dłuższe, te pozostałe. Po pełnych dwóch miesiącach używania preparatu włoski miały już upragniona długość (ok 1 cm), a nawet, po  wytuszowaniu, zaczęły się odbijać na górnej powiece.  Jestem bardzo zadowolona. Dla utrzymania efektu stosuję odżywkę co drugi dzień, zgodnie z tym, co zalecił w ulotce producent.rzesy

Zauważyłam też jeszcze jeden plus używania odżywki. Przedtem moje rzęsy sklejały się notorycznie po nałożeniu maskary – nawet tej, która miała je teoretycznie rozdzielać. Teraz nawet „tańszy” tusz ładnie je podkreśla, a szczoteczka działa jak grzebień.

I nie muszę już stawać na rzęsach, żeby wyglądały naprawdę pięknie 😉


Lifestyle

Rozstanie to nie zawsze wina faceta. Próbowałem, starałem się, ale żona urządziła mi piekło

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 grudnia 2016
Fot. iStock / mikkelwilliam
 

Piszę do Was, żeby pokazać męski punkt widzenia i przełamać stereotyp, że to mężczyzna winny jest rozstaniu i końcowi związku. Pewnie, jest wielu dupków na świecie, ale nie można nas wszystkich pakować do jednego worka – czasami to właśnie facet jest tym, który walczy i próbuje. Długo łudziłem się, że moje małżeństwo da się jeszcze naprawić, że zestarzejemy się razem tak, jak obiecaliśmy sobie przy ołtarzu. Nie wiedziałem wtedy tylko jednego – że moja żona urządzi mi prawdziwe piekło. A potem to na mnie wskaże palcem i będzie głośno nazywać diabłem.

Nasze rozstanie nie zadziało się nagle i bez zapowiedzi, od dawna staraliśmy się odbudować to, co kiedyś było między nami. Terapie małżeńskie, rozmowy, separacje, wyjazdy wspólne i oddzielne – próbowaliśmy wszystkiego, trochę w myśl zasady „tonący brzytwy się chwyta”. Nawet nasz drugi syn jest próbą ożywienia małżeńskich relacji, nadzieją na nowy początek wraz z nadejściem nowego życia. Niestety, zadziałało to zupełnie odwrotnie, bo nie da się budować na nowo nie uprzątnąwszy najpierw zalegającego gruzu.

Nasz pierwszy rok małżeństwa był niemal idealny, kłótnie i awantury z tego okresu mogę policzyć na palcach jednej ręki. Byliśmy dla siebie pociągający nie tylko fizycznie, ale także i emocjonalnie, intelektualnie. Ja rozkręcałem firmę z przyjacielem, Monika pracowała w dużej firmie na etacie. Snuliśmy plany powiększenia rodziny, oboje pragnęliśmy zostać rodzicami i stworzyć prawdziwy dom, którego ani ja, ani Monika nie mieliśmy w dzieciństwie – oboje pochodzimy z rozbitych rodzin. Nasze marzenie spełniło się po trzech latach od ślubu, dokładnie w trzecią rocznicę urodził się Jasiek. Świat zawirował, stanął na głowie, zakochałem się z miejsca w tym małym człowieku, a moja żona całkowicie straciła głowę dla naszego synka.  Na nasze nieszczęście.

Przez pierwsze tygodnie niemal w ogóle nie mogłem dotknąć syna. Ciągle słyszałem, że robię coś nie tak, że mam to jej zostawić, że wystarczy jak zadbam o dom i bezpieczeństwo finansowe rodziny. Nie powiem, poczułem się wtedy jak sponsor albo chłop pańszczyźniany, który ma swoje zrobić, daninę oddać i o nic więcej nie pytać. Nawet teściowa zauważyła, że coś nie gra i stanęła po mojej stronie, a to już naprawdę coś znaczy! Ale Monika wiedziała swoje i zajęta była tylko Jaśkiem. Przestaliśmy ze sobą sypiać – chodzi o dzielenie łóżka, nawet nie mówię tutaj o seksie! – bo przeniosła się do pokoju syna i spała tam razem z nim. Na moje sugestie, że możemy łóżeczko wstawić do sypialni, jak pierwotnie zamierzaliśmy, powiedziała, że chrapię i że dziecko potrzebuje swojej własnej przestrzeni.

Gdy Jasiek skończył rok Monika zadecydowała, że chce zostać z nim w domu do czasu przedszkola. Interes szedł naprawdę dobrze, więc zgodziłem się – i tak nie miałem tutaj nic do powiedzenia. Pomimo mniejszego domowego budżetu, żona nie liczyła się z kosztami i musiała wszystko mieć luksusowe i najlepszej jakości. Syn chodził w markowych ubraniach, smarowany był kremami z najwyższej półki, korzystał wyłącznie z prywatnej opieki zdrowotnej, bawił się tylko modnymi i zagranicznymi zabawkami. Gdy mówiłem „odłóżmy pieniądze, oszczędzajmy na gorsze czasy” ona rzucała mi w twarz oskarżenia o brak wakacji, porównywała się z koleżankami, płakała, że ją ograniczam i źle traktuję. Gdy prosiłem o rozsądek i umiar, mówiła, że jestem złym ojcem, sknerą, żałuję na własnego syna, który będzie gorszy od innych przeze mnie.

Choć nigdy nie dałem jej powodów do zazdrości potrafiła robić mi awantury o zdrady, niespodziewanie odwiedzać w firmie, wypytywać o klientki i współpracowniczki. Zaciskałem zęby, tłumaczyłem, wyjaśniałem, ale po publicznej awanturze, przez którą straciłem ważny projekt, wyprowadziłem się z domu. Wtedy poszliśmy na terapię, która wydawała się nawet działać. Monika złagodniała, zaczęła myśleć o powrocie do pracy, w końcu dopuściła mnie do opieki nad synem i nie stała nade mną niczym strażnik. Wróciłem do domu pełny nadziei i wiary w to, że kryzys został zażegnany, a Monika z tej naszej radości zaszła w drugą ciążę. Myślałem, że to dobry początek nowego etapu, ale znowu byłem w błędzie.

Jej ciąża to było dziewięć miesięcy pełnych dramatów, awantur, płaczu i… przemocy. Psychicznej – gdy wyzywała mnie od najgorszych, szantażowała, wymuszała wszystko płaczem i swoim stanem – ale też i fizycznej, gdy policzkowała mnie, popychała i szturchała. Ze względu na dziecko w jej brzuchu byłem niczym święty, pozwalałam się obrażać, choć czułem się podle, upokorzony i zgnębiony. Już dawno trzasnąłbym drzwiami i zakończył ten związek, ale tłumaczyłem sobie, że hormony, stres, że to przecież nie jest kobieta, której ślubowałem miłość. Próbowałem chronić też Jaśka, nie chciałem żeby widział nasze kłótnie, żeby cierpiał z powodu tego, że nie możemy się dogadać. Pół roku po narodzinach Antka powiedziałem jednak koniec i złożyłem pozew o rozwód. Z orzeczeniem o jej winie i prawem do opieki nad dziećmi co najmniej w równym stopniu.

Dla naszych wspólnych znajomych jestem tym, który ją porzucił, zostawił dwójkę małych dzieci, znudził się życiem rodzinnym – tak przedstawiła to wszystkim Monika. Twierdzi, że przerosła mnie odpowiedzialność i nie dojrzałem do ojcostwa. Co ja im mówię? Niewiele, bo co miałbym powiedzieć? Że przerosła mnie nie odpowiedzialność, ale jej agresja wobec mnie? Że znudziłem się, ale nie życiem rodzinnym, a jej rozrzutnością, życiem ponad stan? Że próbowałem, ale potrzeba wysiłku obu stron do zbudowania wspólnego życia? Oni już mnie ocenili, z góry i bez pytania. Ostatnio Monika wykrzyczała mi na ulicy, że jestem nieudacznikiem, że zrujnowałem jej życie i pogrążyłem ją. Widziałem wzrok przechodniów, to, jak na nas patrzą – na nią ze współczuciem i troską, na mnie oskarżająco i z wyrzutem. Chciałem im wtedy powiedzieć, że rozstanie to nie zawsze wina faceta, że próbowałem, starałem się, ale żona urządziła mi piekło. Wątpię jednak, czy ktokolwiek by mi uwierzył.


Lifestyle

Tylko mnie nie zawiedź, kolejnego rozczarowania nie zniosę. Nie bierz odpowiedzialności za coś, co od ciebie nie zależy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 grudnia 2016
Fot. iStock/lolostock

Wszystko idzie jak w zegarku, tak jak sobie zaplanowałaś, ułożyłaś. Jesteś grzeczną i pilną dziewczynką, zawsze nią byłaś. W szkole same dobre stopnie, w pracy pochwały od szefa. W domu aprobata męża. Aż tu, pewnego dnia, dochodzisz do tego jednego punktu, w którym jesteś zmuszona powiedzieć sobie: stop. Stoisz przed ścianą własnych emocji. Nie przeskoczysz tego, nie pójdziesz dalej. Czujesz złość, frustrację, bezsilność. Rozczarowałaś się sobą, jesteś na siebie wściekła. Myślałaś, że dasz radę. Serca nie oszukasz, siebie nie oszukasz. Nie dasz z siebie więcej niż możesz. Musisz wiedzieć, że znalazłaś się w tym miejscu z jakiegoś powodu. Właśnie po to, by tej bezsilności, by tego rozczarowania sobą już nigdy nie czuć. I przestać się tak dyscyplinować.

Pracowałam kiedyś z jedną dziewczyną. Była bardzo zdolna, mądra, świetnie wykształcona. Każdego dnia zaskakiwała nas jakimś nowym, świetnym i świeżym pomysłem, zarażała swoim optymizmem, uśmiechem. I tym swoim „Jak to się nie da? Wszystko się da”. Wiarygodna w tym była, autentyczna. Zawsze nienagannie ubrana, uczesana w nowoczesny kok. Do biura przychodziła pierwsza, wychodziła ostatnia. Mieszkała sama, 500 km od rodzinnego domu, w wynajętym, modnie urządzonym mieszkaniu. Już za chwilę miała kupić swoje, własne, pierwsze. Zapracowała na to, sama. Wszystko, co osiągnęła, zawdzięczała tylko sobie.

Pewnego razu nie pojawiła się w pracy. Pierwszy raz od bardzo dawna. Nie dała znaku, nie zawiadomiła co się stało. Następnego dnia również nie przyszła. Wyłączyła telefon, odłączyła komunikator. Kiedy zaniepokojona koleżanka pojechała do niej do domu, otworzyła jej skulona, w piżamie, nieumalowana z potarganymi, rozpuszczonymi włosami. Zapłakana powtarzała, że nie wróci już do pracy, że nie zrobi już ani jednego projektu. Że nienawidzi swojego życia. Przestraszona, smutna dziewczynka w ciele dorosłej kobiety. Od miesięcy chorowała na depresję, od miesięcy walczyła z samą sobą, każdego dnia przekraczając granice swojego „ja”, napinając je, rozciągając niemożliwie. Od miesięcy cierpiała, przekonując się, że to minie, że da radę, wyciszała te głosy w swojej głowie, mówiące, że nie wytrzyma ani minuty dłużej z tego życia, które miało być przecież przepustką do czegoś więcej niż rodzinny dom w małej, nadmorskiej miejscowości i spokój płynący z codziennej rutyny, z tej „normalności” w jakiej żyli jej rodzice i rodzeństwo.

Pękło to wszystko w końcu, zatrzymało ją, na dłużej. Na terapii zrozumiała, że to, czego nie mogła sobie najbardziej wybaczyć, to były chwile słabości. Przewalczała je, zamiast choć raz odpuścić. Dusiła w sobie, albo udawała, że ich nie ma. Przecież ona MUSIAŁA być najlepsza. Jej MUSIAŁO się udać. I sama stawiała sobie coraz wyżej tę poprzeczkę, coraz mocniej się dyscyplinowała. Ale człowiek nie jest przecież maszyną.

Moja przyjaciółka miała kiedyś męża. Uroczy facet. Mądry, dobry, opiekuńczy. Ale nałogowiec. Więc ona sobie obiecała, że stanie na rzęsach, a go temu nałogowi wyrwie. Traktowała tę obietnicę bardzo dosłownie. Kiedy znikał wpadając w alkoholowy ciąg, godzinami wydzwaniała po wszystkich możliwych znajomych, jeździła w najbardziej „możliwe” miejsca, w których mogłaby go znaleźć. Wyciągała z różnych dziwnych i podejrzanych kryjówek, w które udawało mu się trafić. Wierzyła w niego, kiedy nikt już nie wierzył. Wierzyła nawet wtedy, kiedy  w napadzie szału spowodowanym zespołem odstawienia uderzył ją otwartą pięścią w twarz. I także wtedy, kiedy brnąc w siarczystym mrozie, po kolana w śniegu i błocie w ósmym miesiącu ciąży prowadziła go pijanego, a on krzyczał, awanturował się i ubliżał jej.

Jak można upaść niżej, jak wiele można jeszcze stracić, gdy nie ma już godności? Można. Ona pragnęła niemożliwego: swoją miłością uleczyć jego alkoholizm. Miłość jednak nie jest odwykiem, ani terapią, ani programem 12- kroków. A ona nie była terapeutką. Zrozumiała to późno. Odkryła tę granicę swojej emocjonalnej i fizycznej wytrzymałości, gdy pewnego dnia stanęła przed lustrem i zobaczyła w nim starą, wyczerpaną kobietę ze smutkiem w oczach. A miała wtedy 35 lat. Odeszła, uwolniła się, ale ze świadomością, że przeżyła w tym uśpieniu 12 lat swojego życia, że wychowała w tym domu dwójkę swoich dzieci. A on? Nie podniósł się już z dna.

Nie odkrywajcie w ten sposób swoich granic. Nie zatracajcie się w czymś, co nigdy nie da wam prawdziwego szczęścia. Nie bądźcie nigdy czyjąś ostatnią deską ratunku, kiedy sami nie potraficie o siebie zadbać. Nie narzucajcie sobie celów, których realizacja od was nie zależy.


Zobacz także

Krótka historia o wyrzutach sumienia. Pieniądz jest pieniądz – musi się zgadzać

Hit czy kit? Testujemy odkurzacz THOMAS Aqua+ Multiclean X10 Parquet. Sprawdź, czy naprawdę „robi” różnicę

7 sposobów na plotki i plotkarzy