Lifestyle

Jak opanować stres w dwie minuty? Ratunek dla porannych nerwusów

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
10 maja 2016
Fot. iStock / megaflopp
 

Nastawiłam dziś budzik o trzeciej – wczoraj zamiast pracować, uczyłam się z dzieckiem angielskiego, matematyki i historii (WTF?). Z trzeciej budzik przestawiłam na czwartą, z czwartej na piątą. O piątej wstałam z takimi wyrzutami sumienia, że ze stresu bolał mnie żołądek. A to dopiero piąta rano. Co będzie dalej????

W internetową wyszukiwarkę wpisałam hasło: „jak opanować stres?” 324.000 wyświetleń. Nieźle. Człowiek o piątej rano potrzebuje szybkich i magicznych sposobów na opanowanie niepokoju. Dzielę się tym, co znalazłam. Niby oczywiste, niby jasne, a komu z żądającym spaceru psem, chorującym kotem, głodnym kotem, dziećmi, i listą miliona zadań do wykonania NA DZIŚ przyjdzie to do głowy?

Najpierw oddech

Uspokój go. Nabierz głęboko powietrze do płuc i powoli wypuść. Powtórz kilka razy. Lepiej, prawda? Wyjdź na balkon, taras. Albo rób to przy otwartym oknie.

Potem myśl

Wyobrażaj sobie dobre rzeczy, które cię czekają. Nie to, że dziś musisz w drodze do pracy załatwić milion rzeczy, zrobić przegląd samochodu, załatwić coś w przedszkolu, szkole dziecka, mieć mega trudne zebrania, a potem dzień pełen obowiązków. Ale na przykład weekend….. wakacje, podróż, którą planujesz. Ja wyobraziłam sobie lipiec, który spędzę nad jeziorem na Kaszubach. Cisza, spokój.

Potem druga myśl

Jakiś czas temu rozmawiałam z przyjaciółką po poważnych przejściach. „Sprowadzaj swoje problemy tam gdzie ich miejsce”. To trudne, ale jeśli zamkniesz oczy i pomyślisz, że jednak jest świetnie, bo masz nogi, ręce, jesteś zdrowa, żyjesz– to wszystko okaże się prostsze. To po prostu jest tylko milion zadań. Masz siłę, by je wykonać (dar), a przede wszystkim możesz podejść do nich z dystansem, bo to jednak są tylko zadania, a nie operacja na otwartym sercu.

Potem kawa

Albo inna rzecz, którą pijesz rano, np. zdrowy zielony koktajl. Kawa nie na stojąco w kuchni, gdzie jedną nogą upychasz rzeczy w szafkach, a drugą myjesz naczynia. Kawa w spokoju. Gdzie możesz zebrać myśli.

Skupienie się na jednej rzeczy

Podobno świetną metodą jest skupienie uwagi na tylko jednej rzeczy. Niektórzy zapalają świeczkę, bo ogień ma właściwości uspokajające. Dwie minuty takiej medytacji i jesteś już człowiekiem zen.

W ogóle jesteś zen, bo to tylko życie, tylko praca, tylko codzienność i po prostu szkoda tracisz energię na stres.

P.S Gdy już doprowadziłaś się do jako takiej formy psychicznej, odetnij się od ludzi, którzy chcą cię znów wyprowadzić z równowagi. Nie słuchaj biegającego po domu partnera, który krzyczy: „O Boże, Boże, gdzie są moje skarpetki, „Oesu, zapłaciłaś rachunki”, nie rozmawiaj z sąsiadką, która kocha wylewać żale i zamiast naładować cię dobrą energią, wprowadzi w stan paniki: „A słyszała pani co oni wyrabiają w tej polityce, a czynsz znów podnieśli, a sąsiedzi spod piątki….”. Nie słyszałaś, nie denerwujesz się tym. Przynajmniej dziś rano się niczym nie denerwujesz.

No i na końcu wrzucam wam filmik, który znalazłam.

Przepraszam, ale zaczęłam się z tego śmiać. Ze swojego stresu też. Chociaż może na chwilę się uśmiechniecie. Ja się właśnie zastanawiam czy porada przygotowana przez tego pana jest tak głupia czy tak skuteczna;-)

Boskiego dnia!


Lifestyle

Wścieknij się, choć raz, zrób aferę. O piekle, w którym żyją grzeczne dziewczynki

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
11 maja 2016
Fot. iStock / Andrej Godjevac
 

Proszę cię, wkurz się raz, a dobrze, a łatwiej będzie z tobą być. Okaż, co czujesz, zamiast dusić wszystko w środku. To po prostu nienaturalne być wiecznie miłym!

Jestem córką bardzo grzecznej matki. Moje koleżanki mówiły zawsze o niej „dama”. Mama nigdy nie traciła panowania nad sobą. Była idealną matką, żoną, szefową. Wszyscy czuli się przy niej dobrze. Nawet, gdy rozmawiała z wariatem (kimś w totalnej furii) zachowywała 100 proc spokoju. Takie były wszystkie kobiety, z którymi się wychowywałam. Opanowane, stonowane, dystyngowane. Mógł umrzeć im ktoś bliski – nie dostawały histerii. Zawsze na tym samym, wolnym, biegu.

Mówiła zawsze: „Kochanie, wyprostuj się”. „Kochanie, powiedz dzień dobry”, „Kochanie, uśmiechnij się”, „Kochanie, bądź miła”, „Kochanie, powinnaś pomóc”. Nauczyłam się – taka jest rola dziewczynki. Być miłą, usłużną, grzeczną, sympatyczną. Tylko wariaci krzyczą. Większość nas, kobiet, była tak wychowywana. Przynajmniej tych, które dziś mają sporo po trzydziestce.

Przyklejony uśmiech do twarzy miałam przez 10 lat życia. Do czasu, gdy nauczyciel od matematyki nie wpisał mi trzech jedynek jednego dnia – tylko dlatego, że z kimś rozmawiałam.

„Wpisuje ci trzy jedynki” oznajmił. Poczułam jak zalewa mnie krew.

Nagle (to chyba nie byłam ja) rzuciłam: – Nie mam pan prawa!!!!!!

– Ja nie mam prawa? – zaczerwienił się. Chwilę później ze spoconą ze złości miną wpisał mi trzy jedynki.

– Co pan wyrabia?! Tak nie może być!!!  Idę do dyrektorki powiedzieć, że nadużywa pan swojej władzy – rzuciłam wściekła. Po czym wstałam i w atmosferze szoku i przerażenia wszystkich wyszłam z klasy. Z całej siły trzasnęłam drzwiami.

Miałam 10 lat i pierwszy raz w życiu poczułam ulgę. Do dyrektorki nie poszłam, siedziałam pod klasą przestraszona tym, co się wydarzy dalej.

O dziwo, nie zadziało się nic. Koleżanki i koledzy powiedzieli mi później, że matematyk naprawdę bał się, że pójdę do pani dyrektor (czyli wiedział, że nadużył swojej władzy), on zresztą sam przeprosił mnie później i wykreślił trzy jedynki.

Pewnie był w gruncie rzeczy super człowiekiem, miałam szczęście. Ale od tej pory wiedziałam już, że tylko niegrzeczne dziewczynki idą tam gdzie chcą, nie chorują, są szczęśliwsze, spokojniejsze, mają mężczyznę takiego jakiego chcą i życie jakie chcą. Pewnie, że nie zawsze. Ale często.

Dlaczego kobiety nie mówią wprost, że są złe. Dlaczego nie wściekną się raz, a porządnie

– na szefową, która gada głupoty

– na partnera, który kolejny raz nie posprzątał, nie dotrzymał słowa, nie załatwił czegoś

– na przyjaciółki, które zawodzą.

„Dlaczego nie powiesz mu, że jest ci z nim źle w łóżku?” pytam  przyjaciółki.

„Nie potrafię” mówi.

Zastanawiam się, ile traci, jak bardzo sama godzi się na swoje nieszczęśliwe życie i łóżkową frustrację.

„Dlaczego nie powiesz wprost, że ona cię zraniła” pytam drugiej przyjaciółki. Od miesięcy nie potrafi powiedzieć koleżance, co czuje.

„Nie potrafię” słyszę.

Zastanawiam się czy warto tracić drugą osobę tylko dlatego, że nie potrafimy się na nią zezłościć.

„Dlaczego ty tego wysłuchujesz?” pytam koleżanki, której matka notorycznie powtarza te same frazy: jesteś do niczego, nic nie udało się ci się osiągnąć, a córka X. to…. Zastanawiam się: dlaczego my się na to godzimy? Im bardziej się godzimy, tym bardziej ktoś po nas jedzie (to czasem), drugie to po prostu jeśli czasem się nie wściekniemy– nie mamy szans na oczyszczającą rozmowę.

Przeczytałam kiedyś świetne zdanie: agresja to sposób chronienia naszego życia. Jeśli ją bezustannie tłumisz, to tak, jakbyś odbierała sobie prawo do życia.  Doświadczamy jej każdego dnia: gdy ktoś narusza nasze granice, nie dostajemy podwyżki, choć powinnyśmy, nikt nam nie oddaje za nadgodziny, nie przeprasza nas, gdy powinien, atakuje w sklepie, w korku, na ulicy, w poczekalni.

Dziś moja przyjaciółka opowiadała o swoim eks. Napisał do niej: „Ty spaślaku, na pewno przejadasz pieniądze dziecka”. Śmiała się tego. Pomyślałam: dlaczego ona się nie zezłości? Przecież ją obraził.

Druga koleżanka nie złości się na warunki w pracy, bo mówi: „walczymy dla wspólnego dobra”. Ale skąd ta pewność?

Wiele takich sytuacji upychamy w sobie każdego dnia. „Nie, to nieważne”, „Dobra, szkoda energii”. Takie to modne słowo ostatnio: szkoda energii. Ale czasem nie szkoda. Szkoda to tłumić! Nierozładowana, a wcześniej nieprzeżyta agresja rozkłada się w ciele w postaci napięć, które zamieniają się w objawy. Bolą nas kręgosłupy, szyja, nawet biodra czy kolano. U każdej z nas złość „umiejscawia się” w innym miejscu. Daje objawy fizyczne,  o czym napisałam powyżej albo psychiczne: to często niewyrażona agresja kończy się depresją czy stanami lękowymi.

Mamy tylko dwa wyjścia. Być grzecznymi dziewczynkami, które biegają od lekarza do lekarza, odpalają papierosa od papierosa, albo od czasu do czasu zachować się jak osoba bez klasy ( serio???).

Grzeczne dziewczynki często wchodzą w role ofiar

„Jak ona/ on mogli mi to zrobić?”, „Jestem taka biedna”. Nie wiemy tego, ale często ta rola jest wygodniejsza, inni nam współczują albo postrzegają nas jako silne i wytrwałe. Te co wiele znoszą. Dają radę. Ale to często złość jest drogą do rozwiązania problemu.

Moja koleżanka mówi– gdy się złoszczę, boli mnie żołądek. Ja zawsze tracę głos, komuś może automatycznie zaciskać się szczęka.  Ważne, by wiedzieć, gdzie te nasze emocje się umiejscawiają. Często ten ból, ucisk jest pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak. Bo my nie wiemy. Bo słyszałyśmy: nie wypada, nie można, to złe… Rozum może zabić nasze odczucia, ale ciało nie.  Dalej mamy wybór. Wyrazić co czujemy, znów to stłumić.

Jeśli chcesz stłumić – znam bardzo wiele grzecznych dziewczynek, pań miłych, które w pewnym wieku zaczynają bardzo chorować. Tak jak wszystkie kobiety w mojej rodzinie. Te damy, panie poukładane, panie rozważne. Kumulowane emocje wybuchają ze zdwojoną siłą, objawiają się chorobami, które bardzo ciężko leczyć. Objawiają się nieuzasadnionym smutkiem i poczuciem, że przecież wszystko jest ok, więc dlaczego jest tak smutno.

Czasem lepiej poczuć smak walki – i dzięki temu naprawdę żyć. To też szansa dla innych, komunikat, że nie jesteśmy zadowolone i ktoś musi się zmienić.

Nienawidzimy mężczyzn, którzy pomagają nam we wszystkim, wspierają, a jednego dnia pakują walizki i znikają z naszego życia. Nienawidzimy takich kobiet. A to zwykle Państwo Mili, którzy nigdy się nie złościli. Oni tylko znosili.

Na koniec mają dla nas najgorszą karę – zniknięcie.

Czy naprawdę chcemy takie być?


Lifestyle

Dekalog dobrej matki. A po szóste przestać truć…

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
30 kwietnia 2016
Dekalog dobrej matki
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

„W życiu nie będę taką matką jak ty” zamruczała nastolatka groźnie. I dodała: „Jesteś potworem”. Znacie to? Powiedziała ( jeśli relację z matką miała w miarę bezpieczną), albo pomyślała.Och, chodziło o jakąś głupotę. O jakieś lekcje, o załóż czapkę czy coś równie głupiego ograniczającego wolność. Wolność – święte słowo w wieku kilkunastu lat. No i ta obietnica. Nigdy (NIGDY) taka nie będę.

Ach ta słodka dorosłość, jakże ona weryfikuje nasze wyobrażenia. Nagle widzisz siebie drącą się jak opętana z powodu zostawionej głupiej foremki w piaskownicy. Nie musisz wcale drzeć się głośno, wystarczy, że drzesz się w myślach, bo ono (dziecko) nie śpi, nie chce malować, słuchać bajki, ubierać się, zjeść. Nie ma znaczenia, że mówisz: „Nic się nie stało, kochanie”– roznoszą cię emocje i szał.

Okropna to konfrontacja ze sobą, walisz głową w mur, obarczasz się poczuciem winy, uważasz, że się nie nadajesz. I tak dalej, i tak dalej. O tym już napisano wiele, po co pisać o tym znów.

To okropne, gdy pouczasz: jak ty jesz, gdzie chcesz odfrunąć? Czy musisz robić taki śmietnik? Masz szybki lot do przeszłości. Po prostu widzisz te obrazy, gdy twoja matka te same frazy powtarzała.

Ale lata macierzyństwa, moja miła robią swoje. Następuje cudowny moment, w którym Ty i ta druga istota ( Twoje dziecko) dochodzicie do pewnego porozumienia. Inaczej–Ty dochodzisz do porozumienia ze sobą w roli matki. Wspaniale jeśli to się stanie, tylko wtedy można być naprawdę dobrą matką.

Dekalog dobrej matki

Po pierwsze…

Odpuszczasz. No trudno, Kowalska piecze po nocy ciasta, Nowak chleb, a Malinowska wozi na 10 treningów dziennie. Ty na przykład taka nie jesteś. I co? Możesz, oczywiście nad sobą pracować, ale nie przeistoczysz się w kogoś kim nie jesteś. Perfekcjonistka nie stanie się matką spontaniczną, matka chaos nie będzie pilnowała porządku. Każda ma swoje mocne strony i może dać dziecku coś innego, ale równie wartościowego.

Nasze matki też byłyby szczęśliwsze gdyby nie wrzucały się do jednej szuflady. „Dzień dobry, jestem kura domowa, sprzątam, prasuję, gotuję” Wszystkie przymusy doprowadzają ludzi do szaleństwa. Nawet jeśli chcemy zmusić się dla własnego dziecka. Rób tylko to, co kochasz.

Po drugie…

Dajesz tyle miłości, ile w sobie masz. Nie ma więcej. Bo skąd masz to mieć? Znam kobiety z domów toksycznych, trudnych, które wyznają, że czasem nie radzą sobie z macierzyństwem, że uciekają w pracę, że chętnie oddają dziecko ojcu, bo mają chwilę dla siebie, a tego potrzebują.

Mówią to zawstydzone, wbijają wzrok w podłogę. A mi kiedyś terapeutka powiedziała wprost: „Kobieta z zaburzonego domu zawsze w pewnym stopniu będzie miała problem ze 100 proc. oddaniem. Miłości musi się uczyć”.

To ucz się jej, ale nie obwiniaj się przy tym. Bo jest jak jest, wiadomo.

Po trzecie…

Nie przestajesz być sobą. Lepiej to zaakceptuj. Może są wśród nas, kobiet, istoty boskie. Macierzyństwo zmienia je diametralnie i od tej pory  myślą tylko o dobru dziecka. Tak, matka myśli o dobru dziecka. Ale gdzieś przebija się jej dobro. Czy powinnam dla dzieci rezygnować z pasji? A z miłości? A z pracy? Te dylematy są chyba normalne. Czasem rozstrzygamy je na korzyść swoją, a czasem dziecka.

Po czwarte…

Jeśli jesteś matką beznadziejną w czwartek o 18.00 to nie znaczy, że w sobotę też musisz nią być. Nigdy nie jest za późno na zmianę. Ani na dobrą relację z dziećmi. Warunek konieczny: nie udawać, że nie wiesz, że nawalasz….Dziś jest tyle możliwości, tyle narzędzi. Możemy się zmieniać. Powinnyśmy czasem nawet.

Po piąte…

Są zdania, które jednak trzeba wypowiedzieć. W sumie w „jak ty jesz?” nie ma nic złego, choć oczywiście jest to ocena i niezbyt pozytywna. Po łyknięciu wszystkich możliwych poradników, po przeczytaniu iluś książek rozumiesz, że frustracja też jest dziecku potrzebna. Lepsza frustracja w warunkach bezpiecznych niż frustracja po latach wygrzewania się w bezwarunkowej miłości matki. Świat nie jest idealny.

Po szóste…

W końcu rozumiesz, że powinnaś przestać truć. Miłość to akceptacja. Nie, nie chodzi o to jedzenie, ale o inne rzeczy, które w swoim dziecku zobaczysz i nie będą to rzeczy proste. Potraktuj to jak największą lekcję miłości. Kochać pomimo czegoś. Piękne, co? To masz szansę się tego nauczyć:)

Po siódme…

To że zaakceptujesz nie znaczy wcale, że raz na jakiś czas się nie wściekniesz, jesteś tylko matką, a nie ikoną.

Po ósme…

Dawaj jeśli chcesz dostać. To znaczy jeśli myślisz, że dziecko pracoholików, nagle w wieku 10 lat będzie chciało spędzać czas tylko z rodzicami– to się mylisz. W macierzyństwie działo prawo Hammurabiego: oko za oko, ząb za ząb. Jeśli chcesz się załamać, wróć do punktu cztery.

Po dziewiąte…

Ciesz się chwilą. Bo, przysięgam, te chwile szybko mijają.

Po dziesiąte…

 Pokora to w macierzyństwie słowo klucz. Wszystko może okazać się na opak, nic nie jest takie jak się wydaje, niespodzianki to norma. Dziś zapalenie ucha, jutro alergia. Dziś świetnie w klasie, jutro koszmarnie. Stałość? A co to jest stałość?

Stałością jest tylko ta miłość, którą możesz dać.

A mówiłaś, że nie wiesz czy umiesz kochać. No patrz…