Lifestyle

Śmierć nie ma litości, nie wzrusza jej młody wiek. Nie słucha historii o ciężkim życiu

Anika Zadylak
Anika Zadylak
3 lutego 2017
Fot. iStock / lolostock
 

Stoję na cmentarzu, wśród dużej grupy obcych mi ludzi. Nie wiem, czy jest dzień czy noc, bo deszcz wszystko rozmazał. Staram się nie patrzeć w tamtą stronę. Skupić na resztkach brudnego śniegu. Widzę kobietę zgiętą w pół, dziwnie przygarbioną. Jakby, schowaną w sobie. Wiem, kim jest. Jeszcze kilka dni temu, była taka, jak ja. Miała komu zrobić śniadanie, podać leki i porozmawiać. Miała do kogo się uśmiechnąć i zapewnić, że wszystko się ułoży, że będzie lepiej. Była matką. Dziś jest przeszytym bólem cieniem człowieka, który usiłuje się nie przewrócić.

Słyszę, jak łamiącym głosem pyta, czy nie będzie jej tam zimno. Bo w głębokim dole, na który boję się spojrzeć leży trumna. A w niej ciało ukochanej córki, której serce przestało bić… o całe życie za szybko. Wychodzę gdy słyszę, że Bogu była bardziej potrzebna.

Pojechałam wczoraj odwiedzić koleżankę, którą toczy nowotwór. Była bardzo słaba, dlatego jej czytałam. Ona trochę przysypiała, trochę słuchała. Gdy wychodziłam z jej sali, zapytała, czy wierzę w to, że rano jeszcze tu będzie.

– Wiesz, ja mam przecież dopiero 26 lat. Ty w moim wieku, miałaś już dwoje dzieci. Ja mam zrosty na żyłach, łysą głowę i zapewnienia, że gdy przyjdzie ten czas, nie pozwolą mi cierpieć.

Zatyka mnie, usiłuję się nie udusić. I nie wykrzyczeć, że przepraszam!

Za to, że nie doceniam, nie szanuję, nie dostrzegam.

Że głupio i bezmyślnie, szastam i poniewieram.

Odkładam na potem, bo zawsze jest coś ważniejszego.

Odkładam coś najcenniejszego, co możesz stracić wtedy, gdy czas na realizowanie marzeń.

Przecież 19 lat to taki wiek. Randki, matura, wyprowadzka. Pierwsze decyzje, samotne podróże. Romanse, porażki i słońce, każdego dnia. Nawet, gdy pochmurny dzień. Młodość, taka zwyczajna, aż piękna.

I tak czasem nieosiągalna, aż straszna. Bo  spędzasz ją podpięty do aparatury, która pomaga ci oddychać. I czekasz, patrzysz na drzwi, bo wiesz, że za chwilę zamkną się już bezpowrotnie. A potem, gdy rówieśnicy urządzają imprezy urodzinowe, oni dostają świeczkę na pomniku.

I dostajesz w twarz ponownie, zatrzymujesz się i starasz nie myśleć. Zwłaszcza o tym, że wiecznie na coś narzekasz, ciągle ci mało, zawsze nie tak. Jak nie w pracy, to w domu. W miłości albo u kumpli. Bo dopiero teraz widzisz, że takie to zwykłe, aż niezauważalne. A dla niektórych, nieosiągalne. Bo przykuci do szpitalnych łóżek, są każdego dnia obdzierani ze złudzeń. Samotni, zmęczeni chorobą, zrezygnowani.

Co chwilę dowiadują się, o śmierci kolegi czy koleżanki. Przewijają się cyfry, lata, które są ciągle za małe, niezrozumiałe. Bo słyszą 17, 23, 9, 35, 28, 12. I ciągle się boją. Inaczej mój ciężko chory syn, nie żegnałby się tak ze mną, zanim zaśnie.

I gdy ty pakujesz walizkę i pół drogi ględzisz, że siedzenia niewygodne. A potem, że to prawda, co mówią, że nasze morze najdroższe. Lepiej było, jak kiedyś do Egiptu. Albo masz żal do całego świata, że w tym roku wakacje w swoim mieście. Bo tylko kino i dyskoteki, lody w cukierni i koncert w sobotę. I patrzysz z zazdrością na nowe auto sąsiadki, bo twoje ma już trzy lata przecież. A córka brata muzycznie uzdolniona i siostry syn dostał stypendium. A twoje dzieci, takie zwyczajne jakieś, w przeciętnej normie.  I ten mąż też jakiś taki, bez uniesień. Pracuje, dba i kocha chyba nawet. Tylko bez iskier.

Oni też, pakują torby.

Do klinik, szpitali, hospicjów. Zbierają środki na jeszcze jedną szansę, na jeszcze kilka dni. Nigdzie nie byli przykuci do tlenu i wózków. Nie mają nic, prócz nadziei. I cieszą się z każdego, spokojniejszego dnia. Gdy nie trzeba było dzwonić po karetkę. I po księdza. Nawet śniadanie się zjeść udało. I pożartować i jeszcze raz przytulić. I często w pojedynkę, bo iskry wygasły, przy diagnozie dziecka. Wiedząc, że każda chwila może ich rozdzielić, już na zawsze.

Wstyd mi za siebie, że jeszcze wymagam, że ciągle zbyt mało. I czas nie tłumaczy, gdy nie chce się przyznać. Nie odzywać się do siebie latami, tracić rodziny i przyjaciół. Żeby się potem dowiedzieć, że już za późno, już mu nie powiesz. Że żałowałeś, że on miał racje.

Ja wiem, że ona zawsze przychodzi nie w porę, że nie ma odpowiedniego czasu, ani dnia. Że zawsze za szybko, że nikt na nią nie czekał. Nie zatrzyma jej ulewa czy tęgi mróz. Nie ma odległości, jakiej by nie pokonała.  Nie ma też litości, nie wzrusza jej  młody wiek. Nie słucha historii o ciężkim życiu. O tym, które się kończy, nim się zaczęło. Zostawia zgarbione postaci, które były ojcami, siostrami, mężami. I zawsze po kogoś wraca.

– Bardzo często zastanawiam się, co będzie, gdy umrę – mówił Oskar. – Gdy ktoś jest chory tak, jak ja, na nieuleczalną chorobę, to ma przepustkę do nieba.

Miał 11 lat, gdy jego światło zgasło.

 


Lifestyle

5 sposobów, by przestać robić z igły widły i skończyć z dramatyzowaniem

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
4 lutego 2017
Fot. iStock/ByeByeTokyo
 

Dramat! Masakra! Katastrofa! Jakże często reagujemy właśnie w ten sposób na napotkane wydarzenia i sytuacje, które… wcale nie są AŻ tak straszne i negatywne. Ale my – nakręceni i na fali naszych wrzących emocji – już widzimy wszystko w czarnych barwach, zaczynamy mnożyć przeszkody i dostrzegać kolejne wady, często de facto nieistniejące lub zupełnie nieistotne dla całego wydarzenia. Czas nieco się uspokoić i przestać robić z igły widły – oto pięć niezawodnych sposobów na to, by skończyć z katastrofizowaniem i zmienić myślenie na bardziej pozytywne.

Nie przesadzaj, trzymaj się konkretów

Jednym z największych błędów myślowych jakie popełniamy jest wyolbrzymianie skutków i konsekwencji negatywnego wydarzenia, które nas spotkało. Błąd w pracy postrzegamy jako totalną porażkę, która zrujnuje naszą karierę i zniszczy nam życie. Kłótnia z koleżanką jest dla nas dramatem, bo wyobrażamy sobie, że wspólni znajomi wezmą jej stronę, ona rozgniewana rozpuści złośliwe plotki, a my zostaniemy czarną owcą w towarzystwie. A po co to tak wybiegać myślami i wyobrażać sobie nieistniejące problemy, tworzyć scenariusze przyszłych zdarzeń? Po co przenosić trudności z jednej sfery naszego życia na pozostałe i wieszczyć kryzys i upadek? Więcej optymizmu i mniej przesady! Trzymajmy się konkretów, bądźmy specyficzni i nie dodawajmy do opisów problemu naszych lęków i wyobrażeń.

Prześpij się z problemem

Dobrze wiemy, że sen to zdrowie, regeneracja i wypoczynek. Jego niedobór sprawia, że ​​jesteśmy bardziej drażliwi i niezdolni do jasnego myślenia, zmienia się także nasza perspektywa na świat i otoczenie. Niewyspani i zmęczeni stajemy się nadwrażliwi na to, co negatywne, lekkie wzniesienie widzimy jak wielką górę, mały problem urasta do rangi katastrofy. Dlatego gdy tylko nasze myśli wydają się być coraz gorsze i ciemniejsze, pomyślmy o odpoczynku i śnie. Dajmy czas naszym emocjom na uspokojenie się, a umysłowi na chwilę wyciszenia i spokoju.

Zrozum, że myśli nie definiują tego kim i jaka jesteś

Nasze negatywne myśli często powodują, że czujemy się źle nie z powodu tego jakie są, ale z powodu tego, że w ogóle się pojawiły – obwiniamy się o pesymizm, wyrzucamy sobie brak pozytywnego podejścia i marudzenie, uważamy, że skoro myślimy w ten sposób, to coś jest z nami nie tak. Ale przecież nie liczy się to, jaka myśl pojawia się w naszej głowie, tylko to, co dalej z nią robimy! Kiedy następnym razem poczujesz się przybita i smutna, zaczniesz widzieć świat w najczarniejszych barwach, poobserwuj swoje myśli, zastanów się skąd się wzięły, co je spowodowało. Zauważ ich istnienie, a następnie pozwól im swobodnie odejść. Poświęciłaś im chwilę, przyjrzałaś się im, a teraz możesz zacząć działać – w końcu to były tylko refleksje, pierwsze reakcje, chwilowe wątki.

Rozłącz teraźniejszość (lub przeszłość) od przyszłości

Często myślimy , a nawet mówimy głośno „już nigdy nie będę szczęśliwa”, „nic dobrego już mnie nie czeka”, „wszystko, co dobre już za mną”. A to poważny błąd! O wiele łatwiej jest nam założyć, że dana sytuacja już zawsze będzie taka, jak teraz, niż wyobrazić sobie konkretne zmiany, uwierzyć w poprawę i progres. Jeśli w przeszłości coś nam nie wyszło, nad czymś straciliśmy kontrolę, to już nigdy nam się nie uda – zatem, po co w ogóle się starać i próbować? Takie myślenie prowadzi donikąd! Postaraj nie skupiać się na tym, co było kiedyś, nie zakładaj, że to co dzisiaj trudne i bolesne będzie trwać wiecznie – rozciąganie problemów na całe swoje życie nie przyniesie nic dobrego.

Rusz się!

Powysiłkowe endorfiny to nie jest mit, ale szczera prawda i recepta na to, by przestać robić z igły widły. Dotleniony po wysiłku fizycznym mózg będzie myśleć sprawniej i bardziej klarownie, a uwolnione przez nasz organizm hormony szczęścia sprawią, że spojrzymy na świat bardziej pozytywnie. Kilka kilometrów przebieżki, runda na rowerze, aerobik albo godzina na siłowni i wielki problem zamieni się w mała niedogodność. Wszak na strapienie najlepsze… ćwiczenie!

Co jeszcze możesz zrobić?

Gdy następnym razem spotka cię trudna sytuacja i poczujesz, że zaczynasz katastrofizować i popadać w rozpacz, spróbuj prostych ćwiczeń, które pomogą ci w zmianie stylu myślenia. Usiądź wygodnie i pomyśl o tych obszarach swojego życia, w których czujesz się dobrze – np. o rodzinie, przyjaciołach, twoich pasjach i hobby. Zastanów się, co przynosi ci zadowolenie, rozśmiesza, rozluźnia, sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Nie pozwól sobie na wyolbrzymianie trudności i popadanie w przesadny pesymizm, bo to w niczym nie pomaga – tylko spokojna znajdziesz sposób na rozwiązanie problemu i poprawę sytuacji.


 

Na podstawie: www.psychologytoday.com


Lifestyle

Jutro powiem wszystkim… wiem – zawsze tak mówię. Nie odchodzę, paraliżuje mnie wstyd

Listy do redakcji
Listy do redakcji
3 lutego 2017
Fot. iStock/piskunov

Jutro. Zrobię to jutro. Wiem, wiem – zawsze tak mówię, rzucam te słowa na wiatr, by na krótką chwilę poczuć się silna, mądra, lepsza. Wyobrażam sobie, że jestem jedną z tych kobiet, których historie czytam czasem w nocy, po kryjomu, na ekranie telefonu. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że też mogę być jak one – Ocaloną. Ale i tak, gdzieś w głębi, czuję, że znów nie dam rady. Nie odchodzę, paraliżuje mnie wstyd. Nawet nie strach, strach nie jest najgorszy. Najgorszy jest wstyd.

Wstyd, że ON nie jest tak idealny, jak maluję go wam słowami każdego dnia. Wstyd, że straciłam godność, że nie potrafię obronić własnego dziecka przed złem. Wstyd, że to już trwa 7 lat. Wstyd, że GO kocham. Wstyd, że kłamię, by chronić mężczyznę, który niszczy mnie i moją córkę. Bo w kłamstwie, to ja jestem mistrzynią.

Pamiętasz, mamo, jak nie zjawiliśmy się na Wigilię? Zadzwoniłam zakatarzona, tłumacząc, że złapaliśmy grypę. Nie, nie, nic nam nie trzeba, nie przyjeżdżaj, jeszcze się zarazisz. Paweł o nas zadba, nie martw się, już się krząta, leki też mam. Skype? Jakieś zakłócenia na linii, nie mogę się połączyć. Trudno, w tym roku bez opłatka, ale najważniejsze jest zdrowie, prawda? Chyba się już położę, wiesz?…

To nie był katar, mamo. Ja płakałam. Leżałam na podłodze w kuchni, przytulając Maję do piersi i marząc o tym, żeby ktoś nas z tego piekła zabrał. Nie byliśmy chorzy, nie spędziliśmy razem świąt przez NIEGO. Paweł przyszedł z pracy, a ja popełniłam błąd. „Pospiesz się” – poprosiłam i znów zobaczyłam TO w jego oczach. Ten dziwny, obcy błysk, złość. „Nigdzie nie pójdę, wy też nie”. Błagałam, choć wiedziałam, że decyzja już zapadła. Kolejny błąd. Popchnął mnie na ścianę, krzyczał, że to ja doprowadzam go do takiego stanu, że nie może na mnie patrzeć, że mną rzyga. Maja stała tuż obok, przerażona. Powiedział jej, że już nie jest jej ojcem, że jest taka sama, jak ja. To nie był pierwszy raz, mamo.

Zrobiłyśmy sobie Wigilię, we dwie. Z kanapkami z żółtym serem i prezentami, które zapakowałam już wcześniej. Z nadzieją, że „tata się zmieni”. Musi go tylko ktoś wyleczyć.

Chyba podejrzewałaś, mamo, że coś nie jest tak. Spytałaś, czy Paweł nie jest zbyt nerwowy, w domu. Czy jest dobry, dla nas. Śmiałam się wtedy tak lekko, bo to potrafię to doskonale: odgrywać rolę szczęśliwej żony. Odpowiedziałam coś tym uspokajającym, prześmiewczym tonem. Przecież nasze życie jest bajką, tak nam razem wspaniale.

A moje siniaki na rękach, pamiętasz? Powiedziałam, z tym samym, beztroskim śmiechem, że zahaczyłam o półki, bo odświeżaliśmy trochę salon. Taka niezdara ze mnie, zagadałam się i spadłam. Ale Paweł się mną tak cudownie zajął. Jest przecież czuły, opiekuńczy. Tak bardzo się przejął, że coś mi się stało.

To nieprawda, mamo. To on ciągnął mnie za ręce przez mieszkanie, a potem rzucił na podłogę. Ściskał tak mocno, tak bardzo bolało. Przez tydzień nosiłam wtedy bluzki z długim rękawem, choć było gorąco. To nic, mam w tym wprawę.

Spojrzałaś na mnie wczoraj uważniej, kiedy powiedziałam, że oczy mam spuchnięte, bo wdało się jakieś zakażenie. Poczułam, że może jednak mi się uda.

Myślałam, że tak dobrze zbudowałam ten świat, mamo. Szczelnie go domknęłam, by nikt nie zajrzał do środka. Nikt, nawet tak bliski, jak ty. Dostosowałam się do niego, uważnie dobierałam słowa, by nie wyprowadzić go z równowagi. Ja nigdy nie podnoszę głosu. Ja mówię cicho, choć w środku krzyczę. Stworzyłam obraz idealnego związku, cudownego męża, wspaniałego taty. Ale nic tu się nie zgadza, nic nie jest naprawdę.

Tyle obcych, potwornych słów zastąpiły mi słowa miłości. „Idiotka, kretynka, darmozjad…”. A ja nie mówię nic.

Zapytasz mnie dlaczego nie odeszłam wcześniej i każda odpowiedź wyda ci się absurdalna. Będziesz miała rację, mamo. Bo jak zrozumieć takie tłumaczenie: „Nie odeszłam, bo nie umiałam”? Bo kochałam?… Przychodził potem ze łzami w oczach. Mówił, że kocha, że musimy być razem, bo bez nas, on nie ma dla kogo żyć. I że ja go uratuję. Przez moment znowu mu wierzyłam.

Zaplanowałam to starannie. W myślach – tysiące razy. Zadzwonię, jak gdyby nigdy nic, zapytam, czy jesteś w domu. Przyjdę, zrobisz mi herbaty z cytryną, obejmiesz mnie tak, jak dawniej, kiedy prowadził mnie do ciebie smutek. Tato, ty nie powiesz nic. Zamkniesz się w swoim pokoju, zaboli cię serce. Zapalisz papierosa. Zobaczę łzy w twoich oczach. Mamo, ty też będziesz płakać.

Jutro wam powiem. Tym razem, na pewno. Wiem, zawsze tak mówię. Ale tym razem, będzie inaczej. Kiedy otworzysz mi drzwi, mamo, rozpłaczę się, rozpadnę tymi łzami na kawałki. Nie oceniaj mnie, proszę.

Mamo, przepraszam, zawiodłam cię.


Zobacz także

„Przed wojną, to był inny świat… My byliśmy młodzi, zakochani, odważnie braliśmy się z życiem za bary!”

3 powody, dla których od jutra będę spać z cebulą w skarpetkach

„Rewolucje w brzuchu? Może to nie to, co myślisz”. Połowa z nas nie wie, że kłopoty z brzuchem, są objawem raka jajnika