Lifestyle

Są rzeczy, które dostarczają nam bólu, a jednak w nich trwamy. Może czas przejść na drugi brzeg i poczuć wdzięczność za zmiany?

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
25 grudnia 2015
iStock/Stefano Tinti
 

Podobno ci, którzy świadomie praktykują wdzięczność, lepiej radzą sobie ze smutkiem, depresją i stresem. Podobno też ich serce bije tak, jak spokojne serce bić powinno: dalekie od arytmicznego tempa nadciągającej zagłady zdrowotnej i emocjonalnej zawieruchy. Dzieje się tak poniekąd dlatego, że uczucie wdzięczności ma wibrację równą uczuciu miłości. I tak ludzie wdzięczni są jakby bardziej w skowronkach, czyli że jakby zakochani, choć po prostu tylko, a może wdzięczni.

Łatwo jest wdzięcznym być za rzeczy miłe

Za kochanych ludzi i piękne zdarzenia. Taka wdzięczność przychodzi bezwysiłkowo, choć i w tym temacie niektórzy przyjmują pozycje roszczeniowe i zamiast poczuć i ogarnąć wdzięczność, pławią się raczej w negatywnej wibracji, że oto więcej lub lepiej im się należy. Głupie to trochę podejście, bo odziera nas z absolutnie życiodajnej energii jaką niesie ze sobą radość, poczucie spełnienia i wielkie Dziękuję wydzierające się z piersi. Zamiast tego, serce nasze jest niespokojne, kiedy tylko łaknie, chce, żąda i czego nie dostanie, to nie czuje, nie widzi, nie docenia. Oto serce, które wiedzie żywot marny.

Trochę inaczej sprawy się mają, gdy pięknych ludzi i pięknych zdarzeń nie spotykamy na swojej drodze. Zamiast tego życie podrzuca nam ból, cierpienie  i wyzwania, które czasami wydają się być ponad nasze siły. Za takie losu zrządzenia nie bywamy wdzięczni przecież. Stawiamy im czoła rzecz jasna i popadamy w wibrację pretensji i biadolenia. A te jak nas złapią, to nie ma zmiłuj się, w mig ściągną nas na dno do krainy rozpaczy i wiecznych narzekań. Serce takich ludzi, to dopiero ciężki ma żywot. No i pełne jest smutku niewypowiedzianego.

Nie wiem przy tym jak serce, ale kij ma zawsze dwa końce

Jeżeli zatem z takim zapałem potrafimy oddawać się negatywnym wibracjom, to czemuż na boga nie zaryzykujemy i, nawet w tych sytuacjach rzekomo bez wyjścia, nie staniemy przed wyzwaniem z pozytywnym nastawieniem? Nomen omen, od tego właśnie zaczyna się ów moment, w którym uczymy się praktykować wdzięczność… od nastawienia i od otwartego serca.

Niech więc będzie dla ułatwienia, że ową praktykę zaczniemy od rzeczy oczywiście dobrych. Choćbyśmy mieli dziennie jedną taką rzecz zobaczyć, poczuć, zidentyfikować. Zróbmy to. Zanotujmy na karteczce, za co wdzięczni jesteśmy losowi i wrzućmy taką notkę do wielkiego słoja wdzięczności. Niech się zbiera w tym słoju cała nasza wdzięczność miesiącami. Kiedy pod koniec roku wydobędziemy wszystkie zapiski ze słoja, możemy nagle ze zdumieniem zobaczyć, że życie mamy doprawdy niezwykłe! Z okazji zbliżających się Świąt zróbmy sobie taki prezent.

A kiedy ta praktyka wejdzie nam już w krew, spróbujmy wtedy być wdzięczni także za życiowe wyzwania. Łatwo nie będzie, zwłaszcza, że pretensja i biadolenie zawsze najczujniejsze są. Pierwsze w blokach startowych, zawsze do biegu gotowe. Z odwagą u nas, ludzi, bywa natomiast różnie. Bo żeby przyjąć ciężki los, trzeba właśnie odwagi, a ta jest jakże skromna, cicha i pokorna. Przyjmijmy jednak, że odwaga tym razem zdąży przed marazmem. Wtedy to, musimy przygotować się także i na to, że wraz z nią naszym nienawykłym oczom ukaże się prawdziwy ból, prawdziwy smutek, czysty i nieskażony. Ale uwaga! Tak właśnie dzieje się cud, bo obcowanie na poziomie prawdy z emocjami podobnego kalibru ma moc transformacji. Nie ma zmiłuj się po prostu.

Człowiek nagle odkrywa jakiś niepojęty wcześniej sens

I nagle całe jego życie układa się w najbardziej klarowną i oczywistą historię. Wtedy też człowiek uświadamia sobie, jak istotną częścią owej nagle oczywistej całości są owe historie smutne, zdarzenia przykre i w pierwszym odruchu niechciane. Bez nich nie byłoby życia, nie byłoby postępu. Nie moglibyśmy się rozwijać i przeć do przodu. Zamiast tego, tkwilibyśmy w jednym, znanym nam i od urodzenia niemalże praktykowanym wzorze. Mąż, który bije, bo zawsze bił, a i ojciec też miał ciężką rękę. Więc przemoc musi istnieć. Praca biurowa, która mózg nam rozmiękcza ale i tak nas nikt nie zatrudni gdzie indziej, a własny business to pomysł szalony. Więc gapię się w komputer i garb hoduję bo przecież nie jestem dobra dostatecznie by o siebie zawalczyć. Facet, który zdradza na prawo i lewo, traktuje mnie jak nie człowieka, ale cóż kiedy lepiej go mieć niż nie mieć. Książę z bajki i tak weźmie sobie królewnę, bo przecież nie mnie, dziewczynę z za dużym nosem.

Lepiej by było oczywiście, gdybyśmy potrafili uwalniać się z tych opresyjnych sytuacji bez potrzeby wstrząsających wydarzeń. Niestety najczęściej nie mamy tej siły, by wyrwać się z gęstej sieci, jaką plecie sytuacja tzw. znajoma. Bo chociaż dostarcza nam ona bólu, to jednak jest pewna i swojska po prostu. Na tym polega jej wątpliwy urok i niestety, ale także moc.

Jest jednak jeden sposób, na takie dictum niechciane

Owo przyjrzenie się swoim własnym, pokaleczonym emocjom na poziomie prawdy totalnej. Bardzo trudne jest to doświadczenie, bo wymaga konfrontacji z często nie do końca uświadomionymi i niejednokrotnie czarnymi aspektami nas samych. Wymaga też akceptacji tego co konfrontujemy i co dla niektórych może być wysiłkiem niewykonalnym. Na początku. Jeśli jednak nie czmychniemy od razu i damy sobie dodatkowy moment, okazać się może, że jednak się da, że można przyjąć i oswoić własny ból takim jakim on jest w swojej najbardziej autentycznej postaci. Nie przesadzę wcale, jeśli powiem, że jest to przeżycie z kategorii mistycznych. Transformuje nas w nowy byt.

W momencie takiego obcowania, człowiek spotyka sam siebie i widzi całą swoją prawdę, a wraz z nią cały ocean smutku tak przejmujący, że wręcz nie do zniesienia. Nie ma siły, aby człowiek po takim zajściu powrócił do sytuacji znajomej. Metaforycznie, przekroczył bowiem rzekę i stanął na drugim brzegu. Jeśli w takim momencie pozwoli sobie na serca otwarcie, zobaczy wówczas i zrozumie, że tamten świat, świat na drugim brzegu już nie jest jego światem. Że rola jaką miał odegrać została dopełniona, a Ty człowieku zrobiłeś kolejny krok. Krok do następnego rozdziału, w który wkraczasz niczym Alicja do Krainy Czarów. Gotowa na dalszy bieg wydarzeń ale i wolna od starych przekonań. Odnowiona i bezgranicznie  wdzięczna. Za świat z tamtego brzegu i za nowe życie w Krainie Czarów. Oraz za serce, które teraz zna już spokój.

Praktykujmy zatem wdzięczność, bo to wibracja miłości, która jak miłość zmienia nasz świat. Postawmy wspomniany słój na komodzie i skrzętnie wypełniajmy go tym wszystkim, za co wdzięczni jesteśmy. I obserwujmy, co takiego dzieje się w naszym życiu, gdy tak ten słój wdzięcznością się wypełnia. Bo że dziać się będzie to nie ma dwóch zdań. Wesołych Świąt zatem i niech magia wdzięczności się zadzieje.


Lifestyle

Z rodziną najlepiej na zdjęciu? Jesteście o tym przekonani?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 grudnia 2015
Screen/ Youtube
 

W przeprowadzanych co jakiś czas badaniach Polacy podkreślają, że jedną z najważniejszych wartości jest dla nich szczęście rodzinne. Tymczasem rozwodzimy się na potęgę, często bliżej jest nam do przyjaciół niż członków rodzin. W coraz późniejszym wieku decydujemy się na dzieci, żyjemy w związkach nieformalnych.

To, że deklarujemy jakieś wartości, nie jest równoznaczne z tym, że będziemy im hołdować

– Na przykład wartością dla nas może być miłość romantyczna, przytulamy się przy dźwiękach Bayer Full, tymczasem po ślubie ta miłość może w ogóle się nie przejawiać, zachowujemy się patriarchalnie. Ona zmywa naczynia, on ogląda telewizję – tłumaczy kulturoznawca Jacek Wasilewski i jednocześnie podkreśla, że ważne jest przede wszystkim to, w jaki sposób wyznawane przez nas wartości się przejawiają.

Przykładowo – zarzucamy swojemu partnerowi, że zbyt dużo czasu poświęca pracy. Tymczasem dla niego zarabianie pieniędzy bywa równoznaczne z utrzymaniem rodziny. On właśnie w ten sposób hołduje rodzinnym wartościom. Chodzi do pracy, której nie lubi, ale rodzina jest dla niego najważniejsza, za nią w ten sposób bierze odpowiedzialność. – Przecież mógłby grać w jakimś trzecioligowym zespole, kopać piłkę i twierdzić, że to właśnie piłka nożna jest dla niego najważniejsza – mówi Jacek Wasilewski.

W zupełnie inny sposób wartości rodzinne okazują kobiety. Dla nas często postać Matki Polki, troska o rodzinę, wychowywanie dzieci, dbanie o najbliższych to realizowanie najważniejszych dla nas wartości. – Dla tak zwanej klasy średniej czas spędzany z dziećmi, zajęcia dodatkowe, pozytywna komunikacja to dowód, jak ważna jest rodzina. Z drugiej jednak strony, kiedy ojciec krzyczy na syna, bo ten przynosi dwóję ze szkoły, to przecież także się o niego troszczy. Tyle tylko, że być może nie umie wyrazić tego w taki sposób, jakby sobie życzyli nowocześni liberałowie, którzy uważają, że dziecko powinno być wychowywane tak, by nie niszczyć jego wrażliwej, umysłowej tkanki – tłumaczy kulturoznawca.

Wartości rodzinne można rozumieć na różne sposoby. Może to być na przykład coś, za czym tęsknimy. Jacek Wasilewski jako przykład przywołuje Święta, które często są tęsknotą za tym, by usiąść wspólnie, rodzinnie do stołu. W tym czasie, podczas kolacji chcemy, by było idealnie. Niestety tęsknota za taką rodzinną atmosferą powoduje często frustrację. Bo przecież tyle trzeba jeszcze zrobić, żeby dobrze wszystko przygotować, by było idealnie, żeby te Święta się udały. Myślimy: „mam dość”, „za rok wyjadę i nic nie będę robić”, „w nosie z tymi rodzinnymi bzdurami”. Kłócimy się, przygotowania do Świąt powodują takie napięcie, że kiedy już siadamy do tego stołu, to dziękujemy w duchu za ten czas, kiedy najbliższym się wszystko wybacza…

– Popatrzmy, jak spędzamy czas wolny. Na działce, z rodziną, grillującym szwagrem. Daleki jestem od tezy, że wartości rodzinne nie są dla nas już ważne. Poza tym ciągle jeszcze rodzina jest tą instytucją, od której oczekujemy najwięcej wsparcia, zwłaszcza w sprawach bytowych. Pewna słabość i brak zaufania do instytucji państwowych oraz ogólna nieufność społeczna do władzy powoduje, że to rodzina jest głównym oparciem, a nie jak na przykład w Szwecji – państwo.

Współcześnie trudno określić jeden wzorzec rodziny

Kiedyś była to rodzina – model najczęściej 2+2, w której dzieci rodziły się po ślubie, gdzie mąż pracował, żona szła do pracy, kiedy dzieci były w wieku przedszkolnym. Obecnie, rozglądając się wokół, widzimy znajomych – bez ślubu, z jednym dzieckiem, albo rodzinę, w której on ma dzieci z poprzedniego małżeństwa, a wspólnie w obecnym związku mają dwoje. Są rodziny, w których wychowywane są dzieci z poprzednich związków. I takie, gdzie dzieci nie ma. – Tradycyjny wzorzec rodziny zależny jest od uwarunkowań materialno – lokalowych. Najczęściej jeszcze możemy go obserwować na wsi, gdzie żona wchodzi do domu męża i gdzie razem z teściami młodzi gospodarzą. Wszyscy żyją razem, starsi pomagają dzieciom. Ten model jest nadal na tyle popularny, że kobiety nie chcą dłużej pracować, tylko zająć się wnukami i tym uzasadniają chęć wcześniejszej emerytury. Nie chcą być potrzebne społecznie, a rodzinnie.

Tymczasem nowoczesna klasa średnia odzwierciedla chyba najczęściej spotykany współcześnie model rodziny. To rodzina, która się przeprowadza, przemieszcza w poszukiwaniu pracy i odpowiednich warunków życia. Musi liczyć na pomoc opiekunki, przyjaciół w trudnych czy wymagających sytuacjach, gdyż rodzina jest daleko.

Natomiast rodziny patchworkowe są możliwe, bo ludzie wiążą się ze sobą mając na uwadze wspólne zainteresowania, poglądy, nie mają tu znaczenia warunki ekonomiczne. – Proszę zobaczyć, gdybyśmy pracowali w polu, zbierali od rana chmiel, a później dawali jeść krowom, to nie w głowach byłyby nam romanse, rozwody i łączenie rodzin, wspólne wychowywania dzieci – mówi Jacek Wasilewski jednocześnie przywołując jeszcze jeden wzorzec rodziny. – Jest jeszcze jeden typ. Dotyczy on człowieka, dla którego ważny jest on sam, inwestuje w siebie, wyjeżdża do pracy za granicę. Wydłuża tym samym okres młodzieńczy nawet do 30-go roku życia. I kiedy już ma mieszkanie, mebelki, to zaczyna mu w życiu kogoś brakować, z kim może stworzyć rodzinę i wpasować go w to pudełeczko.

Tradycja daje rodzinie mocne podstawy

Przeciw tej tradycji często buntują się młodzi ludzie. Nie podoba im się chodzenie pierwszego listopada na cmentarz, czy siadanie przy wspólnym wigilijnym stole. – Młodzi ludzie są bardziej wrażliwi na autentyzm, mniej na rytualizm. I kiedy przez cały rok nikt nie chodzi na cmentarz, to dla nich pójście w ten jeden dzień jest nieautentyczne, nienaturalne. Podobnie, gdy nagle rodzice, którzy nie mają czasu z nimi porozmawiać dłużej niż przez 5 minut dziennie, chcą usiąść wspólnie przy stole i rozmawiać. Na szczęście to mija, trzeba przeczekać ten okres buntu, kiedy wszystko, co proponują rodzice, jest złe – uspokaja kulturoznawca. – W końcu ten autentyzm, który jest wymogiem młodych, zamienia się w potrzebę pewnego rytuału.

Trzeba jedna pamiętać, że jeśli nie będziemy dbać o rodzinne relacje, tworzyć więzi, kiedy większość czasu spędzamy jednak oddzielnie, a nasze rozmowy ograniczają się do: „co w szkole”, „z czego masz sprawdzian”, to trudno będzie odbudować bliskość, nawet gdy ten młodzieńczy bunt minie.

Warty podkreślenia jest natomiast fakt, że wcześniej czy później młody człowiek sięgnie do tradycji, przyjrzy się rodzinnym wartościom. Nabiorą one dla niego szczególnego znaczenia. – Jako młodzi potrzebujemy otwarcia na świat, wyrwania się z domu. Przychodzi jednak moment, kiedy ważny staje się dla nas punkt odniesienia, poczucie przynależności. Może to dotyczyć różnych wymiarów – przynależności religijnej, politycznej, itp. Jednak najczęściej jest to potrzeba znalezienia własnej historii, kontynuowania tradycji, włączenia się w jakąś większą strukturę. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa i sensu, zwłaszcza, gdy zaczynamy zdawać sobie sprawę z nieuchronnej przemijalności. Nawet gdy my, rodzice, nie przekażemy, nie zaszczepimy w naszych dzieciach tradycji, to sięgną oni do dziadków, stamtąd będą czerpać, to co dla nich ważne. A ważna będzie rodzina.

Zdawałoby się, że z rodziną najlepiej tylko na zdjęciu. Jednak pomimo zmieniających się definicji rodziny, przemian, różnorodności, okazuje się, że nadal jest ona dla nas jedną z największych wartości. Jakbyśmy nie narzekali, odrzucali tę teorię, to jednak rodzina daje nam wielkie poczucie bezpieczeństwa i to w niej szukamy oparcia w trudnych momentach.

Może warto przyjrzeć się swoim rodzinnym relacjom?


dr Jacek Wasilewski – kulturoznawca, zajmuje się konstruowaniem przekazów społecznych i strukturami komunikacji społecznej, a także kreacją znaczeń w popkulturze. Jego zainteresowania koncentrują się wokół retoryki, struktury komunikacji i komunikatów perswazyjnych (od orędzia do plotki) oraz zagadnień kategorii gender w języku i poprawności politycznej.


Lifestyle

Samotność… od święta. Czy można uciec przed Bożym Narodzeniem?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 grudnia 2015
Fot. iStock / Oktay Ortakcioglu

– Nie, ja nie będę w domu w te święta. Wyjeżdżam – mówi Ola, kiedy rozmowa schodzi na temat naszych grudniowych planów. – Pewnie powiesz, że to dziwne, niedorzeczne, ale mi jest tak dobrze, najlepiej – zamyśla się nad filiżanką ciepłej czekolady. Nie, nie mówię, że to dziwne. Sama czasem marzę o tym, by Święta spędzić daleko stąd, gdzieś, gdzie ktoś wyręczy mnie w tych wszystkich przygotowaniach. Gdzie nie będzie napięcia i gorączkowego pospieszania do wyjścia, „bo się spóźnimy”.

Znacie to, prawda? Zdarza się, że chcę uciec, czmychnąć. Przeglądam wtedy oferty biur podróży i pensjonatów, które proponują świąteczne pobyty. Ale zawsze zwyciężają we mnie dwa uczucia. Pierwsze, to nieodparta potrzeba bycia z najbliższymi. Lubię usiąść z tymi, których kocham przy wigilijnym stole i patrzeć na ich twarze, cieszyć się choćby z tego powodu, że jeszcze trwamy. Niektórzy trochę słabsi, trochę bardziej zmęczeni niż w zeszłym roku, ale ciągle obecni. Drugie uczucie wynika z chęci podarowania dzieciom wspomnień magicznej, świątecznej atmosfery. Niech złoży się na nią zapach przypraw korzennych dodawanych do piernika, smak kompotu z suszu i radość z prezentów, które ciągle jeszcze przynosi Mikołaj. I z tego, że jesteśmy może bardziej razem niż zwykle.

Ola myśli inaczej. Nie ma dzieci i jest osobą samotną, ale jak mówi, samotna się nie czuje. Ma przecież dwa koty, które tuż przed Wigilią zawiezie do rodziców i mnóstwo przyjaciół, do których zadzwoni, by złożyć im życzenia. Zaraz potem wsiądzie w samochód i pojedzie w góry. Byle dalej od tych świątecznych iluminacji, opłatków, życzeń i pierogów z kapustą i grzybami.

– Czy można uciec od świąt? – pytam, bo wydaje mi się to niemożliwe, – Świąteczne wystawy masz w każdym sklepie, świąteczne piosenki w radio, a telewizji same świąteczne filmy…

– Można – uśmiecha się Ola, która wyglądem sama przypomina świątecznego aniołka. – Zapakuję mój laptop z ulubionymi filmami i ukochaną muzyką. Wezmę te kilka książek, które odkładałam na półkę przez ostatnie tygodnie i będę się cieszyć ciszą.

W rodzinnych świątecznych spotkaniach przeszkadza jej jednak wcale nie hałas, całe to zamieszanie i brak miejsca na wieszaku w domu rodziców. Ola boi się bliskości. Tej „przymusowej”, jak ją nazywa albo jeszcze inaczej „odświętnej”.

Panicznie unika bezpośredniego składania życzeń, dzielenia się opłatkiem, przytulania swoich siostrzeńców i bratanicy, buziaków od cioć i wujków.

– Zawsze tak było? – pytam próbując dociec przyczyny.

– Odkąd pamiętam, tuż przed gwiazdką, niedzielą wielkanocną czy imprezami rodzinnymi zaczynałam czuć się nieswojo. Ale naprawdę źle, czuję się od kilku lat. – opowiada Ola – Pamiętam jak w jakiś grudniowy poranek pakowałam prezenty dla całej rodziny. Ręce zaczęły mi się trząść i nie mogłam zawiązać złotej kokardy. Myślałam „Spokojnie, jakoś to wytrzymam”. Czy tak powinno się myśleć o spotkaniu z najbliższymi? Bolała mnie głowa, brzuch. Choć wypierałam tę świadomość, w głębi duszy wiedziałam o co chodzi.

Ola już pięć lat temu zdecydowała, że święta chce spędzać samotnie. Ale trudno było jej to zakomunikować rodzicom, trojgu rodzeństwa i swojemu ówczesnemu towarzyszowi życia. Przestraszyła się, że ich zrani, że nie zrozumieją. Kiedy odważyła się wyznać swojemu ukochanemu jaką trudność stanowi dla niej udział w rodzinnych imprezach, postawił jej ultimatum: wizyta u terapeuty albo rozstanie. On nie wyobrażał sobie świąt bez spotkania z rodziną. Ona postanowiła, że szczęśliwa może być tylko spędzając święta jedynie z narzeczonym.

– Wizja związku, jaką miał Kamil była bardzo tradycyjna – tłumaczy Ola – Niedzielne spotkania z rodzicami, częste wizyty u kuzynów i wujostwa. A Wigilia i Boże Narodzenie, to już całą gromadą. I te uściski, całusy, uśmiechy… Pytania o to, co u ciebie mimo, że tak naprawdę nic ich to nie obchodzi.

Rodzice początkowo zareagowali podobnie. Gdy Ola nie zjawiła się na Wigilii po raz pierwszy, jej mama długo płakała. – Córeczko – pytała przez telefon – Czy myśmy ci coś złego zrobili? Czy to o jakąś przykrość chodzi? Więc Ola tłumaczyła, że od zawsze bała się tej wymuszonej okolicznościami bliskości. A w Święta nie sposób jej uniknąć. Zwłaszcza jeśli jeszcze pochodzi się z rodziny, w której bardzo tradycyjnie obchodzi się Wielkanoc i Boże Narodzenie.

Z czasem mama i tata Oli przywykli do tego, że córka „wpada” do nich dzień lub kilka dni „przed albo po”. Ale i w tym roku, tak jak w poprzednim zadzwonili i spytali: – Przyjedziesz na Wigilię? Chociaż na trochę…?

Skąd właściwie bierze się ten lęk?

Psycholog i terapeuta Aneta Orczyk mówi, że nie zawsze niechęć do spędzania Świąt w rodzinnym gronie wynika z jakiś nietypowych, czy wręcz traumatycznych doświadczeń z przeszłości, a zjawisko to jest na całym świecie coraz bardziej powszechne.  – W Wielkiej Brytanii, czy nawet w Niemczech z roku na rok rośnie liczba osób, które w  Święta są „samotne z wyboru” – mówi Orczyk – Mimo nacisków członków rodziny, wpływów kulturowych i religijnych, mimo całej tej naszej bogatej tradycji wspólnego biesiadowania i kolędowania w rodzinnym gronie, decydujemy się coraz częściej na pójście „pod prąd”. Potem błędnie ta nasza decyzja o spędzaniu świąt w pojedynkę jest interpretowana jako  skazywanie się na samotność. A dla nas to jest doświadczenie wyzwalające. Żyjemy w świecie, w którym oczekuje się od nas stale dostosowywania się do norm i oczekiwań. Ekscytujące jest zrobić coś całkowicie na przekór.

– A ty chcesz żyć „inaczej”, czy problem leży zupełnie gdzie indziej – pytam Olę. – Nie wiem. Jestem po prostu inna. Kocham ich wszystkich bardzo, ale nie odczuwam potrzeby spędzania Świąt razem. Pewnie powinnam pójść na tę terapię – Ola nie sprawia wrażenia osoby przekonanej do tego, co mówi –  Ale w tej mojej świątecznej samotności czuję się tak dobrze, pewnie.

– Myślisz, że łatwo będzie ci znaleźć kogoś, kto cię zrozumie? – pytam niezręcznie. – Partner, który dla mnie zrezygnowałby z rodzinnych świąt? Nie sądzę, by to było możliwe. – Ola wie, że płynie pod prąd.

– Może więc warto zacząć myśleć o jakiś kompromisach? – rzucam bezwiednie. Jakoś tak się zdarzyło, te właśnie słowa właściwie same padły z moich ust. Ola nie odpowiada, uśmiecha się tylko smutno.

– Zobacz, jak to się dziwnie układa – rzuca, gdy zbieramy się do wyjścia – Tyle jest samotnych osób. Tyle osób wiele by dało, by mieć z kim spędzić te święta. A ja od tego wszystkiego uciekam tylnym wyjściem… Taka jestem samotna od święta…


Zobacz także

7 cech, które dzieci najczęściej dziedziczą po ojcach

Nastolatki mają setki sekretów… O niektórych musimy wiedzieć,żeby zapobiec tragedii. Obejrzyjcie…

Rozwiązanie konkursu „Czuję się piękna, gdy…”