Lifestyle

Przeanalizuj swój profil na Facebooku, a test powie ci, kim jesteś. Kocham te wszystkie: „Jakim żywiołem jesteś”czy „Kto kocha cię naprawdę”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 marca 2017
Fot. iStock/Georgijevic
 

Phi, na co mi praca wewnętrzna, wróżki, horoskopy. Na co mi wysiłek emocjonalny i fizyczny, kiedy próbuję określić czego w życiu chcę i kim jestem?

Po co mam się męczyć, zadręczać, czy dana osoba to na pewno mój naprawdę najprawdziwszy przyjaciel?

Koniec z tym. Odkąd Facebook odkrył przede mną „nametests” moje problemy rozwiązuję jednym – no dobra, dwoma kliknięciami myszki.

Wiecie, o czym mówię? To te wszystkie testy, które ci mówią, gdzie jest twoje miejsce na ziemi, kto o tobie myśli, ba – nawet jaki jest twój ulubiony kolor. A wszystko to po analizie twojego profilu na Facebooku. Czyż życie nie jest piękne? Masz problem – klikasz i… wszystko jasne. Głowa odpoczywa, nie myślisz, nie analizujesz, nie rozstrzygasz. Ewentualnie możesz się zastanowić, czy jeśli tobie wychodzi, że tylko raz wyjdziesz za mąż, ale przy okazji pokazuje, że jedna z twoich przyjaciółek ślub weźmie jeszcze 17 razy – to czy ją ostrzec, że czasu coraz mniej i niech zacznie za tymi nowymi mężami się rozglądać, czy dać sobie spokój?

Kim jestem? To pytanie już nikogo nie powinno pozostawić bez odpowiedzi. Klikasz i już wszystko wiesz: „zabawa i śmiech stoją u Ciebie na pierwszym miejscu. Z Tobą spędza się fajnie czas, a gdy się śmiejesz, wychodzi słońce. Czynisz swoje otoczenie szczęśliwe i zadowolone. Wieczory z Tobą oznaczają z pewnością śmiech do łez. To pokazuje przede wszystkim, że jesteś absolutnie fajnym człowiekiem, który ma serce ze złota”.

I serce rośnie, bo przecież ja sama nigdy w życiu bym o sobie tak dobrze nie pomyślała i nikt by mi tego w życiu nie powiedział. A tu proszę – same komplementy. Jeny nawet słońce wychodzi, jak się uśmiecham! WOW! Mam tylko nadzieję, że moi znajomi mają świadomość, jak cudownym człowiekiem jestem… Może lepiej to udostępnię na moim profilu, a niech widzą, a wrogowie się pocą.

Hmm no właśnie. Wrogowie. Tych jeszcze nie odkryłam, ale zawsze mogę spytać, kto jest moim przyjacielem. I ciach – gotowe. Odpowiedź może trochę zaskoczyć, zwłaszcza, jak przyjacielem okazuje się teściowa lub kolega z byłej pracy, z którym od roku nie masz kontaktu… No ale zawsze możesz dopytać, kto jest NAPRAWDĘ twoim przyjacielem i dostajesz odpowiedź zgoła inną. Bo tym naprawdę przyjacielem okazuje się być znajoma, którą poznałaś dwa lata temu na wakacjach i wymieniłyście się facebookowymi kontaktami, przyjacielem może okazać się też butik z ciuchami w twoim mieście, który ma profil na Facebooku (nie wiedzieć czemu) jako osobisty. Hmm ciekawe. Ale nie ma co się zastanawiać, wystarczy tylko kliknąć w: „Na kogo ZAWSZE możesz liczyć”. No i jest prościej, bo okazuje się, że chociaż to ktoś z miasta, w którym mieszkasz i kto chodził z tobą do przedszkola. Macie wspólnych znajomych, zawsze jak zajdzie potrzeba zdobędziesz numer telefonu. Ale na wszelki wypadek sprawdzam: „Kto wyciągnie cię z więzienia”. Uff, no tak tę osobę znam bardzo dobrze i wiem, że zawsze mogę do niej zadzwonić. No i sprawa jasna.

Ale gdyby tak jeszcze kliknąć: „Kto o tobie mówi?” – obgaduje, plotkuje? Hmm ciekawe, gdzie tu najlepiej być ostrożnym. Cóż, wynik trochę zaskakujący, bo z osobą, która o tobie dużo mówi, masz niewiele wspólnego, ale wiadomo, lepiej mieć się na baczności.

Och, jak cudownie żyć ze świadomością, że Facebook w magiczny sposób daje odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania. Co więcej odpowiada nawet na te, które w życiu by ci do głowy nie przyszły, a może są istotne, może niosą ze sobą jakąś wartość? Ja się na przykład dowiedziałam, że moje kowbojskie imię (a jakże, wy też je macie) to Virginia Ford. Kowbojką byłam słabą, więc występowałam w piwiarniach jako burleska. Ale, żeby mi przykro nie było, że nie strzelałam i konno nie jeździłam – czytam, że w byciu burleską nie ma nic złego, w końcu nie ryzykuję własnego życia, jestem w dobrej formie, a do tego zarabiam krocie. Że też wcześniej tego nie wiedziałam.

Ale życie kowbojskie można porzucić na rzecz hipisowskiego. Bo okazuje się, że moje hipisowskie imię to Crystal i choć znaczy kryształ, to łatwo je roztopić komplementami i prezentami. Muszę na to koniecznie zwrócić uwagę. Jednak nim to zrobię lepiej jeszcze sprawdzę, kim byłam w przeszłości. Oooo to też wiele tłumaczy. Urodziłam się w 1894 roku, miałam na imię Daphne i nie mogłam się zdecydować, którego mężczyznę chciałam poślubić… Cierpię chyba przez to po dziś dzień, w kolejnym wcieleniu…

A kiedy przychodzi zły dzień, kiedy dopada mnie chandra, kto mi przyjdzie z pomocą? Oczywiście, nowy teścik! Klikam, już mój profil na Facebooku się analizuje i… HA „Jak bardzo seksowne jest twoje zdjęcie profilowe”. No moi drodzy – moje w 272%. Pytanie kto da więcej???

A jak już jestem tak seksowna, to jeszcze sprawdzę w jakim wieku będę uprawiała seks po raz ostatni. Oj 99 lat wróży niegasnący temperament i świetnych kochanków Przez chwilę próbuję znaleźć test, jak długo będę żyła, żeby sprawdzić, ile bez tego seksu wytrzymać będę musiała, ale nie znajduję…

Raz się tylko przestraszyłam. Patrzę – test: „Co wczoraj zmajstrowałaś?”. Myślę: „Oho, coś dla mnie, teraz ich zaskoczę, bo niby skąd Facebook ma wiedzieć, co robiłam”. Ale kiedy wyskakuje mi odpowiedź, że byłam na imprezie i udawałam księżną Kate… Nogi się pode mną ugięły, bo to znaczy, że moja pamięć szwankuje, albo taka impreza była, że po prostu tego zdarzenia nie pamiętam!

Odkąd korzystam z cudownych odpowiedzi „nametests” piję tylko wódkę – bo to mój ulubiony alkohol (tak mi wyszło), słucham tylko Madonny „Like a virgin” – bo to piosenka, która odzwierciedla moją duszę, i zastanawiam się, czy jednej znajomej powiedzieć, że jesteśmy siostrami, ale z innego ojca… To dziwne, bo mama nigdy mi nie powiedziała, że miała romans przed ślubem…


Lifestyle

Po 20-tu latach małżeństwa już nóg co drugi dzień nie golę, obiadu z dwóch dań nie gotuję. I wiecie co? Dobrze mi z tym!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 marca 2017
Fot. iStock/:teksomolika
 

Siedzę rano skupiona na odpisywaniu na maile. Dzieciaki już w szkole. Kawa obok, w brzuchu burczy, ale śniadanie jeszcze może poczekać. Jednym okiem zerkam na mojego męża. Rozbiera się. I stoi w samych slipkach. „No co się patrzysz, rozbieraj się” – mówi i… wybuchamy śmiechem. Bo on wie, że ja próbuję pracować, a ja wiem, że on zaraz wskoczy w dresy, bo idzie ogarniać wiosennie podwórko. I tak faktycznie się dzieje. Ubiera się i wychodzi. A ja myślę: „Ja pierdzielę, kiedyś bym pomyślała, że on tak na serio i też bym się szybko rozebrała”.

No więc robię rachunek sumienia niemal 20 wspólnych lat… Czy wy też macie podobne refleksje?

Obiad z dwóch dań

Tak, robiłam dawno temu. Zupkę, drugie danie, a jeszcze o deserze nie zapominałam. Ciasto w weekend to była norma. Teraz? Poznałam wszystkie tajemnice mrożonek, zwłaszcza jak można do nich ugotować ryż, podsmażyć pierś z kuraka i obiad w 15 minut gotowy. Bosko jest, gdy wystarczy na dwa dni.

Rączka w rączkę

Ja wiecznie gdzieś za nim gonię, zawsze jestem pół kroku z tyłu i drę japę: „Czy ty możesz na mnie poczekać, ja też idę”. Wtedy na chwilę wyhamowuje, by po kilkunastu krokach znowu gnać. A kiedyś? Kiedyś za rączunię wszędzie. „Zakochana para Jacek i Barbara”.

Wspólne wieczory

Pamiętacie to jeszcze? Kiedyś przytuleni na kanapie oglądaliście wspólnie film przez jakieś… 15 minut, by w końcu i tak stwierdzić, że seks jest lepszy od najbardziej oscarowego hitu. Teraz wspólna kanapa służy do tego, by ułożyć się tak, by podczas filmu… zasnąć. Najlepiej jak najwygodniej i z jak największą ilością koca.

Wszystko razem

Oj tak. Jak do kina to razem, jak na spacer (o matko jaki spacer) to wspólnie, na imprezę – no jakżeby inaczej, jeśli nie razem. A teraz? Ja tam marzę, by się wyrwać z domu samej, żeby on z dziećmi został. A jak przyjaciółka dzwoni: „Koncert? W sobotę? Babski wypad” – to nawet mu nie mówię o planach. To znaczy mówię, ale na godzinę przed wyjściem, że wychodzę. On szczęśliwy i ja szczęśliwa. Bo on, jak znowu najdzie go ochota na męski weekend, nie będzie mieć skrupułów, podobnie, jak ja, gdy odbije mi z samotną wyprawą w ukochane góry.

Gra wstępna

Kiedyś mogła przeciągać się w nieskończoność. Ba, trwać pół nocy nawet. A teraz… przyznajcie szczerze, ile trwa najczęściej? 10 minut? Pewnie maks, bo zmęczeni, bo jutro praca, bo dzieciaki rano na wycieczkę. Nie, żebyście narzekali, ale jednak… Różnica jest.

Seks

Pamiętam, jak kiedyś od wiele lat starszej kobiety usłyszałam: „Seks, ja już go tak znam, że wiem, gdzie dotknąć jak złapać, żeby zadziałało”. Myślałam: „O matko”… Dziś będąc niewiele młodsza od niej wtedy, mogłabym jej podać rękę…

Kolacja przy świecach

Tylko wtedy, gdy prąd wyłączą i siedząc naprzeciw siebie klniemy, że telefon niedoładowany, że netu brak i w ogóle czemu ten świat taki zelektryzowany.

Łazienka

Pamiętacie ten czas, kiedy myślałyście, że nigdy się przy nim nie załatwicie i odwrotnie, że byście nie chciały widzieć go siedzącego na klozecie. Po tylu latach jednak się zmienia perspektywa prawda? Jak już was widział, jak rodziłyście, jak wymiotowałyście na imprezie – ba, nawet wam palce swoje wkładał, żeby ulżyć… Tak, intymność nabiera innego wymiaru… zupełnie innego.

Higiena

Nogi golone co drugi dzień, bikini mogłaś nawet woskiem, depilatorem i czym tam jeszcze doprowadzać do gładkości. Cóż, nie ma co ukrywać, że gdy nadchodzi zima, a nogi chowamy pod spodniami albo grubymi rajstopami, to golenie i depilacja schodzą na bardzo, baaaaaardzo daleki plan. I myślisz sobie nawet – przecież faceci i tak nie zwracają na te owłosione nogi uwagi, to tylko nasz, kobiecy wymysł.

I tak sobie pozostałam przy tych porannych rozmyślaniach, kiedy to mąż tylko „zażartował” z tym rozbieraniem się. Cóż, tacy byliśmy jeszcze wczoraj – młodzi, zakochani, zapatrzeni w siebie. Ale wiecie co, wolę to, co dziś. Na szczęście nie muszę robić obiadu z dwóch dań, szorować podłogi, że niby taka pedantka jestem i mogę spokojnie zostawiać nieumyte po kolacji naczynia, bo zwyczajnie mi się nie chce sprzątać. I jeszcze mogę powiedzieć: „Matko, jakie mam nogi już owłosione”, bo wiem, że on mnie przygarnie do siebie, powie: „Kocham te twoje owłosione nogi” i pocałuje w czoło, w czoło, bo chwilę wcześniej zjadł tatara z dużą ilością cebuli… Kiedyś bym udawała, że tego smrodu nie czuję myśląc, jak cudowną jednością jesteśmy.

Nie, brrrrr. Strzepuję z siebie te wspomnienia. Wolę jednak tu i teraz, kiedy mogę być sobą, nie muszę nikogo udawać, być lepsza, mądrzejsza i piękniejsza. Mogę wstać z włosami sterczącymi w różne strony, zasnąć na kanapie, bo on wie, że to nie jest przeciwko niemu, tylko zwykłe zmęczenie. Mogę powiedzieć, że mi się nie chce. Że nie mam ochoty. Lubię ten nasz zbudowany na 20-tu latach dystans – do nas samych, do siebie nawzajem. Lubię to zrozumienie w jego oczach, gdy udaję, że z nim oglądam film, a jednak przysypiam. I gdy mówi: „Przestań te wszystkie 20-tki do pięt ci nie dorastają”. Ha. Wtedy sobie myślę: „Gotujcie te swoje obiady, szorujcie podłogi i dbajcie o gładkie bikini”. To minie i za kilka lat okaże się kompletnie w waszym związku niepotrzebne, bo inne rzeczy będą dla was ważniejsze.

P.S. Ale kolację przy świecach zaplanowałam na weekend. Dzieci do przyjaciółki poślę. 😉


Lifestyle

Rety, marzę o dniu, żeby nie dać się zwariować! Powiedzcie, czy tylko ja jestem taka niepoukładana i mało idealna?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 marca 2017
Fot. iStock/Tempura

Obudziłam się i nim zerwałam się z łóżka pomyślałam: „rety ja dzisiaj nic nie muszę”. Wyciągnęłam się, przykryłam szczelniej kołdrą i rozkoszowałam się chwilą, kiedy nagle dostaje się w prezencie kilka minut, godzin, ba – nawet cały dzień.

Bo to taki miał być dzień, kiedy nic mnie nie goni. Mogę leżeć, spać do woli, bez nerwowego patrzenia na zegarek i co chwilę przesuwania budzika, albo załączania nowej drzemki. Wiecie jaki jest mój rekord? Potrafię budzik nastawić na 5:30 – żeby wstać wcześniej, spokojnie wszystko zrobić, wypić nawet kawę w ciszy, kiedy cały dom śpi, a w efekcie wstaję o 6:45 i skaczę na jednej nodze do kuchni wciągając w tym czasie na drugą spodnie lub rajstopy. Nieee, najczęściej spodni, bo już czas na wyprasowanie sukienki zdecydowanie brak. Oczywiście skacząc trafiam na porzuconego i samotnego klocka. Klnę pod nosem, bo zamiast godzinę i 15 minut przełączać drzemkę, mogłam sobie budzik na 6:30 nastawić i jednak trochę dłużej pospać. No i dzień zaczynam wścieklizną, bo: po pierwsze się nie wyspałam, po drugie: jestem wściekła, że znowu sobie coś obiecałam i g*wno za przeproszeniem z tego wyszło.

I paznokcie zdążę sobie domalować te, co obdrapałam stojąc w korku, a spiesząc się, co by dzieciaki do szkoły odwieźć i mimo wszystko chociaż raz w tym tygodniu się nie sóźnić. Matko, jakby to była waga życia i śmierci – dzieci niespóźnione do szkoły. Czasami klepię się w ten mój łeb myśląc – co ty tam masz, naprawdę nie masz czym się aż tak bardzo przejmować, że korek w drodze do pracy, przestawiany budzik i klocek na środku korytarza doprowadza cię niemalże do stanu epilepsji?

No więc dziś jest inny dzień. Dziś leżę. Śpię. Nie gonię. Wyłączam budzik i wiem, że tym razem nie muszę się zrywać. Nie muszę wysłuchiwać tych wszystkich: a on pluje na mnie pastą, a ja nie chcę na śniadanie twarogu, a nie mogę choć raz kanapki z czekoladą, tylko ja jedyny nie przynoszę do szkoły kanapki z czekoladą. Na tym etapie poranka jestem w stanie obiecać wszystko. Nawet to, że kupię te cholerną czekoladę i że raz w tygodniu – ok, nie ma sprawy – licząc, że do kolejnego ranka o tym zapomną i pokłócą się o coś zupełnie innego. Wypadam z domu z połową makijażu na twarzy. To już standard, że rzęsy maluję w aucie, a szminkę wożę w schowku, nawet nie w torebce, bo jaki to ma sens, skoro i tak ostatnią rzeczą, jaką robię przed wyjściem z auta, to rzucenie oka w lusterko i wtedy zapala mi się lampka „USTA”. Niech chociaż na wejściu do pracy wyglądam jak opanowana super-woman, która to wstała rano, kawę wypiła (a raczej pół kawy, a raczej z dwa łyki może – matko ile ja bym dała za tę kawę co ją w łazience w domu zostawiłam), dzieci rozwiozła i idealnie – bo tak świetnie planuje sobie czas – 3 minuty przed rozpoczęciem pracy, wchodzi z uśmiechem i pomalowanymi ustami do biura. Czyż nie idealnie?

Ale dzisiaj ja leżę sobie w łóżku i myślę o tym, że nikogo nigdzie nie muszę odwozić. Że dzieci zniknęły z tego domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i choć czuję lekkie ukłucie tęsknoty, to przecież nie będę rozpaczać. To nie pora na rozpacz, to raptem kilka dni, kiedy postanowiono mnie odciążyć, dać odpocząć, zrelaksować się.

Dziś nie będę gnać po pracy, w aucie zmieniając szpilki na tenisówki – jednak dobrze, że w spodnie rano się wciskałam, a nie sukienkę. Nie będę lecieć jak na złamanie karku odbierając co chwilę telefon: „Mamo gdzie jesteś?”. No jestem jestem, jadę przecież spieszę się, wiem, że trening to jedna z niewielu rzeczy, na których mojemu dziecku zależy. A ja przecież tak bardzo nie chcę zawieźć. To już ten etap dnia, kiedy o pomadce zapominam. Z szaleństwem w oczach miotam gromami po kierowcach, którzy nie chcą mnie wpuścić, dać się wyprzedzić. Mielę w buzi stos przekleństw pod ich adresem, dobrze, że tego nie słyszą, bo wtedy na pewno by mnie nie przepuścili. Dopadam do szkoły, zabieram ferajnę i zbłąkanego kolegę który zapomniał mamie powiedzieć, że dziś wcześniej kończą. Dzwonimy do mamy, słyszę ulgę w jej głosie i tak bardzo ją rozumiem i zazdroszczę… że też mnie nie napatoczyła się taka mama…

„Hej, co dziś na obiad?” – słyszę to lekkie pytanie w telefonie. Lekkie a niosące tajfun zniszczenia. Mam ochotę wejść do tego telefonu, wyjść po drugiej stronie i zagryźć. Co na obiad? CO NA OBIAD? Fuck… zapomniałam o obiedzie. Przecież miałam wieczorem wyciągnąć zamrożone piersi z kurczaka, zrobić z makaronem na szybko, jak wrócimy do domu… Dlaczego to mnie spotyka. Rety, pewnie żadnej inne kobiecie na świecie to się nie zdarza. Wszystkie są zorganizowane, poukładane, i nie przestawiają budzika przez ponad godzinę oszukując samą siebie, że na pewno wstaną szybciej.

Czuję, jak zbliżam się do histerii i ataku paniki. Jak łzy cisną mi się do oczu, jak cały świat przyciska mnie do kierownicy. Bo jestem taka biedna, taka samotna, bo nikt mnie nie rozumie i nawet te diabelskie piersi pozwoliły o sobie zapomnieć.

Budzik. 5:30. WTF? Eeeeee… Rozglądam się. Cały dom jeszcze śpi. Kot przeciąga się na fotelu. Nieeee, TEN dzień – wymarzony i wyleżany, był tylko snem… Jak mógł. Ale jest 5:30 – może jednak wstanę, wyłączę drzemkę. Może raz zdążę wypić tę kawę przed wyjściem z domu i nie dam się zwariować? Czego i wam od czasu do czasu życzę. 😉