Lifestyle

Pożyczone życie zawsze wróci do właściciela, zostawiając nas samych sobie

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
15 kwietnia 2016
Pożyczone życie
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

Dostało nam się życie. Każdy dostał, w pakiecie. Kiedy supernowa wybuchła w maminym brzuchu, tak życie się poczęło. Dziewięć miesięcy później, przez wąski tunel,pomknęliśmy w stronę światła. I zaczęła się egzystencja. Lubię sobie wierzyć, że każdy z nas stworzony został do jakiejś tam wielkości. Niekoniecznie tej największej, ale za to maksymalnej na indywidualną miarę. Każdy dostał talentów kupę, a potem dostał też wolną wolę i to poniekąd spaprało całą robotę.

Wolna wola…

No tak… uhhh…. ajjj… auććć. Niby fajna sprawa, bo człowiek tyle może! W zasadzie wszystko może, podług zasady: róbta co chceta bracia i siostry, bo skoro nie zabronione to dozwolone. Wyobraźni tylko trzeba mieć na tyle by po chmurach z gracją biegać.

Z drugiej strony, jak tyle człowiek może, to pewnie też i nic nie musi. Wyobraźni też więc nie musi uaktywniać, by na te chmury się wznieść. Bo jak nic to nic. Zero wysiłku. Kanapa, pilot, nudna robota, a i mąż też szarobury. I tak życie zamiast być tęczowe jest jak ten mąż, kompletnie szarobure. Talenty leżą na wpół zdechłe, inspiracja omija nas szerokim łukiem, a kreatywność nawet nie wie, że rzekomo istniejemy.

Bo oto w ramach wolnego wyboru wybraliśmy, że życia własnego żyć nie będziemy. Wysiłku wymaga takie życie, a więc nie, dziękuję. Zamiast tego życie sobie pożyczę, od sąsiada, koleżanki, pani z telewizji, córki polityka, albo syna pana księdza. Im kto bardziej kontrowersyjne życie wiedzie, im bardziej pikantne i warte ploteczki, tym lepiej! Takie życie sobie wezmę i tak się nim nasycę, że aż brzuch mnie będzie bolał.

Ileż to ludzi tak żyje, nieustannie wertując karty życia cudzego? 

A ileż tam analizy jest, rozkładania zdarzeń na atomy? Ileż ocen? O! Tych to jest zwłaszcza wiele, bo na każdy aspekt cudzego życia przynajmniej jedno zdanie mamy. I ba! Nie szczędzimy naszej opinii, bo im więcej opiniujemy, tym bardziej cudzym życiem żyjemy. A to, paradoksalnie,daje nam poczucie, że żywi jesteśmy jak nigdy! Z kanapy się zrywamy i jeśli nie na plotkarską kawę z koleżanką, to przynajmniej na jakiś portal internetowy się wbijamy i z pasją, o jaką sami się nawet nie podejrzewamy, rzucamy się w wir nieswojego życia jak w jakąś obezwładniającą przyjemność. Potem wciągamy w tą akcję przyjaciół, znajomych, nieznajomych, wrogów… każdego kto tylko wciągnąć się da do tego, by podgrzewać, podjudzać, do pieca dorzucać tak, żeby aż gorąco było od życia, które nasze nie jest.

Fajnie, tylko gdzie tu sens? I czy doprawdy cudze życie warte jest większej uwagi niż nasze własne, zaniedbane, po macoszemu traktowane istnienie? Czy doprawdy nie zasługujemy na to, by na sobie się skupić, na tych talentach nam tylko danych, które puszczone w ruch okazać się mogą o niebo ciekawsze od życia pani X na Fejsbuku?

Swoją drogą, ten cały internetowy ruch pospolity, ciągłe posty, ekshibicjonistyczne pokazówki… żyjemy tym jak powietrzem komentując w nieskończoność, kłócąc się zawzięcie, niektórzy nawet przyjaźnie kończą, albo sami kończą… skasowani. Czy naprawdę potrzeba nam takiej rozrywki, z braku lepszego słowa?

Kiedyś sąsiadki skanowały cudze życie wyglądając wiecznie przez okna i nasłuchując via kaloryfer co też u sąsiada się dzieje. Było to jednak jakoś tak bardziej naturalne, bardziej ludzkie, powiedzmy. To co dzieje się obecnie, ludzkie nie jest już wcale. Dostając dostęp nieograniczony do człowieczych historii, porzucamy całkowicie wysiłek stworzenia historii własnej. I robi się tak jakby naprawdę nas nie było. Przestajemy tworzyć, przestajemy marzyć i tylko wegetujemy przyczajeni w oczekiwaniu na kolejną historię, do której podpiąć się będziemy mogli jak do jakiejś butli z tlenem.

Wolna wola dobra rzecz, ale w tym kontekście to raczej przyczynek demoralizacji, w wyniku której zamieniamy się w istoty plotkarskie i płytkie po prostu. O leniwych nie wspominając. Szkoda to wielka, bo wybór w drugą stronę, choć pozornie trudniejszy, powinien przecież być oczywisty, instynktowny niemalże. To bowiem wybór własnej wyjątkowości, wybór który czyni każdego z nas wielkim na miarę własnej, indywidualnie pojmowanej wielkości,powinien być naszym pierwszym wyborem. Wybierając siebie, świadomie przeżywając własną historię, idziemy pełną parą w kierunku pełnego satysfakcji, spełnionego życia. Wybierając życie cudze, zapożyczając historie nie swoje, jesteśmy li tylko widzami. Kiedy seans się kończy, zostaje pusta, ciemna sala. Pożyczone życie zawsze bowiem wróci do właściciela, zostawiając nas samych sobie. Smutnych i zagubionych. No i gdzie tu jest sens?


Lifestyle

„Ostatnie Tango w Paryżu” po polsku, czyli nowa kolekcja Lou Saints

Redakcja
Redakcja
15 kwietnia 2016
Lou Saints
Fot. Materiały prasowe
 

Lou Saints siostrzaną markę Lilou założoną przez Magdalenę Mousson-Lestang odkryłam przypadkiem. Przyznaję, że jeszcze nic nie posiadam w swojej kolekcji, ale kilka rzeczy trafiło na moją listę pożądania ;).

Po raz kolejny linia prêt-à-porter  została stworzona we współpracy z projektantką mody Anną Poniewierską.

Nowa kolekcja Lou Saints dostępna jest w butiku Lilou przy ul. Mokotowskiej 63 w Warszawie, przy ul. Wrocławskiej 21 w Poznaniu oraz w Concept Store by Lilou w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 20. Zapewniam, że wrażenie estetyczne będziecie miały zapewnione… Marka gwarantuje modę na wysokim poziomie. Starannie dopracowanie detale, wszystko niezwykle kobiece.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Inspiracją do jej powstania były kostiumy z filmu „Ostatnie Tango w Paryżu” z 1972 roku, w którym zagrali Marlon Brando oraz debiutująca wówczas Maria Schneider. Filmowy obraz głównej bohaterki w otulających kożuchach zestawionych na zasadzie kontrastu z delikatnymi zwiewnymi sukniami, stał się dla marki punktem wyjścia do wykreowania ponadczasowych płaszczy,  marynarek oraz sukienek w stylu lat 70., wpisujących się w aktualne trendy. Nowa kolekcja Lou Saints powstała z myślą o kobietach ceniących elegancję, pragnących zaznaczyć swoją zmysłowość.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

W kolekcji Lou Saints nie brakuje subtelnych przezroczystości, dekoltów, podkreślonej talii. Mając na uwadze kobiecą sylwetkę w płaszczach i marynarkach zastosowano ultralekkie kroje, które wysmuklają. Sukienkom i bluzkom zmysłowości dodają troczki przy rękawach lub wiązania na kokardę pod szyją. A garnitury układają się blisko ciała. Dominuje stonowana kolorystyka beżu, bieli, czerni i głębokiego morskiego z efektownymi akcentami w postaci unikatowych wzorów.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Wyrafinowane ubrania Lou Saints wykonano z najwyższej jakości tkanin, takich jak wełna bouclé, jedwabny muślin lub kreszowany len. Dopracowane są w każdym detalu – od koloru stebnówki, przez mereszkowane brzegi, po ręcznie przyszywane guziki z masy perłowej. Taka dbałość o szczegóły pozycjonuje markę w segmencie mody premium dla wymagających klientek, które na co dzień chcą czuć się wyjątkowo i wyglądać perfekcyjnie.

GALERIA ZDJĘĆ

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

18

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Lifestyle

„Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 kwietnia 2016
"Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą", Ute Ehrhard
Fot. iStock / RapidEye

Kto z nas nie słyszał tych słów? A kto nie miał w ręce książki o tym tytule? Nie uśmiechnął się do tego stwierdzenia i… tylko uśmiechnął specjalnie nie zastanawiając się nad sensem tego zdania?

A przecież to kwintesencja naszej stereotypowej kobiecości. Grzeczna dziewczynka, to kobieta, którą nosimy w sobie: uległa, posłuszna, zgadzająca się ze wszystkim i na wszystko, nie wchodząca w konflikty i oczywiście lekko uśmiechnięta, trochę przepraszająca, że ona ma tu odwagę zabierać przestrzeń i powietrze komuś innemu.

Nie jest tak? Ile razy słyszałyście: „Bądź grzeczną dziewczynką”, „Dziewczynki tak się nie zachowują, dziewczynki są grzeczne”. I my tę grzeczność w sobie mamy, bo wydaje się nam, że tylko będąc grzecznymi zyskamy akceptację otoczenia oraz zasłużymy na miłość. To jest właśnie to niebo, które dla grzecznych dziewczynek zostało przygotowane.

A dla niegrzecznych? Nie ma mowy o piekle. Choć chciałybyśmy czasami tak myśleć – bo łatwiej się usprawiedliwić: „Jak będę uległa, to nie pójdę do piekła”. Tylko, że „tam, gdzie chcą” nie ma nic wspólnego z piekłem, no chyba, że taką drogę sobie wybierzemy.

Jakie są te niegrzeczne dziewczynki? Otóż są:

Trochę bezczelne

Bo jasno mówią o swoich potrzebach. Nawet w tych najmniejszych aspektach życia, najbardziej błahych wiedzą, czego chcą. I szczerze mówiąc w nosie mają opinie innych na swój temat. Chcą mieć krótkie włosy – ścinają je. Chcą kupić nowe auto – robią to. Decydują się na zmianę pracy, choć inni mówią, ze przecież ryzyko jest duże i że w sumie, to tu gdzie  jest ma ciepły i znany już kącik. Ale one bezczelnie prą do przodu. Realizują się. Spełniają swoje marzenia. Wyjazd w góry pod namiot: że nie, bo jest na to za stara? Ale ona o tym marzy i do tego dąży. I myśli: „Zajmijcie się swoim życiem, ja będę żyła swoim tak, jak tego chcę”.

Odważne

Bo mają odwagę decydować same o swoim życiu. Mają odwagę iść ścieżką, którą sobie same wymyśliły. Mają odwagę popełniać błędy i też odważnie na nich się uczyć, wyciągają wnioski, żeby zrobić kolejny krok do przodu. Nie jest to głupia odwaga, przez którą drą rajstopy, gubią buty i rozbijają głowy. Ona zawsze jest podszyta strachem i obawami. Ale niegrzeczne dziewczyny nie pozwalają, by strach nimi zawładnął, by sparaliżował je w ich działaniach.

Egoistyczne

Bo myślą o sobie. Nie stawiają siebie na końcu łańcucha potrzeb, które (jak jeszcze znajdą siłę) zaspokoją, kiedy już wszystkim innym zrobią dobrze. One są dla siebie ważne. Co nie znaczy, że innych mają w d*pie. Potrafią dbać o innych właśnie dlatego, że dbają o siebie. Kochają siebie i są ze sobą szczęśliwe. Wiedzą, czego chcą, wiedzą, co daje im szczęście i zadowolenie z życia. Nie przedkładają potrzeb innych nad swoje. Traktują siebie na równi z innymi ludźmi. One wiedzą że nie są gorsze, słabsze, mniej mądre i mniej im się od życia należy. Wręcz przeciwnie – jest w nich głębokie przekonanie, że wszyscy powinni dostać po równo. No chyba, że ktoś wywalczy sobie więcej.

Pewne siebie

Bo są świadome swojej wartości. Nikt im nie wmówi, że są gorsze. One znają swoje mocne, ale też i słabe strony. Wiedzą, na co je stać. Są świadome własnych ograniczeń i co najważniejsze z tej wiedzy korzystają. Nie biadolą nad tym, w czym są słabe, tylko umiejętnie korzystają z tego wszystkiego, w czym są dobre. Nie zmieniają siebie na siłę chcąc udowodnić, że są na przykład zorganizowane, poukładane i mniej chaotyczne, albo na odwrót. Akceptują siebie takimi, jakimi są. Z wadami i zaletami. Wykorzystują swój potencjał nie walcząc ze słabościami, ale czyniąc z nich atut.

Mówią, co myślą

Bo nie chcą być tylko miłe i ugodowe. Jasne, gdy jest taka potrzeba i możliwość, idą na kompromisy. Ale też przestają się korygować mówiąc wprost, co myślą, wyrażając swoje poglądy, podkreślając na co się nie zgadzają i z czyją opinią nie jest im po drodze. Są asertywne, wiedzą kiedy powiedzieć „stop” i nie dać sobie wejść na głowę. Nie są aroganckie, co to to nie. Szanują zdanie innych, co nie zmienia faktu, iż wymagają, by szanowano także ich zdanie. Mają odwagę mówić, co naprawdę myślą, a nie bezrozumnie i ze strachu powtarzać, to co mówią inni, żeby tylko nie popaść z kimś w konflikt.

Nie udają

Bo chcą być sobą. Nie chcą ulegać stereotypom, podobnie jak nie chcą być takie, jak oczekują od nich tego inni. Że jako kobieta muszą być lekko wycofane i jednak uległe. Jako żona powinny przede wszystkim na pierwszym miejscu zaspokajać potrzeby męża, co by ich przypadkiem nie zostawił. Jako matka musi poświęcić się w 100% dzieciom. Niegrzeczne dziewczynki piszą swój własny scenariusz i wchodzą w rolę, które są z nimi tożsame. Nie udają miłych, by zyskać poklask, nie udają grzecznych, by zyskać akceptację, nie udają głupich, by nie być krytykowanym. Niegrzeczne dziewczynki są sobą pełną gębą. Jak chcą wejść na drzewo i pobiegać po kałużach to, to robią, nie oglądając się na to, że mama założyła im białe rajstopki.

A wy? Nie macie czasami dość bycia grzecznymi?


* „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą”, Ute Ehrhard

 


Zobacz także

Agata Komorowska: „Bóg zrobił sobie ze mnie jaja. Powinnam lepiej precyzować marzenia”

A może tak Sylwester w teatrze? Mamy kilka propozycji last minute z Warszawy i Krakowa

6 typów rozstań, które mogą spotkać każdą z nas. Różnią się od siebie, ale utracona miłość boli podobnie