Lifestyle

Poznaj kulisy powstania największych polskich fortun! Prawdziwa historia, która zwala z nóg

Redakcja
Redakcja
20 września 2022
 

„Moje filmy pokazują prawdę, a nie powielają mity i stereotypy – mówi reżyser, producent i scenarzysta filmu, Heathcliff Janusz Iwanowski. Byli tacy, którzy tygodniowo zarabiali pięć milionów dolarów, mimo że średnia krajowa pensja była wtedy na poziomie 20-30 dolarów”.

W czasach, gdy w Polsce półki sklepowe świeciły pustkami, bohaterowie filmu znaleźli sposób na zarabianie ogromnych pieniędzy. Skąd wiedzieli na czym można zrobić biznes? Jak dorobili się w czasach kryzysu? Choć mogłoby się wydawać, że to był męski świat, to prawdziwą głowę do interesów miały kobiety. Dorota, Krysia, Marzena i Sabrina udowadniają starą prawdę, że gdy kobieta o coś walczy, to nigdy się nie poddaje i nikt nie jest w stanie jej zatrzymać.

Z każdą minutą w filmie przybywa sekretów. A im więcej tajemnic i ludzkich słabości, tym bardziej prawdopodobne staje się to, że w końcu wszystko zacznie się sypać.

W głównych rolach występują: Małgorzata Kożuchowska, Dominika Gwit, Agnieszka Więdłocha, Paulina Gałązka, Maciej Zakościelny, Sebastian Stankiewicz, Rafał Zawierucha, Mikołaj Roznerski, Michał Koterski, Paweł Małaszyński, Cezary Łukaszewicz i Antoni Pawlicki.

Reżyseria – Heathcliff Janusz Iwanowski

Produkcja – Global Studio

„Gdzie diabeł nie może, tam baby pośle” – prawdziwe historie polskich fortun! Już od 14 października w kinach.


Lifestyle

„Mówiły, że śmierdzę. Śmiały się, że nie mam cycków. Dlaczego jako trzydziestolatka nadal boję się… stada kobiet?”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
20 września 2022
Fot. iStock
 

Mówi się, że za traumą z dzieciństwa najczęściej stoją nasi rodzice i że przyczyn swoich kłopotów należy dopatrywać się we wczesnych relacjach z ojcem czy matką. A mnie się wydaje, że moja trauma ma swoje źródła we wszystkim tym, co działo się ze mną w szkole podstawowej. Miałam bardzo złe doświadczenia z dziewczynkami. Mówiły, że śmierdzę. Mówiły, że przynoszę popsute kanapki. Śmiały się z moich włosów i krzywych zębów. Z mojego tyłka. Że nie potrafię się ubrać. Że nie mam cycków jak one. Że nie noszę stanika. Naprawdę były okrutne i głupio mi, że ciągle o tym pamiętam. Nie potrafię sobie z tym poradzić, choć dziś pracuję w dużej korporacji na wysokim stanowisku. Noszę fajny markowy stanik. Mam niezłe torebki. Zrobiłam sobie równiutkie licówki na zębach. Dlaczego więc wciąż słyszę z tyłu głowy ich głosy? Dlaczego, kiedy widzę pod biurowcem „stado” kobiet, znów zaczynam się ich bać? Przechodzę obok i boję się, że znów zaczną szydzić, że do nich nie pasuję i że coś ze mną jest nie tak.

Zawsze lepiej dogadywałam się z chłopakami. Z nimi wszystko było dla mnie łatwiejsze. Zero skomplikowanych emocjonalnie niuansów. Nikt się na siebie nie gniewał. Nie obmawiał za plecami. Wszystko wydawało mi się takie zero-jedynkowe. Nigdy nie byłam pięknością klasową. Dlatego wydaje mi się, że dziewczyny nie powinny być zazdrosne o moją urodę. Jestem raczej takim typem szarej myszki: płowe niesforne pokręcone włosy, wąskie usta, zwyczajne szare oczy, drobna sylwetka bez biustu. Nie kokietowałam, nie obnosiłam się z ich sympatią. Ale prawda jest taka, że zawsze nieźle się z chłopakami rozumiałam. Być może dlatego, że mam kilku kuzynów, z którymi wychowywałam się dość blisko. Wspólne zabawy w chowanego na podwórku, chodzenie po drzewach, a potem gry na konsoli… to oni dyktowali moją codzienną dziecięcą „normalność”.

Z dziewczynami było zupełnie inaczej. Pamiętam, że w mojej podstawówce tworzyły się grupki wzajemnej adoracji. A w środku stała jakaś gwiazda, która wszystkimi sprawami zawiadywała. Grupka klakierek wokół niej wykonywała tylko zbiór podłych instrukcji. Zawsze czułam, że buzują w tych dziewczynach rywalizacja i zazdrość.

Pamiętam, jak raz namówiły się na mnie, że będą mnie ignorować, ponieważ uznały, że ukradłam jednej z nich buty. A to wszystko było nieprawdą! Dostałam te cholerne adidasy od mojego ojca chrzestnego. Nie byłam winna temu, że akurat jedna z dziewczyn twierdziła, że takie same buty zginęły jej w szatni. Ale kara wobec mnie została wymierzona. Byłam tym wszystkim tak strasznie wystraszona, że próbowałam buty zostawiać w domu. Bo kiedy one widziały mnie w adidasach, natychmiast szydziły, że przecież: „Ta Gośka, ta biedaczka, co chodzi w cerowanych w kroku legginsach i szarych swetrach z lumpeksu… Ten dziwoląg, co jego rodzice handlują na bazarze pomarańczami, nie może mieć czegoś ładnego. To kretynka z biednej rodziny!”

Patrzyły krzywo. Chichotały, gdy mijały mnie na korytarzu. Posyłały sobie dziwne spojrzenia… Oczywiście, że próbowałam jakoś przetrwać w tej sytuacji. Ale nikt nie chciał być przyjaciółką tej myszy z krzywymi zębami, której najsilniejsze laski otwarcie nie lubią. Czasem udawało mi się przekabacić czymś jedną zagubioną (jak ja!) owieczkę, która przez chwilę towarzyszyła mi w dziewczęcych zabawach. Najczęściej przyciągałam ją do siebie pod pretekstem pomocy w nauce, bo zawsze byłam dobrą uczennicą. Kilka korepetycji z matematyki, zabawa, rozmowy i zwykle okazywało się, że ta „przyjaźń” trwa tylko chwilę. Nie miałyśmy sobie zbyt wiele do powiedzenia, nie byłyśmy sobą tak naprawdę zainteresowane i wszystko rozmywało się w jakimś niebycie. W końcu doszłam do wniosku, że jestem jakimś dziwnym dzieciakiem. Takim innym od wszystkich otaczających mnie dziewczynek. Czułam się okrutnie samotna. Żyłam w oddzielności, której nie chciałam. Żyłam, obserwując wspaniały, kolorowy, krzykliwy świat dziewczyn, do którego nie miałam dostępu. Nie potrafiłam tam wejść. Czymś im zaimponować? Coś im dać? Kompletnie nie miałam pomysłu, co by to mogło być.

Najgorsze było jednak to silne poczucie, że nigdzie nie pasuję. Czy na świecie jest choćby jedna dziewczyna, która chciałaby się ze mną zaprzyjaźnić? Zabrać mnie na imprezę? Zrozumieć, jaka jestem naprawdę i czego potrzebuję? Oglądałam wiele filmów o kobiecej szczerej przyjaźni. Patrzyłam na nie jak na lizaki  lub jak na watę cukrową. Ślina kapała mi po brodzie, ale nie potrafiłam czegoś takiego stworzyć w realu.

Dopiero w liceum wymyśliłam sposób, który nazywa się empatia. Wtedy kilka dziewczyn zbliżyło się do mnie, bo potrzebowały z kimś pogadać o swoich kłopotach, a ja chyba umiałam słuchać i pocieszać. Jednak na dłuższą metę nic z tych znajomości nie przetrwało. Żadna z tych dziewczyn nie zaprosiła mnie, bym pojechała z nią na wakacje. Żadna też nie pomyślała o mnie, kiedy szła na imprezę. Kto by chciał bawić się w towarzystwie odludka, który ubiera się jak strach na wróble? W liceum więc znów żyłam na boku. Umacniało się we mnie poczucie odmienności, inności i tego, że nigdzie nie pasuję.

Dziś mam fajnego faceta i wspólne życie naprawdę nam się układa. Postanowiliśmy wziąć ślub, chcemy mieć dziecko. Ale… czy ja będę umiała dać w przyszłości mojej córce wsparcie, kiedy przyjdzie i powie mi, że dziewczyny jej dokuczają. Co ja mam takiemu dziecku do zaoferowania, jeśli ja – dorosła dziś Gośka – nadal boję się stada kobiet. Nadal nie mam choćby jednej przyjaciółki. Jak zbić tę szybę, za którą żyję? Jak zbliżyć się do kobiet? Tęsknię za tym całym sercem. Czuję, że potrzebuję kobiecej przyjaźni, tej silnej energii, która musi być dobra. Wierzę, że to wszystko istnieje, choć nigdy tego nie doświadczyłam.


Lifestyle

„Moja przyjaciółko, która znęcałaś się nad swoim mężem. Uważam, że zasługujesz na życie bez miłości”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
20 września 2022
Fot. iStock/KatarzynaBialasiewicz

Nikt ci nie powie tego wprost, nikt też nie wie, jak naprawdę traktujesz bliskich. Potrafisz być taka urocza. Ale my wiemy, jak ranisz. Możesz zgrywać porzuconą żonę, opowiadać bajki innym. Ale znasz prawdę. I mam nadzieję, że to przeczytasz– inaczej nie mogę do ciebie napisać, wszędzie mnie zablokowałaś. Tylko dlatego, że powiedziałam ci prawdę.

Prawdę, którą zresztą próbowałam mówić przez lata: przeginasz, to się źle skończy, on tego nie wytrzyma. Mówiłaś: jak nie wytrzyma, to niech spier…. Nie on? To inni.

Tylko tych innych nie ma, jesteś po czterdziestce, wiecznie z pretensjami, wkurzona, uważająca, że reszta ma ci służyć. A magiczni „inni” chcą cię tylko na seks, a na życie wybierają młodsze.

On

Twój chłopak, a potem mąż. Dobry człowiek. Typ, na który takie dziewczyny, pewne siebie, atrakcyjne, nie zwracają uwagi, bo wolą złych chłopców. Zresztą do pewnego stopnia rozumiałam to: też wybierałam beznadziejnych facetów. Adam był inny. Kończył studia i chociaż pracował w knajpie, był tytanem pracy, chociaż wtedy jeszcze bez samochodu, oszczędności. Zakochałaś się w jego miłości do ciebie, lubiłaś tak mówić. Kocham go, bo on tak bardzo kocha mnie. I jeszcze mówiłaś:
Kocham go, bo jest dobry. Bo jest miły, ciepły, wyręcza mnie.
Nie zawsze byłaś wobec niego lojalna, już wtedy potrafiłaś śmiać się z niego z koleżankami, które polowały na bogatych prawników, czy biznesmenów.

A potem zamieniałaś się w słodką dziewczynę. Wtedy już miałaś „skoki w bok”. Tłumaczyłaś, że w seksie nie jest perfekcyjnie, Adam jest zbyt dobry, żebyś mogła go do szaleństwa pragnąć. Kręciłam głową, mówiłam, że życie na dwa fronty jest nie w porządku– mówiłaś: „Nie ma dwóch frontów, tamto to zabawa”.

Pobraliście się, urodziłaś dzieci. Nieustannie na niego narzekałaś. Że jest za nudny, za męczący, że za bardzo zajmuje się dziećmi, za mało tobą. Byłam taka wściekła. Wiem, przemawia przeze mnie zazdrość. Bo gdy dostawałam od życia bęcki, ciebie otaczał opieką męski, czuły troskliwy mąż i ojciec. Który poza swoją rodziną nie widział świata– a wiem, że się podobał, bo pracujemy w tej samej branży.

Ty

Mijały lata. Zaczęłaś go zdradzać, imprezować, nie wracać na noc. Byłamtwoim alibi. Oczekiwałaś tego, a ja nie potrafiłam cię zawieść. Adam myślał, że jestem chodzącym problemem, bo ciągle musiałaś mnie „ratować”. Jechać ze mną na weekend, nocować u mnie, polecieć do Włoch, bo „chcę się zabić”. Nie protestowałam, myślałam, że się otrząśniesz. Potrafiłaś się tłumaczyć. Rodzina cię przerosła, nic nie wiem o opiece nad dziećmi, o tym jaka to odpowiedzialność. Ale nie ładowałaś akumulatorów tylko go zdradzałaś. Cierpiałaś z powodu kolejnych facetów, a Adam był z waszymi dziećmi, odrabiał lekcje, jeździł na zebrania, woził na zajęcia dodatkowe.
Tak, bywałaś idealną matką. Jak miałaś dobry moment. Jak budziły cię wyrzuty sumienia, wracałaś z podróży emocjonalnej zwanej romansem.

Poza tym popijałaś wino, właściwie nieustannie byłaś na rauszu. Długo cię kryłam, sama jestem dzieckiem alkoholika, ale w końcu i właśnie dlatego postanowiłam się odsunąć, porozmawiać z Adamem– odebrałaś to jako największą nielojalność.

Adam w końcu się otworzył: od dawna wiedział, że pijesz, był bezradny, robiłaś w domu afery, wrzeszczałaś na niego, wyzywałaś, krzyczałaś, że jest śmieciem i nikim. On? Facet, który pracował, opiekował się wami, tyle rzeczy robił za ciebie.

Staliśmy się twoimi wrogami, choć tak naprawdę jako jedyni cię kochaliśmy i chcieliśmy pomóc. Kolejne trzy lata piłaś

Rzuciłaś pracę, biegałaś na terapię, a potem znów wracałaś do alkoholu. Ile on zniósł? Butelek, które chowałaś w pralce, szafce i w torebkach, małpek poupychanych po całym mieszkaniu. Awantur, które robiłaś myśląc, że dzieci śpią– niestety się budziły, czego nawet w transie nie zauważałaś.
Miałaś pretensje, że robi się twardszy, nie zgadza się na wszystko, stawia ci granice.

Ja

Tak, to ja go do tego namówiłam, choć ty uważasz, że przyjaźń to zgoda na twoje upadanie. Bo to już nie była wolność, prawda? Ani nie zabawa?

Ale też już nie mogłam patrzeć, jak ranisz dzieci. Obudziłaś we mnie najgorsze wspomnienia z mojego dzieciństwa.

W maju Adam się spakował, wyprowadził do pustego mieszkania rodziców. Razem z nim spakował się twój siedemnastoletni syn. Powiedział ci wprost, że nie może patrzeć, ja pijesz, że się ciebie boi, bo zamieniasz się w potwora. Siedemnastolatek. Obraziłaś się na niego. Nie dostrzegłaś, że to nie brak miłości a wołanie o pomoc.

Tylko Maja, dziesięciolatka została z tobą. Tak, wciąż cię kocha. Wytrzeźwiałaś na tyle, żeby ją wozić do szkoły, na zajęcia, robić jej obiady. Potem były wakacje, więc znów mogłaś pić, bo była u ojca, dziadków albo obozie. Wytrzeźwiałaś, żeby brać więcej zleceń, bo musiałaś zarabiać, choć Adam i tak nie odciął ci dostępu do konta. Ale wieczorami i tak chlałaś, wypisywałaś mi wiadomości, że to spisek, że mamy romans. Jak nie odpowiadałam, bo terapeutka zabroniła mi się wdawać w dyskusje, gdy jesteś pijana– atakował mnie kolejnymi smsami jaka jestem podła i uwiodłam ci męża. W końcu mnie zablokowałaś,  w towarzystwie powiedziałaś, że mamy z Adamem romans i jestem twoim największym rozczarowaniem.

Nawet gdybym chciała mieć ten romans, to on wciąż kocha tylko ciebie. I czeka, aż się ogarniesz, zrozumieć. Wierzy w ciebie. Po tym wszystkim, po tym, jak latami go traktowałaś. Ale też jest w terapii i za chwilę się obudzi z tego obłędu. Naprawdę odejdzie.

Nie, nie do mnie. Ale do jakiejś innej. I już go nie odzyskasz. Dorośnij, spójrz prawdzie w oczy. Miałaś wszystko i na własne życzenie to zniszczyłaś. Naszej wspólnej koleżance mówisz, że zrozumiałaś, że jednak kochasz Adama. Ale chcesz, żeby wrócił do ciebie na twoich warunkach– to już niemożliwe. Mnie nienawidzisz, teraz to o mnie mówisz: „śmieć”

Dobra część mnie mówi– zawalcz o rodzinę, nieważna jestem ja. Masz tak dużo. Wciąż jeszcze masz.
Ta zła ma ochotę ci wykrzyczeć– zasługujesz na brak miłości. Zasługujesz na to, by zostać sama. I na pewno nie zasługujesz na tak cudownego i dobrego człowieka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W


Zobacz także

Być z kimś, a dzielić z nim życie to dwie różne rzeczy. Bądź dla ukochanej osoby pewnością, że nie znikniesz, gdy będzie cię potrzebować

Rozwiązanie konkursu "W wakacje wszystkie przygody są lepsze"

Regulamin konkursu „W wakacje wszystkie przygody są lepsze”

Mówisz do siebie na głos? Prawdopodobnie jesteś geniuszem