Lifestyle

Portret macierzyństwa przez duże M

Poli Ann
Poli Ann
29 września 2019
Fot. iStock / milicad
 

Dorota nie ma już siły. Pada na pysk. Fizycznie. A psychicznie też, bo zalicza depresję. Kocha swoje dzieci ponad wszystko, ale marzy, by spędzić tydzień bez nich, by nie słyszeć ich ciągłych kłótni, płaczu, by w końcu się wyspać. Nikt nie mówił, że bycie matką to będzie taka harówka. Dwadzieścia cztery na dobę. Siedem dni w tygodniu. Non stop. Bez możliwości wzięcia urlopu, nawet na żądanie.

Oczywiście, że nie myślała, że będzie leżeć i pachnieć, ale tak wyczerpującego macierzyństwa się nie spodziewała. Wiedziała doskonale, że kupy nie pachną, brzuch po ciąży nie zrobi się od razu płaski (no nie jest słynną panią L.) i że przespane noce to będzie luksus. Była gotowa na zmęczenie, ale nie w takim wymiarze. Bo Dorota od 6 lat nie przesypia całych nocy i nie dlatego, że cierpi na bezsenność. Gdy urodziła Julię już pierwszej nocy nie spała, choć poród ją wykończył. Dziewczynka o buzi anioła miała wadę genetyczną nogi. Nogi!!! Kość piszczelowa nie była prosta. Ukształtowana w literę L powodowała, że nóżka była krzywa i o wiele krótsza, i odbierała szansę na chodzenie. Dorota nie spała więc przerażona tym, co ją czeka. Na zdjęciach usg nic nie stwierdzono. Córeczka miała być zdrowa. A tu trach. Wada genetyczna. Dorota liczyła się z kolkami, brakiem pokarmu, alergią, atopią, ale do cholery przez 9 miesięcy nie przygotowała się na to, że urodzi chore dziecko. Nikt tego nie zakłada.

Mała Julcia słodko spała, a Dorota, gdy poskromiła pierwsze łzy, zastanawiała się co dalej. Do najbliższej przyjaciółki napisała dopiero po dwóch dniach. Że czuje się słabo, Julia waży 3,200 gr, mierzy 61 cm i ma chorą nóżkę. I wysłała zdjęcie, bo nie miała siły tłumaczyć, co jest nie tak. W szpitalu, w niedużym mieście, bezradnie rozkładali ręce, założyli małej gips na nóżkę i myśleli, że coś zdziałają tym genialnym posunięciem. No kwiat polskiej medycyny!!! Brawa na stojąco. Dzieciak ryczał, bo nóżką fikać nie mógł. I jeszcze te upały. Był środek lata, skwar nie do zniesienia. Więc Dorota wyła z małą.

Każdego dnia przewijając córkę zagryzała wargi, wycierała łzy i penetrowała internet. Wybór padł na ośrodek w Poznaniu. Daleko, ale opinie świetne. Dwa tygodnie po porodzie cudem jakimś dostali się do profesora. Ktoś zrezygnował z wizyty.

Znów popłynęły łzy, bo rokowania niepewne. Nie wiadomo, w jakim tempie nóżka będzie rosła, czy wolniej czy tak samo jak zdrowa. Czy wada się nasili, czy pojawią się inne niespodziewane okoliczności. Nie da się nic przewidzieć, bo każda wada genetyczna ma swoje własne zasady. Na razie pozostaje obserwacja, pomiary i zbiórka pieniędzy, bo leczenie będzie bardzo kosztowne. Zadzwoniła do przyjaciółki. Komuś musiała się wygadać. Nie z rodziny, bo dość już miała litości i pocieszania. Ala była konkretna. Od razu doradziła zapis dziecka do fundacji i zbiórkę pieniędzy, szczególnie, gdy będzie można oddać 1 procent. Rada szczera, prosto z serca, bez lukru. Niby ok, ale Dorotę coś uwierało. Co to dla niej oznaczało? Że wraz z mężem powiedzą sobie w twarz już nie że mamy chore dziecko, lecz MAMY NIEPEŁNOSPRAWNE DZIECKO. Po kilkunastu miesiącach Dorota Ali podziękuje i przyzna, jak to przez tydzień biła się z własnymi myślami i własną dumą. Mam niepełnosprawne dziecko? Jak to? Przecież umysłowo rozwija się normalnie. Książkowo wręcz. Póki leży i nie musi chodzić można udawać normalność. Nóżkę pod kocyk, cyk, i problemu nie ma. Na szczęście długo w tą grę się nie bawiła. Złożyli papiery. Bardzo szybko mieli czarno na białym, że Julcia jest niepełnosprawna. Do fundacji ją przyjęto. Pieniądze szybko były potrzebne, bo gdy miała 4 miesiące przeszła swoją pierwszą operację. Łamanie kości i złożenie. Wiadome było, że nóżki rosną równo. Po operacji Julia w końcu miała proste nogi, z tym, że ta jedna była krótsza 3 cm, bo przy łamaniu zawsze trochę się traci. Wiedzieli już, że mała będzie nosić buty ortopedyczne, a w wieku 5-6 lat rozpocznie się proces wydłużania krótszej nóżki. Operacji NFZ nie refunduje. Mieli sporo czasu na zebranie kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Julka rozwijała się prawidłowo, nocami marudna, jako noworodek długo cierpiała na kolki. Dorota z mężem spalili 4 suszarki do włosów, bo tylko one dawały małej ukojenie. Z apetytem też było słabo. Nie chciała próbować nowych rzeczy. I bardzo domagała się uwagi. Dorota chodziła z nią nawet do łazienki. Kładła ją w leżaczku, a sama brała szybki prysznic. Musiała ją nosić lub kłaść się obok, by mała usnęła na drzemkę. Próbowała wszystkich metod. Włącznie z odłożeniem Julki i niezwracaniem uwagi na jej dwugodzinny płacz. Nie odpuszczała.Twarda była. Córka, nie matka. Po tygodniu przegrała, gdy sąsiadka zasugerowała jej, że powiadomi pomoc społeczną, bo ma podejrzenia, że katują dziecko.

Dni mijały jak szalone. Mąż rozkręcał firmę, pracował po kilkanaście godzin na dobę. Dorota wieczne sama i piekielnie zmęczona.

Druga ciąża była niespodzianką, ale o dziwo się ucieszyła. Rodzice i teściowie pomagali, choć Julka akceptowała tylko wybrane osoby. Mimo orzeczenia o niepełnosprawności rozwijała się prawidłowo. Raczkowała, podnosiła się, a dzięki kupowanym co miesiąc bucikom na miarę, zaczęła chodzić.

Marysia urodziła się zdrowa i była totalnym przeciwieństwem siostry. Spała, jadła pięknie, nie marudziła. Jakby wiedziała, że mama bardziej potrzebna jest Julii. A Julka przechodziła bunt dwulatka, była zazdrosna o siostrę i wciąż trzymała się spódnicy Doroty. Potem bunt trzylatka. Jeszcze intensywniej. Do przedszkola zaprowadzał ją tata, bo lepiej radził sobie z wyciem córki, która za nic na świecie nie chciała zostać tam bez niego. Najlepsze było to, że po pół godzinie zapomniała o bożym świecie i wspaniale się bawiła.

Dorota przy Marysi odpoczywała. Mogła w spokoju zrobić obiad i zakupy. Dopiero za jakiś czas przyjdzie jej rozdzielać się na pół, bo dziewczynki nie będę chciały się wspólnie bawić, lecz każda z mamą. Osobno. Dorota czasem sfrustrowana będzie wychodzić dwie minuty do kuchni, by policzyć do stu. Inaczej by eksplodowała. Niby w domu, mąż kasę robi, teściowa lub mama czasem ugotuje obiad lub weźmie którąś dziewczynkę na spacer, ale Dorota jest u kresu sił. Nie ma kwadransa dla siebie. Od kilku lat nie była w kinie, kawiarni, u fryzjera tylko przy okazji, by dziewczynkom podciąć włosy. Wtedy jej w pięć minut znajoma fryzjerka też równała końcówki.

W końcu nadszedł wielki dzień. Dzień operacji, kiedy to Julii zostanie założony aparat na nóżkę i wydłuży ją o brakujące centymetry. Trauma zostanie zażegnana. Pół roku i będą mieli zdrową córkę. Zachowanie Julii przeszło najśmielsze oczekiwania. Po operacji wyła, nie pozwalała się nikomu dotknąć A Dorocie odejść na sekundę od łóżka. Nie chciała mówić, jeść ani współpracować z rehabilitantami. Nawet za cenę przekupstwa. Groziły jej infekcje i że śruby wrosną się w ciało. Rozważano usypianie Julki na czas podkręcania śrub. Na szczęście dziewczynka zaczęła współpracować, ale nie obyło się bez łez i krzyku.
Dorota jest wyczerpana. Terapia jeszcze nie dobiegła końca. Julia znosi to wszystko bardzo ciężko. Najgorzej jak przyplącze się przeziębienie. Dorota znów nie może odstąpić jej na krok, a Marysia też domaga się mamy.

Dlatego Dorota jest tak bardzo zmęczona. Pada na twarz. Nie ma siły czasem wstać z łóżka. Jej macierzyństwo jest piekielnie trudne i wymagające. Brak w nim różu, kokardek i lukru. Rzadko pojawia się uśmiech. Bycie rodzicem niepełnosprawnego dziecka jest cholernie ciężką próbą. Dorota ostatkiem sił niesie ten ogromny bagaż po krętej i wyboistej drodze. Mam nadzieję, że niedługo okolica tej wędrówki się zmieni. Będzie zielona, pełna kwiatów i słońca, a Dorota będzie szła lekkim krokiem idąc z dziewczynkami, i mężem w lekkich podskokach śmiejąc się radośnie i trzymając się za ręce.


Lifestyle

Jej metą było szczęście. Nie spodziewała się, że będzie biegła wtedy w przeciwną stronę. BIEGACZKA

Poli Ann
Poli Ann
8 października 2019
Fot. iStock
 

Jej metą było szczęście. Najpierw biegła w ramiona mamy i babci. Potem pani Krysi w przedszkolu. To były krótkie dystanse, zawsze nagradzane całusem lub przytuleniem. Z czasem dystanse stawały się coraz dłuższe i bardziej wyczerpujące. Naprawdę długi bieg zaliczyła, gdy wyrywała się z ramion tego, który jednym pchnięciem prócz sukienki i bielizny zdarł z niej całą niewinność. Nie spodziewała się, że będzie biegła wtedy w przeciwną stronę. Chłopak najlepszej przyjaciółki, dobry kumpel zafundował jej taki maraton, że od szczęścia oddaliła się o lata świetlne. Fizycznie i psychicznie. Czuła obrzydzenie do siebie i niego. Upadła w każdym słowa tego znaczeniu i przestała wierzyć, że kiedykolwiek dobiegnie do mety. Trwało to lata. Uczuciowo zamrożona, niezdolna do miłości i jakiegokolwiek ruchu, stała w miejscu i nie wiedziała, w którą stronę nawet nie iść, a się czołgać. 

Pewnego deszczowego dnia jednak się podniosła. Krople kapały. A może to były jej łzy? Ona stała uśmiechnięta, bo w końcu poczuła, że ma siłę iść. Powoli. Potem może nawet biec lekkim truchtem, gdyż dostrzegła metę. Szczęście istniało. A jednak. On tam stał. Ten jedyny, który pomógł jej odzyskać brutalnie zabraną kobiecość. Ten, w którego ramiona pragnęła się zatopić i zapomnieć o tym, co było. Dobiegła do mety. Jego miłość dała jej siłę. Był ślub, wesele i mieszkanie na kredyt. Szybko ciąża, jedna i druga, i bieg morderczy, by uciec przed rutyną. A rutyna, idąca spacerkiem i tak ją dopadła. Przestała więc biec. Przystanęła, zmęczona i znudzona, bo szczęście przestało być kolorowe. Zatrzymała się i zgubiła metę z oczu. Za to napotkała czyjeś oczy, które pożerały ją całą i przypomniały, że nie jest tylko matką, kucharką, sprzątaczką i praczką. Utopiła się w nich. Znów zaczęła biec, nieświadoma, że kompletnie pomyliła kierunki. Jak opętana w stronę złudnego szczęścia, a to okazało się być niczym oaza na pustyni, którą widzi tylko i wyłącznie ten spragniony. A ona taka właśnie była. Łaknęła uwodzenia, randek i pocałunków dawanych po kryjomu. Im bliżej tej oazy była, tym bardziej jej obraz się zamazywał, by w końcu zniknąć na dobre. W tle usłyszała tylko słowa właściciela czarnych oczu: „game over, bejbe”. Czar prysł. Nagle i boleśnie. Uświadomiła sobie, że znów stoi bezczynnie, a meta gdzieś mętnie jawi się w oddali. A tam ten jedyny, dzięki któremu kiedyś się podniosła. Zawróciła. On tam nadal stał. Z wyciągniętymi ramionami, by mogła się w nich chować. Dobiegła resztką sił. On o nic nie pytał. Może wiedział, dokąd wcześniej uciekła, a może nawet się nie domyślał, że przez moment utonęła w innych objęciach. 


Dziś oboje zbliżają się do mety. Mety zwanej szczęściem. Ona i on. Trzymają się za ręce, uczą bycia razem od nowa. Walczą o siebie, biegnąc razem. Gdy jedno upadnie, drugie pomaga mu wstać. To ich wspólny maraton. Czasem spacer, czasem runmagedon. Łatwo nie jest. Grunt, że razem. Ku szczęściu. Już zawsze. 


Lifestyle

List do chorej matki

Poli Ann
Poli Ann
6 września 2019
Fot. iStock

Droga Mamo!

Piszę, bo już nie mogę. Nie daję rady być Twoją córką, opiekunką, pielęgniarką, sprzątaczką, kucharką, praczką i kierowcą. Może jestem wyrodna? A może tak niesamowicie Tobą zmęczona, że brak mi sił?

Wiem doskonale, że mnie urodziłaś, że robiłaś wszystko by niczego nam nie zabrakło. Byłaś troskliwa, cierpliwa i taka kochana. Tyle mi pomogłaś, gdy urodziłam bliźniaki i gdy brałam ten straszliwy rozwód. Jestem Ci za tamte dni tak bardzo wdzięczna. Dziś, kiedy nie przypominasz już samej siebie, jesteś malutka, pomarszczona, tak bardzo krucha zastanawiam się czy bardziej Cię kocham czy nienawidzę.

Dałaś mi życie, wszystkiego nauczyłaś, dla mojego dobra ponosiłaś mniejsze lub większe ofiary. Bosko gotowałaś, wspaniale szyłaś, opowiadałaś piękne bajki i zawsze umiałaś odgonić smuteczki.

Dziś Cię nie poznaję. Zamiast Ciebie jakaś starsza już kobieta, z oczami bez wyrazu, zaciętymi ustami i kościstymi dłońmi, która snuje się po nocach po mieszkaniu. Ja wiem, że to choroba, że starość i demencja. I frustracja Twoja na dodatek, kiedy odzyskujesz jasność umysłu i widzisz jak wielu rzeczy już nie możesz. Tak nagle stałaś mi się obca. Już nie rozmawiamy, nie chodzimy na spacery, nie pieczemy szarlotki wg przepisu Babci Mani. Słyszę tylko Twój płacz, ten rozumiem, bo widzę jak bolą Cię wszystkie stawy. Najgorszy jest Twój krzyk i marudzenie, stękanie, wieczne niezadowolenie.

Dziś nie podobał Ci się obrus i musiałam go zmienić, by za kwadrans wrócić do poprzedniej wersji. I tak trzy razy.

Wczoraj z obrzydzeniem wyplułaś kotleta, który zawsze Ci smakował.

Żurku, który gotuję wg Twojego przepisu też nie chciałaś zjeść, co zakomunikowałaś zrzuceniem talerza ze stołu. Nieważne, że właśnie umyłam podłogę.

Co pięć minut musiałam w nocy poprawiać Ci poduszkę, bo nie mogłaś zasnąć. Gdy próbowałam Cię delikatnie przełożyć na drugi bok, naplułaś na mnie I zwyzywałaś od najgorszych.

Tak jak ostatnio w sklepie, gdy jeszcze miałaś siłę tam dojść. Nie pozwoliłam kupić Ci ciastek, bo wiem, że zjadłabyś od razu wszystkie, a potem cierpiałabyś na silne bóle brzucha i skoki cukru. Znów dostałabyś biegunki i mogłabyś nie zdążyć do toalety, brudząc pościel, bieliznę i wszystko dookoła. I wtedy właśnie jak obrażone dziecko oskarżyłaś mnie o kradzież pieniędzy. Dobrze, że pani Helenka prowadzi ten sklep od lat i wiedziała doskonale, że to jeden z tych trudnych Twoich dni.

Branie leków to kolejny nasz wspólny codzienny koszmar. Plujesz, gryziesz, zaciskasz zęby, a leki brać musisz. W jedzeniu nie zawsze da się je przemycić. Nieważne czy to płyn czy pastylki. Odmawiasz przyjęcia ich w jakiejkolwiek formie. Pielęgniarka z przychodni nie daje już rady zrobić Ci zastrzyku. Wtedy, choć słaba i chuda, dostajesz nadludzkiej siły i bronisz się zaciekle. Nie mam pojęcia skąd ta moc.

Czasem chciałabym, by dała Ci coś na sen, byś spała dwie doby i mi dała się wyspać. Tak bardzo brakuje mi snu. Odczuwam to dotkliwiej niż kilkanaście lat temu, gdy bliźniaki były niemowlętami. Jestem permanentnie niewyspana.

Każdej nocy budzisz mnie jękiem. Czasem uda mi się Ciebie przytulić i uspokoić. Z reguły jednak charczysz, każesz podawać sobie jakieś rzeczy, a gdy na wpół żywa je przyniosę, zdążysz zapomnieć o co prosiłaś. Chcesz oglądać telewizor, najchętniej na cały regulator. Albo wstawiasz pranie i on nim zapominasz. Lub chodzisz po mieszkaniu w lewo i prawo, gadając do siebie głośno, przestawiając naczynia lub krzesła. Muszę wtedy być obok, bo ranisz się talerzami, które lecą Ci z rąk. Kilka razy byś się przewróciła. Jesteś dzieckiem w ciele staruszki, tyle że wcale się nie uśmiechasz i nie przytulasz.

Awanturujesz się niemiłosiernie. Nie wiem ile razy nazwałaś mnie głupią, wredną małpą, suką, krową, czarownicą, wiedźmą, potworem, mordercą czy idiotką. Taką litanię słyszę codziennie i nadal każde takie słowo tnie moje serce na pół. Nie wiem skąd w Tobie, kiedyś damie w każdym calu, tyle wulgarności. Przecież Ty nigdy przeklinałaś, byłaś oazą spokoju i dobra.

Kocham Cię ponad życie, a czasem tak bardzo nienawidzę i biję się w pierś za takie uczucia. Bo przecież wiem, że to nie Twoja wina, że to starość i choroba zabrały mi Ciebie – ciepłą, serdeczną mamę, babkę z poczuciem humoru, z którą mogłam konie kraść. Dziś widzę obcą staruszkę i modlę się, by mieć siłę każdego dnia, by dać Ci dobrą opiekę, dużo miłości i cierpliwości. By pielęgnować Cię do końca Twoich dni tak, by móc potem sobie i swoim dzieciom spojrzeć w twarz.