Lifestyle

Oderwij się. Jak być „slow” na wakacjach i naprawdę wypocząć?

Redakcja
Redakcja
23 lipca 2021
Lawendowy Winiec / Slowhop.com,
 

Mikołajki, Zakopane, Władysławowo i Sopot – takie miejsca większość Polaków wpisuje do wyszukiwarki planując letni. Ale czy w głośnych, popularnych kurortach można naprawdę wypocząć? Proponujemy alternatywę. Urlop w stylu „slow”.

Sam ruch „slow” stworzono w 1986 roku w reakcji na nową restaurację McDonalds w zabytkowej części Rzymu, nieopodal Schodów Hiszpańskich. Inicjatorzy ruchu postulowali powrót do prawdziwego jedzenia, przygotowywanego ze świeżych składników z poszanowaniem lokalnych gospodarstw rolnych i hodowców. Od tego czasu „slow” rozlał się na wiele dziedzin życia. Oznacza głębsze relacje z ludźmi i naturą, bycie „tu i teraz”, dbanie o równowagę i ograniczanie negatywnego wpływu na środowisko. Jeśli wybierzemy bycie „slow”, to będziemy świadomie unikać ubrań z sieciówek modowych, częściej wybierzemy lokalne gospodarstwa rolne zamiast zakupów w dyskoncie, a na wakacje nie wybierzemy się w miejsca, które cierpią przez nadmiar turystów. Podróże „slow”to wakacje z dala od wielkich ośrodków turystycznych i masowej turystyki. Jak można wypoczywać nieśpiesznie? Oto nasze porady.

1. Zamiast określonego kurortu, wybierz region, który chcesz odwiedzić. Najpopularniejszymi wakacyjnymi kierunkami w Polsce są tradycyjnie Warmia i Mazury, okolice Zakopanego i miejscowości nadbałtyckie. Zwróć uwagę na rejony, które nie pojawiają się co roku w turystycznych hitach. Regiony spoza masowej turystyki warte rozważenia to Góry Izerskie, Pogórze Kaczawskie, Beskid Niski, Podlasie, zwłaszcza okolice Biebrzańskiego Parku Narodowego. Jeśli wolisz bardziej popularne kierunki – unikaj najbardziej znanych i zatłoczonych miejscowości. Wystarczy nawet 10-15 kilometrów dalej, żeby nadal było pięknie, ale bardziej odludnie i spokojnie.

2. Usług, atrakcji i noclegów szukaj poza sieciami hotelowymi i agencjami turystycznymi. Postaraj się znaleźć je u ludzi, którzy współpracują z lokalnymi społecznościami, dbają o dziedzictwo kulturowe okolic i prowadzą niewielkie punkty usługowe lub sklepowe. Zostawiając swoje pieniądze właśnie u nich, wspierasz lokalną przedsiębiorczość.

Dziki Dom / Slowhop.com

3. Nocleg znajdziesz na portalu Slowhop.com. To serwis, który wyszukuje i umożliwia rezerwację tylko tych miejsc, które uznaje za zgodne ze swoimi wartościami. Można tu znaleźć pięknie zaaranżowane agroturystyki, rodzinne pensjonaty, butikowe hoteliki i domy wakacyjne na wyłączność. Zapomnij o typowej, przaśnej agroturystyce z lat 90. Slowhop przywiązuje ogromną wagę do estetyki. Rezerwując nocleg możesz przeczytać jaka jest historia gospodarzy i jaki mają pomysł na swoje miejsce. Osobiste historie pozwalają na skrócenie dystansu i nawiązanie relacji: gospodarz-gość, a nie sprzedawca-klient. Koniecznie wczytaj się w informacje – miejsca na wsi mają swoje zalety, ale i wady. Poznanie ich przed rezerwacją zaoszczędzi rozczarowań na miejscu. Napisz kilka słów o sobie podczas rezerwacji. Dzięki temu dasz się poznać gospodarzom, a po przyjeździe na miejsce nie będziesz się czuć obco.

4. Zamiast odwiedzania popularnych atrakcji, które można znaleźć na każdym portalu turystycznym, poszukaj czegoś innego. Może w okolicy są warsztaty zielarskie, a niedaleko można stworzyć własne naczynia ceramiczne pod okiem lokalnego twórcy? Zapytaj gospodarza miejsca, w którym nocujesz, czy poleciłby ci coś poza utartym szlakiem. Dzięki gospodarzowi możesz znaleźć na miejscu przewodnika, który opowiada najciekawsze historie o okolicy albo poznać adres gospodarstwa, u którego kupisz produkty ekologiczne lub rękodzieło. Ciekawie spędzisz czas, poznasz interesujących ludzi, a przy okazji wesprzesz lokalną społeczność.

5. Nie zwiedzaj „na sztukę”. Niespieszne podróżowanie oznacza dłuższe bycie w jednym miejscu, zamiast „odhaczania” kolejnych obowiązkowych punktów. Lepiej zatrzymać się gdzieś na dłużej, niż pędzić. W końcu jesteś na urlopie.

Wygnanowice / Slowhop.com

6. Wyłącz telefon. Wszystkie badania pokazują, że bycie offline poprawia jakość wypoczynku. Coraz więcej miejsc noclegowych „slow” opisuje brak zasięgu i wifi jako dodatkowy atut, a niektórzy gospodarze proponują gościom tymczasowe zamknięcie sprzętu elektronicznego w specjalnej skrzynce. Pomysły na cyfrowy detoks znajdziesz też tutaj.

7. Bądź otwarty/a. Na swojej drodze spotkasz ludzi, którzy podchodzą do świata z ciekawością i szukają niszowych atrakcji. Jeśli się na nich otworzysz, spędzisz z nimi czas przy kominku lub weźmiesz udział we wspólnej przygodzie, możliwe że wrócisz do domu z kilkoma nowymi znajomymi z całej Polski. Podczas niespiesznych podróży goście pensjonatów i agroturystyk zaprzyjaźniają się ze sobą do tego stopnia, że planują wspólne podróże.

/
8. Nie bój się wspólnych stołów. Wiele osób przyzwyczajonych do turystyki masowej, reaguje niepokojem na pomysł zjedzenia śniadania przy jednym, dużym stole z innymi ludźmi. Chodzi nie tylko o wspólne degustowanie przygotowanych potraw, ale gospodarze restauracji i noclegów chcą w ten sposób zbliżyć do siebie swoich gości. W turystyce „slow” chodzi o relacje i doświadczenia, a nie zwykłe zjedzenie posiłku albo przenocowanie gdziekolwiek.

Wakacje na wsi, z dala od zgiełku, za to blisko ludzi i dobrego jedzenia prosto z ogródków warzywnych i pola są coraz popularniejsze. Rośnie liczba świadomych podróżników i ekoturystów. Nadal jednak ponad 90 procent turystów wybiera turystykę masową, wpływając negatywnie na życie mieszkających lokalnie ludzi i środowisko naturalne. Zmieniając swój sposób podróżowania i nadając mu bardziej „niespieszne” tempo, można realnie wpłynąć na rozwój ciekawych miejsc noclegowych i regionów, które nie są na szczycie najpopularniejszych kierunków turystycznych.

Krzywe 3 / Slowhop.com

Artykuł sponsorowany


Lifestyle

O czym tym mówisz? „O wszystkim, co jest wystarczająco ostre, by podciąć sobie żyły. Wystarczająco wytrzymałe, by się na tym powiesić. Wystarczająco rozpędzone, by pod to skoczyć”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
24 lipca 2021
fot. martin-dm/iStock
 

To anonimowy wywiad z maturzystką, która od blisko trzech lat choruje na depresję. Powinien przeczytać go każdy rodzic! Nastolatka prosi: „Proszę, słuchajcie tego, co do was mówimy. Im wcześniej zareagujecie, tym lepiej.”. Posłuchajmy więc…

Od jak dawna chorujesz?

– Mam dziewiętnaście lat, choruję na depresje od dwóch i pół roku.

Kiedy pierwszy raz poczułaś, że coś jest nie tak z twoim zdrowiem psychicznym?

– Kiedy miałam trzynaście lat, dostałam ataku paniki w szkole. To była jedna z pierwszych lekcji, w nowej klasie w gimnazjum. Nie wiedziałam, co się dzieje, nie miałam tez pojęcia, że to atak paniki. Nic nie słyszałam, dzwoniło mi w uszach, nie byłam w stanie się ruszyć. Coś jakbym była w tunelu, widziałam jedynie ograniczony fragment przestrzeni przed sobą. Paraliż poza rzeczywistością. Oddychałam tylko tyle, na ile można, powstrzymując płacz.

Czy ktoś ci wtedy pomógł? Czy nauczyciel zaprowadził cię do pielęgniarki, wezwał rodziców?

– Nauczycielka chyba się zorientowała, ale nic nie zrobiła. Pytała tylko, czy wszystko w porządku. Powiedziałam: „Nie mogę się skupić” i usłyszałam od niej: „Spróbuj się skupić, na ile możesz”. Lepiej zareagowali uczniowie, pytali, co mi jest. Ktoś mnie przytulił i tyle pamiętam.

Czy powiedziałaś o tym rodzicom?

– Nie! Nie uważałam wtedy, żeby to było istotne. Szkoła zawsze mnie stresowała, więc wydawało mi się, że to, co mi się wtedy przydarzyło, mieści się w granicach normalności.

Kiedy pierwszy raz powiedziałaś rodzicom, że chcesz iść na terapię?

– To był grudzień trzy lata później. Mam wrażenie, że wtedy moja mama nie uwierzyła jednak, że tego naprawdę potrzebuję. Poszłam więc do psychologa szkolnego, który mi powiedział, cytuję: „Wszystko jest normalne w tej nienormalności” i jakoś nie doszło do kontynuacji tych spotkań. Mam wrażenie, że to jest dość typowe – dopóki coś strasznego się nie wydarzy, rodzice jakby nas nie słyszą.

Rodzice moich niektórych znajomych są psychoterapeutami lub lekarzami i oni też nie zawsze reagują. Myślę, że trudno im uwierzyć i przyjąć do wiadomości, że ich dzieci mają problemy psychiczne. Pewnie musieliby wtedy część winy wziąć na siebie. Ale przecież taka choroba zazwyczaj nie jest z winy rodziców!

To czyja to wina?

– Niczyja! Przypisywanie komukolwiek winy w tym kontekście wydaje mi się bardzo niesprawiedliwe.

Jak myślisz, dlaczego masz depresję?

– Nie szukam winnych. To mi nie pomaga.

Nie jesteś zła na rodziców?

– Nie jestem zła za to, co robili. Jeśli jestem zła za to, czego nie zrobili. Mój ojciec właściwie zniknął z mojego życia, jak miałam dwa lata. Natomiast mama bardzo dużo pracowała i nie miała siły się mną zajmować. Wiem, że było jej trudno, ale ja potrzebowałam więcej opieki i czułości. Bardziej niż złość czuję żal do mamy, która nigdy nie wzięła na mnie L4, kiedy chorowałam, więc od małego uczyłam się, że nawet w chorobie muszę sobie radzić sama.

Jak ostatecznie trafiłaś na terapię?

– Zacznijmy od tego, że w połowie drugiej klasy gimnazjum zaczęłam się bardzo intensywnie uczyć do konkursu kuratoryjnego z języka angielskiego. Potrafiłam uczyć się do północy, a potem jeszcze od godz. 5.00 rano albo w ogóle nie kładłam się spać.

Pamiętam, że kiedyś uczyłam się w kawiarni, to był 22 grudnia. Podszedł do mnie mężczyzna w garniturze i spytał: “Dlaczego się uczysz? Przecież jutro nie ma szkoły.” Odpowiedziałam, że za dwa tygodnie już jest, a za rok mam ważny konkurs. Usłyszałam wtedy od niego: „Ty to daleko zajdziesz w życiu”. Nie czułam w tych słowach zagrożenia, tylko dumę. Nauka pomagała mi nie myśleć o problemach rodzinnych i ciągłej samotności. Dziś wiem, że w ten sposób odcinałam się od wszystkich negatywnych emocji. Nie rozumiałam, że to mnie może doprowadzić do wypalania.

Czy rodzice zmuszali cię do tej nauki?

– Nie, nigdy! Raczej nie byli zaangażowani i nie widzieli, ile się uczę. Pamiętam, że mama nawet krzyczała na mnie, żebym sobie trochę odpuściła, ale wydawało mi się, że ona nie wie, o czym mówi, że dorastała w innym świecie. Teraz wymaga się od nas w szkole coraz więcej. Jak obserwuję, ile moja 13-letnia przyrodnia siostra ma zadawane, widzę, że wymagania nieustannie rosną. Serio, to jest jeszcze więcej niż ja miałam na swoich barkach, gdy byłam w jej wieku.

Wrócimy do pytania, kiedy poszłaś na terapię?

– Po pierwszym semestrze w liceum poczułam się już tak wyczerpana, że wiedziałam, że bez pomocy nie pójdę dalej. To była czysta rozpacz i bezsilność. Pamiętam, że w gimnazjum jeszcze byłam bardzo zmotywowana. Codziennie wstawałam o godzinie 5.00, robiłam owsiankę z owocami, piłam wodę z cytryną, powtarzałam materiał do sprawdzianu i szłam do szkoły. A po pierwszym semestrze w liceum, byłam w stanie już tylko umyć zęby i użyć dezodorantu przed wyjściem z domu.

Kiedy rodzice zorientowali się, że coś jest nie tak?

– Mój ojciec nie wie o tym do dzisiaj. Nie rozmawiamy do kilku lat. Natomiast mama zorientowała się, jak pojechałyśmy na ferie zimowe. Wtedy się przeraziła. Zauważyła, że spałam bez przerwy i nic mnie nie cieszyło. Na początku myślała, że jestem przemęczona i że to normalne, ale kiedy nic się nie zmieniło po tygodniu, powiedziała, że po powrocie do Polski idziemy natychmiast do lekarza.

Szybko dostałaś pomoc?

– Nie. Miałam wtedy 16 lat, więc trzeba było znaleźć terapeutę i psychiatrę dziecięcego. To było trudne, bo kolejki do prywatnych specjalistów są bardzo długie nawet w Warszawie. Na NFZ to już w ogóle nie można liczyć. Pamiętam, że jak dostałam się do psychiatry, to już nie byłam w stanie wstawać z łóżka i chodzić do szkoły. Czekałam na swoją wizytę dwa miesiące. Byłam wrakiem.

Od razu ci pomógł?

– Nie, absolutnie. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy do leczenia depresji u dzieci zarejestrowane były tylko dwa leki w Polsce. Ten, który mi najpierw przepisano, nie pomógł. Dopiero po trzech miesiącach moja mama mogła podpisać zgodę na zastosowanie u mnie leku przeznaczonego dla dorosłych. Po pół roku poczułam się trochę lepiej. Znów mogłam chodzić do szkoły.

Jak długo chorowałaś w łóżku?

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie przez trzy lata liceum chodziłam do szkoły w kratkę. Moja frekwencja nigdy nie spełniała wymagań szkolnego statutu. Były takie momenty, że trzy miesiące leżałam w łóżku i całą swoją energię pożytkowałam na utrzymanie się na powierzchni, by w ogóle zdać.

To bardzo specyficzne liceum w Warszawie, z wysokimi wymaganiami. Z niektórych przedmiotów wymagano od nas co najmniej czwórki na koniec roku, by kontynuować naukę tego przedmiotu w następnym roku. Nie radziłam sobie z taką ilością stresu.

Jak się czułaś w tych najtrudniejszych momentach depresji?

– Najchętniej to bym cały czas spała, moje ciało było jakby obłożone kamieniami. Zamiast przedmiotów widziałam potencjalne narzędzia do popełniania samobójstwa.

Jak to? O czym tym mówisz?

– O wszystkim, co jest wystarczająco ostre, by podciąć sobie żyły. Wystarczająco wytrzymałe, by się na tym powiesić. Wystarczająco rozpędzone, by pod to skoczyć.

Co cię powstrzymało?

– Próbowałam myśleć, że to nie są tak naprawdę moje myśli, że są to myśli spowodowane chorobą. (długa pauza) Poza tym wierzyłam w swoją siłę, że jakoś to przetrwam i że terapia kiedyś zacznie działać, mimo że na tamtą chwilę mi nie pomagała.

Czy możesz opowiedzieć o swojej terapii?

– Tak naprawdę, dopóki nie miałam dobrze dobranych leków, to psychoterapia niewiele mi dawała. Na samym początku płakałam przynajmniej przez 80% czasu przeznaczonego na spotkanie. Bywało, że przychodziłam na terapię już zapłakana. Nawet nie mam pretensji do tamtej terapeutki, bo sama nie wiem, jak można było pomóc osobie w takim stanie, w jakim wtedy byłam. Potem trafiłam na terapię grupową dla nastolatków. Ona mi dała najwięcej wsparcia.

Czy twoje pokolenie wstydzi się mówić o zaburzeniach psychicznych?

– Dla mnie mówienie o depresji wydaje się normalne. Kiedy zachorowałam, zupełnie nie byłam świadoma, że w tej kwestii także istnieją normy społeczne, że to może być temat tabu i dlatego nie wstydziłam się swojej choroby, nie wstydziłam się też nigdy płakać w miejscach publicznych.

Był taki czas, że dzień w dzień płakałam całą drogę w autobusie do szkoły. To było zadziwiające, że nikt nie spytał, czy mi pomóc. Wyobraź sobie, że jedzie obok ciebie dziewczyna i płacze 40 minut. Też byś jej o nic nie spytała?

Chyba nigdy nie przyszło mi to do głowy. Obiecuję, że to zmienię.

– Myślę, że w takich chwilach to może dla kogoś dużo znaczyć.

Czy na koniec mogę cię spytać, kiedy zobaczyłaś światełko w tunelu?

– Dopiero po zdaniu matury. Wtedy nabrałam do płuc pierwszy pełny oddech od dawna. Nie mogę powiedzieć, że już poradziłam sobie z chorobą. Chcesz usłyszeć, że już czuję się dobrze? Nie mam dla ciebie puenty, która wszystkich na koniec pocieszy.

Czy wielu z twoich znajomych i przyjaciół ma podobne kłopoty?

– Nigdy przed nikim nie ukrywałam, że choruję na depresję. Zdrowie psychiczne było zawsze w moim gronie znajomych jednym z ważniejszych tematów rozmów. Przynajmniej dziesięć osób z mojego otoczenia również leczy lub leczyło się u psychiatry. Ale muszę powiedzieć, że depresja u chłopców traktowana jest mniej poważnie.

Nauczyciele często uważali ich za leniwych, a dziewczyny z depresją widzieli jako te potrzebujące pomocy. A może to kwestia tego, że chłopcy nie mówili o swoich trudnościach tak bezpośrednio, sama nie wiem.

Czy depresja jest modna wśród nastolatków?

– Nie spotkałam się z tym osobiście. Jeśli ktoś w ten sposób chce na siebie ściągnąć uwagę albo zaskarbić sobie sympatię, postępuje okropnie i jest to krzywdzące dla osób, które latami zmagają się z depresją. Ale warto też się zastanowić, co może się za tym kryć.

Wyobrażam sobie, że skoro takie osoby chcą być chore i przynależeć do grupy, której nie są częścią, też mogą cierpieć i mieć ku temu swoje skomplikowane powody. Uważam, że o wiele bardziej szkodliwe jest kwestionowanie czy bagatelizowanie czyichś zaburzeń psychicznych.

Ktoś ci nie wierzył, że chorujesz? Ktoś to poddawał pod wątpliwość?

– Tak, pewnie. Dziś rodzice myślą, że młodzi dramatyzują, że wymyślają nieistniejące problemy. Mówią swoim dzieciom, że dorastanie jest trudne, że sami przechodzili przez różne zawirowania jako nastolatkowie. Myślę, że może boją się, że wychowali dzieci leniwe albo nieporadne. Proszę, słuchajcie tego, co do was mówimy. Im wcześniej zareagujecie, tym lepiej. Błagam, nie czekajcie, aż będzie za późno.


Lifestyle

Gdzie są ci boscy kochankowie? Bo na pewno nie w tym kraju

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
23 lipca 2021
fot. grinvalds/iStock

Oto ja, singielka po przejściach. Kobieta trzydziestoletnia, która ostatnie dziesięć lat spędziła z jednym partnerem. Po czasie żałoby byłam gotowa na poznawanie nowych mężczyzn, testowanie nowego życia.
Puściłam się w wir zabawy i… nie wiem, ale chyba naoglądałam się za dużo seriali. Za dużo seksu, za dużo namiętności, za dużo… sama nie wiem czego.

Ej, Polscy kochankowie, co z Wami nie tak?

Miałam naprawdę cudowny seks z byłym partnerem. Wydawało mi się, że na tym właśnie polega seks. Na spontaniczności, eksperymentowaniu, doświadczaniu. No niestety, nie.

Od razu powiem: nie jestem kobietą przesadnie wymagającą, nie jestem roszczeniowa, nie jestem łóżkową kłodą, mimozą, cokolwiek. Kocham seks, uwielbiam swoje ciało, lubię zabawę. Cóż, miałam wrażenie, że tylko ja! Z góry przepraszam wszystkie kobiety, które partnerów i kochanków mają wspaniałych. Z góry też przepraszam fajnych facetów, których nie miałam przyjemności spotkać w łóżku.

Przypadek 1.
Pan Łechtaczka Parzy

Wiecie, że nie przypuszczałam, że w XXI wieku są faceci, którzy brzydzą się łechtaczki? Bo chyba muszą się brzydzić skoro dotykają jej jak za karę. Ale zacznę od początku.

Poznałam bardzo przystojnego pana, okoliczności nietinderowe. Uderzyłam w jego samochód na parkingu, zostawiłam kartkę, oddzwonił. Miał boski głos, spotkaliśmy się, bo i tak musieliśmy spisać oświadczenie. Zagrało. Pisał do mnie kilka kolejnych dni. Wydawało się super, oboje byliśmy singlami. Ponieważ, przyznaję, byłam już bardzo spragniona seksu, nie bawiłam się w kilkumiesięczne randkowanie. Poszliśmy do łóżka na trzecim spotkaniu. Zrobił kolację, było wino, był flirt (do tego momentu toczyło się wszystko wybornie). Potem był seks. No przysięgam, jego ręka nawet nie znalazła się w okolicach mojej cipki…

To samo następnego dnia rano i na kolejnej randce. Zapaliła mi się czerwona lampka. Zadzwoniłam do kilku przyjaciółek. One też znały takich facetów. Jedna przeżyła dziesięć lat z gościem, który mówił, że „tam dziwnie pachnie” i TO nie jest fajne. TO nie jest fajne, ale można już tam włożyć, za przeproszeniem, kutasa? I najlepiej, żeby ona to sama zrobiła, żeby jego ręka w żadnym wypadku nie musiała znaleźć się blisko tej strasznej jamy?

Czy są tu mężczyźni, którzy tego nie lubią? Bardzo proszę, wypowiedzcie się, bo dla mnie to był szok! Jestem czysta, ładna, ładnie pachnę. Jak mówiłam, cipkę mam też ładną. Więc o co chodzi? Potem zgadałam się z koleżanką koleżanki ( wiadomo, fejs, Instagram, łatwo poodkrywać swoich znajomych), ona też spotykała się z Panem Łechtaczka Parzy i wobec niej zachowywał się dokładnie tak samo.

Skreślony. Nie mógł zrozumieć dlaczego zniknęłam, a ja nie byłam jednak w stanie powiedzieć, co mnie zraziło.

Przypadek 2
(NIE)koneser biustu. Biust nie istnieje, a jak już istnieje, to należy go zgnieść i zagryźć

Mam bardzo wrażliwe piersi i sutki, potrafię dojść do orgazmu tylko dzięki stymulacji piersi. Mój eks o tym wiedział i był naprawdę mistrzem, mistrzem. Wiem, że nie wszystkie kobiety to lubią, ale chyba ludzie gadają o takich rzeczach, co?

No więc kolejna moja sympatia (też poznana nie na Tinderze) nie rozumiała, że biust może być sferą erogenną. Omijał piersi (aaa, jakie to frustrujące) i w sekundę docierał do moich majtek. Próbowałam subtelnie, byłam już odważniejsza, zapytałam mniej więcej wprost, dlaczego tego nie robi. Usłyszałam, że jego była dziewczyna nie lubiła. „Ale ja lubię” uśmiechnęłam się. Spojrzał na mnie przelotnie, pokiwał głową i tyle… Potem próbował… skończyło się tym, że miałam na piersiach żywe rany.

No po tych dwóch randkach zaczęłam myśleć, że może to coś ze mną nie tak. I, przyznaję, byłam gotowa dzwonić do eks, żebyśmy sobie dali jeszcze jedną szansę.

Przypadek 3
Pan połknął kija i umie tylko po misjonarsku. Najlepiej sprintem

Po sytuacji, którą zaraz opiszę, szczerze zastanawiałam się, jak można się tak pomylić. Cóż to był za piękny mężczyzna! Cóż to za chemia była między nami. Wyszłam z koleżanką na drinka ( jednego z pierwszych, gdy wreszcie otworzyli knajpy). I poderwał mnie On. Żadne tam tanie teksty, fajna rozmowa, ogromne zainteresowanie. Poszliśmy na spacer, przegadaliśmy całą noc. Do domu wróciłam o siódmej rano. Kolejny dzień, rozmowa, znów spacer. Zaprosiłam go na kolację. Dobra, myślę, ten musi być super. Nie może mnie mylić intuicja.

I niestety… to był seks z manekinem. Potarł biust, potarł łechtaczkę i naprawdę bez pytania załadował mi swoje narzędzie do pochwy i zaczął opadać na mnie i się podnosić z miną… nie, będę litościwa, bo minę też mam może straszną. Nie zdążyłam niczego powiedzieć, bo on po kilku takich unoszeniach się i opadaniach westchnął głęboko i… już był po. Serio?!

Dałam mu kilka szans, ale było mniej więcej to samo. Jak zasugerowałam, że może na stojąco albo od tyłu, spojrzał na mnie jakbym zaproponowała napad na bank w biały dzień. „Nie bardzo lubię wygibasy” odparł. Wygibasy. Aha. Koniec. Koniec. Po zdaniu o wygibasach odcięłam pana. Nie, nie mam wyrzutów sumienia. Chcę mieć faceta, chcę mieć dobry seks!

Obiecałam sobie, że do trzech razy sztuka. Więcej nie dałam rady. Dobrze, dałam szansę czwartemu, ale od tego uciekłam zanim doszło do czegoś więcej, wystarczyło, że włożył mi język do buzi i zaczął obracać nim, jak łopatą. Góra dół, góra dół. Potem wepchnął mi ten jęzor do gardła głęboko tak, że prawie dotarł do pizzy z serem, którą zaserwował mi pół godziny wcześniej. Jesooo, dlaczego?

Teraz już postanowione, zostanę mniszką, skupię się na karierze, rozwoju osobistym, bo więcej nie przeżyję słabego seksu.
Chyba, że poznam jakiegoś boskiego faceta i po prostu będzie między nami taka chemia, jak była z moim eks.

Błagam, powiedzcie, że są w tym kraju dobrzy kochankowie? Z drugiej strony, przecież my, kobiety, nie możemy robić castingu za każdym razem. Jak ich rozpoznać?

Autorka: Kaja Łęcka

fot. materiały prasowe

 


Zobacz także

Trwa XV edycja Konkursu „Świat przyjazny dziecku”! Zapraszamy!

Jedzenie czekolady rano pomoże ci schudnąć! Czekolada zredukuje zmarszczki i zachowa młody wygląd skóry!

Rozwiązanie konkursu „Jakim kolorem jesteś?”