Lifestyle

„Od 5 lat nie przespałam ani jednej całej nocy. Mam dzieci. Poszukuję Niepi**dolu!”

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
8 lutego 2016
Fot. iStock / BraunS
 

Cześć. Mam na imię Żaklina, mam 33 lata, od 5 lat nie przespałam ani jednej całej nocy. Mam dzieci. Poszukuję Niepierdolu*!

Uwaga: Tekst zawiera wulgaryzmy (pisownia oryginalna)

Brzmi znajomo? Pewnie tak, zakładam że posiadając dzieci choć raz marzyłaś o leku na całe zło, który zastopuje dzikie myśli w twojej głowie. Pewnie też widziałaś cudowną reklamę powyższego, od *Matko Jedyna więc nie będę tłumaczyć, skąd to moje błaganie.

“Weź Niepierdol” a wszystko stanie się jasne!

Zmęczenie, ból, smutek, bieda, a może nawet dzieci, czegokolwiek nie masz dość, sięgnij po ten złoty środek. Wyobraź sobie, jak może być pięknie…

Sytuacja nr 1

Środek nocy, sama ledwie ściągnęłaś się do łóżka, a tu niespodzianka. Przyszło dziecko pierwsze, gorączka jak diabli, pod 40 stopni. Co robisz? Łapiesz w popłochu za lek przeciwgorączkowy, obwiązujesz dzieciaka jak mumię chłodnymi okładami, z modlitwą na ustach, byle tylko za chwilę nie  musieć wpychać go na siłę do chłodnej kąpieli. Bo jak sobie nie poradzisz, to kaplica, a raczej szpital, bo dzieciak jak już choruje, to “na bogato”. Mierzysz, dotykasz, schładzasz, namaczasz, poisz modląc się w duchu, żeby drugi zaraz z łóżka nie wyskoczył. Ufffff…. Kreski lecą w dół można iść spać. Ale nie, kładziesz się i przychodzi drugi, bo dzieci jak ćmy, lecą do światła! Facet poszedł spać do dzieci, nic dziwnego. Co robisz? Zagryzasz zęby, wciskając się w ostatni wolny milimetr łóżka. Nie śpisz, bez sensu, ale jak masz spać skoro przez dwie godziny ty warowałaś przy zasmarkańcu, a kolejne dwie przyjmowałaś kopniaki na klatę. Błąd. Co powinnaś zrobić? Wziąć Niepierdol, albo podać go facetowi, żeby trwał solidarnie także w zdrowiu i chorobie wspólnych dzieci.

Sytuacja nr 2

Wstajesz po zarwanej nocy, nawet dwóch, choroba wredną jest, nie odpuszcza tak łatwo. No więc wstajesz, wędrujesz do kuchni robisz kawę, zapijasz energetykiem i już świat staje się piękniejszy. Sobota, masz wolne, nic nie musisz (prawie nic). Co tam zarwana noc, dzień pójdzie z górki. Życie pustki nie znosi, dotykasz niechcący zmywarki, wyciągasz gary, pakujesz nowe. Śniadanie, pranie, podłogi, kurze i dzień dobry, witaj południe. Chata ogarnięta, a kto ogarnie ciebie? Błąd! Co powinnaś zrobić? Niezbędne minimum. Nie myśl, że jeśli po hardkorowej nocy, zafundujesz sobie hardkorowy dzień, otrzymasz dyplom z gratulacjami. O ile czuwanie przy dziecku to zakichany obowiązek obojga rodziców, tak zarzynanie się przy pracy, którą możesz zluzować i przełożyć na jutro… Sorry, już chyba wiesz co powinnaś wziąć?

Sytuacja nr 3

Pracujesz w domu, poza nim, a może nie pracujesz, poświęcając czas dzieciom? Nie istotne, podobnie jak mało istotny jest dla innych twój wolny czas. A przecież fajnie jest tak od czasu do czasu zapomnieć że jest praca, dom, mąż, dzieci, pies i zakupy na mieście. Co robisz? Dajesz radę. To akurat dobrze. Źle natomiast, gdy robiąc coś dla reszty społeczeństwa i domowników zapominasz, ze tobie też się należy. Raz kiedyś pomiń sprawy nieistotne, telefony z kumpelami które niczego nowego nie wnoszą w twoje życie, podczas omawiania tej samej ploty po raz trzeci w tygodniu. Zmartwię cię, zmarnowanego czasu nie odzyskasz, więc weź Niepierdol i poświęć czas TYLKO sobie.

Sytuacja nr 4

Gotujesz. Nie dla siebie, gotujesz dla dzieci i dla męża, bo uwielbiasz ten stan, gdy oni zadowoleni siedzą nad talerzami z pysznym, ciepłym jedzeniem. Gorzej jak każdy chce/lubi co innego i to na co masz ochotę, odpada w niebyt. Pomidorowa siedem dni w tygodniu, bo dzieci lubią, kurczak każdego dnia, bo chłop rzeźbę na siłowni robi. Bosko, a ty byś zjadła zieleninę,  surówkę, coś pysznego, pachnącego. Coś dla twojej twarzy i rozmiaru tyłka, ale mąż nie znajduje w niej mięsa, a dzieci widzą sałatę, więc wracasz do pomidorowej przełamanej ryżem i kurczakiem. Bo przecież oni tak lubią. Błąd, kolejny! Nie namawiam abyś gotowała każdego dnia osobno dla siebie, dzieci i męża, ale litości, weź poprawkę na to, że jak nawet dzieciarnia pogrzebie smętnie widelcem te 2-3 dni w tygodniu bo wyjdziesz poza schemat, nic im nie będzie. Zapewniam, nie umrą z głodu, znając życie i tak drugim daniem po obiedzie będzie czekolada, dadzą radę. Weź … się w garść kobieto.

Tak więc jeśli następnym razem obudzisz się w środku nocy bez szans na sen, zrobisz to czego robić nie musisz, zagryziesz zęby mieszając to samo w garach lub odmówisz sobie po raz kolejny czasu na własne przyjemności, poszukaj tego co ja. Niepierdol (że czegoś nie możesz).

Zapamiętaj: „Zmęczenie, smutek, lęki, bieda… To wszystko nie pozwala ci normalnie funkcjonować? Weź Niepierdol. Uśmiechnij się i żyj”* 🙂

*Dzięki Matko Jedyna!


Lifestyle

Hej, jestem twoją żoną. A ty do niej pisałeś: tęsknie, myślę, rozbieram cię. Słabe, kotku

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 lutego 2016
Fot. i Stock / _IB_
 

Cicho, cicho, bo inni zobaczą. Zobaczą coś o nas, czego nie wie o nas prawie nikt.

Przeszłość. Nie widać jej, gdy uśmiechasz się do mnie na kolacji i pytasz czule co mi podać. „Ależ on opiekuńczy” wzdychają przyjaciółki, koleżanki, znajomi.

Nie widać tego, gdy rozmawiasz z tą ładną panią w przedszkolu. Głaszczesz wtedy Julkę, a do pani uśmiechasz się tym amerykańskim uśmiechem, to chyba numer 5. A ja już na pewno wiem, że pani dopowiada sobie historię o tym twoim uśmiechu. Że on znaczy coś więcej, jest uwodzeniem, prowokowaniem i uwagą, która jest zapowiedzią czegoś więcej. No chociaż nadziei.

Słabe, co? Jak w ogóle pewna siebie trzydziestolatka może mieć takie myśli. Że  jej mąż za bardzo uśmiecha się do jakiejś pani.

Jestem również czuła na twój wzrok wędrujący za kobietami na ulicy, choć nie daję po sobie poznać nic, w ogóle. Opowiadam wtedy o pracy, o Julce mówię i o Stasiu. Ale zauważam to co ty. Tamta uśmiechała się pięknie, a inna szła z taką pewnością, której mi zabrakło już dawno.

Nie jestem taka ładna.

Tak mądra.

Taka fajna.

„Zwariowałaś?” spytasz. Ja zwariowałam? Czy może ty, gdy zapomniałeś o wszystkim co mamy i w chwili kryzysu wybrałeś Ją. Ją– która nie urodziła dziecka, nie wyglądała jak miotła, nie zapominała robić ci laski i mówić słodko: „misiu….” oraz „miau”. Ja nie zdążałam, bo w nocy zbierałam rzygi twojego jednego dziecka, a drugie karmiłam. I to dziwne, że ja się dzisiaj nie czuję taka fajna? Że nie lubię swoich piersi, brzucha nie lubię i nogi mnie złoszczą?

Bardzo przepraszam.

Bardzo, k…., przepraszam.

No bo przecież my tyle mamy. Dlaczego miałabym być zazdrosna o panią w przedszkolu, kobiety na ulicy, koleżanki czy podwładne z pracy. Przecież to nic. Rozmawiasz. Jękniecie, foch, przewrócenie oczami. To nic– przekonujesz.

Zupełnie jak wtedy, gdy mówiłeś, że to Nic. No z Nią nic. Ona w ogóle Mi się nie podoba, te wiadomości NIC nie znaczą, a maile? Maile TO pomyłka. Prawda chwili, iluzja. Łapię się za głowę, bo zamiast spakować cię w jedną walizkę, rozpakowywałam emocje w twojej głowie próbując zrozumieć gdzie popełniłam błąd. Ja. „Czy mogę coś zrobić?” mruczałam zbierając resztki godności z posadzki, gdzie rozwaliłeś miskę z płatkami. Z wkurwu, że o coś cię oskarżam.

A sam rozumiesz, wcześniej myślałam, że naprawdę tyle pracujesz i tak bardzo jesteś zmęczony.

„Zdrady nie da się wybaczyć” przeczytałam kiedyś komentarz pod jakimś artykułem. Pomyślałam, że to bardzo dziecinne, ten komentarz. I to przekonanie, że nie da się potem żyć.

Mijają trzy lata od kiedy znalazłam waszą korespondencję. Pisałeś do Niej,  że pragniesz i tęsknisz. Że znów zrobiłam aferę (akurat wtedy po tej kłótni się kochaliśmy), że się czepiam, że tęsknisz.  Za Nią. Pisałeś do niej jak do mnie zawsze. I rytm tych podobnych słów zabolał mnie szczególnie. Auć. Ale że tak SAMO. Zobacz, nie byłam zła. Byłam taka dorosła. Wybieraj, zdecyduj, rób co czujesz, ja kocham. Wydawało mi się, że dojrzałe osoby rozmawiają dojrzałe, ale ty leciałeś za nią, która mówiła, że nie wie i kazała się zdobywać. Otwierałam oczy. Zbyt słabo, by powiedzieć krótkie: „spier….”

To naprawdę ja? To ze mną? Te wyznania przed ślubem, ten tekst, obietnice. To serio nie ma zupełnie znaczenia? Wszystko co wydawało się takie ważne? No cóż, nie miało znaczenia. Wtedy. Gdy kąpałam twoje dziecko, a ty myk– mykałeś pisać z Nią. Potem się, oczywiście, wycofałeś, mówiłeś, że tylko ja. To było wtedy, gdy już odpuściłam proszenie i mówiłam: rób jak czujesz, jak czujesz rób. A ty nagle, że czujesz do mnie….

Tak, pewnie, że chciałam, żebyś tak mówił. Bo kochałam, pamiętałam. No i wierzyłam. Ups.

Ale nie do końca już w środku wierzę twoim słowom. Nawet jeśli mówię: „wierzę”, bo to dobre dla nas obojga. Dla naszych dzieci i rodziców, którzy lubią przyjeżdżać do nas na święta i lubią jak rybę po grecku robię i mówię o tobie: mój mąż. Bo to taaakie bezpieczne. Dla nas wszystkich, kochanie. Wiesz. Taka rodzina tylko trochę śmierdząca od środka. Ale kto o tym wie, no na miłość boską.

Czy zdradę można wybaczyć?

No cóż, powinno się. Bo nikomu nie jest potrzebna złość i pretensje.

Czy być razem potem?

No cóż, można. Mamy taką ładną i mądrą córkę, wspaniałego syna, i święta fajne i życie miłe.

Czy można zapomnieć?

Moim zdaniem nie można. A przecież wiem co znaczy „moim”, bo od trzech lat uprawiamy dobre małżeństwo, mamy seks, czułość i wszystko.

Ale ja ciągle wyobrażam sobie co do niej mówiłeś. No wiesz, wtedy, kiedy byłeś w delegacji.

Wyobrażam sobie jak ją przytulałeś,  gdy do mnie odwracałeś się bokiem.

I co jej mówiłeś, gdy mi mówiłeś, że nic między wami nie ma.

Nie ma znaczenia czy urodziłam ci dziecko, podam ci śniadanie i będę uprawiać z tobą seks. Wyjdziemy z naszym psem, wykąpiemy się razem, wypijemy kawę.

Coś pękło. Oszukałeś mnie. Twoje „nic” boli mnie jeszcze bardziej, bo tak samo wyparłeś się ją, jak i mnie. Wiem, że próbujesz nas uratować. Na swój sposób. Kiedyś bym ci zaufała.

Czy da się wybaczyć zdradę i żyć od nowa – spytała mnie przyjaciółka

Powiedziałam: pewnie.

Pomyślałam chwilę później: to jedno z kłamstw, które sobie serwujemy. Zdrada zawsze do nas wróci. Będzie lękiem, że on patrzy na inne, niepokojem, że z kimś pisze. Będzie naszym kompleksem, frustracją, perfekcją.

Przepraszam, że cię tym niepokoję, ale nie potrafię jednak wybaczyć. Myliłam się. Co teraz z tym zrobimy?

Tak, wiem, wiem. Jestem jedną z tych kobiet, to takie typowe, inne z tym żyją, to oczywiste.

To może napijesz się kawy? Albo naleśniki ci zrobię. Przecież to nie twoja wina, że się zakochałeś. Życie, życie kochana 🙂


Lifestyle

„Wiem, że jestem najlepsza”. Arogancja czy lepszy komfort życia?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
8 lutego 2016
Fot. iStock / druvo

Wiem, jestem najlepsza – pisze do mnie. Uśmiecham się. – Inni jedzą mi z ręki. Dziesięć lat młodsza, pamiętam ją, gdy nie potrafiła jeszcze nic. Lubiłam ją, fajna młoda dziewczyna, odważna i optymistyczna- jak ja na studiach. – Możecie się uczyć ode mnie – pada. Podnoszę brew. – Wasze pomysły są nudne i stare.- Zapomina chyba dodać „jak wy”. No proszę – myślę. – Jak szybko można stać się kimś lepszym, mieć syndrom Pana Boga.

Nie ona jedna. Można pomyśleć, że to pokoleniowy syndrom pewności siebie i arogancji. Też. My 30-40-latkowie wzrastaliśmy jeszcze w pokorze podarowanej przez czasy, w których żyliśmy i rodziców, którzy śmiałość znali tylko z historii. – Jesteś wicemistrzem – mówił tata a ja pytałam kim jest mistrz. – Nie wiem, córeczko, kim jest, ale pamiętaj, że zawsze możesz go spotkać. – I co z tego? – myślałam pychą 12-latki. – A może ojciec nie ma racji, bo jestem najlepsza na świecie? Dobry kierunek, ale kiedy słyszysz od ukochanego rodzica tysiąc razy to samo, w końcu zapominasz o instynktownej mądrości.

Rozumiem, co miał na myśli. Byłam jedynaczką w domu i bardzo chciał, abym nie była zarozumiała. To słowo jako antonim pokory pojawiało się u nas najczęściej. – Zarozumialcy to głupcy – powtarzał. – Pycha należy do zamkniętych umysłów. Człowiek pyszny przestaje się rozwijać, bo nie inspiruje się innymi ludźmi. I tak dalej. Co prawda to prawda, ale za dużo było tej pokory u mnie w domu, za dużo walki z dziecięcym egocentryzmem, za wiele nakazów, by być jak inni, broń Boże lepszą, pewniejszą siebie. I dzisiaj słucham tej młodej dziewczyny i choć z jednej strony włącza mi się mądrość starca, który rozumie, że to pusty krzyk, a z drugiej zazdrość, że ja bym tak sobie chciała pokrzyczeć czasami do samego zdarcia gardła. Jestem najlepsza! Jestem najlepsza!

Gdzie jest więc granica między traktowaniem pewności siebie jako elementu wysokiej stabilnej samooceny a zwykłym głupkowatym zarozumialstwem, którego bał się mój ojciec. Jak wychowywać dzieci, by miały odwagę sięgać po największe marzenia, ale aby nie wyniosły się bezpodstawnie i głupio ponad innych? I czy jest coś złego w tym, że czujemy się czasami lepsi, że wiemy więcej, osiągamy więcej? Że nam się chce, a innym nie? A nawet jeśli to tylko iluzja, to czy pewność siebie nie powoduje, że inni wierzą w to, co im sprzedajemy? Własną wartość?

Kochać siebie

Szanować. Znać swoją moc. To hasła, które spijamy z poradników. Znajdź swoją wartość. Samoocena w 7 krokach. Poczuć swoją siłę. Uwierz w siebie. Dlaczego samoocena jest tak ważna w życiu?

Po pierwsze

Człowiek jest wolny. Nikt nie jest mu potrzebny do tego, by potwierdzać sensowność jego działań, wyborów, życia. Nie zawiesza się na innych, prosząc o pochwałę, dobre słowo, potwierdzenie, że dobrze zrobił. Czy to jest jajko na miękko czy decyzja o zmianie pracy. Są tacy, dla których inni są jak stałe superego. „Dobrze robisz”. „Źle robisz”. Grzeczna dziewczynka. Grzeczny chłopczyk. Moja przyjaciółka, szefowa w korporacji dzwoni do mnie „Gosia, dlaczego moi podwładni mnie nie szanują?” I za chwilę sobie odpowiada „Dlaczego ja wciąż ustawiam się na równi z nimi? Boję się wymagać. Oczekiwać. Przyznać, że robię to lepiej, dlatego jestem ich menedżerem. Przepraszam nawet, gdy spóźnię się do pracy”.

Po drugie

Umiem być w relacji i nie wchodzi w niszczącą zależność. Nie staje się żebrakiem proszącym o uwagę, uczucie – wychodząc z założenia, że na wszystko musi zasłużyć. To jest najgorsze. Mieć wciąż z tyłu głowy, że musisz zrobić więcej, lepiej, postarać się bardziej. Moja koleżanka zbierała śmiecie wyszarpane z worków przez dzikie koty, a on stał nad nią i wskazywał palcem te, które pominęła. „Czułam się zwycięzcą tego dnia. To poświęcenie sankcjonowało moją ważność w tej relacji. Kto by za niego sprzątał tak jak ja?”. Inna „Czułam się gorsza cały czas. Wymyślałam kolejne sukcesy w swoim życiu, a i tak dawało mi to tylko chwilowe ukojenie. Kiedy odeszłam uświadomiłam siebie, że robiłam wszystko: utrzymywałam nas, kochałam za dwoje i ogarniałam za wszystkich. Dlaczego nie widziałam tego będąc z nim?”. Jeśli człowiek nie czuje swojej siły i wartości w związku, zaczyna czerpać z cudzej. Wydaje mu się, że bez niej nie istnieje. Czując się źle w tej relacji, nie odchodzi, bo boi się, że będzie nikim.

Po trzecie

Czuję się bezpiecznie, bo wie, że może na sobie polegać, że sam dla siebie jest najważniejszym punktem odniesienia, że będąc samemu da sobie radę, bo dawał tysiące razy wcześniej. Nie boi się odchodzić, gdy jest mu źle. Nie boi się urywać kontakty, które są dla niego toksyczne. Ma zawsze gdzie wracać. Poza tym:

Ma odwagę marzyć.

Daje sobie prawo do dumy.

Wie, że zasługuje na miłość.

Nie wstydzi się brać.

Daje wskazówki innym, jak mają go postrzegać.

Daje światu świadectwo, że jest ważny.

Jest strażnikiem swoich granic.

Wie co to godność i rozumiesz jak łatwo ją stracić.

Nie myli mu się empatia z poświęceniem.

Ani też pomaganie z byciem wykorzystywanym.

I wie, że nie zawsze jest wicemistrzem. Są rzeczy, w których jest najlepszy.

Bo rozumie, że czuć się najlepszym nie musi być tym samym, co być najlepszym.

PS. A jak słyszy taką pyszną małolatę, odpisuje jej „ Hej, Mała, cieszę się, że masz się dobrze, ale nie pisz do mnie więcej. Starym, nudnym ludziom zostało mniej czasu, nie lubią go tracić na bezwartościowe znajomości.”


Zobacz także

Dlaczego warto piec ciasta? Jest przynajmniej 6 powodów!

12 rzeczy, którymi lepiej nie chwalić się na Facebooku

Niesamowita babcia podbija świat. Czy znacie Baddie Winkle?