Lifestyle

Nie potrafię wytłumaczyć moim dzieciom, że można ot tak odebrać komuś życie, zabrać komuś tatę, męża, przyjaciela

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 stycznia 2019
„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie". O zapomnianej miłości
Fot. iStock / o-che
 

Nie potrafię sobie wyobrazić, co to znaczy stracić kogoś tak nagle, zostać samemu w tej pustce i musieć na siłę wytłumaczyć sobie, że tak już będzie zawsze. Pożegnać kogoś , choć nie powiedziało mu się „do widzenia”, choć nie było się na to gotowym. Choć miało się z tą osobą tysiące wspólnych planów, dzieci, dom. Choć to jeszcze nie czas, nie miejsce, nie pora. Obudzić się ze świadomością, że nie miało się na to rozstanie żadnego wpływu. I że ono jest ostateczne, bo JEGO już NIE MA. Tak samo nie umiem wytłumaczyć dziś moim dzieciom, dlaczego ktoś odbiera drugiej osobie życie, celebrując ten akt na scenie, na oczach tysięcy ludzi. Szukam dziś odpowiedzi na pytania, choć wiem, że nie znajdę dostatecznie dobrych słów. Bo cóż dla pięcioletniego chłopca znaczy „choroba psychiczna”? Jak wytłumaczyć piątoklasistce, że nienawiść i niepoczytalność potrafią dosłownie zabić? Że to się „zdarza”?

Ten ostatni tydzień to takie okrutne zderzenie z rzeczywistością. kiedy a mimo to, mam wrażenie udało nam się wszystkim pochylić w ciszy nad tragedią. Może nie zapomnieliśmy do końca, że gdy zamkną się drzwi katedry, gdy uroczystości się skończą, żona Pawła Adamowicza i jego córki zostaną ze swoim bólem same. Tak po prostu, po ludzku same, bo to będzie ten moment, w którym będą musiały poradzić sobie ze swoją stratą. Dorosnąć bez ukochanego taty, podejmować życiowe decyzje bez wsparcia ukochanego partnera. Mierzyć się z codziennością, doświadczając pustki, bo tym kimś, kto był i był i nagle go nie ma. Tylko dlatego, że był osobą publiczną, piastował urzędnicze stanowisko. Że tego feralnego wieczoru, był po prostu dla mordercy osiągalnym celem.

Mądre artykuły mówią, by o tym, co się wydarzyło rozmawiać ze swoimi dziećmi. O tym, że zło istnieje na świecie, ale dobro zwycięża. Tylko, czy to prawda? Tym razem dobro nie zwyciężyło. Nie dla nich – nie dla Tosi, Tereski, nie dla pani Magdaleny. Nie szukajmy sensu w tej śmierci, bo jego tam naprawdę nie ma. Pojednanie społeczne? Póki co jest milczenie i próba refleksji. Olbrzymi wstrząs, wiele słów. Ale czy mamy prawo mówić, że od dziś będziemy inni? Nie… Nie będziemy, w to nie wierzę. Ale wierzę, że miłość jest odpowiedzią i szansą. Dla nas.

Bo przecież łamie ci się serce, gdy słyszysz słowa nastolatki, która trzęsącym się głosem żegna ukochanego ojca, ale czujesz, że nie ma w tej przemowie buntu, tylko miłość. Łamie ci się serce, gdy ukochanego tatusia żegna ośmiolatka i mówi o jego czułości. I łamie ci się serce, gdy żona żegna ukochanego męża, nawołując jednocześnie innych do pojednania. Mimo, że jej mężczyzna został zamordowany przez kogoś zaślepionego nienawiścią, ona mówi o miłości i to mówi słowami miłości. To jedyny, jawny dowód na to, że dobro i miłość zwyciężają, zawsze. To jedyna siła płynąca nie ze śmierci, ale z ogromnego uczucia do jednego człowieka. Jak te symboliczne serca ze zniczy ułożone w Gdańsku, w Warszawie, w Poznaniu i w wielu innych miastach Polski.

Mówcie bliskim, że ich kochacie. Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, zrozumieć. Wtedy jedyną odpowiedzią jest miłość.


Lifestyle

Co najlepszego zrobiliście naszym dzieciom? Oskarżam was

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 lutego 2019
Fot. istock/martin-dm
 

Zaczęło się niewinnie, klasycznie właściwie. „Mamo, jestem zmęczona i zła”. Potem doszły do tego dziwne wahania nastroju, od wybuchów gniewu po przygnębiający smutek. „Dojrzewanie” – pomyślałam. Moja córka skończy wkrótce 11 lat, więc to z pewnością to. Ale z czasem zaczęło się coś niepokojąco nieuchwytnego. Jakiś smutek w spojrzeniu, ogólne osłabienie, przygnębienie. Kartki zostawiane na blacie w kuchni „Mamo, jestem beznadziejna, przepraszam”. Trzeba było działać, natychmiast.

Więc rozmowy – długie, do nocy. Pal licho, że nie nauczyłyśmy się (tak razem!) do kartkówki z historii. Problemem jest szkoła. Notoryczne zmęczenie, natłok wiadomości, projektów, prac domowych. Zbyt duża liczba uczniów w budynku, kontakt z tymi najstarszymi. Stres pomieszany z lękiem, presją, brakiem energii.

Żeby zdążyć chwilę odpocząć przed snem, do lekcji trzeba usiąść prawie natychmiast po powrocie ze szkoły. Ale zmęczenie sprawia, że czas nauki, przyswojenia wiedzy się wydłuża. Zadania z podręcznika sformułowane są skomplikowany sposób, należy przeczytać kilka razy, by zrozumieć. Kiedy kończymy z polskim, siadamy do matematyki. Znów problem – ćwiczenia z pracy domowej nie pokrywają się z treścią przekazaną na lekcji. Pani nie starczyło czasu, by wytłumaczyć polecenie. Robię to ja – jeszcze umiem, to „dopiero” piąta klasa. Ale co będzie dalej? Chwila przerwy, podwieczorek i zabieramy się za historię. Mierzę się z kompletnym (a właściwie niekompletnym) misz-maszem, papką, zlepkiem informacji trudnych dla dziecka z w tym wieku z informacjami banalnymi, „ukierunkowującymi” ideowo.

Orientuję się, że temat „średniowieczne duchowieństwo” jest w głowie mojego dziecka zawieszony bez kontekstu w jakieś absurdalnej próżni. Krucjaty to według nauczycielki „poszukiwanie drogi do zbawienia”, a średniowiecze to wiek „zacofania”. Ale czego oczekiwać po pani, która oznajmia swoim uczniom już we wrześniu, że historia jest nudna i ona sama jej nie lubi? Walczę ze stereotypem nudnej historii. Wyciągam albumy ze sztuką gotyku, pokazuję strony internetowe z mnóstwem ciekawych informacji – pięknie, kolorowo przedstawionych. „Mamo, historia jest fajna, ale nie w szkole” – słyszę. Szybka kolacja, bo już po ósmej. Trzeba jeszcze pomyśleć o projekcie z informatyki. Omawiamy go w piżamach. Idziemy spać. W końcu. Znów nie zrobiłam swojego tłumaczenia.

Walka o punkty, które gwarantują ocenę „wzorowy” z zachowania, to chyba największy absurd szkolnego systemu oceniania. Możesz ćpać, uderzyć kolegę – odejmują ci najwyżej kilkadziesiąt punktów. Ale jeśli weźmiesz udział w kilku konkursach, z łatwością te punkty nadrobisz. Nieważne, czy to konkurs plastyczny ku czci Lecha Kaczyńskiego, czy międzyszkolne zawody matematyczne. Jeśli często chorujesz, musisz nadrabiać zaległości z lekcji, w konkursach nie weźmiesz udziału – nie masz kiedy. Wtedy o wymarzonej nagrodzie na koniec roku możesz zapomnieć. Zabraknie ci punktów do oceny z zachowania.

Zaczyna przytłaczać cię presja. Jak to, nie masz „czerwonego paska”? Przecież jesteś zdolna, stać cię. Musisz się postarać. Jakby „pasek” był wyznacznikiem wartości ucznia…

Przeglądam podręczniki, regularnie sprawdzam treść zeszytów córki. Nadmiar niepotrzebnych informacji, brak tych naprawdę podstawowych, które pomogłyby usystematyzować wiedzę w głowie piątokolasistów – to rzuca mi się w oczy w pierwszej kolejności, zarówno w książce do historii, jak i w książce do polskiego, która przypomina chwilami podręcznik do religii. Program nauczania jest bardzo zły.

Wyciągam swoje stare zeszyty, porównuję, dopowiadam, „dotłumaczam” to, co zostało źle zrozumiane. Jak to możliwe, że po 25 latach wciąż jeszcze pamiętam to, czego moja córka nie jest w stanie przyswoić na dłużej niż kilka dni?

Córka znajomej wkrótce skończy 18 lat. Chodzi do prestiżowego liceum, radzi sobie dobrze. Z nauką, bo nie z życiem. Z życiem nie radzi sobie wcale, bo właściwie go nie ma. Nie jest piątkową uczennicą, ale bez problemów przechodzi do następnej klasy. Ma lekcje w języku angielskim, bo będzie zdawała międzynarodową maturę. Zaplanowała to jeszcze w podstawówce. Właśnie. Ona, czy jej rodzice? Ostatnio powiedziała mi, że nie wie, czego tak naprawdę chce. Że chciałaby to, tamto. Ale nie ma kiedy. I że jest zmęczona, okrutnie. A szkoły nienawidzi.

Na przerwie nie rozmawia się tam o niczym innym niż o zagranicznych uczelniach. Medycyna na Harvardzie, biologia molekularna na Oksfordzie. Kto da więcej? Skończyłaś już projekt? Nie? Słaba jesteś. Ja sobie ze wszystkim świetnie radzę. Sama. Twardym trzeba być.

W weekendy zbiera się oczywiście punkty, jakże cenne i potrzebne do „kartoteki”. Więc na przykład można asystować nauczycielom podczas warsztatów dla młodszych uczniów, co jest pracochłonne i czasochłonne. A czas jest bardzo drogocenny. Jednak teraz zlepia się, skleja się w jedną całość. Wskazówki zegara przesuwają się niemiłosiernie szybko. Projekt z chemii, zadania z matematyki, kilka stron eseju z niemieckiego. Projekt z WF-u. Tak, dobrze przeczytaliście. Z WF-u również są projekty pisemne. Wszystko po angielsku. A tu jeszcze na polski recenzja niszowego filmu, którego się nie ma nawet czasu zobaczyć. Więc szybko, jakieś urywki, jakieś artykuły dostępne w Internecie. Coś tam się napisze, byle co. Byle oddać. Tylko rodzice nie będą zadowoleni, bo znowu wpadnie ledwie trójczyna. Ale jakoś tak coraz bardziej wszystko jedno.

Czy jest jakieś wyjście? Chyba nie, skoro od małego słyszy się, że trzeba szybko skończyć dobrą szkołę, z jak najlepszy wynikiem i uciekać z kraju za granicę. Że tu nie ma perspektyw, zwłaszcza po zmianach jakie zaszły w naszym kraju po dojściu do władzy obecnej ekipy rządzącej. Tylko jak to wszystko przetrwać skoro na nic nie ma już siły?

Ja nie uważam, że tu nie ma perspektyw. Myślę, że wciąż jeszcze mamy dobre uczelnie, dobre szkoły, a przede wszystkim wspaniałych nauczycieli i wykładowców, którym na uczniach zależy. To staram się powtarzać moim dzieciom. W Polsce są wciąż warunki do zdobywania wiedzy, jest wciąż droga ku dobrej przyszłości.

Ale wszystkich odpowiedzialnych za ostatnie zmiany w systemie edukacji oskarżam. Oskarżam was o to, co zrobiliście naszym dzieciom. Oskarżam was o eksperymenty na młodych ludziach, o ich coraz gorszy stan psychiczny. O źle przeprowadzone i bezsensowne reformy, które zrobiły z nich chodzące Zombie. Oskarżam was o to, że produkujecie pokolenie zmęczonych życiem osób, którym właściwie coraz bardziej „wszystko jedno”, co się dzieje wokół.  Może taki był wasz plan. Bezkrytycznym tłumem kieruje się prościej. Ci, których rodziców na to stać, skończą „lepsze”, społeczne szkoły, wyjadą na zagraniczne studia. I pewnie tu nie wrócą. Przynajmniej dopóki coś się nie zmieni.


Lifestyle

Pożegnania. Nikt nie oczekuje, że potrafisz poradzić sobie z odejściem bliskiej osoby

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 października 2018
Fot. iStock / 400tmax

Pożegnania. Podobno są najważniejsze, podobno najwięcej nam uświadamiają. Podobno dzięki nim potrafimy docenić to, co naprawdę było w naszym życiu ważne. Podobno nigdy nie ma na nie właściwej pory. Nigdy nie jest ten właściwy czas, byśmy byli gotowi już nigdy tej drugiej osoby nie zobaczyć. Ale są pożegnania dobre i potrzebne i są takie, które jedynie bolą. I dużo wody musi upłynąć, byśmy pojęli ich sens.

Czy można w ogóle mówić spokojnie o bólu płynącym z pożegnania ukochanej osoby, która umiera, odchodzi na zawsze? Jak zrozumieć, jak poradzić sobie z tym dziwnym stanem, kiedy ktoś, kto jeszcze przed chwilą był tuż obok, reagował na twoje gesty i słowa, gaśnie powoli i za chwilę zostanie jedynie po nim jedynie puste łóżko, album ze zdjęciami, dobrze ci znany zapach jego domu?

Jak powiedzieć „żegnaj” komuś, kto był przy tobie kilkadziesiąt lat, jak pewność, jak świadomość, że masz gdzieś na świecie twoje miejsce, światło, dom, do którego możesz wrócić – stały punkt? Jak wytłumaczyć sobie takie odchodzenie? Jak przekuć je w radość i dumę z tego, że przez tyle lat, mieliśmy tę osobę jeśli nie tuż obok siebie, to na dalsze lub bliższe wyciągnięcie ręki? Coś, co było zawsze, nagle rozmywa się, znika. Nie rozumiesz dlaczego, choć dobrze wiesz, że taka jest kolej rzeczy.

Jak wytłumaczyć rodzicom nieuleczalnie chorego dziecka, że muszą się z nim pożegnać? Jaki sens nadać takiemu pożegnaniu? Jak znaleźć sobie po nim potem siłę, by znów być szczęśliwym, uśmiechnąć się, cieszyć się jedynie wspomnieniem małej istoty, która pojawiła się tu jedynie na chwilę? Nie, taka śmierć, takie pożegnanie nie mają żadnego sensu. Nie zdarzają się z żadnego, głębszego powodu, choć wielu z nas by go zapewne szukało, by nie oszaleć z rozpaczy. Takie „żegnaj” się po prostu zdarza, jak najokrutniejszy koszmar. Spada na nas jak coś, co chcielibyśmy odrzucić, z czego chcielibyśmy się obudzić. Cierpienie, niewyobrażalne, wcale nie uszlachetnia. Ono osłabia, odbiera nam wiarę, nierzadko miłość i zaufanie.

Jak bardzo szczęśliwi powinny być rodzice dorosłych dzieci, które powoli wyfruwają z rodzinnego gniazda, radząc sobie z tą dorosłością lepiej lub gorzej? To pożegnanie nie jest ostateczne, jest przepełnione nadzieją, że wszystko pójdzie dobrze, ma w sobie trochę dumy i sporo lęku. Jest jedynie rozstaniem z pewnym etapem życia, ale też obietnicą nowego, szansą na zmiany. Uczy nas całkiem nowej relacji, jaką od dziś będziemy tworzyć. Uczy nas na nowo dbania o siebie i odpowiedzialności jedynie za własne życie. To trudna nauka, ale potrzebna, ważna.

A jeśli wydaje się wam, że nie potraficie pożegnać straconej miłości, tysiąca złudzeń, które składały się na jedno, wspólne życie z kimś, kogo uważaliście za pewny punkt, taki, który zostanie już „na zawsze”, ale okazał się być jedynie na chwilę, przyjrzyjcie się temu ogromnemu doświadczeniu, które dzięki temu związkowi i temu pożegnaniu zdobyliście. Może nie dziś, jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas. Podobno nie można porównywać cierpienia jednej osoby do cierpienia innej. Ale jeśli spojrzymy na nasz ból z nieco szerszej perspektywy, bywa, że okaże się on znośny.

Są dobre pożegnania, wierzę w nie. Są też pożegnania bezsensowne, niepotrzebne. Każde trzeba zaakceptować, gdy nadejdzie na nie czas. Ale nie z każdym musimy umieć się pogodzić.