Lifestyle Psychologia

Najczęstsze błędy w relacji rodzic – dorosłe dziecko. Unikaj ich jeśli chcesz rodzinnego szczęścia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 kwietnia 2016
Fot. iStock/ilbusca
 

Dziwna to relacja: niby troje dorosłych, niezależnych osób, a jednak wciąż silnie powiązanych tą wyjątkową siecią emocji w relacji rodzice – dziecko, choć niekoniecznie pałających do siebie bezwarunkową miłością.  Nie zawsze łatwo nam się dogadać z naszymi dorosłymi dziećmi, nie zawsze potrafimy zrozumieć naszych rodziców. Nierozwiązane konflikty z przeszłości, żale za niezbyt szczęśliwe dzieciństwo, ciągną się za nami nie pozwalając wyjść z tego zaklętego kręgu pretensji i zależności. Żeby jakoś to sobie wszystko poukładać, potrzeba dobrej woli z obu stron i konsekwencji w omijaniu kilku, dość oczywistych błędów jakie popełniamy niekiedy nieświadomie, zapominając, że wszyscy już osiągnęliśmy pełnoletniość.

Najczęstsze błędy rodziców dorosłych dzieci:

1. Próba kontroli za pomocą finansowego wsparcia

– Jest wam ciężko, pomożemy – mówią rodzice do młodego małżeństwa. I ta pomoc odbija się potem młodej parze długo czkawką. Bo nie kończy się ona na jednorazowym zastrzyku gotówki, ale funkcjonuje na zasadzie „coś za coś”, „płacę i wymagam”. Czego? Sprawozdania z wydatków, cotygodniowego zameldowania się na niedzielnym obiadku, relacji z tego jak nam się w związku układa (ze szczegółami), możliwości komentowania i krytykowania życiowych wyborów i decyzji. Taka sytuacja bardzo często prowadzi do frustracji dzieci (a także ich partnerów) i poczucia tak niechcianej zależności.

2. Próby wywierania presji w kwestii życia zawodowego

Czyli ciągłe okazywanie niezadowolenia, że syn czy córka wybrali inną, może mniej opłacalną, ale zdecydowanie bardziej satysfakcjonującą ścieżkę kariery. Dodatkowo niszczące jest porównywanie własnych dzieci z dziećmi swoich znajomych: „Popatrz, syn Krysi, to już jest prezesem w tej spółce, a ty co…?” Wierzcie lub nie, rodzice, jak nikt inny, potrafią podcinać skrzydła również swoim dorosłym latoroślom.

3. Ciągłe wtrącanie się

Dorosłe dzieci wolą mieć, w większości przypadków, „dorosłe” kontakty ze swoimi rodzicami. Traktowane z lekceważeniem, obdzielane „dobrymi radami”, krytykowane za życiowe decyzje i sposób wychowania własnych dzieci, wszystko to jest prostą drogą do konfliktów na linii rodzic – dorosłe dziecko. Wypytywanie o intymne sprawy i brak taktu, nadmierna ciekawość („bo ty mi nigdy nic nie mówisz”) sprawią, że kontakt będzie coraz bardziej ograniczony. Tu trzeba cierpliwości i szacunku dla swojego dziecka, jako odrębnego, mającego swoje prywatne sprawy człowieka.

4. Naciskanie na zbyt częsty kontakt i narzucanie się

Nie sprzyja poprawieniu relacji z dzieckiem, raczej doprowadzi do ich rozluźnienia. Widząc codziennie kilkanaście nieodebranych połączeń od mamy czy taty, którzy dzwonią by dowiedzieć się jak mija pierwszy tydzień w nowej pracy, to zdecydowanie czynnik stresogenny. Tak samo zadziała na nas ponawiana co chwila propozycja pomocy, kiedy jej nie potrzebujemy, ale czujemy presję, że powinniśmy ją przyjąć („no zrób mamie tę przyjemność”). Równie trudną sytuacją jest przymuszanie do uczestnictwa w rodzinnych spotkaniach. Albo wywieranie presji na dziecku by uczestniczyło w nich ze swoim partnerem.

5. Kontrolowanie

– „Zadzwoniłeś już z życzeniami? Złożyłaś już aplikację na nowe stanowisko? Zapisałeś się do dentysty?”. Nie mówcie, że to przejaw troski. To taka „zamaskowana” troską i miłością próba ciągłego kontrolowania życia dorosłego dziecka, mająca na celu uspokojenie rodzica, który nie potrafi jeszcze żyć tylko własnym życiem. Ciągłe przejmowanie odpowiedzialności za zachowanie dorosłego dziecka na siebie.

6. Krytykowanie byłych i obecnych partnerów albo zawiązywanie z nimi koalicji

Znacie uczucie, kiedy zaczynacie się czuć samotni w związku, bo wasz partner spędza więcej czasu z waszymi rodzicami niż z wami? Zdarzają się rodzice, którzy poprzez zawiązywanie więzi z ukochanym lub ukochaną córki czy syna kontrolują sytuację w ich związku. Wiedzą wszystko o kłótniach, konfliktach i kwestiach spornych. W konsekwencji w związku brak intymności i zaufania.

Inną kwestią jest wtrącanie się matek czy ojców w wybór życiowego partnera ich dziecka. Znacie komentarze typu: „Nigdy nie lubiłam tej twojej dziewczyny.”? Albo: „Twój pierwszy facet był zdecydowanie fajniejszy.”? Miłość to sprawa między dwojgiem ludzi i tobie mamo czy tato, nic do tego. Jeśli masz problem z akceptacją wyboru syna/córki, zachowaj to dla siebie. Najważniejsze jest ich szczęście. A pomyłki? No cóż, zdarzają się i są od tego, by się na nich uczyć.

Najczęstsze błędy dorosłych dzieci względem rodziców:

1. Brak chęci uniezależnienia się

Kiedy masz trzydzieści lat i jeszcze nigdy nie mieszkałeś poza domem rodzinnym, zdecydowanie coraz trudniej będzie ci „zrobić coś” z własnym życiem albo w ogóle zrobić coś w życiu „po swojemu”. Najgorzej, jeśli decydujesz się na tę symbiozę z rodzicami z wygody i za cenę braku intymności oraz wielu innych ustępstw. Nie oszukuj się, to strach przed odpowiedzialnością i dorosłym życiem. Ciasny, ale własny, choćby nawet wynajmowany, kąt nauczy cię o życiu więcej niż niejedna rodzinna historia i przestrogi twojej mamy. A wyprowadzka? Doskonale wpłynie na twoje, dość już nerwowe, relacje z rodzicami.

2. Kompletna izolacja

Czyli „w drugą stronę”. Odcinanie się od rodziców po to, żeby się wypróbować, żeby zapomnieć o żalach i krzywdach, uciec przed nimi. Problem w tym, że uciec się nie da. Jeśli masz do rodziców pretensję, nosisz w sobie ogrom negatywnych emocji z nimi związanych, przyjdzie ci w końcu się z tym zmierzyć, inaczej nie zaznasz spokoju ani szczęścia. Rozwiąż problemy, odpuść, przebacz, a potem – jeśli masz taką potrzebę, odejdź.

3. Podejście: „należy mi się”

To taka postawa, kiedy oczekujemy od naszych rodziców wywiązywania się z ról, które sami im przypisaliśmy i to wywiązywania się tak, jak my to rozumiemy. Uważamy na przykład, że ich obowiązkiem jest pomoc przy wnukach, wsparcie finansowe i pomaganie na we wszystkich życiowych tarapatach w jakie się władujemy. Nie, nie, kochani – wasi rodzice nic nie muszą. Oni mogą, jeśli chcą. Chcecie być naprawdę dorośli, bierzcie odpowiedzialność za siebie i swoich najbliższych.

Udane stosunki na linii rodzic – dorosłe dziecko wymagają od nas świadomości, że wszyscy się zmieniamy, że potrzebujemy coraz więcej przestrzeni. Niektórym rodzicom trudno zaakceptować tę sytuację, a dzieciom – wygodniej pozostać w dobrze znanej i bezpiecznej dla siebie relacji. Życie jednak, prędzej czy później zweryfikuje obie te postawy.


Lifestyle Psychologia

Mój mąż na dwie żony. Jedna to ja. Żona oficjalna. Druga to też ja – wymyślona. Skąd u licha się wzięła?

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
9 kwietnia 2016
Fot. iStock/Petar Chernaev
 
Mój mąż ma dwie kobiety.

Jedna to ja

Żona oficjalna, realna, babka z krwi i kości. Druga to zdaje się też ja… Tyle, że bezcielesna, nierealna i całkowicie nieobliczalna. Pierwsza ja żyje w świecie namacalnym. Chadza do pracy, dom prowadzi, sprząta, gotuje, wydaje zdecydowanie za dużo pieniędzy, spotyka się z innymi ludźmi z krwi i kości, biega na spacery, pisze blogi i artykuły, czasem leży na kanapie z książką, a czasem po prostu leży na kanapie i z zadowoleniem gapi się na Project Runway. Realna ja jest też od przytulania i fizycznych igraszek. Realna ja ma swoje dobre i złe dni, swoje choroby i okresy zdrowienia i listę marzeń, nad którą niezmordowanie pracuje. Realna ja trochę w życiu przeżyła, męża całkiem nieźle poznała i dobrze wie, co i kiedy ma powiedzieć, żeby gadanie miało sens. I pewnie by miało sensu aż nadmiar, gdyby nie…. no właśnie! 

 Ja wymyślona

Oto druga żona męża mego, na stałe, zdaje się, już zamieszkała w jego głowie. A jako, że pole do popisu ma ograniczone, bo z oczywistych względów nie jest w stanie zrobić tego wszystkiego, co robię ja w świecie żywych, to i skupia się na gadaniu. Na niekończącym się marudzeniu, ciągłym bla bla bla, które łomocze się w mężowej czaszce doprowadzając go, rzecz jasna, do szału.

Kiedy wymyślona ja wprowadziła się do głowy męża – tego, niestety, nie zarejestrowałam. Grunt, że od pewnego czasu jej obecność w świecie wyimaginowanym stała się jakby wyraźniejsza. Jakby bardziej realna. A to z kolei powoduje, że mąż mi się pogubił. Zauważyłam bowiem, że zarzuty mi stawia w formie: mówiłaś to i tamto, ja tymczasem słówka nie pisnęłam w temacie i doprawdy na słowne baty wcale nie zasłużyłam.

Początkowo, zanim jeszcze odkryłam, że druga ja do głosu w głowie męża dochodzi, myślałam, że chłop mi zwyczajnie zwariował. Choć bywało i tak, przyznać muszę, że po cichu podejrzewałam i siebie o jaźń rozdwojoną, idealnie schizofreniczną, taką co to nie wie, co robi Pan Hyde, gdy jest Doktorem Jekyll.
 
No więc chwilę to trwało, zanim ustaliłam, że mąż ma w głowie lokatorkę, drugą żonę, panią przemądrzałą, co to rozumy wszystkie zjadła. Najwyraźniej męża rozum też pożarła! Łyżką! Jak szamanka, wszystkie klepki i szare komórki wyjadła. Próbowałam mężowi przetłumaczyć, żeby babę tę nieznośną z głowy swej pogonił. Tym razem to jednak on spojrzał na mnie jak na wariatkę i znowu monolog mi strzelił taki z serii co to suflerka (sobowtórka ma) mu podpowiedziała. To mi dało do myślenia. Mąż jak się bowiem połapałam, bladego pojęcia o lokatorce/drugiej żonie nie ma i najwyraźniej żyje w przekonaniu, że to ja do niego tak ciągle i do tego całkiem głupio (o zgrozo) gadam.
 
To znaczy z tym głupim gadaniem, to fakt… znajomo to jakoś brzmi, ale raczej przeszła to sprawa. Nawet jeśli kiedyś wielce podobnie do męża przemawiałam, to przecież to było dawno, lat kilka wstecz, dzisiaj jestem inną kobietą, mądrzejszą, po przejściach, zupełnie niemarudną. No a już broń Boże nie emocjonalną szantażystką, królową we wzbudzaniu poczucia winy, czy jakąś małą, wredną manipulantką, naburmuszoną i niezadowoloną! Żeby jasne było: nic już nie mam wspólnego z tą kobietą z przeszłości! Nic a nic! No chyba poza mężem, którego nieoczekiwanie dzielić muszę, bo ta druga żona, choć wymyślona, to jednak całkiem jest równouprawniona! I to zwłaszcza w zabieraniu głosu!

Pokuszę się rzecz jasna o wnioski jakieś rozsądne

Nie od zawsze przecież w głowie męża istniałam jako kobieta potwór, jędza, maruda, która mendzi i ględzi, jak stare, niedostrojone radio. Poza tym nawet wtedy, kiedy w rzeczy samej ględziłam i trułam, to byłam zarazem porywająca, zachwycająca, słodka i milusia. Ożenił się przecież ze mną facet do diaska! Cóż więc się stało? I jak to się stało, że akurat ten głos wredoty z przeszłości tak się sprytnie auto-wyselekcjonował, po czym nagrał się mężowi na mózgowe zwoje po to, by teraz odtwarzać mu się na okrętkę jak jakaś płyta co to się zacięła? Cholera, czy to możliwe, że teksty, które w ramach skrzętnie zaplanowanych manipulacji (choć czasami całkowicie nieuświadomionych!) powtarzałam mężowi przez lata całe, tak mu się wryły w jego własną głowę, że poniekąd wykreowały mu zestaw przekonań z pomocą których nieustająco interpretuje mnie dzisiaj? Dzisiaj, kiedy to jestem zupełnie innym człowiekiem? Odnowionym i zreformowanym? A więc zasługującym na nowe, dostosowane standardy?
 
No może. Może i jestem człowiekiem nowym. Cóż, kiedy mąż, na skutek tych wszystkich moich zabiegów sprzed lat, stworzył sobie taki mój obraz, który zsynchronizował się z owym niefortunnym moim wizerunkiem poprzedzającym zmiany na lepsze. Zanim też się drogi mąż z nową mną oswoi i zanim nowe na mój temat przekonania przyjmie, czasu chyba trochę upłynąć będzie musiało. Zmiana przekonań to bowiem trudny proces, który do tego, żeby w ogóle mógł się rozpocząć, wymaga męża uwagi. Dopóki więc mąż sam nie zauważy we mnie zmiany i zaintrygowany nie zacznie drążyć, dopóty nie pozostanie mi nic innego jak żyć w tym nieszczęsnym trójkącie. Z mężem i z wymyśloną mną. Jak w jakimś klasycznym menage a trois
 
A więc lekcja! Jaka lekcja z całej tej sytuacji płynie? Dla mnie sprawa jest oczywista: uważajmy jak kodujemy ludzi! Jak ich programujemy, jak nimi manipulujemy. Bo że to robimy, to nie ma dwóch zdań! Każdy komunikat jaki do nich wysyłamy, zostanie bowiem odebrany i każdy z konsekwencją godną podziwu, będzie się składał na nasz fundament, na którym mężowie i żony, przyjaciele i dzieci, budować będą sobie nasz obraz i służący jego interpretacji system przekonań. W oparciu o te komunikaty,nasi partnerzy i ludzie, z którymi przyjdzie nam obcować, modelować z  nas będą człowieka. Poniekąd na nasze własne życzenie i na naszych warunkach, które tak zawzięcie, czasem z prawdziwą pasją kreujemy! A że żmudny to proces i długotrwały to i jego rezultaty nie zawsze od razu będą widoczne.
Czasami pojawią się po latach i tak jak w moim przypadku, wymodelowana ja tak mężowi w głowę zajdę, że ja prawdziwa w ogóle głos mój stracę. Brzmi absurdalnie? Sama tak z początku myślałam. Aż mi znowu mąż zarzucił, że mu to i owo powiedziałam i że tego i owego od niego oczekuję. Ja? Ależ skąd? To nie ja! To ta druga żona, stara ja, którą kiedyś nieopacznie wykreowałam, myśląc, że oto mądra jestem jak rzadko! Jednej rzeczy pod uwagę jednak nie wzięłam, kiedy tak bezkarnie sobie używałam projektując siebie na potrzebę chwili, że cokolwiek stworzę wróci do mnie dnia pewnego i zamieszka w głowie męża. Tak jak ta żona wymyślona, obecna lokatorka, której dzisiaj, nijak pozbyć się z tej jego głowy nie mogę.

Lifestyle Psychologia

Nie mogę się doczekać, kiedy dorosnę, by czuć się bezpiecznie, by być kochanym… Poruszający film

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 kwietnia 2016
Fot. Screen/You Tube

Nie ma we mnie absolutnie żadnej zgody na przemoc wobec dzieci. Także tej, która wyrażana jest klapsem. Przemoc – każda nawet ta, której znaczenie chcemy umniejszyć, jest przejawem naszej, dorosłych, bezradności, bezsilności, chęci dominacji i pokazania „kto tu rządzi”. Jest tym, co nigdy żadnemu dziecku nie powinno się przytrafić. 

Ale się zdarza. Niestety…

Pewnie dlatego ten film tak mnie poruszył. Tak bardzo chciałabym tego chłopca przytulić i powiedzieć, że nie musi dorastać, żeby czuć się bezpiecznie. Proszę nie pozostawajmy obojętni na krzywdę, która dzieje się dziecku za ścianą mieszkania, na chodniku, w szatni przedszkola, czy w sklepie. Reagujmy. Tłumaczmy. Przemoc rodzi przemoc. Ona niczego nie tłumaczy, a dziecku odbiera czasami wszystko.


Zobacz także

wyleczyć się z nieszczęśliwej miłości

Sztuka odkochiwania się, czyli 5 etapów, przez które musisz przejść, by wyleczyć się z nieszczęśliwej miłości

Makijaż może być prawdziwą sztuką. Akcja „Bądź piękna każdego dnia”. Dzień #17 [07.05]

”Niezapłacone rachunki, pusta lodówka, najniższa krajowa… Dlaczego zostałam ekskluzywną prostytutką? Jedni sprzedają warzywa, inni ciało”