Lifestyle

Może przy tej granicznej „40” warto rozsypać się przed samą sobą na miliony kawałków. I zrozumieć, czego się chce

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
20 lipca 2022
fot. Fuu J/iStock
 

Kobieta po czterdziestce. Zazwyczaj boimy się tego „wybicia zegara”. Jak to będzie, czy to będzie już starość, jak będę wyglądać, robić i czy ta młodość będzie mi jeszcze dana, gdzie będę pracować, jak będą wyglądać moje dzieci i czy ten mąż wciąż będzie taki sam? A czy będę uprawiać seks i mieć jeszcze miesiączkę? Strach.


Jako dziecko czułam, że moja czterdziesta to będzie mój „breaking point”. Będę najbardziej atrakcyjna, najlepiej się czuć, najwięcej rozrabiać i intelektualnie będę najwyżej. Będzie to smakowanie życia. Tak też się stało. Od kilku lat jest to czas szukania siebie i odkrywania na nowo. Też tak macie? Kiedy zaczyna wam chodzić po głowie pytanie, czy to co robię i w jakim jestem miejscu w życiu czy na pewno mi odpowiada? Czy jestem zadowolona z tego co zrobiłam, czy chce czegoś nowego?

Są te z nas, które czują się spełnione i rodzinnie i zawodowo i życiowo. Dzieci już w miarę odchowane, praca w miarę satysfakcjonująca, mąż w miarę spoko. Jest dobrze. To, na co macie ochotę, to otwarcie się na nutę szaleństwa. Poczucie jeszcze tych emocji i dreszczyk podniecenia kiedy się miało naście lub  dwadzieścia lat. Jest dojrzałość i znajomość swoich granic i możliwości, ale jest jeszcze przestrzeń na
powrót do czasów crazy.

Są także te z nas, które koło czterdziestki łapią się na tym, że żyły nie dla siebie, a dla rodziny i dla pracy. Kiedy wiecznie były na czyichś usługach i wypełniały przestrzeń innych potrzeb, ale nie dla siebie. Tutaj, w tym wieku zaczyna się rodzić bunt i retrospekcja z analizą dotychczasowego życia.

Zaczyna się robić rachunek sumienia, bilans zysków i strat i odkrywanie co tak naprawdę nas wkurwia  i nam nie pasuje. Wsiadamy na rollercoster i robimy powrót do przeszłości po to, aby móc ruszyć w inną przyszłość. Zaczynamy analizować to, gdzie i dla kogo pracujemy. Ile z tego mamy dla siebie. Jak wygląda nasze  małżeństwo i czy mamy z niego satysfakcję, co nam daje partner i kim jesteśmy w tym związku. Czy czujemy się wiecznie zmęczone, sfrustrowane i nie widzimy przestrzeni dla siebie, bo wiecznie wszystko jest na naszych barkach.

Plecy bolą, kark zesztywniały, nogi puchną, a nas coraz więcej rzeczy irytuje. Nie możemy patrzeć na siebie i na nasze otoczenie. W necie czytamy o różnych szamankach i szamanach, intencjach i medytacjach, które mają nas zmienić i uczynić szczęśliwymi. Zapewniają nas, że jak tylko chcemy, to już następnego dnia może nastąpić oczyszczające uzdrowienie. Szczerze mówiąc, najczęściej dostajemy jeszcze większego pomieszania i lęków, a do tego nikt nas nie rozumie i jeszcze wmawia nam że coś z nami nie tak. Chcemy przestrzeni i czegoś nowego. Jednak aby się to zadziało trzeba poukładać siebie, a nie rzadko zrozumieć to, co się stało w przeszłości i wyciągnąć z tego lekcje dla siebie. Wtedy następuje w życiu taki splot wydarzeń, który zaczyna nas wypychać z systemu i z tego co także dobrze znamy.

inteligentni ludzie, kobieta

fot. fcscafeine/iStock

Niektóre z nas zostają w starym, bo to co może niezbyt ładnie pachnie, jest mimo wszystko znajome i lepiej nie zmieniać. Nauczyli nas, że zmiana to coś gorszego, niepewnego i niebezpiecznego. Lepiej się trzymać tego co jest i nie kombinować. Naprawdę? To tak jakby wyrzec się połowy życia, bo nie wiemy co jest za zakrętem, a właśnie tam może być ten raj.

Tak, więc przychodzi czas, kiedy nasz kokon już nam nie pachnie, jest niewygodny, uwierający i ograniczający. Przeżyłam coś takiego parę lat temu, do tego weszła mi do znaku planeta Uran, robiąc totalną rewolucję tak, że kamień na kamieniu nie został. Myślałam, że nie przeżyję, ale przeżyłam. Zobaczyłam, ile daje czterdziestka, ile można odkryć dla siebie i w sobie. Talentów, pomysłów, jak się realizować i bawić życiem, ale też braków i niedostatków, pretensji do siebie i całego życia. Jak zacząć mówić „nie” i stawiać granice, bo wreszcie się zauważa, że pierwszą część swojego życia daje się innym i realizuje czyjeś programy i potrzeby, a siebie się stawia na końcu. Patrzy się najpierw jak
pomóc innym, a sobie mówi „jakoś to będzie, przecież dam radę, nie jestem najważniejsza”. Po czym się pada na twarz. Pojawiają się poważne choroby i … tutaj moment zastanowienia nad sobą.

Co będzie kiedy mnie zabraknie? Co będzie? Będzie nadal normalnie. Popłaczą i wrócą do swoich obowiązków. A Ty? Ciebie nie będzie. Więc czy jest sens oddawać siebie innym i zatracać się na rzecz innych? Co „ci” inni nam dają aby się poświęcać? Jezus się poświecił i świata tym nie zmienił, choćby nie wiadomo co nam wpajano. Ludzie są tacy, jacy byli i nie zawsze chcieli cierpieć i umierać za innych.

Może przy tej granicznej „40” warto rozsypać się przed samą sobą na miliony kawałków. Nie mylić z posypaniem głowy popiołem, bo nie o pokorę tu chodzi a o odwagę bycia w zgodzie ze sobą i stanięcie w swojej prawdzie. Powiedzieć czego się nie chce. To zawsze najłatwiej zdiagnozować. A potem czego się chce? Co boli i o co mamy i do kogo pretensje. Wtedy wyjdzie, że w sumie do samych siebie. Na jakim jesteśmy etapie samych siebie?

fot. ljubaphoto/iStock

Okaże się, że jesteśmy małymi dziewczynkami, które chcą do mamy. To ile mamy wtedy lat? I tu zaczyna się jazda, że bez względu na wiek tej czterdziestki, mamy po pięć lub sześć lat i jest nam źle i czujemy się niezrozumiałe, odrzucone, osamotnione. Partner nie daje nam tego czego chcemy ani nikt inny z otoczenia. Nikt w nas nie wierzy, bo przecież same mamy do siebie ograniczone zaufanie i jeszcze ile razy się w myślach zganimy za to i owo. No właśnie i tutaj jest praca z samą sobą. Zmęczone? No nie dziwię się. Gdy zaczyna się ten proces to odwrotu nie ma, a co najzabawniejsze, że odkrywa się siebie … płatek po płatku i końca nie widać. I nie wierzcie, że jak się pójdzie na terapię to się wszystko przerobi i będzie od razu pięknie. Nie ma takiej opcji. Dlatego, że z czasem zobaczycie, że każde wydarzenie lub osoba jest zapalnikiem do kolejnej zmiany.

Jak to wygląda? Zaczyna się zmiana pracy, czasem przeprowadzka i też zmiana otoczenia. Często rozwód, odejście dotychczasowych przyjaciół i znajomych, konflikt z rodziną, bo wreszcie zaczynasz mówić co ci nie pasuje. Partner? A może ktoś nowy lub odkrycie, że najbardziej komfortowo to jest nam samej ze sobą.

Eureka! Możemy robić rzeczy na które zawsze miałyśmy ochotę, ale nie było czasu lub zrozumienia, lub wiecznie byłyśmy za to krytykowane, musiałyśmy się tłumaczyć i robić to, co kochamy po kryjomu, bo komuś to nie pasowało. Zobacz, ile ciuchów kupiłaś sobie oficjalnie bez tłumaczenia się partnerowi lub chowania tego po szafach „Kochanie już dawno to mam, po prostu nie zauważyłeś”. Nagle zaczynamy stawiać siebie jako priorytet i pytać się przy każdej podejmowanej decyzji, czy to jest dla mnie dobre? Co czuję? Mówić, to na co nam nikt przez lata nie pozwalał. Słowa same napływają do ust. A jak się komuś to nie podoba, to niech zamknie za sobą drzwi.

Czy warto? Same sobie odpowiedzcie, albo wyobraźcie sobie, że kolejne czterdzieści lat będziecie mieć takie same jak pierwsze. Jak jest wam w tym dobrze to git, jak nie to …


Lifestyle

Żeby się dobrze pokłócić, trzeba się przygotować. Chcesz wygrać? Trzymaj się planu

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
10 czerwca 2022
fot. skynesher/iStock

Kłótnie i awantury. Nikt z nas ich nie lubi. Będziemy trzymać w sobie do końca, przemilczymy, zamkniemy się w sobie, lub pójdziemy na siłkę albo na rower, aby to wypocić, wyrzucić z siebie, zapomnieć. A jednak tak się nie da. Bardzo często milczymy. Szukamy w głowie innych rozwiązań lub tłumaczymy drugą stronę, że może sami przesadzamy. Aż w końcu z powodu jakiegoś drobiazgu wybuchamy. Wybuchamy niczym gejzer, ba, jak uśpiony wulkan. Do tego ryk lwa, bo już nam się ulało. Jak już wykrzyczymy, to druga strona stara się nie być dłużna i się włącza ze swoim programem. Potem następuje cisza.

Rozejście się do różnych pokoi lub walnięcie słuchawką. Atmosfera się skisiła i pytanie: co dalej? Co będzie jutro? Czy idziemy w zaparte, czy jakoś to rozmasować?

Kłótnie to zwierciadło prawdy. Można od razu zobaczyć, jaka naprawdę jest ta druga osoba. Ile było prawdy w słodkich słowach i co tam naprawdę siedzi na wątrobie. Nie jest to miłe, ale jeśli ktoś przekracza granice i czuję się z tym źle, to potrzebuję powiedzieć, co mi nie odpowiada. W przeciwnym razie relacja jest nieprawdziwa i żyję w kłamstwie. Od razu boli mnie gardło, bo nie mogę powiedzieć co mnie denerwuje lub rani. Czasem boli ucho, bo nie chcę usłyszeć tego i owego. Ale kłótnie pokazują przede wszystkim jacy jesteśmy naprawdę wtedy, kiedy się nie kontrolujemy i kiedy emocje biorą nad nami górę.

Aby się dobrze pokłócić, trzeba się dobrze przygotować. Argumenty, w które wierzymy, no i oczywiście wiara w siebie. To, co jest istotne, to słuchanie drugiej strony i otwartość na kontrargumenty, a nie strzelanie słowami jak ślepakami. Czasem natomiast możemy oberwać rykoszetem. Czasem zrobienie przerwy i powrót do rozmowy może „kłótnię” przenieść na wyższy poziom racjonalnej rozmowy i wzajemnego zrozumienia. Przecież nie zawsze awantura musi być oznaczać krzyki i sceny. To może być także rozmowa. Nie rozumiem dlaczego każdy uważa, że „załatwianie” trudnych tematów musi być naznaczone agresją.

Manipulacja. Oooo, to mój konik. Jak ktoś czytał „Księcia” Machiavellego, to jest w domu. Mistrz. W kłótniach najczęściej używamy zabiegu zwanego „odwracaniem kota ogonem”. Czyli albo absolutnie same to sobie wymyśliłyśmy, albo to „błahostka”, a w sumie to na pewno o co innego nam chodzi. Chcecie wygrać? To trzymajcie się tematu i nie dajcie się zbić z tropu. Do brzegu i do końca. Kolejna sztuczka to „robienie z siebie ofiary”, że „taki był dzień zły i jeszcze ten szef, a ty mi takie historie i awantury robisz”. To jak tu żyć. „Mało, że jestem chora i słaba, a lekarz zalecił mi spokój, to ty się jeszcze nade mną znęcasz”. Najniższa energia z możliwych. Sam sobie kopie grób.

Wpędzanie w poczucie winy. „To ja ci serce swoje ofiarowałam, w kałuży łez wykąpałam, wszystko dla ciebie i zakupy i sprzątam, a ty taki niewdzięczny i jeszcze mi awantury przy dzieciach robisz”. To już tutaj ewidentnie widać, że partner w kłótni nie ma nic na swoją obronę. Chce litości i naszych wyrzutów sumienia.

Są osoby, które uwielbiają robić z kłótni publiczne przedstawienia. Przed dziećmi, znajomymi, na ulicy. A wszystko po to, aby pokazać, jacy są zajebiści, bo to z nami jest problem. Wtedy należy przerwać „rozmowę” i odejść, wyjść. Na zewnątrz, czy do drugiego pokoju.

Najgorzej jak „osobnik” zacznie nas gonić, bo on jeszcze nie skończył. Nie ma rady, trzeba wtedy pozwolić mu się wygadać, aby zeszło mu ciśnienie. Bo jeszcze nam padnie na zawał. Najgorzej, jak chcemy drugą stronę do czegoś mocno przekonać lub dla świętego spokoju zakończyć temat „bo przecież mama uczyła, że nie należy iść spać pokłóconym”. Tak. Ciężko się śpi z taką osobą w jednym łóżku i trudno dobrze się wyspać. Jednak uwierzcie, nie opłaca się, bo następnym razem to sztuczne zakończenie sporu będzie argumentem do pozwiedzania „ostatnio też o to się kłóciłaś i też nie miałaś racji”. Jeśli się wie, że ma się rację, to się ją udowadnia i trzyma do końca swojej argumentacji.

Druga strona może szaleć z wściekłości, grozić, rzucać, trzaskać drzwiami. Znam przypadki, że chłop się chciał rzucać z balkonu – z parteru – grożąc że się zabije, to znaczy że baba miała rację i że było coś na rzeczy. Jak sobie z tym druga strona poradzi, to już jest jej problem. Oczywiście w dobrych relacjach czy związku wszystko można zrobić razem i wzajemnie sobie pomóc. Najgorzej, gdy ktoś nami manipuluje i próbuje swoim zachowaniem coś na nas wymusić lub naszym kosztem zyskać. Jeśli partnerzy mają do siebie zaufanie i są wobec siebie szczerzy, mogą takie problemy wspólnie przerabiać i wzajemnie się od siebie uczyć. Co więcej, mogą w ten sposób budować zaufanie i związek na wyższym poziomie, bo wiedzą w czym mają problem i jak bardzo to jest istotne w ich rozwoju.

Niewypowiedziane słowa, które grzęzną w naszym gardle oraz brak reakcji na to, co nas boli w relacji z partnerem, a przede wszystkim poczucie, że zostały przekroczone nasze granice, mogą doprowadzić do bólu w ciele. Do chorób i obniżenia naszej wibracji. Jeśli nie potrafimy zwyczajnie komunikować się ze sobą, szczególnie w najbardziej delikatnych sprawach, to czasem tą komunikacją jest kłótnia. Hamowanie siebie to tworzenie „supłów” w naszym ciele. Skłębionych emocji. Sporo na ten temat mogą powiedzieć masażyści.

Jakie sygnały może nam dawać ciało? Może to być wspomniany wcześniej ból gardła, mogą być i hemoroidy lub bóle podstawy kręgosłupa. Wszystko przez to, że nierozwiązane konflikty sprawiają, że czujemy, że nie zasługujemy na uwagę oraz że nie mamy prawa być w tym miejscu, w którym jesteśmy. Nasze terytorium jest zagrożone. Częstym objawem jest też ból serca i ucisk w mostku, objawy bardzo silnych emocji, które są niewypowiedziane i dotkliwie tłumione wewnątrz.

Stanięcie w swojej prawdzie, szczera komunikacja ze sobą i partnerem, to umiejętność bronienia swojego stanowiska, swojego miejsca w życiu. To podstawa naszego zdrowia, nawet jeśli dla kogoś ta prawda jest niewygodna. Dla każdego z nas w życiu najważniejsza jest akceptacja, takich jacy jesteśmy. Nie krytykowanie, nie ograniczanie tego co robimy, ani nie ograniczanie naszego rozwoju.

To my najlepiej wiemy jacy jesteśmy, kim jesteśmy i czego potrzebujemy. Osoby, które umieją bronić swoich granic, nie będą przekraczały granic innych osób. Jeśli osoba, która łamie nasze granice, wychodzi poza ustalone normy w naszej relacji, to też nie ma szacunku dla samej siebie. Kłótnia jest niczym tsunami, które potrafi oczyścić atmosferę, czy to w domu, czy w biurze, czy w relacjach ze znajomymi. Może być cudownym początkiem nowego, ale może być też zakończeniem tego, co nam nie służy. Jeśli jest to drugie, to nie warto tego żałować, bo oznacza że nie było to nic warte. Jeśli relacja dwojga ludzi jest ważna dla obu stron zrobią wszystko, aby znaleźć konsensus który pomoże im na wspólne wzrastanie i na wspólny rozwój i wspieranie siebie. Kłótnia jest formą rozwoju, wejścia na wyższy poziom miłości i zrozumienia oraz nauką o samym sobie.

Jeśli w tym wszystkim potrafimy siebie słuchać wzajemnie i być otwartym na argumenty partnera, to często możemy usłyszeć prawdę, której nie dopuszczamy do siebie a która może być dla nas w którymś momencie bardzo wyzwalająca. Bo przecież wszyscy jesteśmy swoimi zwierciadłami, a najlepszymi są nasi partnerzy w związkach.